George R. R. Martin
Uczta dla wron, część 1: Cienie śmierci
tytuł oryginału: A Feast for Crows. Shadows of Death
tłumaczenie: Michał Jakuszewski
seria/cykl wydawniczy: Pieśń Lodu i Ognia* (ang. A Song of Ice and Fire) powieść 4 część 1
wydawnictwo: Zysk i S-ka 2012
liczba stron: 512
Doszczętnie już zniesmaczony i znerwicowany naszą bieżącą rzeczywistością, z przyjemnością powróciłem do twórczości pióra George’a R. R. Martina, wielokrotnie nagradzanego amerykańskiego pisarza specjalizującego się w science fiction. Przyszedł czas na Cienie śmierci, pierwszą z dwóch części czwartej już odsłony cyklu powieściowego Pieśń Lodu i Ognia noszącej tytuł Uczta dla wron.
Nie jest łatwo pisać o wrażeniach z lektury dzieła, którego niepodważalnym atutem jest rozciągnięta na wiele tomów fabuła o niezliczonej ilości wzajemnie ze sobą powiązanych wątków, których znaczenie dynamicznie się zmienia w sposób absolutnie dla czytelnika nieprzewidywalny. Każde słowo dotyczące konstrukcji intrygi może być tym zdradzającym już zbyt wiele. Powiem więc tylko, iż w stworzonym przez Martina świecie w średniowiecznych klimatach, którego centralnym elementem jest kontynent Westeros, wciąż trwa walka o tron. Nie byle jaki tron, ale Tron Żelazny. Jeden, by władać pomniejszymi tronami Siedmiu Królestw składających się na cywilizowaną część kontynentu oddzieloną od reszty świata Murem na północy i morzem z pozostałych stron. Choć mamy już za sobą trzy powieści pełne walk, knowań i zdrad, wciąż nie ma możliwości, by czytelnik odgadł, kto będzie zwycięzcą w tych zmaganiach. I Cienie śmierci też nie przybliżą nas do rozwiązania kluczowej zagadki, choć kolejni pretendenci do korony odpadną z rywalizacji, w ten lub inny sposób zasilając grono aniołków i diabełków.
Autor trzyma poziom i wciąż wprowadza do gry nowe postacie, równie oryginalnie i przekonująco wykreowane, co dotąd. Wszystko, za co polubiłem ten cykl, znajdziemy i w Cieniach śmierci – przekonująca warstwa psychologiczna i socjologiczna, urzekający wizerunek mechanizmów walki o władzę, świetna atmosfera klimatów rodem z rycerskich eposów cudownie ożeniona z naturalizmem docierającym aż do cynizmu i totalnego relatywizmu. Rozbieżność postaw moralnych, charakterów ludzkich i możliwości, zarówno fizycznych, jak i intelektualnych, którymi pisarz obdarzył postacie powieści jest w dziejach literatury wręcz niespotykana. Zwłaszcza w połączeniu z równouprawnieniem ról tych tak różnorodnych bohaterów. Każdy z nich może odnieść sukces, każdy z nich marnie skończyć, jak w życiu. A czytelnik nie ma żadnych szans przewidzieć, na kogo należy postawić. Każdy atut może zostać zaprzepaszczony, a każda wada stać się zaletą.
W każdym dłuższym fragmencie historii, nawet w czasie wojny światowej, mamy okresy bardziej dynamiczne i raczej statyczne. Po ofensywie, czy kontrofensywie, zawsze następuje zastój. Trzeba przegrupować siły, podciągnąć odwody, wzmocnić obronę. Podobnie w polityce a nawet w życiu pojedynczych ludzi. Cienie śmierci w porównaniu do poprzednich powieści sprawiają wrażenie „nudnych” dla niektórych odbiorców, zwłaszcza takich, dla których ważna jest „akcja”. Akcja w rozumieniu ganiania z mieczem czy pistoletem wśród fontann tryskającej krwi. Jednak dla tych, którzy rozumieją, iż nawet na wojnie prawdziwie fascynujące rzeczy toczą się w głowach, często daleko za linią frontu, choć czasami i na pierwszej linii, będzie to książka fascynująca. Równocześnie, dla wielu również więcej wymagająca od odbiorcy. Tym razem tylko nieliczne rozdziały będą rozgrywać się w znanych nam już krainach. Poznamy bliżej rejony Westeros i rody znane wcześniej tylko ze słyszenia, a także sporo całkiem nowych. Trzeba będzie uważać, by się nie pogubić who is who i kto dokąd zmierza. A uważać trzeba, gdyż Martin, niczym prawdziwy los, lubi płatać figle. Czy dobry samarytanin, który w czasie pierwszej wojny światowej uratował rannego kapralinę Hitlera, wyciągając go pod ogniem z ziemi niczyjej, mógł przypuszczać, jak dalej potoczy się historia? I czytelnik Pieśni Lodu i Ognia też nie wie, które ze zdarzeń, z pozoru błahe, okaże się później decydującym dla losów świata, czy też odwrotnie, czy wielkie wydarzenia nie okażą się później kompletnie bez znaczenia. Dla mnie to prawdziwy rarytas – śledzić wszystkie wielopoziomowe zależności, wielowymiarową sieć powiązań wspólnych i sprzecznych interesów. Uwielbiam takie lektury.
