Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

poniedziałek, 14 lipca 2014

sobota, 12 lipca 2014

Philip Roth "Wzburzenie" - W klatce pamięci

 

Wzburzenie

Philip Roth

Tytuł oryginału: Indignation
Tłumaczenie: Jolanta Kozak
Wydawnictwo: Czytelnik
Seria: Nike
Liczba stron: 200









Młodość to wyjątkowy etap w życiu każdego człowieka. Ciekawość otaczającego świata oraz chęć poznania go powoli zaczynają ustępować miejsca pragnieniu, by go zmieniać, ulepszać, poprawiać. W oczy rzuca się najmniejsza niesprawiedliwość, uwierająca jest świadomość, że nie wszyscy otrzymują to, na co w pełni zasługują, nie do pojęcia jest fakt, że zbrodnia nie może doczekać się należnej jej kary. Młody człowiek, który nie zderzył się jeszcze z brutalną obojętnością świata, który nie został przeciśnięty przez jego śmierdzące trzewia, chlupoczące od oszustw, niegodziwości oraz niespełnionych obietnic, w pełni ufa własnym siłom, żyjąc w przekonaniu, że są one wystarczające, by skorygować wszelkie niedociągnięcia ułomnej rzeczywistości. Egzystencja sprowadza się do wiernej służby swoim najświętszym ideałom. Kiedy jednak ludzki materiał, stanowiący główny budulec tego świata, okazuje się wyjątkowo mało elastyczny oraz równie mało podatny na zmiany, w sercu młodego człowieka, tak jak w przypadku bohatera powieści Philipa Rotha zatytułowanej Wzburzenie, powoli wzbiera się gniew – zaczyna on odczuwać wszechogarniające wzburzenie.

czwartek, 10 lipca 2014

O sztandarach




Zapomnij o sztandarach, pagonach i defiladach (…) Tak właśnie kuszą ludzi, żeby zwiększyć pobór do wojska. Wojna to zabijanie, straszliwe cierpienie i złamana dusza.


Williams Weiss bohater pierwszej Wojny Światowej do syna wybierającego się na drugą

środa, 9 lipca 2014

O pionkach




W grze o tron nawet najskromniejsze pionki są obdarzone własną wolą i czasami nie chcą wykonywać posunięć, które dla nich zaplanowaliśmy.

Petyr Baelish alias Littlefinger

Uczta dla wron. Cienie śmierci (A Feast for Crows. Shadows of Death) - George R. R.Martin

wtorek, 8 lipca 2014

O kole historii



…historia toczy się kołem, gdyż ludzka natura jest zasadniczo niezmienna.


Lord Rodrik Harlaw (Czytacz)

Uczta dla wron. Cienie śmierci (A Feast for Crows. Shadows of Death) - George R. R.Martin

Herb rodu - Created by Scafloc.(Permission is granted to copy, distribute and/or modify this document under the terms of the [http://en.wikipedia.org/wiki/GNU_Fr).

poniedziałek, 7 lipca 2014

Cienie śmierci




George R. R. Martin

Uczta dla wron, część 1: Cienie śmierci

tytuł oryginału: A Feast for Crows. Shadows of Death

tłumaczenie: Michał Jakuszewski

seria/cykl wydawniczy: Pieśń Lodu i Ognia* (ang. A Song of Ice and Firepowieść 4 część 1

wydawnictwo: Zysk i S-ka 2012

liczba stron: 512


Doszczętnie już zniesmaczony i znerwicowany naszą bieżącą rzeczywistością, z przyjemnością powróciłem do twórczości pióra George’a R. R. Martina, wielokrotnie nagradzanego amerykańskiego pisarza specjalizującego się w science fiction. Przyszedł czas na Cienie śmierci, pierwszą z dwóch części czwartej już odsłony cyklu powieściowego Pieśń Lodu i Ognia noszącej tytuł Uczta dla wron.

