Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

środa, 19 października 2011

Terrorysta na zamówienie




TERRORYSTA NA ZAMÓWIENIE (Den demokratiske terroristen) Jana Guillou to druga z cyklu powieści opowiadających o przygodach Carla Hamiltona, asa szwedzkiego kontrwywiadu, którego wcześniejsze dzieje poznaliśmy w brawurowej Coq Rouge. Tym razem niemieccy terroryści dokonują udanego zamachu na terenie szkoły wojskowej w Hamburgu. Z podsłuchu prowadzonego w związku z rozpracowywaniem zwykłych kryminalistów policja przypadkowo uzyskuje informację, że terroryści planują podobną akcję w Szwecji. Niemiecka i szwedzka służba bezpieczeństwa podejmują grę i wysyłają Carla celem infiltracji terrorystycznego komanda. Akcja wymyka się spod kontroli. Śmiercionośna broń przemycona z Bliskiego Wschodu jedzie do Europy, a sprawy się komplikują, bo w tej rozgrywce jest wielu graczy, którzy nawzajem nie wiedzą o sobie.


Książka jest świetna. To poziom, który można porównać z powieściami Toma Clancy’ego z jego najlepszego okresu, choć mniejsze tu nastawienie na technologię, a większe na indywidualne wyszkolenie personelu służb i rozgrywanie wspólnych lub sprzecznych interesów. Dodatkowo, co jest chyba nieodłącznie związane z nazwiskiem Jana Guillou, na wszystko patrzymy oczami Szweda. Jest to punkt widzenia tak odmienny od naszego, europejsko-amerykańskiego, zdominowanego przez holywoodzkie, uproszczone widzenie świata, że dla niektórych stanowi barierę utrudniającą lekturę. Dla mnie to wielka zaleta, podobnie jak te trudne do przeczytania szwedzkie nazwy i nazwiska. Już mi się trochę przejadł ten angielski...


Reasumując: świetna powieść z pogranicza sensacji, szpiegostwa i techno-thrillera. Jeśli nie boicie się trudnych, szwedzkich nazw i niejakiego wysiłku, jakiego od Polaka wymaga wejście w głowę Szweda, spojrzenia na świat jego oczami, to czeka Was świetna lektura o czym Was szczerze zapewniam...


Wasz Andrew

wtorek, 18 października 2011

COQ ROUGE


Wiele lat temu TVP albo Polsat, teraz już nie pamiętam, wyemitowała w ośmiu odcinkach serial sensacyjny produkcji szwedzkiej o takim ichnim Jamesie Bondzie, czyli Carlu Hamiltonie. Serial miał polski tytuł Wróg wroga i był puszczany bardzo późno jak na ówczesne warunki, bo około północy. Nagrałem go sobie na video, gdyż żal mi było rezygnować ze słodkich snów na rzecz jakiegoś nieznanego serialu. Jakież było jednak moje zdumienie, gdy potem za jednym zamachem obejrzałem całość! To było coś absolutnie nowego, innego i coś, czego się absolutnie nie spodziewałem. Był super. Potem film pożyczałem znajomym, którzy też byli na tyle ukontentowani, iż polecali go innym.


Niestety, popularność doprowadziła do zużycia tych taśm. Próbowałem zakupić serial na DVD albo w jakiejkolwiek innej postaci, ale nigdzie już go nie spotkałem. Postanowiłem więc sprawdzić, czy nie ma książek o przygodach dzielnego i inteligentnego Szweda. I były! Okazało się, że Wróg wroga to trzecia część jego przygód, które zostały wydane w Polsce już dawno temu i jakoś tak przeminęły bez echa.

Coq Rouge to pierwsza powieść cyklu autorstwa Jana Guillou. Akcja rozpoczyna się od zabójstwa wysokiego rangą funkcjonariusza szwedzkiej służby bezpieczeństwa, a konkretnie szefa wydziału antyterrorystycznego, dokonanego przez nieznanych sprawców. Śledztwo prowadzone przez połączone siły policji i bezpieki nie daje rezultatów, między innymi z winy nieudolności zwierzchników (skąd my to znamy). Wówczas Carl Hamilton, tajna broń szwedzkiego kontrwywiadu, próbuje wraz z kilkoma kolegami rozwikłać tajemnicę wbrew poleceniom swego przełożonego; niesympatycznego, głupiego karierowicza. Przydają mu się w tym doświadczenia i umiejętności wyniesione ze specjalnego szkolenia w tajnym ośrodku w USA. Jak się sprawa zakończy nie będę zdradzał.

Moim zdaniem książka jest świetna. Cały czas trzyma w napięciu, a autor wykazuje się znajomością realiów ze świata służb specjalnych, wojska i policji. Obnaża wady formacji przeznaczonych do zwalczania terroryzmu, wśród których z reguły najważniejszymi są ludzie, ich słabostki, ambicje i przede wszystkim głupota. Z drugiej strony pokazuje ich możliwości i ograniczenia terrorystów. Czemu książka nie stała się w Polsce popularna? Bo jest szwedzka. Pokazuje sposób myślenia i mentalność Szwedów tak odmienne od naszych, że nie każdemu chce się przestawić. Do tego dochodzą trudne do przeczytania nazwy, co początkowo spowalnia czytelnika. Dla mnie ta odmienność, ta tak różna od holywoodzkiego, łatwo strawnego uniwersalizmu specyficzność, jest jedną z wielkich zalet powieści Guillou. Daje czytelnikowi nie tylko możliwość wczucia się w tak odmienny od naszego świat, ale i spojrzenia na Polskę i nasz świat oczami Skandynawów. Niestety nie jest to obraz świetlany, ale tak to już jest.

Pomimo tego, iż jest to powieść typowo sensacyjna, więc gatunek rozrywkowy, a nie edukacyjny, to niesie wiele informacji i tematów do przemyśleń. Jan Guillou naprawdę ma talent do tworzenia realistycznych charakterów i pięknie pokazuje różnorodność postaw ludzkich, odmiennych motywów i systemów wartości, nawet w ramach pozornie jednolitej grupy. Potrafi barwnie i wyraziście słowem wymalować wszystko to, co każdy z nas spotyka obracając się wśród ludzi. Nie są to czarno-białe charaktery rodem z Ludluma, jakby zapożyczone z westernów. Tutaj mamy tak odmienne postaci, jak tylko w życiu można spotkać. Ludzi, którzy mają dylematy i złe chwile, mają swe tajemnice, pragnienia i słabostki. Nawet główny bohater, wielki Carl Hamilton, człowiek który posiadł umiejętności jakich James Bond mógłby pozazdrościć, może być pokonany przez przeziębienie. To takie realne ale i tak rzadko spotykane w powieściach.

