wtorek, 27 września 2016

O szkodliwym patriotyzmie czyli



Orzeł bielszy niż gołębica

Konrad T. Lewandowski
Seria: Zwrotnice Czasu
Wydawnictwo: Narodowe Centrum Kultury 2013
liczba stron: 424



Lekturą września 2016 w naszym, czyli rawskim DKK* była powieść Konrada T.** Lewandowskiego Orzeł bielszy niż gołębica reklamowana jako utrzymana w klimatach steampunkowych opowieść o alternatywnych losach powstania styczniowego. Już sam tytuł wzbudził we mnie obawy, zalatując z daleka graniem na tanim i infantylnym patriotyzmie oraz ukłonami w stronę obecnych układów politycznych. Podejrzenia te wzmogła niezwykle kosztowna jak na realia naszego rynku forma wydania – twarde okładki, obrazki, wkładka z ilustracjami. Takie rzeczy w obecnych czasach można spotkać głównie w lansowanych, czyli gwarantujących duże zyski, produkcjach typu Gra o tron, albo właśnie w wydaniach z zamówienia polityczno-klerykalnego. Naprawdę wielka literatura, zarówno rodzima jak i światowa, jest wydawana z reguły w dużo skromniejszej formie.




Pełen obaw rozpocząłem lekturę i... okazało się, że to po prostu tragedia. Powieść to w dwóch słowach „co by było gdyby”, czyli wariacja na temat powstania styczniowego, w której Polacy dostają do dyspozycji kołowe czołgi i inne wynalazki. Założenie jak każde inne, ale to infantylne wykonanie... Przykład pierwszy z brzegu? - Nawet dziś długoterminowe prognozy pogody to oględnie mówiąc wróżenie z fusów, a powieściowi powstańcy uzależniają losy powstania, cały pomysł na powstanie nawet, od... prognozy pogody na kilka miesięcy naprzód! Czy autor naprawdę żyje w naszym świecie, czy może w Matrixie?

Może gdybym moją wiedzę o wojnie, wojsku, a broni pancernej i jej historii w szczególności, czerpał z Czterech pancernych, to nie trafiał by mnie szlag przy tej lekturze, ale jak czytałem o danych taktyczno-technicznych pojazdów wymyślonych przez Lewandowskiego, to... takie litościwe niedomówienie. Nawet dziecko by nie stworzyło takich bzdur! Jeżdżące fortece o masie mastodontów, z sześcioma wieżami, pancerzem i uzbrojeniem godnym pancerników, osiągające prędkości niedostępne do późnego międzywojnia i zarazem napędzane silniczkami o mocy od 400 do 700KM! Gdyby autor chociaż litościwie pominął milczeniem te dane liczbowe! Ale nie, musiał się popisać! Mało tego. Pojazdy wydumane przez autora opracowano bez prototypów, bez testów poligonowych, od razu z deski kreślarskiej do boju, w dodatku bez poważniejszych awarii. Ewenement wszech czasów! Nie wspomnę już o założeniach taktycznych użycia nowego sprzętu, szkoleniu załóg, szkoleniu taktycznym czy operacyjnym. A może autor nawet nie wie, że takie „drobiazgi” mogą nową broń, nawet doskonałą, uczynić kompletnie bezużyteczną? W 1939 na przykładzie kb Ur*** przetrenowaliśmy coś podobnego, choć była to konstrukcja identyczna w użyciu ze zwykłym karabinem, więc czy autor nie zastanowił się nad wymaganiami, jakie niesie wprowadzenie czegoś tak innowacyjnego, jak wymyślone przez niego „twardochody”?

Wywody autora, włożone w usta jednego z wykształconych bohaterów, na temat sił działających na lądowy pojazd pancerny w ruchu i ich porównanie z problemami poruszania się okrętów to już po prostu beka, zwłaszcza jeśli się weźmie pod uwagę, że Lewandowski, poza wykształceniem humanistycznym (doktor filozofii) ma również wykształcenie inżynierskie (chemik). Ten aspekt nie przynosi chluby szkole, w której pobierał wiedzę z przedmiotów ścisłych.

Bardziej „literackie” elementy powieści również nie stoją na najwyższym poziomie. Fabuła prosta i przewidywalna, prawie jednowątkowa, postacie schematyczne i płytkie. Wątki romantyczno-patriotyczne zgrane od obrzydzenia... On ją kocha, ona ginie za ojczyznę, najlepiej będąc w ciąży, a on ma dzięki temu motywację do walki. Masakra.!

