Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

sobota, 7 czerwca 2025

Isaac Asimov „Gwiazdy jak pył” - „Greater Foundation Universe” #7 ♥


Konfrontując się w dalszym ciągu z autorami, którzy dostarczyli mi kluczowych literackich wrażeń w czasach młodości, po „Prądach przestrzeni” Asimowa sięgnąłem po kolejną jego powieść. Tym razem, w ramach poznawania w chronologii świata przedstawionego „Greater Foundation Universe”, nadszedł czas na pozycję siódmą, czyli „Gwiazdy jak pył”. Stanowi ona niby pierwszy tom „Galactic Empire” (przed „Prądami przestrzeni”, które w GFU są szóste), ale w takiej właśnie kolejności (czyli kolejności GFU) należy je poznawać.

Mając to szczęście, czyli mając dostęp do audiobooka czytanego przez Mako New, musiałem skorzystać z tej wersji. Podziwiam tego lektora i wydawcę. Niby amator, a wielu, nazbyt wielu zawodowych czytaczy mogłoby się od niego uczyć, podobnie jak wiele wydawnictw. Jego audiobooki są najlepszym komentarzem do poziomu naszego rynku książek audio. Żałosnego, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę, że od produkcji płatnych, i to dość słono, powinnyśmy móc oczekiwać czegoś lepszego od niż od amatora. A jednak - Mako New bije na głowę większość konkurencji: i wydawniczej, i interpretatorskiej.

„Gwiazdy jak pył” to zarazem klasyczny hard science fiction, z całą tą futurystyczną otoczką naukową i techniczną, lecz i zarazem kryminał. Ale nie taki zwykły. Zbrodnia jest polityczna i by rozwiązać zagadkę jej dotyczącą niezbędny jest... polityk.

Owszem, miejscami czuć, że książka miała pierwsze wydanie w 1951, ale o dziwo jest to raczej ogólne wrażenie niż ewidentne zderzenie przewidywań przyszłości z jej faktycznym stanem, który już stał się rzeczywistością. Chyba jedynym jaskrawym przykładem jest „...głos robota z odwijającej się taśmy...”, ale to chyba specyfika stylu mistrza sprawia, że zamiast drażnić, wywołuje uśmiech i rozwesela. Cała reszta jednak...

Jest świetna intryga, bezbłędna konstrukcja fabuły, przemyślnie wykreowane przekonujące postacie, no i zakończenie. Zaskoczenie ukryte nie w tym, kto popełnił zbrodnię, ale... No nie - nie będę Wam psuł tej frajdy, by przeżyć tę niespodziankę.

Niby ta odsłona cyklu stanowi całkowicie samodzielną całość, ale prawdopodobnie wydarzenia w niej przedstawione wywrą jakiś wpływ na przebieg historii w następnych powieściach GFU, dlatego zachęcam do poznawania całej serii w kolejności „Greater Foundation Universe” - unikniecie wrażenia cofania się w czasie w kolejnych książkach. Gorąco polecam


Przy okazji pisania tej notki trafiłem na kolejną mądrość spłodzoną przez AI (screen poniżej). Jeśli uważacie, że sztuczna inteligencja jest mądrzejsza od człowieka...



piątek, 6 czerwca 2025

Isaac Asimov „Prądy przestrzeni” - „Greater Foundation Universe” #6 ♥


Konfrontując się ponownie od czasu do czasu z autorami, którzy dostarczyli mi kluczowych literackich wrażeń w czasach młodości, nie mogłem ominąć i Asimowa. Różnie te powroty po latach wypadają, ale Isaac Asimov, jeden z najpłodniejszych literacko, zarówno w SF, jak i Science With No Fiction, okazał się należeć do tego grona, którego dzieła doceniam chyba nawet bardziej niż przed laty. W ramach poznawania w chronologii świata przedstawionego „Greater Foundation Universe” nadszedł czas na pozycję szóstą, czyli „Prądy przestrzeni”. Stanowi ona niby drugi tom „Galactic Empire”, ale w takiej właśnie kolejności należy je poznawać.