Książka pokazuje nam świat jakim jest; zakłamany, brudny i zły, ale i zarazem pełen ludzi kochających prawdę, prawość i uczciwość. Widać tam jak poświęca się prawdę dla kariery, dla poprawności politycznej ukrywa się sprawców zbrodni i wrabia się w nie niewinnych ludzi, jak w imię wyższych celów łamie się prawo i morduje. Niektóre wnioski wypływające z książki naprawdę dużo by dały naszym politykom, zwłaszcza tym stojącym obecnie u steru. Najważniejszy z nich to ten, że wśród państw i wśród służb nie ma przyjaciół, są tylko wspólne interesy. Szkoda, że my, Polacy, wciąż nie potrafimy tego zapamiętać i ciągle chcemy być mesjaszem narodów, sumieniem świata i narodem wybranym.

Kończąc pragnę Was zapewnić, że jeśli lubicie powieści sensacyjne, szpiegowskie i trzymającą w napięciu, wartką akcję, jeśli przedkładacie dozę realizmu nad łatwe powieści zza Wielkiej Wody, jeśli chcecie innego spojrzenia na sprawy wywiadu, kontrwywiadu i walki z terroryzmem, to warto po tę książkę sięgnąć i pomęczyć się trochę z tymi dziwnymi nazwami ulic. Szczerze polecam!



Wasz Andrew

poniedziałek, 17 października 2011

Początek wielkiego sukcesu

czyli bajka na miarę XX wieku


Harry Potter i kamień filozoficzny (oryg. Harry Potter and the Philosopher's Stone) to pierwsza powieść cyklu, który sprawił, iż J. K. Rowling*, nikomu nieznana kobieta, daleka od osiągnięcia życiowego sukcesu, w krótkim czasie dołączyła do grupy najbardziej znanych współczesnych pisarzy. Stworzony przez nią tytułowy główny bohater jest dziś jedną z najbardziej znanych postaci literackich na świecie i trudno chyba znaleźć kogoś, kto o nim jeszcze nie słyszał. Sukces książki i całego cyklu o Harrym przełożył się na wymiar materialny i brytyjska pisarka jest jedną z najbogatszych osób w swej ojczyźnie. W świetle powyższego i ja nie miałem innego wyjścia jak sięgnąć po Pottera, by się przekonać, czy wart jest całego tego szumu, jaki wokół niego powstał, czy też to tylko kolejne wielkie zero rozdęte przy pomocy reklamy i innych działań marketingowych.


Centralną postacią całego cyklu powieściowego jest wspomniany już Harry Potter. Poznajemy go już na początku lektury, gdy jako osierocone niemowlę zostaje w dziwacznych i tajemniczych okolicznościach podrzucony rodzinie Dursleyów, swoich jedynych krewnych. Dorasta w tej rodzinie, w której jest szykanowany, poniewierany i bity. Z różnych dziwnych okoliczności, nie wspominając o sposobie, w jaki znalazł się w przybranej rodzinie, domyślamy się, iż nie jest to dziecko zwyczajne. W chwilach bezpośredniego zagrożenia, które z racji infantylnego okrucieństwa opiekunów, ich syna i jego kolegów zdarzają się nader często, sprawia, iż dzieją się dziwne rzeczy. Gdy presja ustaje, na powrót staje się zwykłym zahukanym chłopcem, jakich tysiące w patologicznych rodzinach w każdym kraju. Trudno w takich warunkach o rozkwit talentów i rozwój osobowości.

Sytuacja zmienia się, gdy w wieku jedenastu lat Harry zostaje powołany do Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie, tajemniczym zamku leżącym gdzieś w innym wymiarze Wielkiej Brytanii. W trakcie nauki w tej niesamowitej instytucji przyjdzie zmierzyć się naszemu małemu herosowi z kolejnymi przeciwnościami losu. Jakimi konkretnie, nie będę zdradzał.

Od razu się określę i powiem, że lektura książki sprawiła mi dużą przyjemność. Styl jest łatwy w odbiorze, akcja szybka i pełna zwrotów, niespodziewanych sytuacji i dziwacznych stworzeń. Nie bez znaczenia jest też duża ilość sów, które są moimi ulubionymi zwierzakami, ale to tylko osobisty szczegół. Fabuła nie jest szczególnie skomplikowana, ale pomysłowa i obfitująca w oryginalne, świeże aspekty. Świat wykreowany przez Joanne Rowling jest bardzo obrazowy, plastyczny, podobnie jak postacie, które go zaludniają. Trzeba przyznać, iż autorka pokazała się jako mistrzyni klimatu i stworzyła specyficzną atmosferę tajemniczości i grozy doprawioną sporą dozą osobliwego humoru.

Kiedy skończyłem lekturę, nadszedł czas na to, by odpowiedzieć na pytanie o przyczyny tak wielkiego sukcesu tej powieści, który nie do końca koresponduje z wartością samej książki, która choć świetna, nie jest aż tak rewelacyjna. I tutaj od razu skojarzyły mi się dwa inne cykle powieściowe adresowane do młodszych odbiorców – przez podobieństwo Zmierzch Stephenie Meyer, a przez kontrast Pan Samochodzik Zbigniewa Nienackiego. Jeszcze nie kojarzycie o co chodzi?

Bohaterka Zmierzchu, Isabella Swan, podobnie jak Harry Potter, to w dużym stopniu nieudacznik w naszej codziennej rzeczywistości. Dopiero magiczne, naprzyrodzone zdolności czynią z niej kogoś. To wyjaśnia bezprecedensową popularność obu cykli. Wszyscy, którym się nie układa, którzy zamiast poszukać swoich mocnych stron i ukrytych talentów, którzy nie mają siły by nad nimi pracować, albo po prostu im się nie chce, którzy w głębi ducha marzą o nadprzyrodzonych mocach, które by zrównoważyły ich kompleksy, stają się fanami takiej twórczości, bo to miód na ich dolegliwości. Przeciwieństwem jest nurt reprezentowany przez wspomnianego już Nienackiego, którego bohaterowie to jedynie zwykli ludzie, wykorzystujący tylko swój intelekt i umiejętności, no i czasami niesamowity samochód, całkowicie jednak realny.