Nie jest łatwo pisać o wrażeniach z lektury dzieła, którego niepodważalnym atutem jest rozciągnięta na wiele tomów fabuła o niezliczonej ilości wzajemnie ze sobą powiązanych wątków, których znaczenie dynamicznie się zmienia w sposób absolutnie dla czytelnika nieprzewidywalny. Każde słowo dotyczące konstrukcji intrygi może być tym zdradzającym już zbyt wiele. Powiem więc tylko, iż w stworzonym przez Martina świecie w średniowiecznych klimatach, którego centralnym elementem jest kontynent Westeros, wciąż trwa walka o tron. Nie byle jaki tron, ale Tron Żelazny. Jeden, by władać pomniejszymi tronami Siedmiu Królestw składających się na cywilizowaną część kontynentu oddzieloną od reszty świata Murem na północy i morzem z pozostałych stron. Choć mamy już za sobą trzy powieści pełne walk, knowań i zdrad, wciąż nie ma możliwości, by czytelnik odgadł, kto będzie zwycięzcą w tych zmaganiach. I Cienie śmierci też nie przybliżą nas do rozwiązania kluczowej zagadki, choć kolejni pretendenci do korony odpadną z rywalizacji, w ten lub inny sposób zasilając grono aniołków i diabełków.

Autor trzyma poziom i wciąż wprowadza do gry nowe postacie, równie oryginalnie i przekonująco wykreowane, co dotąd. Wszystko, za co polubiłem ten cykl, znajdziemy i w Cieniach śmierci – przekonująca warstwa psychologiczna i socjologiczna, urzekający wizerunek mechanizmów walki o władzę, świetna atmosfera klimatów rodem z rycerskich eposów cudownie ożeniona z naturalizmem docierającym aż do cynizmu i totalnego relatywizmu. Rozbieżność postaw moralnych, charakterów ludzkich i możliwości, zarówno fizycznych, jak i intelektualnych, którymi pisarz obdarzył postacie powieści jest w dziejach literatury wręcz niespotykana. Zwłaszcza w połączeniu z równouprawnieniem ról tych tak różnorodnych bohaterów. Każdy z nich może odnieść sukces, każdy z nich marnie skończyć, jak w życiu. A czytelnik nie ma żadnych szans przewidzieć, na kogo należy postawić. Każdy atut może zostać zaprzepaszczony, a każda wada stać się zaletą.

W każdym dłuższym fragmencie historii, nawet w czasie wojny światowej, mamy okresy bardziej dynamiczne i raczej statyczne. Po ofensywie, czy kontrofensywie, zawsze następuje zastój. Trzeba przegrupować siły, podciągnąć odwody, wzmocnić obronę. Podobnie w polityce a nawet w życiu pojedynczych ludzi. Cienie śmierci w porównaniu do poprzednich powieści sprawiają wrażenie „nudnych” dla niektórych odbiorców, zwłaszcza takich, dla których ważna jest „akcja”. Akcja w rozumieniu ganiania z mieczem czy pistoletem wśród fontann tryskającej krwi. Jednak dla tych, którzy rozumieją, iż nawet na wojnie prawdziwie fascynujące rzeczy toczą się w głowach, często daleko za linią frontu, choć czasami i na pierwszej linii, będzie to książka fascynująca. Równocześnie, dla wielu również więcej wymagająca od odbiorcy. Tym razem tylko nieliczne rozdziały będą rozgrywać się w znanych nam już krainach. Poznamy bliżej rejony Westeros i rody znane wcześniej tylko ze słyszenia, a także sporo całkiem nowych. Trzeba będzie uważać, by się nie pogubić who is who i kto dokąd zmierza. A uważać trzeba, gdyż Martin, niczym prawdziwy los, lubi płatać figle. Czy dobry samarytanin, który w czasie pierwszej wojny światowej uratował rannego kapralinę Hitlera, wyciągając go pod ogniem z ziemi niczyjej, mógł przypuszczać, jak dalej potoczy się historia? I czytelnik Pieśni Lodu i Ognia też nie wie, które ze zdarzeń, z pozoru błahe, okaże się później decydującym dla losów świata, czy też odwrotnie, czy wielkie wydarzenia nie okażą się później kompletnie bez znaczenia. Dla mnie to prawdziwy rarytas – śledzić wszystkie wielopoziomowe zależności, wielowymiarową sieć powiązań wspólnych i sprzecznych interesów. Uwielbiam takie lektury.

W kanonie świetnej rozrywki, w świecie fantasy, tradycyjnie pozbawionym wielkiej polityki i wątków seksualnych, Martin przemycił jego zaprzeczenie. Pokazuje prawdziwą naturę ludzką, tak zróżnicowaną, iż nie ma jednej jej twarzy. W formie symboli i aluzji przywołuje tematy, o których w naszym kraju do dziś większość nie potrafi nie tylko rozmawiać, ale nawet myśleć. W Cieniach śmierci szczególnie spodobał mi się Bóg o Wielu Twarzach i jego Czarny Kielich. Kto przeczyta, będzie wiedział, o co idzie.