Mając to szczęście, czyli mając dostęp do audiobooka czytanego przez Mako New, musiałem skorzystać z tej wersji. Podziwiam tego lektora i wydawcę. Niby amator, a wielu, nazbyt wielu zawodowych czytaczy mogłoby się od niego uczyć, podobnie jak wiele wydawnictw. Jego audiobooki są najlepszym komentarzem do poziomu naszego rynku książek audio. Żałosnego, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę, że od produkcji płatnych, i to dość słono, powinnyśmy móc oczekiwać czegoś lepszego od niż od amatora. A jednak - Mako New bije na głowę większość konkurencji: i wydawniczej, i interpretatorskiej.

„Prądy przestrzeni” po raz pierwszy światło dzienne ujrzały w 1952 (napisane rok wcześniej), więc autor w posłowiu sumituje się, że zawarte w niej hipotezy dotyczące ewolucji gwiazd w kierunku nowych i supernowych są już nieaktualne. Cóż, postęp nauki to nieustanne odrzucanie kolejnych hipotez, ale te akurat były bardzo urokliwe i nie psują odbioru dzieła; nadają mu piękno antycznego mebla czy czegoś podobnie doskonałego. Zresztą - jak w większości dobrego SF, fikcja jest tylko konwencją do pokazania czegoś wcale nie fikcyjnego i, jak się okazuje, w „Prądach przestrzeni” wiele ważnych aspektów pozostało jak najbardziej, a może jeszcze bardziej, aktualnych.

Wątki społeczne, nierówności ekonomiczne i każdego innego rodzaju oraz priorytety ludzi uwładzy. Temat, który może zadecydować o przyszłości homo sapiens, gdyż te nierówności bezustannie rosną i mogą wpływać na wszystkie inne aspekty ludzkiego działania, podobnie jak rosnące wciąż bogactwa i władza najbogatszych, które muszą wpływać na ich perspektywę i priorytety. Temat, który powinien być rozważany, choćby z tego powodu, iż najbogatsi mają już i środki, i władzę, większą niż wiele państw ...A może nawet którekolwiek z państw. A prawdziwych zamiarów tych, którzy naprawdę trzymają sznurki, nikt nie zna.

No i poza tym mamy w tym dziele mocne aspekty typowo rozrywkowe: świetną kryminalno-szpiegowską intrygę, sprawy damsko-męskie, świetnie prowadzoną narrację, piękny, klarowny język, wartką akcję... Mimo upływu czasu i postępu nauki, pozycja wciągająca i polecam ją gorąco. To nie tylko klasyka, ale po prostu ponadczasowa uczta literacka.

P. S. Ukraina wciąż walczy nie tylko o swoją wolność, a my, choćby w pewnym stopniu, możemy pomóc jej obrońcom i obrończyniom, w tym także naszym chłopakom na wojnie. Każde wsparcie i każda wpłata się liczy! Można wspierać na różne sposoby, ale trzeba coś robić. Tutaj zrzutka na naszych medyków pola walki działających na froncie pomagam.pl/dfa8df

czwartek, 5 czerwca 2025

Jeffrey Archer „Ukryte na widoku” - William Warwick po raz drugi ♥


No i stało się - „Ukryte na widoku”, drugi tom opowieści o brytjskim policjancie Williamie Warwicku pióra Jeffreya Archera, już za mną. Wybrałem wersję audio z głosem Jakuba Kamieńskiego i choć to mniej znany lektor, sprawił się bardzo dobrze. Podziwiam równą formę, jaką prezentuje proza tego pisarza, co przy różnorodności gatunkowej, od której Sir Archer nie stroni, świadczy o prawdziwym mistrzostwie, jeśli nie geniuszu.