W kanonie świetnej rozrywki, w świecie fantasy, tradycyjnie pozbawionym wielkiej polityki i wątków seksualnych, Martin przemycił jego zaprzeczenie. Pokazuje prawdziwą naturę ludzką, tak zróżnicowaną, iż nie ma jednej jej twarzy. W formie symboli i aluzji przywołuje tematy, o których w naszym kraju do dziś większość nie potrafi nie tylko rozmawiać, ale nawet myśleć. W Cieniach śmierci szczególnie spodobał mi się Bóg o Wielu Twarzach i jego Czarny Kielich. Kto przeczyta, będzie wiedział, o co idzie.
Nie będę się rozpisywał, gdyż największym grzechem w przypadku Pieśni Lodu i Ognia byłoby powiedzieć coś, co przyszłemu czytelnikowi zdradzi zbyt wiele i odbierze tajemniczość zagadek oraz rozkosz samodzielnych prób przewidywania powieściowej przyszłości. Powiem więc tylko, iż już nie mogę się doczekać następnej lektury z tego cyklu.
Czy w tej wielkiej beczce miodu znajdzie się łyżka dziegciu? Niestety tak. I to dwie.
Mam wielkie pretensje o to, że w tak grubej książce, tak wielowątkowej, brak spisu treści. Potrzeba cofnięcia się i odszukania któregoś z przeczytanych już fragmentów staje się przekleństwem. To minus pierwszy.
Drugi negatywny aspekt nie jest winą ani autora, ani wydawcy, tylko naszej rzeczywistości. Lektura, teoretycznie tak oderwana od naszych czasów i naszych problemów, zaczyna budzić u mnie skojarzenia z naszymi realiami, co sprawia, iż przestaje być tylko rozrywką. Choćby refleksja, iż choć kiedyś szarzy ludzie mieli nieporównanie gorzej niż teraz, w naszym polskim dniu dzisiejszym, to rządzący zyskali jeszcze więcej. Nie tylko chodzi o to, że przepaść między najbiedniejszymi, którzy i wtedy, i teraz, mieli podobną sytuację, tylko się zwiększyła, gdyż bogaci są dziś dużo bogatsi niż kiedykolwiek. Najgorsze jest to, że kiedyś uczestniczący w walce o tron stawiali wszystko, z własnymi głowami włącznie, i ponosili konsekwencje złych wyborów. Dzisiaj zaś są totalnie bezodpowiedzialni. Niczego nie ryzykują. Czy zrobią dobrze, czy źle, i tak wygrywają. Nawet jeśli przegrają w walce o tron, i tak wygrywają w porównaniu do całej reszty. Te i inne refleksje sprawiają, że choć nie mogę się już doczekać następnych części Pieśni Lodu i Ognia, że choć wiem, iż pewnie jeszcze nie raz do nich powrócę, by się tą prawdziwie przebogatą opowieścią delektować, to zaczynam już tęsknić za czymś równie infantylnym jak Potop. Czymś, co przeniesie mnie w świat równie relaksujący, co nieprawdziwy. Nieprawdziwy nie sztafażem smoków i innych baśniowych gadżetów, a zakłamanym obrazem natury ludzkiej i społeczeństwa oraz moralnością black and white. Zakłamanym, ale o ile bardziej optymistycznym i akceptowalnym, niż naturalizm społeczny Martina.
Póki co, jednak, z utęsknieniem oczekuję nowych wieści z Westeros i wszystkich Was zapraszam do lektury Pieśni Lodu i Ognia, oczywiście od początku i po kolei, gdyż tego cyklu inaczej czytać nie ma sensu
Wasz Andrew
* saga Pieśń Lodu i Ognia* (ang. A Song of Ice and Fire)
- A Game of Thrones (1996) - Gra o tron (1998)
- A Clash of Kings (1999) - Starcie królów (2000)
- A Storm of Swords (2000) - Nawałnica mieczy. Stal i śnieg (2002) + Nawałnica mieczy. Krew i złoto (2002)
- A Feast for Crows (2005) - Uczta dla wron. Cienie śmierci (2006) + Uczta dla wron. Sieć spisków (2006)
- A Dance with Dragons (2011) - Taniec ze smokami. Część I (2011) + Taniec ze smokami. Część II (2012)
- The Winds of Winter
- A Dream of Spring