Ponieważ powieść dla młodzieży powinna poza dobrą zabawą dawać również wzorce do naśladowania, popularność postaci, które załatwiają swe problemy, codzienne przeszkody, jakie stają na drodze każdego, za pomocą czarów i innych nieludzkich zdolności, popularność Pottera i Swam, nie jest zbyt dobrym sygnałem. Owszem, pokazują walkę dobra ze złem, prawdy z kłamstwem i zawierają również inne tradycyjne elementy wychowawcze powieści dla młodzieży, ale nie pokazują sposobów postępowania, bo magia niestety na razie nie jest umiejętnością szczególnie powszechną.

Mam wrażenie, nie tylko ja zresztą, że jednym z największych problemem naszych czasów jest to, iż młodzi ludzie, nie tylko zresztą oni, nie wiedzą, co ze sobą w życiu zrobić. Nie wiedzą czym się pasjonować, czym interesować. Nic nie jest wystarczająca ciekawe, nic dość niesamowite, a tak naprawdę to oni sami stają się coraz płytsi, nudniejsi i mniej interesujący. Tutaj, żeby już nie rozszerzać tematu o inne powieści i autorów, wspomniany Pan Samochodzik jawi się jako modelowa powieść dla młodzieży, gdyż pokazuje tajemnice tam, gdzie większość widzi nudę. Potrafi zaszczepić w czytelniku bakcyla zainteresowania historią, pokazuje rozum i wiedzę jako narzędzie rozwiązywania zagadek, a pracę i umiejętności jako warunek sukcesu. Harry Potter oczywiście nie neguje tych wartości. Ponieważ jednak jego bohater staje się kimś tylko dzięki magii, a bez niej jest popychadłem, więc w umyśle niewyrobionego czytelnika może powstać schemat uzależniający sukces od czegoś, co akurat jemu nie jest dane. To zaś groźnie zjawisko, gdyż dodatkowo pogłębia zagubienie w rzeczywistym świecie i własnym umyśle.

Trzeba również przyznać, że zdarzają się autorce Harryego Pottera wpadki bardzo żenujące, których nie popełniłby nikt, kto choć trochę uważał na lekcjach fizyki w szkole podstawowej albo posiadł choćby elementarną umiejętność obserwacji i logicznego myślenia. Na początku rozdziału Zwierciadło Ain Eingarp czytamy, iż w grudniu najgorsze były zajęcia w lochach, gdyż było tam najzimniej, zimniej nawet niż na korytarzach, gdzie oddech zamieniał się w parę. Sęk w tym, że w lochach temperatura jest stała przez cały rok, co jest wykorzystywane między innymi do przechowywania wina czy przetworów i o czym wie chyba każdy w miarę inteligentny człowiek. Jeśli zajęcia w lochach w lecie były do wytrzymania, choć różnica między temperaturą zewnętrzną a wewnętrzną osiągała maksimum, to tym bardziej powinny być znośne w zimie, gdy temperatura w lochach była nadal dodatnia i podobna jak w lecie, natomiast na zewnątrz była ujemna (innymi słowy w lochach było cieplej niż na dworze, a może nawet cieplej niż na korytarzach, gdzie „oddech zamieniał się w parę”. Wstyd wielki, ale cóż. Wybaczmy kobiecie, w dodatku humanistce**.

Pomimo powyższego trzeba przyznać, że Harry Potter przyciągnął ku czytelnictwu szerokie rzesze nowych, głównie młodych ludzi, którzy dotąd raczej od słowa pisanego stronili. Jest to rzecz, której przecenić nie można, gdyż mam nadzieję, iż wielu z nich nie zakończy na tym swej przygody z książkami i z czasem sięgnie również po bardziej ambitne dzieła. Za to pani Rowling należy się najwyższe uznanie.

Czytając Harrego ciekaw byłem, czego tak bardzo nienawidzi w nim Kościół, który również w naszym kraju próbował przeciwdziałać jego popularyzacji, a zwłaszcza zwalczał wersję kinową. Ja na pierwszy rzut oka nie znalazłem niczego, co by te działania uzasadniało w sposób godny człowieka rozumnego. Na pierwszy rzut oka.

Ostatni będą pierwszymi. Uciskani będą wielkimi. To schemat znany jak świat i ograny aż do znudzenia przez religie, politykę i wojsko. Tą kartą zagrywano nieskończoną ilość razy na przestrzeni wieków, a ona nadal bierze. Sęk w tym, że fanami Harrego Pottera są najczęściej ludzie podobni do niego, a więc niezbyt szczęśliwi w życiu, czyli baza ruchów religijnych. Bogaci rzucają na tacę tylko w świetle fleszy; prawdziwa siła Kościoła to masy. Niezbyt szczęśliwe, niezbyt spełnione, to jednocześnie środowisko, z którego wywodzą się ludzi podobni do naszego głównego bohatera. Używając języka polityki można powiedzieć, iż Kościół odebrał powieści J. K. Rowling jako mentalny zamach na swój elektorat, w związku z czym przystąpił do walki z nowym ideologicznym wrogiem.

Bajki o czarach, czarnoksiężnikach i innych takich, są od zawsze obecne w naszym życiu. Każdy słyszał o smokach, wróżkach i magach. Harry Potter jest jeszcze jedną taką bajeczką. Nie sądzę, by bardziej mógł podkopać wątpliwy autorytet kleru niż pedofilskie afery lub pazerność hierarchów. Trawestując nieco myśl naszego wielkiego myśliciela – nie znam żadnego katolika, który by utracił wiarę po lekturze Harrego Pottera, ale znam wielu, którzy stracili ją od słuchania mądrości padających z ambony. Nie sądzę, by teza o grzesznym charakterze tej książki lansowana przez obecnego papieża dała się utrzymać. Wiadomo, że chodzi o władzę nad umysłami, które same nie potrafią sobą kierować. Myślę, że na dłuższą metę walka Kościoła z Harrym Potterem nie była mądrym pociągnięciem, między innymi dlatego, iż została przez Kościół przegrana. Na własne życzenie.