A szkoda, wielka szkoda...


Dlaczego? - zapytacie. Ano dlatego, że kilka rzeczy w książce jest niezwykle wartościowych. Ukazanie, że sukces lub klęska nie tylko powstania, ale każdej wojny, to wypadkowa wielu aspektów, nie tylko wojskowych, ale również między innymi, a może przede wszystkim, gospodarczych i politycznych. Prawda, która wydaje się jakże obca wielu naszym decydentom. Podobnie jak to, że nawet cudowna broń, wiedza z przyszłości czy inne podobne bonusy niczego tak naprawdę nie zmienią, gdyż pozostali uczestnicy gry zwanej polityką i wojną dostosują swe postępowanie stosownie do nowych okoliczności, a mając atuty, które pozwoliły im kiedyś wygrać, najprawdopodobniej znajdą taki sposób ich wykorzystania, by wygrać ponownie. Podobnie warte pochwały jest poruszenie wątku zdrajców i prowokatorów rosyjskich ulokowanych w polskich elitach władzy, konsekwentnie dotąd pomijany zarówno w oficjalnej historii, jak i literaturze pięknej. Wielka więc szkoda, że te, i kilka innych rzeczy, znalazły się w jednym worku z kompletnymi bzdurami, gdyż te ostatnie odbierają tym pozytywnym wartościom wszelką wiarygodność.

Niektórzy z nas, klubowiczów, próbowali odebrać tę powieść w konwencji pastiszu, ironii lub absurdu, ale kompletnie nie jest to możliwe wobec jak najbardziej serio napisanego wstępu i posłowia tchnącego propagandowym zadęciem lepiej nawet niż w najgorętszym okresie komuny. O dziwo tym razem wszyscy klubowicze byli zgodni, iż książka jest niewypałem, a niektórzy, w tym ja, uważają, iż jest szkodliwa, gdyż w naszym narodzie, który mało czyta i zamiast uczyć się historii, kultywuje swoje wyobrażenia o niej, może tylko jeszcze bardziej namieszać. Taka lektura dla zakompleksionych i nieoczytanych, a w dodatku słabo znający historię i niedociekliwi mogą elementy fikcji uznać za fakty historyczne, co już może prowadzić do bardziej dalekosiężnych następstw.

Skąd więc tak pochlebne opinie w interniecie? Pamiętacie moją recenzję Republiki piratów Colina? Była to książka tak beznadziejna, że wycofałem się z publikowania oficjalnych recenzji dla Lubimy Czytać, gdyż nie rozumiem jak uczciwy człowiek może polecać innym podobnego knota. Przygotowany tekst opublikowałem jako prywatny, również na LC, i co? I tak znalazł się chętny do napisania pozytywnej recenzji oficjalnej, choć już mógł czytać mój tekst i poznać zarzuty wobec „dzieła”, że nie wspomnę o podparciu się wiedzą na temat spraw, o których książka traktuje. Po prostu nie odniósł się do nich w żaden sposób. W przypadku Orła parcie na wypromowanie tej książki widać nie tylko we wspomnianej jakości wydania, ale również we wstępie i posłowiu. Wstępniak pióra Krzysztofa Dudka, Dyrektora Narodowego Centrum Kultury, od razu wydaje się dziwny, bo od kiedy to szef wydawnictwa pisze przedmowę i zarazem ocenia własny produkt. Z posłowiem autorstwa Pawła Korzeniowskiego jest jeszcze gorzej. Tak egzaltowanego i mętnego stylu dawno nie miałem okazji posmakować. A już te mądrości na temat „wojny kolorowej, honorowej, rycerskiej”... masakra! Podobnie jak wywody o wpływie iglicówki na zmniejszenie roli szabli w sztuce wojennej. Tak jakby długi łuk nie odegrał wiekopomnej roli w wojnie stuletniej, że o innych wynalazkach i wojnach nie wspomnę.