Nie będę się rozpisywał, gdyż największym grzechem w przypadku Pieśni Lodu i Ognia byłoby powiedzieć coś, co przyszłemu czytelnikowi zdradzi zbyt wiele i odbierze tajemniczość zagadek oraz rozkosz samodzielnych prób przewidywania powieściowej przyszłości. Powiem więc tylko, iż już nie mogę się doczekać następnej lektury z tego cyklu.


Czy w tej wielkiej beczce miodu znajdzie się łyżka dziegciu? Niestety tak. I to dwie.

Mam wielkie pretensje o to, że w tak grubej książce, tak wielowątkowej, brak spisu treści. Potrzeba cofnięcia się i odszukania któregoś z przeczytanych już fragmentów staje się przekleństwem. To minus pierwszy.


Drugi negatywny aspekt nie jest winą ani autora, ani wydawcy, tylko naszej rzeczywistości. Lektura, teoretycznie tak oderwana od naszych czasów i naszych problemów, zaczyna budzić u mnie skojarzenia z naszymi realiami, co sprawia, iż przestaje być tylko rozrywką. Choćby refleksja, iż choć kiedyś szarzy ludzie mieli nieporównanie gorzej niż teraz, w naszym polskim dniu dzisiejszym, to rządzący zyskali jeszcze więcej. Nie tylko chodzi o to, że przepaść między najbiedniejszymi, którzy i wtedy, i teraz, mieli podobną sytuację, tylko się zwiększyła, gdyż bogaci są dziś dużo bogatsi niż kiedykolwiek. Najgorsze jest to, że kiedyś uczestniczący w walce o tron stawiali wszystko, z własnymi głowami włącznie, i ponosili konsekwencje złych wyborów. Dzisiaj zaś są totalnie bezodpowiedzialni. Niczego nie ryzykują. Czy zrobią dobrze, czy źle, i tak wygrywają. Nawet jeśli przegrają w walce o tron, i tak wygrywają w porównaniu do całej reszty. Te i inne refleksje sprawiają, że choć nie mogę się już doczekać następnych części Pieśni Lodu i Ognia, że choć wiem, iż pewnie jeszcze nie raz do nich powrócę, by się tą prawdziwie przebogatą opowieścią delektować, to zaczynam już tęsknić za czymś równie infantylnym jak Potop. Czymś, co przeniesie mnie w świat równie relaksujący, co nieprawdziwy. Nieprawdziwy nie sztafażem smoków i innych baśniowych gadżetów, a zakłamanym obrazem natury ludzkiej i społeczeństwa oraz moralnością black and white. Zakłamanym, ale o ile bardziej optymistycznym i akceptowalnym, niż naturalizm społeczny Martina.

Póki co, jednak, z utęsknieniem oczekuję nowych wieści z Westeros i wszystkich Was zapraszam do lektury Pieśni Lodu i Ognia, oczywiście od początku i po kolei, gdyż tego cyklu inaczej czytać nie ma sensu


Wasz Andrew


* saga Pieśń Lodu i Ognia* (ang. A Song of Ice and Fire)

  1. A Game of Thrones (1996) - Gra o tron (1998)
  2. A Clash of Kings (1999) - Starcie królów (2000)
  3. A Storm of Swords (2000) - Nawałnica mieczy. Stal i śnieg (2002) + Nawałnica mieczy. Krew i złoto (2002)
  4. A Feast for Crows (2005) - Uczta dla wron. Cienie śmierci (2006) + Uczta dla wron. Sieć spisków (2006)
  5. A Dance with Dragons (2011) - Taniec ze smokami. Część I (2011) + Taniec ze smokami. Część II (2012)
  6. The Winds of Winter
  7. A Dream of Spring
Pieśń Lodu i Ognia. IV Uczta dla wron. Tom 1. Cienie śmierci [George R.R. Martin]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

sobota, 5 lipca 2014

Sanktuarium plugastwa

Azyl

William Faulkner

Tytuł oryginału: Sanctuary
Tłumaczenie: Zofia Kierszys
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Liczba stron: 318