Reasumując muszę powiedzieć, iż Harry Potter i Kamień Filozoficzny pozytywnie mnie zaskoczył. Nie spodziewałem się prawdziwie wartościowej książki, myślałem wręcz, że będzie to sztampa obliczona na zarobienie pieniędzy i zdobycie popularności. Okazał się jednak bardzo przyjemną lekturą; oryginalną bajką pełną świeżych pomysłów ożenionych ze starymi elementami kanonu. Pomimo pewnych niedostatków, głównie z zakresu prezentowanych wartości, warta jest przeczytania, choćby po to, by wyrobić sobie samemu zdanie na temat książki, o której wypowiadają się nawet takie autorytety jak papież. Szczerze polecam młodzieży, dla której to na pewno będzie świetna rozrywka, i starszym, którzy powinni wiedzieć czym się interesuje młode pokolenie


Wasz Andrew



*   Jo K. Rowling, Joanne Kathleen Rowling właść. Joanne Murray zd . Rowling
** Autorka jest z wykształcenia filologiem klasycznym.

piątek, 14 października 2011

Peter Simple



Są pisarze, których twórczość można rozpatrywać nie wspominając o nich samych oraz tacy, którzy są z nią związani w sposób sprawiający, iż ich dzieł nie można prawidłowo ocenić bez wiedzy o ich życiu i czasach, jak również wszelkie możliwe kombinacje pośrednie pomiędzy wspomnianymi skrajnościami. Frederick Marryat jest świetnym przykładem twórcy, który na wieki pozostanie częścią swej epoki.


Marryat to nazwisko znane, przynajmniej ze słyszenia, każdemu miłośnikowi marynistyki. Pierwszą część niezwykle barwnego życia, które przypadło na przełom wieku XVIII i XIX, przyszły pisarz poświęcił służbie w brytyjskiej marynarce wojennej, do której wstąpił już w wieku lat 14(!). Odnosząc sukcesy na tym polu zaczął jednocześnie pisać. Początkowo były to teksty publicystyczne związane z jego pracą, jak te wyrażające sprzeciw wobec nieprawidłowości w brytyjskiej marynarce i społeczeństwie. Do dziś docenia się jego zasługi dla marynarki, nie ograniczające się tylko do niezwykłego bohaterstwa, ale i do twórczych osiągnięć, jak wynalezienie łodzi ratunkowych czy opracowanie książki kodów sygnałowych, która była używana na całym świecie. Obecnie znany jest jednak przede wszystkim jako powieściopisarz marynistyczny.

Proza Marryata jest niezwykle ciekawa. Krytycy tradycyjnie jej nie doceniają, w przeciwieństwie do czytelników, którzy nadal, po prawie dwóch wiekach, znajdują w niej upodobanie.

Prawie każda biografia czy notka encyklopedyczna inne dzieła Fredericka Marryata uznaje za najwartościowsze. To pokazuje, jak trudnym orzechem do zgryzienia dla krytyków są jego powieści, jak ich istota wymyka się stetryczałemu profesjonalizmowi teoretyków literatury. Może dlatego, iż ci panowie są świetnie przygotowani do oceny formalnych zalet dzieł literackich, ale z powodu oderwania od życia i rzeczywistości nie mają kompetencji do weryfikacji takich aspektów jak wierność morskim realiom, szczególny klimat świata żaglowców czy, ogólniej rzecz biorąc, realizm. Ilu z nich bowiem widziało na swe oczy nieodwracalną obojętność śmierci czy przejmujące do szpiku kości piękno sztormu miotającego żaglowcem? Może dlatego są w miarę zgodni w wartościowaniu dzieł tworzonych przez ludzi, którzy tematu nie poznali na własnej skórze, a tak często różnią się w ocenach, gdy chodzi o ludzi piszących o tym, na czym się znają?

Peter Simple (po naszemu Piotruś Prostaczek), to opowieść o życiu i przygodach angielskiego chłopca, który jako najmłodszy z rodzeństwa zostaje wysłany na morze, zgodnie z ówczesną brytyjską tradycją, by marynarce oddawać najmłodszego, gdyż nie dziedziczy, lub najgłupszego, gdyż nie rokuje*. Największą zaletą powieści jest oczywiście wierność ówczesnym realiom, nie ograniczająca się tylko i wyłącznie do spraw morskich. Prawdopodobnie to leży u podstaw faktu, iż najlepszymi nazwiskami w marynistyce są często byli ludzie morza. Klimat i romantyzm świata żaglowców jest oddany w prawdziwą maestrią, co zresztą sprawia, iż szczury lądowe, nie potrafiące odróżnić bukszprytu od baksztagu, powinny się w trakcie lektury wspierać odpowiednim słownikiem, najlepiej ilustrowanym, inaczej utracą zbyt wiele. Przygody głównego bohatera, których tradycyjnie nie będę opisywał, są godne sfilmowania w Holywood. Na pewno wymagałoby to rekordowego budżetu, ale efekt byłby niesamowity i z pewnością nie tak infantylny, jak Piraci z Karaibów.

Książka zaludniona jest mnóstwem barwnych postaci. Można mieć nawet wrażenie, na tle ubóstwa person drugoplanowych dzisiejszej literatury, iż są aż nazbyt charakterystyczne, gdyby nie fakt, iż jak twierdzą znawcy, Marryat używał w swej twórczości sylwetek osób napotkanych w trakcie swych rzeczywistych wojaży. Mamy w Peterze Simple wszystko to, co uwielbiają dzisiejszy czytelnicy (i czytelniczki), a także kinomani, czyli knowania podstępnych krewnych, wielkie miłości, niesamowite zwroty intrygi oraz niepowtarzalny, bezcenny humor. Wszystko zaś przesycone jest autentyzmem nie do podrobienia, który może osiągnąć tylko bystry obserwator piszący o swoich czasach i swojej pasji. Dzisiejszy autor nie jest w stanie, choćby nie wiadomo jak się przykładał, oddać w każdym szczególe sposobu myślenia, widzenia i oceniania świata charakterystycznego dla ówczesnego społeczeństwa i w dodatku zależnego od pozycji społecznej każdej postaci.

Z Piotrusiem zapoznałem się po raz pierwszy jako nastolatek, zanim jeszcze sam poznałem smak słonego pyłu pchanego sztormem i niepowtarzalny trzask rozdzieranych szkwałem żagli. Było to wiele, wiele lat temu. Wówczas po prostu bardzo mi się podobał, gdyż podsycał mój pęd ku morzu. Teraz przeczytałem go ponownie i stwierdziłem, że jest w nim ukrytych wiele perełek, których wcześniej nie doceniałem. Do tego potrzeba jednak trochę doświadczenia życiowego, znajomości życia i dystansu do świata. Można więc powiedzieć, iż Peter Simple to powieść dla każdego, od nastolatków poczynając, a na staruszkach kończąc. Warunkiem jest znajomość morskiej terminologii. W razie jej braku musimy zaopatrzyć się w protezę w postaci odpowiedniego leksykonu. Tylko to pozwoli nam oderwać się od rzeczywistości i przenieść się na pokład brytyjskiej fregaty. Jeśli ten warunek spełnimy, każdy znajdzie w Peterze własne wartości i na swój sposób doceni piękno tej rozbudowanej powieści, o czym z pełną odpowiedzialnością Was zapewniam


Wasz Andrew



* Ciekawy przyczynek do rozmyślań o kontraście wobec naszych tradycji, gdzie do walki rzuca się od zawsze kwiat społeczeństwa jak przysłowiowe kamienie na szaniec.