Na koniec ciekawostka. Na końcu dzieła zamieszczono notki biograficzne głównych personae dramatis. Wśród nich oczywiście Traugutta. O dziwo jednak nie ma w niej ani słowa o jego niedoszłej świętości. A przecież swego czasu był taki pęd, by go wyświęcić, że wydawał się równie pewnym kandydatem, jak później JPII. W kościele parafialnym w Sadkowicach na ścianach świątyni dyktator powstania jest przedstawiony wraz z kilkoma innymi wybranymi spośród „dziesięciu tysięcy rycerzy męczenników” (kościół jest pod takim wezwaniem), a więc był w pewnym momencie uznawany za jednego z najważniejszych z tego dziesięciotysięcznego grona. A teraz o tym ani słowa... Kto się interesuje historią i polityką, w tym polityką i historią produkcji świętych oraz błogosławionych, ten wie, dlaczego tak się stało, a pozostałym polecam samodzielne rozwikłanie tej zagadki, gdyż prawdziwa historia jest wystarczająco fascynująca i zagmatwana, by się nią zająć, zamiast tworzyć jej alternatywne wersje, zwłaszcza jeśli mają przybrać taki kształt, jak Orzeł i gołębica. Oj, przypomina mi się powiedzenie doktora Strosmajera ze Szpitalu na peryferiach (Nemocnice na kraji města)


Wasz Andrew

Zapraszam też do lektury krótkiej analizy jednego z cytatów z Orła bielszego niż gołębica, do której sprowokowała mnie dyskusja poniżej.


* Dyskusyjny Klub Książki

** Tomasza

*** Karabin przeciwpancerny wzór 35 (kb ppanc wz. 35), znany także jako Ur (kb Ur) (używana jest również nazwa 7,9 mm rusznica przeciwpancerna UR) – polski karabin przeciwpancerny, skonstruowany w połowie lat trzydziestych i produkowany od 1938 roku w Fabryce Karabinów w Warszawie. (za Wiki)

Orzeł bielszy niż gołębica [Konrad T. Lewandowski]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE


22 komentarze:

  1. Mam słabość do historii alternatywnych i to sporą, ale to brzmi przerażająco wręcz. Ciężko się czyta bzdury w temacie, na którym się zna.

    Czekam też z ciekawością, czy zjawi się tu sam Pan Autor...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja już chyba będę się bał za nie brać (za te historie alternatywne). Najpierw Asymetria Piotra Gibowskiego, a teraz to... No, ale Asymeria była jeszcze gorsza.

      Usuń
  2. Rzadko sięgam po historie alternatywne, ale akurat seria "Zwrotnie czasu" wydawała mi się dosyć ciekawa. Podoba mi się przede wszystkim staranność wydania - szkoda, że pod pięknym opakowaniem trafił się taki niewypał. Ciekawe jak prezentują się pozostałe pozycje z serii.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. też jestem ciekaw, ale nie aż tak, by się zaraz zabrać za następną pozycję z tej oferty :)

      Usuń
  3. A ja odniosłam wrażenie, że recenzja napisana jest tak, by sprowokować autora, bo przecież nie powinno się pisać, że autor „nie przynosi chluby szkole, w której pobierał wiedzę z przedmiotów ścisłych” i „nawet dziecko by nie stworzyło takich bzdur”. A stwierdzenie, że powieść jest szkodliwa, bo jakiś nieznający historii czytelnik może opisywane wydarzenia uznać za fakty historyczne, mnie rozśmieszyło. Przecież to nie pisarza wina, że Polacy nie znają historii. I co takiego strasznego by się stało, gdyby niedouczony czytelnik wziął wymysły z książki za prawdę? W jaki sposób by mu to zaszkodziło? Na czym polegałyby te „dalekosiężne następstwa”?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pierwsze stwierdzenie ma podkreślić, że takie wpadki byłyby wpadkami dla pisarza z wykształceniem humanistycznym, wszak braki mógł w dobie internetu uzupełnić bez trudu, ale dla kogoś z wykształceniem politechnicznym to już coś więcej.
      Drugie ma podkreślić poziom nonsensu.
      Co do pytania o to, w jaki sposób książka może być szkodliwa, to chyba jest ono retoryczne.

      Usuń
    2. A Ty masz wykształcenie inżynieryjne i wiesz, że to na pewno wpadki?

      Usuń
    3. A wykształcenie ma tu coś do rzeczy?
      A wpadki te są na poziomie szkoły średniej, no, może o profilu mat.-fiz. Inna sprawa, że 9 na 10 inżynierów, których znam, nie potrafiłoby rozrysować sił działających na okręt czy czołg w ruchu, o wytłumaczeniu dlaczego można pływać pod wiatr nie wspominając. Ale od tego są źródła, i jak ktoś wie, że czegoś nie wie, to sobie może doczytać. Gorzej, jak tego nie wie :)

      Usuń
    4. Nie czytałam, ale zgadzam się z Twoimi zarzutami. Bo już abstrahując od wykształcenia, czyż pisząc o czymkolwiek nie należy sięgnąć do źródeł i literatury związanej z tematem, w którym nie jesteśmy biegli?
      Jestem teraz w fazie zachwytu Twardochem i on, choć nie musiał sięgał porad specjalistów pisząc Morfinę m.in., czytał gazety z czasów wojny, literaturę jej poświęconą, by tylko zwiększyć wiarygodność. I to jest obraz pisarza. Jak już piszesz, o czymś, co było, nawet alternatywnie, to wysil się. A tutaj autor wychodzi po prostu na lenia.

