Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

środa, 4 czerwca 2014

O drodze do szczęścia




Nie potrzebujemy pieniędzy, nie potrzebujemy większego sukcesu ani sławy, nie potrzebujemy doskonałego ciała ani nawet doskonałego partnera – w tej chwili, w tym momencie, mamy umysł, który jest całym podstawowym wyposażeniem, jakie jest nam potrzebne do osiągnięcia pełnego szczęścia.


poniedziałek, 2 czerwca 2014

Planowa zamiana miejsc




Perfect General 2


W roku 1994 dzięki firmie Quantum Quality Productions ujrzała światło dzienne druga odsłona gry Perfect General z roku 1991. Tytuł ten jest mało znany, a szkoda, gdyż to gra nie tylko kultowa dla koneserów strategii rozgrywanych w systemie turowym, ale warta poznania przez nowych graczy i dzisiaj, gdy większość produkcji w pierwszej chwili olśniewa grafiką, ale szybko się nudzi.

Największym problemem przy tworzeniu gry strategicznej, która ma być ponadczasowa, jest stworzenie takiej sytuacji, by rozgrywka była odpowiednio trudna, ale żeby jeszcze dało się w nią wygrać. Gra zbyt łatwa szybko się nudzi, zbyt trudna szybko zniechęca. Zwykle rozwiązuje się to za pomocą możliwości wyboru spośród kilku stopni trudności. Gorzej jest, gdy człowiek ma grać z człowiekiem. Wówczas nie można manipulować poziomem trudności przeciwnika i jeśli obaj gracze nie dostaną do ręki idealnie zbalansowanych sił, gra szybko zbierze złe recenzje – nikt nie będzie chciał grać „gorszymi”. Jeśli z kolei siły, którymi dysponują gracze, są dobrze zrównoważone, łatwo wpaść w drugą pułapkę – pata defensywy. Może dojść do sytuacji, gdy obaj gracze nie będą się czuli na siłach, by atakować, i gra straci dynamikę.

Perfect General 2 jest unikalny. Rozwiązuje powyższe problemy w sposób unikatowy i aż dziw, że pomysłów w nim użytych nie kontynuowano. Choć sztuczna inteligencja zaimplementowana w programie nawet na najwyższym poziomie trudności nie satysfakcjonuje, przynajmniej mnie, to w trakcie rozgrywki w ogóle nie przeszkadza to graczowi. Jak to możliwe? Za pomocą tricku, który sprawia, iż grając z komputerem do końca nie wiemy, czy wygraliśmy, co przy okazji załatwia również wszystkie problemy przy grze dwóch ludzi. Oto jak genialne w swej prostocie rozwiązanie zastosowano.



Na początku gracz, lub gracze, wybierają spośród kilkudziesięciu plansz tę, która będzie stanowić pole walki. Do wyboru są zróżnicowane tereny, od pagórków, przez dżunglę i równiny, aż po pustynie i wybrzeże morskie. Potem pierwszy gracz decyduje, czy chce być atakującym, czy broniącym się. Sęk w tym, że broniący dostanie tak mało punktów na zakup jednostek, że o ataku może zapomnieć. Z kolei atakujący otrzyma dużo więcej punktów na starcie, ale będzie zmuszony do zdecydowanego szturmu. W jaki sposób? Broniący na starcie rozmieszcza swe jednostki na terenie, na którym znajduje się dużo więcej miejsc generujących punkty zwycięstwa. Po każdej turze zliczane są punkty za posiadane przez graczy strategiczne miejsca. Atakujący musi więc za wszelką cenę przeć do przodu niczym Ruskie na Berlin, by przejąć jak najszybciej ważne lokalizacje, inaczej przegra. W grze mamy do wyboru piechotę, pojazdy pancerne, artylerię stacjonarną i samobieżną, a nawet saperów i lotnictwo. Po zakończeniu przewidzianej dla danego scenariusza liczby tur zliczane są sumy punktów dla każdego z graczy i następuje najważniejsze – zamiana miejsc. Teraz poprzednio atakujący musi się bronić, a broniący atakować. Oczywiście każdy dostaje do dyspozycji teren posiadany przez przeciwnika w poprzedniej potyczce i jego punkty na zakup jednostek, ale może dokonać całkiem odmiennych wyborów i przyjąć inną strategię. Potem znów przystępujemy do walki. Po jej zakończeniu komputer porównuje punkty z obu partii i ogłasza całościowe rezultaty.