środa, 12 października 2011

Gra Endera



Gra Endera (oryg. Ender's Game) jest pierwszą powieścią science-fiction z cyklu o tytułowym Enderze, której autorem jest Orson Scott Card, amerykański pisarz i wykładowca, i zarazem tą, która przyniosła mu rozgłos i uznanie. Rzecz dzieje się w niezbyt odległej przyszłości, co można wnioskować z globalnego układu politycznego Ziemi z zachowanym w pewnej formie Układem Warszawskim. To chyba największy minus założeń Gry Endera. Aż dziwne, że autor uważał UW jeśli nawet nie za wieczny, to w każdym bądź razie tak trwały, iż nie przewidział jego rozpadu. No ale to chyba jedyna większa rzecz, która mu się nie udała.


Głównym bohaterem, w pełnym tego słowa znaczeniu, Gry Endera jest mój imiennik, Andrew Wiggin, przez siostrę nazywany Enderem (z ang. kończący), skąd taki, a nie inny tytuł. Akcja rozgrywa się w czasie walki Ziemian z przybyszami z kosmosu zwanymi robalami. Poznajemy Endera jako dziecko wyselekcjonowane do kariery wojskowej i wraz z nim udajemy się do Szkoły Bojowej. Co dalej nie zdradzę, gdyż nie potrafię nikomu odebrać tej niesamowitej zabawy, jaką jest poznawanie Gry Endera po raz pierwszy.

Już się zdradziłem, iż z pierwszego spotkania z tą powieścią byłem więcej niż zadowolony. Było to prawdopodobnie jeszcze przed rokiem 1991, w którym po raz pierwszy wydano w Polsce Grę Endera jako książkę, bowiem wcześniej jeszcze była ona publikowana w odcinkach w miesięczniku Fantastyka, gdzie na nią natrafiłem. Kiedy to jednak dokładnie było, tego już nie pamiętam. Teraz przeczytałem ją po raz drugi i muszę przyznać, że moja ocenia się nie zmieniła. To jedna z najlepszych książek sf, jakie czytałem.

Świat przyszłości wykreowany przez Carda nie jest może tak skomplikowany, kompletny i odmienny od naszego, jak choćby kultowa Diuna Herberta, jednak jego twórca jawi nam się jako mistrz zaskakującego zakończenia, prawdziwy wirtuoz tej najważniejszej cechy opowiadania, z którego to gatunku pochodzi pierwotna wersja Gry Endera, później dopiero rozbudowana do formy powieściowej. Język obrazowy, plastyczny i żywy, sprawia, iż wprost przenosimy się w niesamowity świat, w którym przyszło walczyć Andrew Wigginowi i wraz z nim przeżywamy jego niesamowite przygody. Rozrywka jest najwyższej klasy i grozi totalnym oderwaniem od rzeczywistości.

Poza walorami zapewniającymi prześwietną wręcz zabawę, mamy w Grze Endera pięknie skonstruowane postacie bohaterów, przekonujące i spójne charakterologicznie. Mamy skomplikowane interakcje personalne i ciekawe spojrzenie na politykę oraz zależności między wojskiem i wojną, a pieniądzem, władzą i polityką. Sceny batalistyczne są odmalowane z dynamiką i obrazowością najwyższych lotów. Jest też trochę uzasadnionej brutalności, a dla równowagi odpowiednia porcja elementów lirycznych. Mamy też pretekst do rozważań na temat zagrożeń momentu przerabianego z opłakanym skutkiem niejeden raz w historii ludzkości, czyli spotkania dwóch odmiennych cywilizacji. Jednym słowem, jest to amerykański bestseller w najlepszym tego słowa znaczeniu. Powiedziałbym nawet, iż pomysł głównego motywu Gry Endera, który rozszyfrowujemy dopiero pod sam koniec lektury, był objawem geniuszu.

Niestety, samo zakończenie powieści, nie jej głównego wątku, ale przygotowania pod następne części, jest dla mnie naciągane. Dlaczego Ender udał się właśnie na tę planetę, na której czekała na niego niespodzianka? Konia z rzędem temu, kto na to odpowie. To tylko mały minusik, który nie wpływa na ocenę całości, lecz byłoby nieuczciwie o nim nie wspomnieć.

Inna rzecz, która może uciec nieuważnemu czytelnikowi, to smaczki, a raczej niesmaczki, odnoszące się do stereotypów naszej dzisiejszej rzeczywistości. W oficjalnych wypowiedziach przedstawiciele innych narodów wypowiadają się o nas, Polakach, w samych superlatywach. Trudno by było inaczej, gdy ktoś mający się wypowiedzieć o naszej nacji ma pod nos podetknięty mikrofon z napisem TVP. Nie trzeba jednak wyjeżdżać za granicę i wychodzić poza kurorty, by zauważyć, że przeciętne zdanie obcokrajowców na nasz temat jest dalekie od oficjalnego. Kto uważnie czyta powieści, może zauważyć, jaki obraz Polaka naprawdę funkcjonuje w umysłach autorów wszelkich możliwych narodowości. Nie inaczej jest w Grze Endera. Zauważymy tam kilka stereotypów opisujących różne narodowości, jak choćby hiszpańską męską dumę, to wypaczone pojęcie honoru w postaci Bonza, z którym przyjdzie się zmierzyć głównemu bohaterowi. Zwróćmy jednak uwagę na rodziców Endera, na ich wiarę, moralność i postępowanie. Tak właśnie widzi Polaków-katolików autor, który jest przecież człowiekiem wykształconym. Jak widzą nas inni, lepiej nie mówić. Wystarczy posłuchać, co sami mówimy choćby o Rumunach.

To była tylko taka mała dygresja, którą czułem się zmuszony zamieścić, by zwrócić uwagę na pewien rys powtarzający się w wielu, zbyt wielu, znanych pozycjach współczesnej literatury. Rys świadomie, a może podświadomie pomijany w recenzjach i opracowaniach, bo politycznie niepoprawny, a wart przecież zauważenia. Może nawet nie tylko zauważenia, ale i przemyślenia, gdyż pewnie z czegoś taki stan rzeczy wynika. To jednak temat na osobny felieton.