      Usuń
    5. @Andrew. Tak, wykształcenie ma dużo do rzeczy. Naprawdę uważasz, że po pięciu minutach czytania internetowych artukułów będziesz mądrzejszy od kogoś, kto przez wiele lat studiował daną dziedzinę wiedzy? :D

      Nie podobał Ci się tytuł i forma wydania („Już sam tytuł wzbudził we mnie obawy”, „Podejrzenia te wzmogła niezwykle kosztowna jak na realia naszego rynku forma wydania”) i zanim zacząłeś czytać książkę, już byłeś nastawiony do niej negatywnie. Zarzut, że jest ona szkodliwa, brzmi, łagodnie mówiąc, lekko dziwnie.

      Co do wywodów na temat sił działających na pojazd w ruchu. Nie wiem, jak one brzmiały, ale poglądów bohatera nie powinno się utożsamiać z poglądami autora. Jeśli bohater mówi głupoty, nie znaczy to, że autor jest durny i przynosi wstyd szkole, w której pobierał nauki. Po drugie, akcja powieści działa się w czasach powstania styczniowego, cóż więc dziwnego, że bohater nie miał takiej wiedzy, jaką mają dzisiejsi inżynierowie?

      Usuń
    6. Po pięciu minutach na pewno nie, ale pamiętam taki teleturniej Wielka gra (skasowany, bo chyba za wysoki poziom na dzisiejszą państwową TV), w którym niejednokrotnie amatorzy pokazywali większa wiedzę niż specjaliści. I nie byli to specjaliści z łapanki. Wykształcenie w Polsce? Nie rozśmieszaj mnie! Widziałaś chociaż jedno ogłoszenie o pracę, gdzie ważna jest lokata ze studiów? Magister po komisach i powtarzaniu roku jest równy temu, który miał średnią 5,0 ze wszystkich egzaminów przez wszystkie lata (znam osobiście, ma medal od ministra i to jedyne, co ma z tego sukcesu). Ba, ten cienki jest nawet lepszy, bo jest pewne, że nie zadziera nosa. Znam tez doktora prawa, którego cztery razy wylewali, bo nie mógł zaliczyć logiki na pierwszym roku. Nagkle zmądrzał, czy raczej się prześlizgnął? Chciałabyś takiego adwokata, by Cię reprezentował? Wiesz dlaczego dyplom zawodowy zobaczysz na ścianie u szewca, ale nie u lekarza? U lekarza wiszą nieraz dziesiątki dyplomów, ale ze szkoleń, kursów i sympozjów (za uczestnicwo), a nie ten z magisterki. Dlaczego? Zastanawiałaś się kiedyś? A poszłabyś do lekarza, który miał dostateczny? Nie wspomnę o profesorach. Zawsze przypomina mi się wypowiedź nestora polskiej kryminalistyki, że w Polsce nikt nie bije w trakcie przesłuchań, że takie rzeczy to tylko w Ameryce Południowej albo innych podobnych miejscach. Z powyższych i innych powodów pozwolę sobie swego wykształcenia formalnego jak i innych źródeł mej wiedzy, lub jej braku, nie ujawniać ;) Oczywiście, masz prawo do złudzeń, że w tytuł w Polsce koresponduje z wiedzą i inteligencją. Możesz wierzyć, ze w razie sporu magistra z doktorem, doktora z profesorem, czytelnika z autorem, rację ma ten drugi, ale ja mam prawo mieć odmienne zdanie ;) Dla mnie po to są komentarze, by móc porozmawiać, spierać się na argumenty, a nie licytować kto jaką szkołę kończył.

      Krótką próbkę wywodów widać w cytacie poniżej. Na pewno w czasach, w których została umiejscowiona fabuła, nikt o rzetelnej wiedzy w ten sposób by się nie wypowiedział.