Fabuły nie będę zdradzał, ale podkreślę, że jej rozwój (jest to kontynuacja wielu wątków z pierwszej książki z serii) jest bardzo realistyczny. W końcu mamy czarny charakter, którego w realnym świecie nieczęsto zdarza się nawet nie złapać, a choćby ujawnić - bogaty, inteligentny, bez skrupułów. No właśnie - gorąco namawiam do poznawania cyklu po kolei, gdyż jak przed chwilą wspomniałem, wiele znaczących wątków nie kończy się na jednej powieści, lecz przechodzi na kolejne lub wynika z poprzednich, już zakończonych. Inna sprawa, że są to zdecydowanie powieści, a nie odcinki czy tomy nlogii. Każda konstrukcyjnie stanowi pewną całość.

Ponieważ zdecydowanie zachęcam do poznawania dziejów Warwicka w kolejności chronologii świata przedstawionego (wobec czego zaczynamy od „Nic bez ryzyka”, więc nie ma co więcej rozwodzić się nad drugą powieścią cyklu - jest tak samo świetna, jak pierwsza. Ach ten Archer...


P. S. Ukraina wciąż walczy nie tylko o swoją wolność, a my, choćby w pewnym stopniu, możemy pomóc jej obrońcom i obrończyniom, w tym także naszym chłopakom na wojnie. Każde wsparcie i każda wpłata się liczy! Można wspierać na różne sposoby, ale trzeba coś robić. Tutaj zrzutka na naszych medyków pola walki działających na froncie pomagam.pl/dfa8df

środa, 4 czerwca 2025

Andrzej Chwalba i Wojciech Harpula „Polska-Rosja. Historia obsesji, obsesja historii” ♥♥


Powiedziałbym, że historia jest nie tylko edukująca, ale bardziej zaskakująca i fascynująca niż fikcja. Oczywiście, jeśli jest opowiedziana przynajmniej w miarę poprawnie. Kiedy więc znajomy pochwalił dzieło Andrzeja Chwalby (profesora Uniwersytetu Jagiellońskiego, historyka i eseisty) oraz Wojciecha Harpuli (dziennikarza i publicysty) „Polska-Rosja. Historia obsesji, obsesja historii” wiedziałem, że muszę się nim zainteresować. Wybrałem wersję audio z głosami Grzegorza Borowskiego i Wojciecha Stagenalskiego.

Tytuł mówi wiele i nie będę tutaj streszczać treści, ale podsumowując w krótkich słowach można stwierdzić, że to dociekliwa analiza, na tyle obszerna, na ile to możliwe w jednym kompaktowym opracowaniu, elementów splatających dzieje Polski i Rosji oraz przyczyny powstania wciąż aktualnych i potężnych resentymentów między tymi dwoma krajami i narodami.

Dzieło ma formę rozmowy, wywiadu, i słucha się tego prześwietnie. Co prawda bardziej podobał mi się zrealizowany w podobnej konwencji wspaniały cykl „Tajna Historia Polski” zrealizowany przez Olgę Braniecką pod flagą Programu 1 Polskiego Radia, gdyż mniej było w nim gdybania, lecz i tak rozmowę „Polska-Rosja. Historia obsesji, obsesja historii” zaliczam do dzieł must read dla każdego, kto chce poznać istotę „rosyjskiej duszy”, zarówno w wymiarze indywidualnym, jak państwowym i narodowym.

Nawet dla odbiorcy interesującego się historią, Rosją i polityką, ta pozycja na pewno będzie cenną lekturą, a dla tych, którzy źródła „wiedzy” ograniczyli do podręczników szkolnych, lub do wykładów nauczycieli, którzy tak samo odwalali propagandę PRL, jak teraz odwalają obecną linie programową, będzie wręcz szokująca. Jakkolwiek autorzy używają eufemizmów na pewne fakty i wobec pewnych postaci historycznych, jednak nie zmienia to mojej wysokiej oceny. Na przykład Stanisław August, moim zdaniem, był agentem, zresztą nie tylko Rosji. Udowadnianie, że nim nie był, przypomina mi kuriozalną sytuację polskiej rzeczywiści – państwa, w którym nie ma ani jednego złodzieja. Przykładowo ktoś kto ukradł samochód, póki nie został skazany, nie może być nazywany złodziejem i wygra każdy proces przeciwko osobie, która go tak publicznie nazwała. Przed skazaniem jest bowiem kolejno podejrzewanym, potem podejrzanym lub obwinionym, a na koniec oskarżonym. Po wyroku zaś jest skazanym, a po odbyciu wyroku osobą po odbyciu kary pozbawienia wolności. Nigdy (sic!) nie można go bezkarnie nazwać złodziejem! Explicite – w Polce nie ma ani jednego złodzieja! Zulu Gula. Podobnie jest zresztą w sprawie jednego z naszych byłych prezydentów, który niby nie był nigdy agentem, ale który przegrywa procesy z osobami, które go tak publicznie nazywają. Zresztą nie chodzi nawet o to, czy ktoś był agentem jako takim. Rosja, i nie tylko, od wieków stosuje agentów wpływu sterujących „pożytecznymi idiotami” i jeśli jakaś postać historyczna zachowuje się jak taki idiota lub agent, to nie wiem, która wersja historii jest gorsza – ta, w której jest agentem, czy ta, w której jest idiotą.