Wracając do naszej ksiąźki, muszę stwierdzić z całym przekonaniem iż, pomimo pewnych niedoskonałości, nie tylko warta jest ona przeczytania i polecenia znajomym, ale nawet wrócenia do niej po pewnym czasie. Większego komplementu w stosunku do powieści sobie nie wyobrażam, więc na tym zakończę


Wasz Andrew


Gra Endera [Orson Scott Card]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Gra Endera [Orson Scott Card]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE

wtorek, 11 października 2011

Cudowni chłopcy



Cudowni chłopcy (oryg. Wonder Boys), których autorem jest Michael Chabon, nie trafili w me ręce jak większość moich lektur, czyli pod wpływem impulsu, intuicji lub przypadku. Tę książkę wybrałem z rozmysłem; absolutnie racjonalnie. Od dłuższego już czasu chciałem bowiem przeczytać napisaną przez Chabona powieść Związek Żydowskich Policjantów. Ponieważ jednak na razie na nią nie natrafiłem, sięgnąłem w bibliotece po Cudownych chłopców. Pisarz ma na koncie Pulitzera, więc miałem nadzieję na coś interesującego, może świeżego albo nawet genialnego. Co z tego wyszło?


Głównym bohaterem powieści, a raczej jej główną postacią, gdyż miernota nie przystaje zbytnio do słowa bohater, jest Grady Tripp, pisarz z dolnej półki, wręcz pisarzyna, a jednocześnie, bo jakżeby inaczej, wykładowca literatury*. Jako mężczyzna też chyba nie jest marzeniem płci przeciwnej, choć wobec beznadziei reszty samców swego środowiska na brak partnerek narzekać nie może. Pijak i ćpun, który wegetuje i niczego nie potrafi zrobić jak trzeba.

Fabuła nie jest zbyt skomplikowana, a jej ramy czasowe w zasadzie obejmują zaledwie jeden weekend, choć po uwzględnieniu licznych retrospekcji i zakończenia rozciągają się na prawie całe życie Graddy’ego. Książka nie wciąga, choć styl jest dobry, może nawet świetny. Po prostu proza Chabona jest perfekcyjnie zgrana ze stanem umysłu Trippa. Umysłu otępiałego od alkoholu, rozstrojonego marychą i brakiem zadowolenia z życia. Niestety wspomniane mistrzostwo warsztatu pisarskiego, ze względu na główną postać i jej środowisko, nie pozwala cieszyć się lekturą. Nie da nam ani relaksu, ani wielkich wzruszeń. Jest wartościowa jak dziesięcioletnia whisky dla niepijącego albo hawańskie cygaro dla astmatyka. Jesteśmy świadomi wartości, ale delektować się trudno.

W Cudownych chłopcach możemy zobaczyć faceta, który potrafi zdobyć kobietę, chyba zresztą raczej z braku realnej konkurencji i desperacji potencjalnej zwierzyny, niż dzięki własnym talentom. Utrzymać jej już przy sobie jednak nie potrafi, nawet jeśli zdobycz chce być utrzymana. Potrafi zacząć pisać książkę, ale nie ma siły jej skończyć. Wszystko co robi, jest nijakie, nieudane, bezpłciowe. Miał lepsze dni, kiedyś, ale to było dawno. Nie ma w nim pasji, zacięcia, determinacji. Zapał to słowo spoza jego słownika. Brak priorytetów i wewnętrznego kompasu. Brak celu, marzeń wartych spełnienia i jakiegokolwiek sensu życia. Nie potrafi kochać ani nienawidzić. W nic nie potrafi włożyć całego serca; wszystko robi na pół gwizdka. No, może za wyjątkiem wódy i ćpania. Natchnienie, ten przedsionek geniuszu i wirtuozerii, jest mu obce w każdej dziedzinie. Nie jest w niczym nawet rzetelnym rzemieślnikiem, na którym można polegać. Nie tylko nie wie, czego chce, ale nawet nie wie, czy chce. Ja takich ludzi unikam jak ognia, gdyż brak w nich radości i zadowolenia z czegokolwiek. Nie potrafią zobaczyć piękna ani zachwycić się zagadkami, które nas otaczają. Nic ich nie ciekawi, nie zaskakuje, nie olśniewa. Nie niosą żadnych pozytywnych odczuć. Nie potrafią niczego z siebie dać, a jeśli już coś dają, to zabierają dwa razy więcej. Unikam takich, wypalonych od urodzenia, i w literaturze, i ,tym bardziej, w życiu.

Nie stronie od ludzi po przejściach, pijących czy przetrąconych w ten lub inny sposób. Nie uciekam od ciemności, nawet takiej jak w Polu krwi Miny ani od parcia beznadziei, nawet tak potężnego jak w Strażnikach bezprawia Bruena. Uciekam jednak od ludzi, którzy beznadzieję niosą w sobie, gdyż nic tak naprawdę ich nie obchodzi, nic do głębi nie dotyka. Nie pragną niczego prawdziwie i niczego nie oczekują, gdyż nawet nie potrafią czegoś pożądać. Jeśli macie naprawdę zbyt dużo wolnego czasu, pozytywnej energii i słońca w sobie, to sięgnijcie po Cudownych chłopców. Lektura będzie ciekawa, styl może zachwycić, jednym słowem - warto. Jeśli jednak nie pasuje Wam specyfika głównej postaci tej powieści i środowiska, w którym się ona obraca, tej atmosfery nieudacznictwa i wyhodowanej we własnym mózgu beznadziei, to jest tyle książek nie mniej wartościowych, a nieporównanie mniej dołujących, że bez żadnej straty możecie sobie Cudownych odpuścić, o czym z przekonaniem Was zapewniam


Wasz Andrew





* Nieczęsto zdarzają się wielcy teoretycy literatury, będący jednocześnie utalentowanymi pedagogami. Jeszcze rzadziej zdarzają się tacy, którzy jednocześnie są geniuszami pióra. Być może jest to nie tylko sprawa talentów, ale i czasu, jaki trzeba poświęcić, by je rozwijać i pogodzić. Oczywiście wyjątki się zdarzają, ale to tylko wyjątki.

poniedziałek, 10 października 2011

MASAKRA Z GIBSONEM



Po raz już kolejny obejrzałem Byliśmy żołnierzami (We Were Soldiers, AKA Wir waren Helden). Nie jest to rzecz nowa, gdyż premiera tego filmu miała miejsce dziewięć lat temu. Nie doczekał się on też uhonorowania nagrodami czy uznania krytyki, ale to mnie nie dziwi. Ilu krytyków było na wojnie, ilu w ogóle było w wojsku?