Po cichu zamykam za sobą drzwi, by nie zakłócić spokojnego snu, którego słodkawy zapach cały czas unosi się w powietrzu. Odrobinę drżąc z zimna rozglądam się uważnie po ogromnej łące, w poszukiwaniu nowych, jeszcze nie odkrytych gatunków. Czego właściwie szukam? Jeszcze nie wiem, ale cierpliwie czekam, aż mój wzrok zostanie pochwycony przez egzemplarz, który zahipnotyzuje mnie swoim pięknem, nie poznaną tajemnicą, obiecując długie godziny niespiesznej kontemplacji, pozwalając oderwać się od codziennej, niekiedy jakże nużącej rzeczywistości. Ostrożnie podchodzę do intrygującej mnie już od pewnego czasu kępki, ścinam delikatnie pierwsze kwiaty słów i upajam się ich aromatem. Jest ostry i wyrazisty, uparcie świdruje mi nozdrza, tak, że oczy zachodzą mi słonawą mgiełką. Azyl, William Faulkner. Jeszcze raz przeżuwam tytuł oraz nazwisko, a soki trawienne mojego mózgu poczynają z wolna atakować lekturę, która zapewnia ponowną wędrówkę na dalekie i upalne Głębokie Południe Stanów Zjednoczonych. Zaopatrzony w kilka kubków herbaty oraz okulary do czytania wyruszam na eksplorację legendarnego już hrabstwa Yoknapatawpha.

Faulkner to gość, którego od dawna chciałem poznać, ale zawsze coś stawało na przeszkodzie, by zawrzeć z nim znajomość. Na wstępie podkreślę, że rolę poślednią odegrała literacka Nagroda Nobla, którą pisarz odebrał w 1949 roku – w końcu ileż jest nazwisk, które nie mogą pochwalić się tym osiągnięciem, a mimo to zapadają w czytelniczej pamięci na całe lata. O wiele bardziej intrygował mnie styl, o którym można gdzieniegdzie przeczytać, że jest trudny, nieprzyjazny dla czytelnika, że wymaga koncentracji, że sprawia, iż żadna z lektur nie jest lekką książką na ciepłe popołudnia. Bardzo lubię, kiedy autor prowokuje czytelnika do odrobiny wysiłku intelektualnego, do skupienia, do wczytania się w poznawaną powieść, kiedy pogrywa sobie z odbiorcą jak zwykł do czynić choćby Nabokow. Tak więc długie zdania, wymyślna narracja, bogate portrety psychologiczne oraz sławetny strumień świadomości sprawiły, że postanowiłem poznać twórczość Faulknera, powieściopisarza i poety, żyjącego w latach 1897 – 1962. Fakt, iż autor urodził się w New Albany w stanie Missisipi również nie pozostawał bez znaczenia. Za sprawą Erskine’a Caldwella i jego Ostatniej nocy lata oraz Sługi bożego, wizytowałem już na Głębokim Południu i ciekawiło mnie ogromnie, jak na ten region spojrzy inny z autochtonów, który parał się pisarstwem.

Akcja powieści Azyl została osadzona w sławetnym hrabstwie Yoknapatawpha, położonym na południu Stanów Zjednoczonych. Fabuła utworu kręci się wokół dawnej, chylącej się ku upadkowi siedziby plantatora, w której nielegalnie produkuje się whisky. W tym okresie w USA panuje prohibicja, dlatego proceder pędzenia własnego bimbru oraz handlu nim jest w pełni nielegalny i surowo karany. Policja oraz lokalni, praworządni obywatele od dawna szukają haka, na który można by nadziać inicjatora całego przedsięwzięcia – Lee Goodwina, byłego plutonowego konnicy. Takowa okazja przydarza się, kiedy w zapuszczonym domostwie w niejasnych okolicznościach dochodzi do morderstwa – Goodwin, który osobiście telefonuje do szeryfa, informując go o odnalezieniu zwłok czarnoskórego pomocnika, z miejsca staje się głównym podejrzanym.