Jak wspomniałem, nie zgadzam się z pewnymi tezami Chwalby (Harpula w zasadzie podrzuca tematy), ale to nie znaczy, że nie oceniam wysoko jego wiedzy i opracowania, o którym mowa. Jak mówi jeden z moich ulubionych cytatów – „Jest tyle historii, ilu jest ludzi”. W sumie i o tym też opowiada „Polska-Rosja. Historia obsesji, obsesja historii”. Jeśli się tego nie zrozumie, nigdy nie wyciągnie się wniosków z przeszłości. Chodzi o to, byśmy zrozumieli różne perspektywy, zrozumieli związki między wydarzeniami i mechanizmy historii. A to właśnie jedna z książek, które to umożliwiają.

P. S. Ukraina wciąż walczy nie tylko o swoją wolność, a my, choćby w pewnym stopniu, możemy pomóc jej obrońcom i obrończyniom, w tym także naszym chłopakom na wojnie. Każde wsparcie i każda wpłata się liczy! Można wspierać na różne sposoby, ale trzeba coś robić. Tutaj zrzutka na naszych medyków pola walki działających na froncie pomagam.pl/dfa8df

środa, 28 maja 2025

Artur Klinau „Mińsk, Przewodnik po Mieście Słońca” - DNF 👎


Lekturą maja 2025 roku Dyskusyjnego Klubu Książki w Rawie Mazowieckiej była książka Artura Klinau, białoruskiego pisarza, architekta, malarza, performera i scenarzysty filmowego, zatytułowana „Mińsk, Przewodnik po Mieście Słońca”. Sądząc po tytule, miałem nadzieję na literaturę faktu, a ta, w przeciwieństwie do innych gatunków, znacznie częściej przynosiła nam dobre niż złe doznania czytelnicze. Niestety omyliłem się.

Książka okazała się esejem o wyraźnym rysie autobiograficznym. W założeniach, jak czytamy w blurbie, jest „poetycką wizją odrealnionego świata idei”, a według samego autora „ma być to pierwszy krok do zbudowania mitologii Mińska”. To ostatnie brzmi dla mnie mocno narcystycznie i grafomańsko, co niestety potwierdziła treść „dzieła”.

Przyznam się, że dobrnąłem do 14 strony i dalej nie dałem rady. Na 8-ej już zauważyłem, ze autor odlatuje, gdyż „betonowa piramida” akapit dalej staje się „kamienną piramidą”. Potem było tylko coraz gorzej. Na stronach zaś od 12-ej do 14-ej trafiłem na taki stek bzdur, że aż mi się w głowie nie mieściło, że coś podobnego można wydać drukiem. Te pseudofilozoficzne majaczenia na temat prawosławia, wolności w Rosji w por ównaniu do reszty świata, itd. rozłożyły mnie na łopatki. Może są strawne dla kogoś, kto trenuje szybkie czytanie i wyłapuje tylko hasłowe informacje, bez sprzeczności między nimi, nie zastanawiając się przy tym nad tym, czy ma to cokolwiek wspólnego z rzeczywistością. Może też dla kogoś, kto nie interesuje się historią, socjologią i w ogóle nie ma o niczym pojęcia, wobec czego może przyjąć wszystko i nic nie będzie w nim krzyczało – Co za bzdury!