      A szkodliwość tej książki? Popatrz poniżej. Zdarzało mi się już tak zjechać powieść, że mi sądem grożono, ale takich argumentów nigdy jeszcze nie było. „Mam rację, bo ty chłopaczku jesteś idiotą”. Rozumowanie nie do obalenia ;) Ta książka przyciąga ludzi o tym właśnie poziomie, którzy podobnych argumentów używają. Nigdy dotąd nic takiego mi się nie przydarzyło. Ale to najmniej ważny z objawów jej szkodliwości. Myślę, że znajdzie ona podatny grunt w zacietrzewieniu, zaślepieniu, megalomanii i innych podobnych cechach jakże u nas żywych tendencjach, podobnie jak Smoleńsk i inne podobne, wiecznie żywe tematy.

      Usuń
  4. No więc pisarz z wykształceniem wyższym technicznym wszystko sobie zawczasu rozplanował i policzył. A twardochody projektował jeszcze drugi inżynier architekt po PW (Jarosław Musiał, więc się chłopczyku schowaj ze swoimi infantylnymi pretensjami. Są ludzi zbyt głupi by im dawać książki do ręki, jesteś jednym z nich, weź mopa!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To lubię! Książka, podobnie jak recenzja i komentarz, mówią często więcej o autorze, niż o tym, o czym traktują. A propos - skąd wiesz, że jestem chłopcem? Może dziewczynką?

      Usuń
    2. str. 92 "Na morzu masę najpotężniejszego kadłuba brało na siebie prawo Archimedesa, a energia maszyn parowych służyła przede wszystkim nadaniu ruchu postępowego. Na lądzie natomiast lwia część mocy pędni musiała zostać zużyta na pokonanie siły tarcia." Jeśli się Pan pod tym podpisuje, to współczuję...

      Usuń
    3. Szkoda, że nie można zwalić na tłumacza, prawda? ;)

      Usuń
  5. Z idiotą mam gadać? Serio?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mogłem zablokować ten komentarz PRZED opublikowaniem, albo go usunąć, ale jego poziom świetnie chyba koresponduje z poziomem tej książki, więc pisz dalej :)

      Usuń
  6. Biedna ta komisja profesorów historii, którzy w NCK opiniowali "Orła..." do druku i pisali posłowia! Po tej recenzji Chłoptysia Który Zjadł Wszystkie Rozumy, muszą teraz biedacy podać się do dymisji i zakończyć swoje kariery naukowe...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To zjawisko znane od wieków. Polecam baśń „Nowe szaty króla” Andersena. Każdy się może pomylić, ale prawdziwą głupotą jest bronić ewidentnych błędów zamiast się do nich przyznać.
      Czy profesorowie mogą w drodze swych opinii przegłosować, że 2+2=5? Pewnie tak, ale mnie to nie rusza. Nie muszę być profesorem, żeby wiedzieć, że wynik prawidłowy to cztery. A jeśli jakiś profesor takie błędy pomija w ocenie, to sam sobie ocenę wystawia. Ja się w mojej recenzji nie czepiam szczegółów historycznych na poziomie rozprawy naukowej, tylko ewidentnych błędów na poziomie podstawowym. Dzisiaj rozebrałem na czynniki pierwsze w osobnym poście konkretny cytat. Może tam Pan Anonim się powoła na jakieś autorytety w konkretnej sprawie, a nie w ogólnej? To wiedza ze szkoły średniej, więc chyba nie będzie problemów?
      I sam nie wiem co gorsze. Niewiedza, czy zakłamanie. Nie wiem, czy ci recenzenci błędów nie widzieli, czy nie chcieli. Jeśli już jesteśmy przy historii, to polecam lekturę recenzji wydawanych u nas swego czasu dzieł propagujących wizję historii wg PZPR. Czy przypadkiem tam też profesorowie nie pisali pochwalnych peanów? Kim są dzisiejsi profesorowie historii? Kim byli za komuny? Czy na pewno wtedy głosili taką samą historię jak teraz? Czy pisali prace magisterskie i doktorskie o Katyniu, czy może o chwalebnych tradycjach LWP? Czy na pewno są autorytetem jako całość, jako grupa, bez podzielenia na tych godnych szacunku i tych, którzy niekoniecznie na to miano zasługują?
      Ja o Katyniu dowiedziałem się w podstawówce za komuny od „zwykłego” polonisty, który nie bał się mówić o tym przed całą klasą i jakoś na Sybir nie trafił. A w tym czasie jakoś żaden historyk nie chciał z nami na te tematy rozmawiać, ani na lekcjach, ani po nich. Ten polonista był dla mnie autorytetem, a oni niestety nie i odtąd zawsze patrzę podejrzliwie na dzisiejszych profesorów historii, którzy za komuny robili magisterki, doktoraty i habilitacje. Inna sprawa, że prawie każdy profesor historii jest uzależniony od państwa i dopóki chce dalej robić karierę raczej nie wystąpi przeciw mainstreamowi. Normalna rzecz w każdym ustroju i kto nie zdaje sobie z tego sprawy, temu współczuję ograniczenia i zazdroszczę optymizmu, jakim pachnie taka wizja świata.

