wtorek, 5 marca 2013

Żazdrość

Okładka książki Żaluzja 

Żaluzja

Alain Robbe-Grillet


Tytuł oryginału: La Jalousie
Tłumaczenie: Maria Zenowicz
Wydawnictwo: Czytelnik
Liczba stron: 155







Powieść Żaluzja autorstwa Alaina Robbe-Gilleta to w opinii wielu ekspertów programowy utwór nurtu literackiego określanego mianem nouveau roman (nowa powieść, zwana też antypowieścią lub powieścią fenomenologiczną). Noveau roman miała być odpowiedzią na wyczerpanie się, przynajmniej w opinii twórców tego awangardowego kierunku (za których uważa się Claude’a Simona, Roberta Pingeta oraz Alaina Robbe-Grilleta), możliwości powstawania wartościowych dzieł spod znaku klasycznej formy prozy. Powieści tradycyjnej oberwało się za wszechobecnego oraz wszechwiedzącego narratora, który był równocześnie demiurgiem – świat przedstawiony był wyłącznie jego dziełem i nie mógł w żadnym wypadku wyjść poza ściśle ustalone przez tegoż narratora ramy. Niemile widziane były także wszelkie formy psychologizmu – egzystencjalizm, na czele z Kafką, Dostojewskim czy Kierkegaardem powinien odejść precz. Zamiast człowiekiem, jego problemami, pojmowanymi z punktu widzenia jednostki, literatura winna skupiać swoje wiązki na kwestiach możliwości poznawczych powieści – istotne były zatem metody odwzorowania rzeczywistości oraz wpływ narzędzi literackich, stosowanych przez pisarzy na formowanie się tej rzeczywistości. Takie postawienie sprawy wiązało się z wprowadzeniem autotematyzmu, czyli sytuacji, kiedy literackie dzieło zawiera rozważania na swój temat. A żeby było jeszcze bardziej awangardowo, refleksje te nie mogły być zbyt bezpośrednie i widoczne. Autotematyzm musiał być więc zawoalowany, pozostawał jednak kluczem do zrozumienia całego utworu.

Co jeszcze kryło się pod hasłem nouveau roman? Co jeszcze miało trafić na literacki stos, wysłane na niego przez antypowieściową inkwizycję? Najprościej rzecz ujmując, można rzec, że wszystko zostało wywrócone do góry nogami. W opinii Robbe-Grilleta ludzie w utworach literackich mieli takie same prawa jak przedmioty – tzn. stanowili oni jedynie elementy świata percepcji. Ponadto rezygnowano z chronologicznego porządku fabuły, postacie pozbawione zostały cech charakterystycznych (często byli bezimienni). Zaburzony zostawał ciąg przyczynowo-skutkowy – brakowało logicznej kolejności zdarzeń. Narracja prowadzona była chaotycznie, a świat przedstawiony bazował na subiektywizmie narratora – ukazywany był tak, jak aktualnie widział go, najczęściej bezosobowy, podmiot, który rejestrował wszystko niemal wyłącznie za pomocą wzroku. W Żaluzji, fabuła jest bezlitośnie poszatkowana, czas zdaje się nie odgrywać żadnej roli, wydarzenia często odtwarzane są wielokrotnie, tylko z różnych ujęć. Lektura powieści przypomina bardziej odczyt ułożonych w przypadkowej sekwencji obrazów, zarejestrowanych przez czujne oko kamery.

Skąd jednak tak agresywne podejście do klasycznej formy prozy? Sporo do powiedzenia w tej kwestii miał Gérard Genette, który opis w powieściach realistycznych określał mianem ancilla narrationis, czyli „służebnicy narracji”. Wynikało to z faktu, że w tego typu dziełach, z góry określony jest pewien cel, sens, który to opis ma właśnie przedstawiać. Opis jest zatem wyłącznie tworem wtórnym, podrzędnym, podporządkowanym pewnej idei, której służy. Brzmi to może dość absurdalnie (bo w końcu opis z samej nazwy stosowany jest do opisywania czegoś), ale zwolennicy nowej powieści dążyli do wyzwolenia opisu z literackich oków i postulowali o jego samodzielny byt. Stąd też pomysł budowania narracji wyłącznie w oparciu o zmysł wzroku – poprzez ten zabieg, poznawanej przez czytelnika rzeczywistości zostaje amputowana wszelka głębia – usuwa się z niej pierwiastki transcendentne, psychologiczne, etc. W ten sposób opis staje się bytem samym w sobie i zostaje wyzwolony z pęt narracji. Brzmi pięknie, ale co z tego wyszło?