Jedną z ciekawszych bohaterek dramatu jest Temple Drake, długonoga, efemeryczna nimfetka o kwitnącej, ale ciągle nierozwiniętej cielesnej zmysłowości, która zdecydowanie nie jest już dzieckiem, ale której jeszcze nie można określić mianem kobiety. Dziewczyna, córka bogatego i wpływowego sędziego, uczęszcza na Uniwersytet Missisipi, ale od studiowana znacznie bardziej interesują ją chłopcy, z którymi namiętnie umawia się na randki. Wydaje się, że sama osoba partnera, z którym aktualnie przebywa nie ma dla niej większego znaczenia – bardziej liczy się sam fakt ślepej adoracji, zwierzęcego oddania, poczucie władzy, roztaczanej nad zniewolonym męskim sercem. Sytuacja ulega zmianie, kiedy na horyzoncie pojawia się Gowan Stevens, lokalny playboy, który uwielbia moczyć gębę w whisky. Wspomniana dwójka trafia do alkoholowego źródełka, domu Lee Goodwina, gdzie Temple ma sposobność poznać mroczniejsze strony charakteru swojego nowego wybranka. Opis nocy spędzonej w zaniedbanej siedzibie Starego Francuza to zdecydowanie najmocniejszy punkt utworu. Faulkner wybornie oddał strach, obawę, poczucie zagrożenia, zgrozę przed czyhającym w każdym cieniu niebezpieczeństwem – uczucia towarzyszące pannie Drake. Fantastycznie odmalowano również złość, wściekłość, wstyd, plugastwo, odrazę, upodlenie – stany emocjonalne oraz uczucia biorące swój początek w nielegalnie pędzonym bimbrze, działającym niczym katalizator, wyzwalający najgorsze męskie instynkty.

Równie intrygująca jest sylwetka Horace Benbowa, adwokata z Kinston, który zdecydował się na porzucenie swojej małżonki. Oryginalnie zaprezentowana została przemożna chęć zerwania się z łańcucha długoletniej rutyny, którego symbolem są uwielbiane przez żonę krewetki – to właśnie od niechęci do tych skorupiaków rozpoczyna się erozja dotychczas prowadzonej egzystencji, która w końcu rozsadza ramy nudnej i przewidywalnej codzienności. Benbow postanawia powrócić do rodzinnego Jefferson – po drodze, przebytej głównie autostopem, bohater zaplątuje się w długie macki domu Starego Francuza, gdzie poznaję żonę Goodwina, Ruby. Ciężko harująca kobieta, pełniąca wręcz rolę czarnoskórej posługaczki, po której znać jednak bardziej szczęśliwą i zamożną przeszłość, wywiera na Benbowie ogromne wrażenie. Kiedy Horace dowiaduje się, że Lee Goodwin wpadł w poważne kłopoty w związku z podejrzeniem o zabójstwo, wychodzi z inicjatywą pomocy – jako wprawny adwokat postanawia zająć się obroną bimbrownika oskarżonego o morderstwo. Ten wątek posłużył Faulknerowi do ukazania dwóch rzeczy. Pierwszą z nich jest niewiara w drugiego człowieka – ludność miasta Jefferson podejrzewa Benbowa, że chęć pomocy Goodwinowi wynika wyłącznie z fizycznej żądzy odczuwanej do małżonki bimbrownika. Takie abstrakcyjne pojęcia jak bezinteresowność, dobre intencje, miłosierdzie, litość czy altruizm w ogóle nie wchodzą w rachubę – pewnie też z tego powodu lokalna społeczność baptystów niemal siłą wyrzuca Ruby Goodwin z hotelu opłaconego przez Benbowa, unikając w ten sposób ewentualnych, gorszących scen. Druga sprawa dotyczy praw czarnoskórej mniejszości. W więzieniu, oprócz Lee Goodwina, przebywa także Murzyn, oskarżony o poderżnięcie gardła swojej małżonce – z miejsca zostaje on uznany za winnego i skazany na śmierć przez powieszenie. Jedynie na co może liczyć to pochówek, ale bez żadnych obrzędów pogrzebowych. Nie otrzymuje on adwokata, pozbawiony jest realnego prawa do obrony, możliwości wyjaśnienia kierujących nim motywów, usprawiedliwienia swojego postępowania. Na przeciwnym biegunie znajduje się Lee Goodwin, nad którym ciąży zarzut zabójstwa czarnoskórego pomocnika. Przebywa on w areszcie, ale ma możliwość opuszczenia więzienia – wystarczy uiścić kaucję. W perspektywie czeka go proces, w trakcie którego może liczyć na reprezentującego go prawnika. Ponadto można odnieść wrażenie, że zabójstwo stanowi jedynie pretekst do zniszczenia działalności bimbrownika. Gdyby Goodwin nie zalazł za skórę władzy, prawdopodobnie uczynek, o który jest posądzany, przeszedłby bez większego echa. W rezultacie trudno nie zgodzić się z trafną konstatacją, że Goodwin ma za sobą prawo, sprawiedliwość oraz cywilizację, podczas gdy czarnoskóry ma to wszystko przeciw sobie.