      Może czas skończyć już tę dyskusję? Pan Anonim wierzy w autorytety niezależnie od tego co mówią i nawet wskazanie konkretnych błędów go nie przekona, bo „autorytety” mówią, że całość jest świetna. A ja uważam, że jeśli uczeń w szkole średniej za coś dostaje jedynkę, to nie można tego puszczać płazem autorowi książki.

      Zwracam też szanownemu Panu uwagę na to, że ja nie staram się go obrazić, nie mówię, że zjadł wszystkie rozumy ani nie wyzywam od idiotów. Ponieważ znużyła mnie już ta rozmowa na poziomie paskownicy (albo TV, bo to na jedno wychodzi), od tej chwili w tym wątku wszystkie podobne komentarze będą kasowane. Nie chce mi się już po prostu powtarzać tych samych odpowiedzi na te same zarzuty.

      Usuń
    2. Dodam jeszcze na koniec, bo mi to jakoś uciekło, że piszesz niejako od rzeczy. Autorytet profesorów historii miałby pewnie znaczenie, gdybym zarzucał autorowi merytoryczne błędy historyczne. Jakie jednak kompetencje mają ci panowie do oceniania fikcji literackiej i do pisania recenzji utworów literackich? Może i mają, może wygrali jakieś ogólnopolskie konkursy na najlepszą recenzję, ale tytuł profesora historii nie ma w tej sprawie nic do rzeczy, więc powoływanie się na to jest niejako bez sensu. To tak jakby w opozycji do recenzji w obrazu batalistycznego, w którym krytyk nie podnosił błędów w materii historii, powoływać się na to, że profesor historii ma inne zdanie, a ponieważ jest profesorem (nieważne czego), to na pewno jest mądrzejszy niż jakiś tam krytyk sztuki. Oczywiście, możesz mieć taki światopogląd, ale ja tego nie kupuję.

      Ja popieram drogę, którą prezentowała Wielka gra. Każdy mógł się spierać z autorytetem i często się okazywało, że odwołanie amatora było słuszne i rację miał on, a nie profesor. Tylko że tam sprawdzano argumenty, a nie tytuły naukowe. Może dlatego właśnie ten teleturniej nie przetrwał...

      No i najważniejsze - po co tu piszesz? Chyba nie po to, żeby mnie przekonać do zmiany zdania, bo jakoś nie wierzę, by ktoś mógł liczyć na to, że kogoś przekona mówiąc do niego Chłoptysiu albo idioto. No ale pewnie w tych Waszych kręgach taka kultura rozmowy ;)

      Usuń
  7. Dobra, cwaniaczku, sprawdzam! Zobaczymy czy znasz fizykę tak dobrze, jak ci się wydaje. Co jest złego w tym cytacie? - "Na morzu masę najpotężniejszego kadłuba brało na siebie prawo Archimedesa, a energia maszyn parowych służyła przede wszystkim nadaniu ruchu postępowego. Na lądzie natomiast lwia część mocy pędni musiała zostać zużyta na pokonanie siły tarcia."
    Przewodas

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pozwoliłem sobie przewidzieć to pytanie i odpowiedź na nie jest w poście z 30-09-2016 http://klub-aa.blogspot.com/2016/09/o-zaczarowanych-tytuach-i-zwodniczej.html. Polecam też lekturę podręczników na poziomie szkoły średniej, tam wszystko ładnie jest wytłumaczone.

      Usuń

Czytamy wnikliwie każdy komentarz i za wszystkie jesteśmy wdzięczni. Zwłaszcza za te krytyczne. Jeśli chcesz o czymś porozmawiać, zapytać, zwrócić uwagę na błąd, pisz śmiało. Każda wypowiedź, zwłaszcza na temat, jest przez nas mile widziana. Nie odrzucamy komentarzy anonimowych, jeśli tylko nie naruszają prawa. Można zamieszczać linki do swoich blogów i inne, jeśli nie są ewidentnym spamem. KOMENTARZE UKAZUJĄ SIĘ DOPIERO PO ZATWIERDZENIU przez nas :)