Fabuła Żaluzji jest bardzo skromna, by nie rzec uboga, sprowadzona została do absolutnego minimum. W książce dzieje się naprawdę niewiele, a patrząc na nią z punktu widzenia współczesnego czytelnika, oczekującego gnającej na złamanie karku akcji, soczystych dialogów, pełnych ikry i dobrego dowcipu, bohaterów pretendujących do miana idoli, czy autorytetów i tego wszystkiego, z czym kojarzona jest obecnie dobra książka, można wręcz powiedzieć, że w powieści nie dzieje się absolutnie nic! Cóż więc skrywa się na tych kilkudziesięciu stronach powieści?

Daleka kolonia. Bliżej nie nazwana, nieokreślona, ale prawdopodobnie francuska. Plantacja bananów. Dom. Bohaterka A... oraz Frank, właściciel sąsiedniej plantacji. Kolacje, na których regularnym gościem jest Frank. Plany A... i Franka dotyczące wspólnej wyprawy do miasta. Dyskusja na temat książki, którą Frank pożyczył A... . Akcja powieści rozgrywa się w kolonialnej Afryce. Stonoga (jadowita, niejadowita?) pojawiająca się na ścianie, zabita przez Franka. Regularne rozmowy na temat awaryjności ciężarówki Franka. Problemy żony Franka z nieznośnym upałem. Wymiana pali, wchodzących w skład mostu, prowadzona przez czarnych robotników.

Tak mniej więcej przedstawia się fabuła Żaluzji, którą zdradzam z czystym sumieniem, bowiem nie odgrywa ona żadnej znaczącej, czy nadrzędnej roli. Jest tylko kolejnym elementem, wchodzącym w skład całej powieści, nie pełni ona przy tym żadnej funkcji dominującej. Co interesujące, wydarzenia są często powtarzane, oglądane wielokrotnie, ale z różnych perspektyw. W tekście brak także jakichkolwiek zaznaczeń, że dana scena jest odtwarzana, co szczególnie na początku lektury, sprawia czytelnikowi nie lada kłopot, wymuszając na nim czujność oraz koncentrację. Wydaje się, że niektóre wydarzenia są jedynie wytworem wyobraźni tajemniczego narratora, czy też podmiotu rejestrującego, ale oczywiście jest to niemożliwe do stwierdzenia ze stuprocentową pewnością.

Pogarda dla fabuły w moim mniemaniu zaznacza się najlepiej w drobiazgowych opisach scenerii, która w danej chwili jest widoczna – z ogromną pieczołowitością odtwarzana jest gra światła oraz światłocień (Teraz cień filaru, filaru, który podpiera południowo-zachodni narożnik dachu, rozdziela na dwie równe części narożnik tarasu), struktura domu (Ów taras to szeroka, kryta galeria, otaczająca dom z trzech stron. Ponieważ szerokość tarasu w części środkowej jest taka sama jak w jego bocznych skrzydłach, linia cienia rzucanego przez filar sięga dokładnie do narożnika domu, lecz tu się urywa, gdyż słońce stoi jeszcze zbyt wysoko na niebie i oświetla tylko kamienne płyty), czy układ drzewek bananowych (Jeden z rzędów, ukośny, zaczyna się na prawo przy mostku z pali i sięga lewego skraju ogrodu. Licząc wzdłuż składa się z trzydziestu sześciu drzew. Sadzenie drzew w szachownicę sprawia, że widać je tak, jak gdyby biegły w trzech różnych kierunkach: prostopadle do wybranego za podstawę szeregu, ale również wzdłuż dwóch innych prostych, także do siebie prostopadłych i krzyżujących się z dwoma poprzednimi pod kątem 45 stopni. A więc te dwa szeregi są, każdy z osobna, równoległe i prostopadłe do osi doliny i dolnego skraju ogrodu). Precyzyjnie odmalowane są ruchy oraz gesty bohaterów (A... sama poszła po napoje, wodę mineralną i koniak. Stawia na stoliku tacę z dwiema butelkami i trzema dużymi szklankami. Po odtworzeniu butelki koniaku, odwraca się i patrząc na Franka, napełnia jednocześnie jego szklankę. Ale Frank, zamiast śledzić podnoszący się poziom alkoholu, kieruje wzrok nieco wyżej, patrząc w twarz A...), ale same słowa zdają się już znaczyć niewiele, albo zgoła nic. Nie przywiązuje się do nich większej wagi, traktowane są z taką samą atencją jak szum dobiegający z podwórka, wygwizdywana melodia, czy odgłosy dzikich zwierząt.