Jak widać o sile utworu decyduje barwna galeria osobliwych postaci, wśród których na uwagę zasługują jeszcze pani Reba Rivers, burdelmama z różańcem w jednej ręce i kuflem piwa w drugiej, siostra Benbowa, Narcissa, będąca młodą wdową, wciąż szukającą miłości, czy Wytrzeszcz, zawdzięczający swój pseudonim ogromnym wyłupiastym oczom, z którego jednak nie warto śmiać się w jego obecności, bowiem za pomocą rewolweru potrafi on odpalić zapałkę. Wszyscy bohaterowie wchodzą ze sobą w różne koincydencje, towarzyskie kombinacje, a czytelnik odkrywa kolejne związki, łączące poszczególnych osobników. Swoistą pointę tej geometrii stanowi fenomenalny fragment, w którym Faulkner portretuje skomplikowaną figurę wzajemnie podglądających się osób. Łańcuch obserwatorów jest ciągle wydłużany, tak, że umyśle czytelnika mogą zrodzić się wątpliwości, czy aby na pewno stanowi on ostatnie ogniwo.

Ogromnie podoba mi się także sam klimat utworu. Z nieba leje się żar, w powietrzu panuje skwar, ale w zakamarkach umysłów przedstawianych postaci dominuje półmrok, cień, psychologiczny chłód. W sposób mistrzowski nakreślono obraz siedziby Starego Francuza – zapuszczony trawnik obrastający w chwasty, walące się zabudowania gospodarcze, odłogi zamieniające się z wolna w pustynię, długa, wysypana piaskiem droga kojarzą się z zaniedbaniem, powolną agonią, marazmem. To odczucie wzmacnia przygaszone, zmartwiałe, wyczerpane światło, nacechowane chronicznym znużeniem – w panującym upale wszystko zdaje się z wolna rozkładać, nie mając siły do dalszej, żmudnej egzystencji, poprzestając na wnikliwym studium własnej zagłady. W powietrzu czuć trupio-mdlącą słodycz, a kwintesencję upadku stanowi zbutwiała drabina, której szczeble pozostają nie naprawione, ponieważ jak do tej pory jeszcze się nie rozleciały. Nietrudno o skojarzenie ze stopniami zepsucia prowadzącymi do moralnej degrengolady.

Reasumując, Azyl, mimo, że nie odnalazłem w nim spokoju, ani schronienia, okazał się ogromnie interesującą lekturą. Nie uraczyłem w nim co prawda zbyt wiele strumienia świadomości, ale autor wynagrodził to interesującą formą – trzecioosobowy narrator jest ogromnie precyzyjny w opisie świata przedstawionego, który buduje z drobiazgową pieczołowitością. Co jednak ciekawe, zdarza mu się pominąć istotny szczegół, przeoczyć bardzo ważny fakt, przemilczeć znaczące wydarzenie – w efekcie prezentowana opowieść w kilku momentach stanowi łamigłówkę. Historia jest niedopowiedziana, kilka scen nie zostało w pełni nakreślonych, tak, że czytelnik musi zdać się na domysł, własną wyobraźnię, by zacerować nimi odrobinę dziurawą fabułę. Część brakujących elementów pojawia się dopiero pod koniec utworu, rzucając nowe światło na postępowanie niektórych bohaterów, co wg mnie jest bardzo dobrym zabiegiem. Autor świetnie przedstawił jak ludzkie niedoskonałości, wady, ułomności, zarówno umysłowe jak i fizyczne, wpływają na nasze postępowanie, charakter, podejście do innych ludzi. Faulkner skoncentrował się na negatywnych cechach swoich bohaterów, którzy odmalowani są w różnych odcieniach szarości. Co ciekawe występujące w powieści czarne charaktery to na ogół istoty słabe, w znacznym stopniu skrzywdzone przez innych, tak, że w oczach czytelnika, mimo nagannego postępowania, bardziej zasługują na litość niż na potępienie. Na uwagę zasługuje także bogaty portret całej społeczności, czy środowisk osobników przeżartych zepsuciem i zgnilizną, którzy roszczą sobie jednak prawo do przyzwoitości, czy wręcz świętości. Faulkner ujawnia jakże pospolite dla ludzkiego gatunku dwulicowość, fałsz i obłudę – przejawiają się ona niemal w każdym aspekcie życia, począwszy od traktowania kobiet, czy czarnoskórych, na faryzejskiej moralności skończywszy. Ujmując rzecz w kilku słowach – książka okazała się mocna i soczysta, niczym dojrzały owoc. Bardzo wieloaspektowe dzieło intrygującego artysty, do którego z pewności jeszcze wrócę. 

Wasz Ambrose