Byliśmy żołnierzami może nie tchnie jakimś szczególnym artyzmem. I bardzo dobrze. Wojna nie ma w sobie nic pięknego. W bezsensownej śmierci nie ma żadnego artyzmu.

Myślę, że założeniem filmu było pokazanie prawdy o wojnie, jej bezsensie, chaosie, równości wobec śmierci. Tego, że śmierć nie wybiera, że nie odróżnia dobrych od złych, głupich od mądrych ani swoich od tych innych. Tego, że nie da się przed nią ukryć ani zabezpieczyć. To nie Czterej Pancerni, gdzie dobrzy giną tylko sporadycznie, żeby nie było, iż nasi są nieśmiertelni, gdzie trupy w zdecydowanej większości nie mają imion, są anonimowe. To nie bajeczka w której nie ma tego, co może jeszcze niż śmierć bardziej jest przeraźliwe – kalek; pięknych młodych ludzi w ułamku sekundy oszpeconych i przerobionych na potwory.

Film powstał jako wspólna produkcja amerykańsko-niemiecka w reżyserii Randalla Wallace’a. Obraz opowiada o początkowej fazie amerykańskiej przygody w Wietnamie, czyli o bitwie w Dolinie Śmierci (La Drang), gdzie 400 amerykańskich żołnierzy stoczyło pierwszą poważniejszą bitwę z siłami Wietkongu. Oddział USA pod dowództwem podpułkownika Hala Moore’a (Mel Gibson) dostał się w okrążenie i przez trzy doby był zmuszony odpierać ataki przeważających sił przeciwnika. Inną ważną postacią występującą w filmie jest dziennikarz, Joseph Galloway. To właśnie jego książka We were soldiers once....and young, ktorą napisał wspólnie z późniejszym generałem Haroldem Moorem, stała się kanwą filmu.

Gibson gra w filmie wręcz fenomenalnie, podobnie jak Barry Pepper, który wcielił się we wspomnianego korespondenta. Inna popisowa rola to Sam Elliott w roli sierżanta Basila L. Plumely’a, prawdziwego twardziela i weterana. Również inne drugoplanowe role, nie mniej niż gwiazdorstwo odtwórcy głównej roli, są mocnym atutem tego filmu. Zwłaszcza żony czekające w bazie w Stanach na powrót swych mężów, zmagające się ze strachem i rozpaczą, wprowadzają klimat, którego zwykle brak w filmach wojennych. To bardzo odróżnia obraz Randalla Wallace’a od większości filmów tego gatunku, i to odróżnia w najbardziej pozytywnym tego słowa znaczeniu.

Byliśmy żołnierzami to film, który pokazuje, iż w wojnie jedynym powodem do radości może być jej koniec, wiadomość, iż bliska osoba wróciła cało do domu. Film, który pokazuje, że wojna to po prostu krwawa jatka, która nie kończy się wcale wraz z nastaniem pokoju. Ci, którzy przeżyją muszą żyć z pamięcią o tych, którzy zginęli. Tutaj aż ciśnie się na usta porównanie do naszego, forsowanego w mediach stosunku do wojny, do umierania za cudzą kieszeń. Słowa „jak pięknie umrzeć za ojczyznę” mógł napisać tylko ktoś, kto usiłował dodać szlachetności bezsensownej masakrze, w której sam brał udział. Znamienne zresztą, że brał udział nie z karabinem w ręku, a piórem, jako redaktor pisemka zagrzewającego innych, w tym dzieci, do walki i do składania życia w ofierze.

Polski tytuł Byliśmy żołnierzami chyba nie okazał się zbyt chwytliwy. Dlatego postanowiłem przypomnieć o tym filmie. Jest tego wart. Fanom wojennych klimatów dostarczy na pewno mocnych wrażeń, gdyż krew się leje strumieniami, trup ściele gęsto, a sceny batalistyczne oddane są z dynamiką, rozmachem i realizmem. Film polecam jednak też i tym, którzy wojny nie lubią. Mogą przy jego pomocy pokazać innym, że wojna jest ceną, jakiej nie powinno się płacić za nic, tym bardziej, że z reguły płacą ją młodzi. Starzy i bogaci nie giną. Zostają daleko z tyłu, często nawet za granicą albo za mniejszą lub większą wodą.

Tak czy inaczej, film naprawdę godny obejrzenia, ale nie w telewizji. Ponieważ w kinie już się go nie napotka, więc proponuję DVD, by reklamy i polski lektor nie zepsuli tego, o co w filmach wojennych tak trudno – autentyczności i klimatu...


Wasz Andrew

piątek, 7 października 2011

AFGAŃSKA MASAKRA


CZYLI ŻMIJA BEZ ZĘBÓW



Afganistan, można powiedzieć, stał się dla Rosji tym, czym dla Stanów Wietnam. Był zresztą podobnym doświadczeniem dla wielu armii, które były tam przed Rosjanami i mam nadzieję, iż nie stanie się po raz kolejny, bo teraz między innymi nasi chłopcy tam giną.

Dla Rosjan, i dla większości świata, radziecka wojna w Afganistanie to temat politycznie martwy. Nie ma już rządu ani nawet siły politycznej, która ZSRR do tej wojny pchnęła. Nie ma już nawet tego państwa, choć naród rosyjski pozostał ten sam, jakkolwiek nie taki sam. Ze względu na dzisiejsze nasze zaangażowania w Afganistanie i Iraku, paradoksalnie, bardziej dotyka ówczesna wojna radziecka polityki Zachodu niż Wschodu, oby nie jako zlekceważona przestroga. Może z tego powodu temat tego Radzieckiego Wietnamu jest na Zachodzie niezbyt popularny. Może nie chcemy pokazywać tego, co spotkało Rosjan, gdy sami się pchamy w to samo bagno.

Rozpoczynając lekturę nowej, zapowiadanej jako wielki bestseller, powieści Andrzeja Sapkowskiego Żmija wiedziałem, iż będzie ona o radzieckiej inwazji na Afganistan. Znając dotychczasowy profil twórczości tego utalentowanego pisarza fantasy ciekaw byłem efektu tak gwałtownej zmiany profilu, przemiany z wiedźmina w praporszczyka*.