Głosowanie w klubie pokazało, że „dzieło” obstawiło dolną połowę skali ocen, które się przedstawiają następująco:

♦ nie podobała się - 5 (w tym DNF - 3)
♦ OK - 2
♦ podobała się - 2
♦ bardzo się podobała - 0
♦ była rewelacyjna - 0

Jest tyle książek genialnych, o dobrych nie wspominając, że życia nie starczy by je poznać. Szkoda czasu na to „dzieło”.


P. S. Ukraina wciąż walczy nie tylko o swoją wolność, a my, choćby w pewnym stopniu, możemy pomóc jej obrońcom i obrończyniom, w tym także naszym chłopakom na wojnie. Każde wsparcie i każda wpłata się liczy! Można wspierać na różne sposoby, ale trzeba coś robić. Tutaj zrzutka na naszych medyków pola walki działających na froncie pomagam.pl/dfa8df


wtorek, 27 maja 2025

Alex Michaelides „Pacjentka” - finta w fincie ♥


Alex Michaelides, Cypryjczyk zamieszkały po studiach w Londynie, był pisarzem kompletnie mi obcym, dopóki nie sięgnąłem po jego debiutancką powieść „Pacjentka” (jak zwykle „brawa” dla twórców tytułów naszych polskich wydań – w oryginale „The Silent Patient”). Dzieło poznałem w audiobooku z głosami Ewy Abart i Marcina Popczyńskiego.


Powiedzieć, że „Pacjentka” okazała się udanym debiutem, to nie powiedzieć nic. To dojrzałe, dopracowane dzieło o oryginalnej fabule opartej na nowatorskiej intrydze kryminalnej osadzonej w świetnych związkach międzyludzkich i głębokim wejrzeniu psychologicznym. Niepowtarzalny klimat przywodzący na myśl najlepszych mistrzów Mystery Thriller & Suspenses sprawia, że choć momentami niby niewiele się dzieje, a zbrodnia widoczna od początku jest jednocześnie jak coś, co jest nieledwie wspomnieniem, nagłówkiem z gazet, to opowieść wciąga, z każdym rozdziałem coraz bardziej zaciekawia, i tak do samego końca.

Interesującym i trudnym zabiegiem, który dodatkowo uatrakcyjnia powieść, jest narrator zmiennoosobowy. Michaelides, choć powieściowy debiutant, nie tylko na nim nie poległ, ale wykorzystał po mistrzowsku jego zalety. Niestety nie podołali mu lektorzy. O lektorce nawet nie ma co mówić. To jedna z tych, która gdy za zaczyna aktorzyć, a aktorzy w dialogach co chwilę, wchodzi w wysokie tony i piskliwe zawodzenie, które może by uszło w międzywojennym tragicznym romansie. W dodatku w tej samej manierze odgrywa głosy męskie, które nie wiem dlaczego w końcówce tu i ówdzie jej przypadły. Słuchanie tego jest po prostu żenujące. Sorry, mamy XXI wiek, a nie międzywojnie! Popczyński też się chyba od niej zaraził, bo również, zamiast po prostu czytać, momentami aktorzy, przez co chyba się gubi. Nie tylko pada mu dykcja, ale nawet nie może się zdecydować, jak wymawiać imię głównej bohaterki – z polska, czy po cudzoziemsku.
Mimo tych wad, obciążających wydanie audio, powieść, jak wspomniałem we wstępie, jest rewelacyjna, z czego domniemywam, że wersja do czytania daje jeszcze więcej wspaniałych czytelniczych wrażeń. Jeśli tylko będę miał możliwość, poszukam następnych powieści firmowanych nazwiskiem Alex Michaelides. Warto to nazwisko zapamiętać.

No i na koniec kilka słów o zakończeniu. Finis coronat opus. A tutaj końcówka jest majstersztykiem rozgrywki autora z czytelnikiem. Jak to mawiano w „Diunie” – finta w fincie. Jeszcze raz zachęcam do sięgnięcia po tę powieść.

