środa, 27 lutego 2019

Ten czas już minął, czyli Wszyscy na Zanzibarze Johna Brunnera





John Brunner

Wszyscy na Zanzibarze

tytuł oryginału: Stand on Zanzibar
tłumaczenie: Wojciech Szypuła
seria: Artefakty
wydawnictwo: Mag 2015
liczba stron: 624



Po świetnej i wciąż coraz bardziej aktualnej powieści Ślepe stado z roku 1972 pióra Johna Brunnera, brytyjskiego pisarza science fiction, który żył w latach 1934-1995, przyszedł czas na kolejne jego dzieło, tytuł znany co najmniej ze słyszenia niemal każdemu, kto lubi czytać, czyli Wszyscy na Zanzibarze z 1968.




W lekturę wszedłem z impetem i... Bum! Wyrżnąłem w ścianę. Spodziewałem się klasycznej prozy z jednolitą narracją, jak we wspomnianym Ślepym stadzie chociażby, a tu jakiś galimatias. Autor pokusił się o żonglowanie czterema kanonami. Pierwszy to klasyczna opowieść z akcją umieszczoną w 2010 roku, której protagonistami są, to chyba też znak czasów, w których utwór powstał, black & white – czarnoskóry Norman realizujący futurystyczny projekt inwestycyjny w Beninii, najbardziej zacofanym afrykańskim zadupiu i białas Donald, rządowy agent wysłany z tajną misją to Yatakangu, cudownego miasta nowych technologii. Drugi to newsy z mediów, trzeci zaś to objaśnienia z leksykonu trendyzbrodni Chada S. Mulligana, mający ułatwić czytelnikowi zrozumienie mechanizmów rządzących dziwnym światem Normana i Donalda. Czwarty i ostatni sposób przedstawienia tej rzeczywistości to epizody ukazujące losy postaci drugoplanowych mające ułatwić czytelnikowi wsiąknięcie w świat przedstawiony.


Wspomniana żonglerka stylami narracji, choć w pierwszej chwili wydaje się zbędnym utrudnieniem, to po pewnym czasie, w miarę zagłębiania się lekturę, okazuje się zabiegiem jak najbardziej przemyślanym i uzasadnionym, wzmagającym odczucie chaosu panującego w roku 2010 według Brunnera.

No właśnie – rok 2010. W zamierzeniu przyszłość, ale dla nas odległa przeszłość – ten czas już minął. Datowanie, zwłaszcza w niezbyt odległej przyszłości, to zabieg więcej niż ryzykowny w literaturze fantastyczno-naukowej. Wizja, która wciąż by uszła jako nieokreślona przyszłość, bardzo traci, gdy jest podpisana anno 2010. Pisarz nie trafił ani z modą, ani z polityką czy choćby techniką. Nawet tytuł się zdezaktualizował.

Wszyscy na Zanzibarze - odnosi się to do przewidywań przyrostu ludności świata, które w czasach powstania powieści mówiły, iż w roku 2010 będzie nas około 7 miliardów, czyli tyle, że gdyby wszyscy mieszkańcy Ziemi stanęli obok siebie, zajęliby z grubsza powierzchnię wyspy Zanzibar. I to też minęło. Teraz jest nas tyle, iż część musiałaby stać chyba po szyję w wodzie.

Antycypacja mechanizmów społecznych czy politycznych też kompletnie się autorowi nie udała, tak jak i prognozowanie tematów ekologicznych.

Prawie wszystko w tej powieści jest nietrafione, więc... czemu jest taka świetna?

Przede wszystkim jest to jedna z tych niewielu książek, która naprawdę zmusza do myślenia o tym, dokąd zmierza ten świat, ta nasza cywilizacja i homo sapiens. Chyba bardzo dobrze oddaje też trendy, które faktycznie obserwujemy w coraz większym natężeniu – rosnący szum informacyjny, niestabilność we wszystkich aspektach społecznej rzeczywistości, eskalacja agresji i relatywizmu w jego negatywnym znaczeniu, rozwarstwienia nie tylko w ramach społeczności, ale i między nimi, itd. itp. Czytając analizujemy, co się zgadza, a co nie i snujemy własne rokowania na przyszłość...

Poza tym, w miarę konsumpcji dzieła, nie tylko zaczyna nas ono wciągać niczym typowa powieść akcji, ale coraz bardziej rozsmakowujemy się w jego konstrukcji i formie. Wielkie uznanie dla tłumacza, który ten niezwykle trudny tekst przełożył wręcz po mistrzowsku. Odjazdyna i dymiczacha jako nazwy przyszłościowych dopalaczy to wręcz poezja – z taką inwencją Wojciech Szypuła mógłby zrobić niezłą karierę w marketingu.

Szkoda tylko, że datowanie na ten nieszczęsny rok 2010 i podanie konkretnej liczby ludności rodzi w czytelnikach niezbyt zorientowanych w ekologii, a więc w zdecydowanej większości, z gruntu fałszywe uczucie ulgi – skoro mamy już niedaleko do 8 mld ludzi na planecie, a za wyjątkiem polskich i kilku zagranicznych miast nie musimy chodzić w maskach filtrujących powietrze, to w czym problem? Na razie nie ma się co martwić.

Sęk w tym, że nikt nie wie, kiedy pęknie łuk, który napinamy. Do ostatniej chwili nikt się nie dowie, a potem już będzie za późno. W mniejszej skali już to wielokrotnie przerabiano, że wspomnę choćby Dust Bowl (1931–1938) w USA czy całkowite wyginięcie pszczół w niektórych rejonach Chin. O ile jednak lokalne katastrofy niewiele nas tak naprawdę obchodzą, to po globalnej nie będzie już problemu ekologii.

To jednak tylko taka dygresja. Z pełnym przekonaniem zachęcam do poznania Wszystkich na Zanzibarze. Paradoksalnie, w dosłownym rozumieniu kompletnie nietrafiona wizja przyszłości, okazuje się niezwykle wartościowym i interesującym obrazem. Polecam gorąco


Wasz Andrew

Słowna skala ocen:
  1. beznadziejna
  2. bardzo słaba
  3. słaba
  4. może być
  5. przeciętna
  6. dobra
  7. bardzo dobra
  8. rewelacyjna
  9. wybitna
  10. arcydzieło

2 komentarze:

  1. Tak zaś dawno temu oceniłem ja: https://polter.pl/ksiazki/Wszyscy-na-Zanzibarze-c27987

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, to książka, którą warto poznać. A jak teraz, po kilku latach od lektury, ją wspominasz?

      Usuń

Czytamy wnikliwie każdy komentarz i za wszystkie jesteśmy wdzięczni. Zwłaszcza za te krytyczne. Jeśli chcesz o czymś porozmawiać, zapytać, zwrócić uwagę na błąd, pisz śmiało. Każda wypowiedź, zwłaszcza na temat, jest przez nas mile widziana. Nie odrzucamy komentarzy anonimowych, jeśli tylko nie naruszają prawa. Można zamieszczać linki do swoich blogów i inne, jeśli nie są ewidentnym spamem. KOMENTARZE UKAZUJĄ SIĘ DOPIERO PO ZATWIERDZENIU przez nas :)