Praporszczyk Paweł Lewart, radziecki sołdat z polskimi korzeniami, wobec Sojuza lojalny w czynach, choć nie do końca w sercu, jedzie do Afganistanu, by walczyć za wolność waszą i naszą. Nie jest takim pierwszym lepszym chłopakiem. Już od wczesnych lat ma widzenia ostrzegające przed nagłymi, groźnymi wydarzeniami; przed śmiercią. Jako dziecko nie krył się z nimi, co zapewniło mu pobyt w psychiatryku. Teraz jednak zachowuje je dla siebie, choć z każdym dniem pobytu w tej pustynnej, dzikiej krainie, odmienne stany umysłu nawiedzają go z coraz większą mocą. Doznaje niegroźnego urazu w krwawej bitwie o zastawę** Newa i wraz z garstką innych, którzy przeżyli,zostaje odesłany na tyły. Nie tyle z powodu stanu zdrowia, co z powodu oddanej przez kogoś serii w plecy jednego z oficerów, który zachęcał żołnierzy do bohaterskiego, ale samobójczego kontrataku na pozycje duchów***. Oddział Lewarta zostaje rozformowany, a on sam, po krótkiej znajomości z majorem Igorem Sawieliewem, Kulawym Majorem od osobistów****, znów trafia na front.

Kolejnym przydziałem Pawła jest grupa zastaw przy strategicznej drodze z Kabulu i Bagramu do Dżalalabademu, gdzie obejmuje dowództwo nad blokpostem***** “Gorynycz”. W pobliżu twierdzy nasz bohater znajduje jar, w którym spotyka tytułową żmiję, którą już wcześniej spotkał w swych niecodziennych stanach świadomości. Jest u niej coraz częstszym gościem i doznaje wizji z dziejów innych wojowników, którzy walczyli i ginęli w Afganistanie. W trakcie jednego z takich odjazdów, równie spowodowanych żmiją i zdolnościami para, co narkotycznym hajem, brodacze atakują polową twierdzę z której nie pozostaje kamień na kamieniu. Lenart jest jednym z nielicznych ocalałych. Co dalej nie będę się rozpisywał, bo i nie ma o czym.

Żmija, jak to u Sapkowskiego, napisana jest obrazowym językiem wzbogaconym o klimatyczne słownictwo z epoki i miejsca. I choć daleko mu do rzeczowego przekazu, choćby w stylu Suworowa, to akcja w głównym nurcie jest szybka i powieść naprawdę byłaby świetna, gdyby nie dwie rzeczy.

Znacie rosyjski film 9 Kompania (9 Rota, oryg. 9 рота )? Jeśli nie, koniecznie go obejrzyjcie. Ten fenomenalny obraz w reżyserii Fiodora Bondarczuka, wg scenariusza, którego autorem jest Yuri Korotkov i z muzyką Dato Evgenidze był wielkim, rekordowym hitem w Rosji. Wielka szkoda, że w Polsce, chyba z niechęci do Rosjan, film ten nie odbił się takim echem, na jakie zasługuje. Ta opowieść, prawdziwie epicka i wstrząsająca, zrealizowana z rozmachem i dynamizmem przypominającym Byliśmy żołnierzami, w dodatku oparta na faktach, mówi nam o sowieckich sołdatach, którzy dostali zadanie utrzymanie wzgórza 3234 w Afganistanie i zadanie to wykonali. Wykonali pomimo powtarzanych wielokrotnie ataków Afgańczyków. Wykonali, choć ocaleli tylko nieliczni. Wykonali, choć w biurokratycznym bałaganie Krasnoj Armii wszyscy o nich zapomnieli. Zadanie wykonali, choć wojna się skończyła, a oni, nie wiedząc o tym, wciąż walczyli. Piękny film o brzydocie wojny, o tym, że nie pomoże bohaterstwo, mądrość ani siła, że przeżyją tylko ci, którym pisane. 9Kompanię śmiało można zaliczyć do światowej czołówki tematu i polecić każdemu. 9 Rota przynosi prawdziwe przeżycie, prawdziwe refleksje i prawdziwe emocje. Każdy kto ją oglądał zapamięta na zawsze.



Tutaj doszliśmy do sedna. Czytając główny nurt Żmii, czyli przygody praporszczyka Pawła Lewarta, ma się nieodparte wrażenie, że się czyta scenariusz batalistycznych fragmentów 9 Roty. Może Sapkowski oglądał ten film i tak mocno go zapamiętał, że podświadomie widzi Afganistan w ten sam sposób? Nie wiem. Natomiast jestem pewien, że czytając przebieg bitwy na zastawie w Żmii mam przed oczami nie to, co tworzy moja wyobraźnia, nie Rambo czy cokolwiek innego, a właśnie 9Kompanię. I nie myślcie, że mam słabą wyobraźnię. Czytając wielokrotnie Trylogię nigdy nie miałem przed oczami dzieł naszej rodzimej kinematografii. Filmy nie dorosły do pióra mistrza Sienkiewicza. Nigdy czytając książkę nie przenosiłem się w świat filmu. Zawsze tworzyłem swój własny. A czytając Żmiję miałem przed oczami film, do tego z Sapkowskim nie mający nic wspólnego. Bardzo przykre uczucie.

Drugą rzeczą, która mi się w tej powieści Sapkowskiego bardzo nie podoba, to ta fantastyka na siłę. Gdyby nie było tego całego tytułowego węża i tych odlotów umysłu głównego bohatera, tych wstawek z innych wojen i perypetii innych żołnierzy, byłaby to solidna, na dobrym poziomie opowieść z Wojny Afgańskiej. Tylko, że wtedy skojarzenia ze wspomnianym filmem byłyby jeszcze silniejsze. A tak nie mamy powieści wojennej tylko sam nie wiem co. Cała rzecz się kupy nie trzyma. Przynajmniej dla mnie. Dlatego wszystkim, a zwłaszcza tym, którzy ją czytali i nie oglądali 9 Roty, zdecydowanie polecam film. Tym, którzy film oglądali, Żmii nie polecam. Unikną poważnego zawodu i zniesmaczenia.


Wasz Andrew





*         praporszczyk– chorąży (stopień wojskowy głównego bohatera Żmii)
**       zastawa –placówka; oddział wojska lub zespół umocnień chroniący dany rejon
***     duchy –żargonowa nazwa mudżahedinów, podobnie jak duszmani, brodacze czy basmacze
****  od osobistów– z personelu otdiełow osobowo naznaczenija czyli wydziałów specjalnych kontrwywiadu i KGB
***** blokpost –umocnienia polowe, umocniony posterunek, fort