czyli o poziomie niektórych autorytetów
W związku z recenzją powieści Konrada T. Lewandowskiego Orzeł bielszy niż gołębica wywiązała się dyskusja na temat tego, czy powieść może być szkodliwa i o autorytetach, bowiem jedynym jak na razie argumentem za tym „dziełem” jest to, iż w jego promocję włączyło się wiele „autorytetów”.
W tym wypadku książka to nie tylko powieść, ale i przedmowa K. Dudka oraz posłowie dr Pawła Korzeniowskiego. Jakże ja tęsknie za radziecką modą, która tak mnie kiedyś śmieszyła, zgodnie z którą podawano przed nazwiskiem, jeśli już ktoś chciał się z tytułami afiszować, pełny tytuł naukowy (ze wszystkimi zdobytymi tytułami od najniższego do najwyższego) i stopień wojskowy, o ile taki posiadano. Wiadomo było od razu, czy dana osoba to teoretyk, czy praktyk, akademik czy frontowiec, humanista czy inżynier. A tak nie wiadomo, czy to doktor teologii, czy też ma doktorat z matematyki. Niby jeśli nazwisko niezbyt popularne można sobie wygooglować, ale ilu to robi? Doktor to doktor, profesor, to profesor, a od czego, to już nie jest ważne.
Pan dr Korzeniowski między innymi twierdzi w swym tekście, całkiem na poważnie, choć póki się nie przeczyta, to trudno uwierzyć, że kiedyś
(str.398) Były to wojny kolorowe, malownicze, pełne swoistego uroku i nostalgii, gdzie honor i odwaga liczyły się bardziej niż technika.