Okazuje się, że zabieg fotograficznego przedstawienia tła wydarzeń, na pozór obiektywny opis wszystkiego, co w danej chwili stanowi scenerię, pogrąża w zupełnym chaosie fabułę powieści. Całość zaczyna jawić się jako obraz, których został przybliżony w tak dużym stopniu, że przestajemy już dostrzegać podmiot obrazu. Zamiast niego wyłania się faktura dzieła, która z oglądanej perspektywy jest jednak wyłącznie bezładną plątaniną plam, kolorów oraz kresek. Zatem zbyt szczegółowe odtwarzanie rzeczywistości prowadzi do jej zaciemnienia – wielość możliwych interpretacji danej sceny jest tak przytłaczająca, że jakakolwiek nadanie znaczenia i sensu stają się zadaniami ponad miarę czytelnika. Można zatem śmiało rzec, że zostaliśmy oszukani przez język opisu, który winien ułatwiać nam literacką percepcję. Tymczasem uniemożliwia on jakąkolwiek deskrypcję zapisanych w ten sposób wydarzeń.

A jeśli już przy języku jesteśmy i powoli dobijamy do brzegu tajemniczej wyspy o nazwie semantyka, to godny uwagi jest sam tytuł powieści. Żaluzja, a w oryginale La Jalousie, w języku francuskim oznacza zarówno żaluzję jak i zazdrość. Oba słowa zdają się idealnie pasować do tego dzieła. Wydarzenia często obserwowano są niejako z ukrycia, zza żaluzji, która staje się atrybutem podglądacza, kurtyną, zza której nasz obiekt śledzi poczynania A... oraz Franka. Sposób prowadzenia narracji, pozornie bezstronny oraz wyprany z wszelkich emocji, mimo wszystko zdaje się sugerować, że pomiędzy rzeczonymi A... oraz Frankiem istnieje pewna nić porozumienia, uczucie, rodzaj erotycznej gry, trudne do wychwycenia seksualne napięcie, które powinno znaleźć gdzieś ujście, tj. osiągnąć moment kulminacyjny. Nic takiego jednak nie następuje, przez co możemy czuć się oszukani przez siłę sugestii tajemniczego narratora (psychopatycznego zazdrośnika, wmawiającego sobie rzekomy romans żony z sąsiadem?) – jest to przy tym znakomity przykład postulowanego subiektywizmu.

Krótko reasumując, przyznaję, że lektura Żaluzji okazała się bardzo zajmująca oraz piekielnie interesująca. Mimo, że książka pozbawiona jest niemal wszystkich cech, które powinny decydować o atrakcyjności powieści, posiada swoisty, nieodparty urok. Sprawia wrażenie pewnego rodzaju intelektualnego wyzwania, gry, na którą wyzywa nas Robbe-Grillet. Żaluzja posiada liczne literackie smaczki, intrygująca jest sama historia jej powstania oraz idee, która ma w założeniu nieść. Jako ciekawostkę można dodać, że Żaluzja została napisana w 1957 roku w okresie wzmożonych ruchów dekolonizacyjnych, które właśnie na przełomie lat 50. i 60. XX wieku najbardziej przybierały na sile. Być może (prawdopodobne) umiejscowienie akcji w któreś z francuskiej kolonii to także głos w dyskusji, jaka przebiegała wtedy przez Europę?

P.S. Rzecz niezwykła, rzecz niebywała, ale powyższy tekst został zwycięzcą w konkursie na recenzję tygodnia za okres 13 - 19 maja na portalu Lubimy Czytać. Serdecznie dziękuję za to ogromne wyróżnienie.

Lubimy Czytać

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Czytamy wnikliwie każdy komentarz i za wszystkie jesteśmy wdzięczni. Zwłaszcza za te krytyczne. Jeśli chcesz o czymś porozmawiać, zapytać, zwrócić uwagę na błąd, pisz śmiało. Każda wypowiedź, zwłaszcza na temat, jest przez nas mile widziana. Nie odrzucamy komentarzy anonimowych, jeśli tylko nie naruszają prawa. Można zamieszczać linki do swoich blogów i inne, jeśli nie są ewidentnym spamem. KOMENTARZE UKAZUJĄ SIĘ DOPIERO PO ZATWIERDZENIU przez nas :)