P. S. Ukraina wciąż walczy nie tylko o swoją wolność, a my, choćby w pewnym stopniu, możemy pomóc jej obrońcom i obrończyniom, w tym także naszym chłopakom na wojnie. Każde wsparcie i każda wpłata się liczy! Można wspierać na różne sposoby, ale trzeba coś robić. Tutaj zrzutka na naszych medyków pola walki działających na froncie pomagam.pl/dfa8df



niedziela, 25 maja 2025

Camilla Läckberg i Henrikiem Fexeusem „Mentalista” - początek nowej serii


Camilla Läckberg jest dla mnie prawdziwą gwiazdą kryminału, choć specyficznego, bo raz, że szwedzkiego, a dwa, że społecznego. Powiedziałbym nawet, że jest jeśli nie współtwórczynią, to na pewno popularyzatorką tego ostatniego kanonu. Jej saga „Fjällbacka wprost mnie urzekła i stworzyłem dla określenia jej specyfiki termin „kryminał rodzinny”. Nie, nie dlatego, że bohaterowie powieści mordują się w ramach rodziny, ale że ukazuje w równowadze życie rodzinne protagonistów i ich życie zawodowe, czyli rozwiązywanie zagadek kryminalnych. Przeciwstawia się więc coraz powszechniejszemu trendowi do kreowania postaci śledczego w kontynuacji koncepcji popularnej już od czasów A.C. Doyla, a wychodzącej z przeświadczenia, że genialny (zaciekły, lub w inny sposób wybitny) bohater musi być w taki czy inny sposób upośledzony. Läckberg postawiła na tezę, wbrew powszechnemu stereotypowi, że przy odpowiednim wysiłku możliwe jest zachowanie normalnego życia rodzinnego i w miarę zdrowiej psychiki nawet jeśli się jest wybitnym detektywem. Nie każdy to lubi, ale mi się podoba. Niestety poznałem już wszystkie dotąd wydane powieści „Sagi o Fjällbace” i musiałem poszukać czegoś nowego.

Moim wyborem okazał się „Mentalista” otwierający nową serią powieściową „Mina Dabiri & Vincent Walder”. Tym razem nie jest to samodzielna praca Camilli, lecz duet autorski z Henrikiem Fexeusem, popularnym szwedzkim mentalistą. Wybrałem wydanie w formie audio, któremu głosu użyczył Jacek Rozenek (na podstawie wersji drukiem w tłumaczeniu Ingi Sawickiej).

Fabuły nie będę zdradzał. Powiem tylko, że jest zdecydowanie bardziej „amerykańska” niż dotąd u Läckberg. Oryginalna, logiczna, interesująca, lecz wolałem jednak jej poprzednie, samodzielne pomysły. Samej konstrukcji, stylowi, tempie, napięciu nie można nic zarzucić, ale…

Choć postacie wykreowano plastycznie i poprowadzono przekonująco, to aż narzucało mi się pytanie: - Czy inteligentny człowiek musi być popaprańcem? Jestem już zmęczony tymi upośledzonymi geniuszami – lekarze, detektywi, naukowcy… Jakaś chora moda - za dużo tego…

A co z ciekawostek? Szwedzkie realia zawsze są dla mnie bardzo interesujące. Tym razem zwróciłem uwagę na ich specyfikę na uczelniach – wszystkie wykłady są w sieci, więc student może siedzieć w domu zaoszczędzając na kosztach dojazdu

Niestety, pomimo ciekawostek wplecionych w narrację, w tle znalazła się bardzo szkodliwa scena, która brzmi długo, jest zarazem kulminacyjną, więc pozostaje w świadomości i podświadomości. To duży minus dzieła, a chodzi konkretnie o bardzo dalekie od rzeczywistości opisy śmierci przez utopienie. Brzmią jakby to była jedna z fajniejszych opcji, gdy tymczasem jest jedną z najgorszych. Właśnie dlatego waterboarding jest jedną z najbardziej skutecznych tortur. Przy okazji wiadomość, której w książce nie znajdziecie, a która może uratować komuś życie – nawet po dobie od epizodu przytopienia można zaliczyć zgon (wtórne utonięcie lub suche utonięcie), dlatego warto przebadać i obserwować delikwenta po podtopieniu lub podobnej przygodzie. Tego nie widać nie tylko w „Mentaliście”, ale w ogóle w literaturze ani w filmach, a warto o tym wiedzieć w razie czego.

W audiobooku słuchać sporo błędów, choć trudno orzec czy to sprawka lektora, czy niechlujstwa wydawcy. Inna sprawa, że błędy lektora też powinny zostać wyeliminowane, więc w sumie to zawsze wina wydawcy. Pomijając zaś błędy, to i tak Marcin Perchuć, który czytał wszystkie odcinki „Sagi o Fjällbace”, był zdecydowanie lepszy niż Rozenek.

Mimo wszystko wysłuchałem „Mentalisty” z dość dużym zadowoleniem i pewnie sięgnę po następną odsłonę przygód Miny i Vincenta. I mam nadzieję, że autorka znów wróci do formy z „Sagi o Fjällbace”, choć niekoniecznie w starym kanonie. Nowy również jest interesujący.

No i na koniec cytat z powieści jak znalazł na wybory:

„Definicja szaleństwa brzmi tak, że powtarzamy dokładnie to samo co wcześniej, wierząc, że teraz rezultat będzie inny niż poprzednim razem.”


P. S. Ukraina wciąż walczy nie tylko o swoją wolność, a my, choćby w pewnym stopniu, możemy pomóc jej obrońcom i obrończyniom, w tym także naszym chłopakom na wojnie. Każde wsparcie i każda wpłata się liczy! Można wspierać na różne sposoby, ale trzeba coś robić. Tutaj zrzutka na naszych medyków pola walki działających na froncie pomagam.pl/dfa8df

środa, 21 maja 2025

Lee Child „W tajnej służbie” - gratka dla miłośników sensacji ♥


Przygody emerytowanego majora żandarmerii USA, o których opowiada cykl powieściowy „Jack Reacher” pióra Lee Childa, współczesnego amerykańskiego pisarza o brytyjskich korzeniach, od początku i permanentnie są dla mnie czystą, odstresowującą i dopracowaną do końca rozrywką, więc z oczekiwaniem, iż znów będzie świetnie, sięgnąłem po szóstą pozycję serii, czyli „W tajnej służbie”. Wybrałem wydanie w wersji audio z głosem Janusza Zadury.


Tym razem nasz protagonista, dotąd włóczący się bez celu po Stanach i omijający wszelkie sformalizowane zajęcia, daje się namówić na wykonanie zlecenia na rzecz służb, a konkretnie… na sprawdzenie, czy dałby radę dokonać udanego zamachu na wiceprezydenta USA. Co z tego wyniknie - oczywiście nie zdradzę.

Można powiedzieć, że literatura sensacyjna, kryminał i pokrewne gatunki to literatura klasy B, ale się z tym nie zgadzam. Tak jak komiks jest osobnym gatunkiem, w którym są i knoty, i arcydzieła, tak jest i w każdym innym kanonie sztuki, literatury również. I „Reacher” Childa po raz kolejny ukazał się doskonałym, absolutnie bez zarzutu, dziełem wybitnym w swej konkurencji. Powieść dopracowana od początku do końca, tłumaczenie (Paulina Braiter) bez zarzutu – uczta czytelnicza dla miłośników gatunku. No i lektor, Janusz Zadura, sprawił się na piąteczkę z plusem. Gorąco polecam

P. S. Ukraina wciąż walczy nie tylko o swoją wolność, a my, choćby w pewnym stopniu, możemy pomóc jej obrońcom i obrończyniom, w tym także naszym chłopakom na wojnie. Każde wsparcie i każda wpłata się liczy! Można wspierać na różne sposoby, ale trzeba coś robić. Tutaj zrzutka na naszych medyków pola walki działających na froncie pomagam.pl/dfa8df