Takie rozwiązanie sprawia, iż gra jest fascynująca. Dynamika jest wymuszona i nie ma możliwości, by się jej nie poddać, a jednocześnie trzeba cały czas przewidywać i uważać. Jedna salwa artylerii trafiająca w kluczowe miejsce, na przykład w wybrany na drogę ataku most, jeden dobrze ustawiony w zasadzce ciężki czołg, który zmasakruje nieostrożne jednostki rozpoznawcze przeciwnika, jedna zła decyzja – wszystko może zaważyć na końcowym wyniku. Nie ma możliwości, by dwa razy rozegrać taką samą partię, tym bardziej, że wchodzi w grę również czynnik losowy – trafienia obliczane są z uwzględnieniem prawdopodobieństwa zależnego od różnych czynników, a rozrzut artylerii jest proporcjonalny do odległości. Mgła wojny, którą zastosowano w grze jako ówczesną nowość, również swoje robi. Dodatkowym smaczkiem są cytaty z najsławniejszych strategów w historii wojen pojawiające się w grze.

Oczywiście, grafika nie wygląda imponująco, ale czołgi kręcą wieżami przy strzelaniu, artyleria obraca się w kierunku wroga, widać wybuchy pocisków i leje po nich oraz wraki pojazdów. To w zupełności wystarcza, zwłaszcza miłośnikom turówek. Grywalność zaś jest niesamowita. Aż dziw, że gra poszła w zapomnienie. Prawdziwą zagadką jest zaś to, dlaczego ten pomysł z zamianą stron nie znalazł naśladowców.

Polecam szczerze i gorąco wszystkim miłośnikom strategii i taktyki



Wasz Andrew








sobota, 31 maja 2014

Niezwykłe podróże dookoła kresomózgowia



Oko umysłu

Oliver Sacks

Tytuł oryginału: The Mind's Eye
Tłumaczenie: Jacek Lang
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Liczba stron:289









Mózg to najważniejsza, centralna część układu nerwowego wszystkich kręgowców. Stanowi on swoiste centrum dowodzenia, które odpowiada zarówno za wyższe funkcje nerwowe jak i sterowanie, nadzorowanie działania oraz homeostazę organizmu. Mózg to także najbardziej złożony narząd człowieka, a jego wysoki stopień rozwoju decyduje o wyjątkowości naszego gatunku. Organ ten pełni rolę przetwornika bodźców, które docierają do nas z otoczenia, jest także magazynem pamięci, podstawą naszej tożsamości. Z biologicznego punktu widzenia jest on skupiskiem połączonych ze sobą za pomocą synaps komórek nerwowych, zwanych neuronami, których ilość waha się w granicach od 90 do 200 mld. Mózg człowieczy stanowi średnio 2 % masy ciała, ale zużywa on aż 20 % dostarczanego do organizmu tlenu. O ile jednak na temat samej budowy mózgu, jako ludzkość wiemy już całkiem sporo, o tyle jego funkcjonowanie cały czas skrywa przed nami wiele sekretów i niejasności. Można chyba śmiało pokusić się o stwierdzenie, że ten organ to największe wyzwanie dla cywilizacji człowieka – gdyby udało się poznać zasady jego działania, wydrzeć wszelkie tajemnice, które jeszcze przed nami chowa, z pewnością byłoby o wiele łatwiej skonstruować jego sztuczny odpowiednik, będący marzeniem niejednego naukowca, czy pisarza zajmującego się literaturą science fiction. O tym jednak jak daleka czeka nas droga, zanim w pełni zrozumiemy istotę własnego rozumu można łatwo przekonać się na podstawie lektury Oko umysłu, autorstwa Olivera Sacksa.
Oliver Sacks to urodzony w 1933 roku w Wielkiej Brytanii, lekarz, profesor neurologii oraz autor książek popularnonaukowych poświęconych sekretom pracy ludzkiego mózgu oraz związanych z nimi schorzeniom układu nerwowego. Sacks przyszedł na świat w bardzo medycznej rodzinie – jego matka była chirurgiem, z kolei ojciec oraz starsi bracia lekarzami ogólnymi. Oliver podtrzymał domową tradycję – w 1954 roku uzyskał licencjat z zakresu biologii oraz fizjologii na Uniwersytecie Oksfordzkim (Queen College), a 4 lata później Sacks był już lekarzem medycyny. Swoją karierę rozpoczął w Kanadzie, ale bardzo szybko przeniósł się do USA. Jako rezydent oraz stypendysta pracował w Mt. Zion Hospital w San Francisco oraz na Uniwersytecie Kalifornijskim. Od 1965 roku, po przeprowadzce do Nowego Jorku, Oliver Sacks zajął się praktyką jako neurolog. Wkrótce potem młody lekarz trafił do szpitala Beth Abraham w Bronksie, który stanowił wówczas placówkę dla chronicznie chorych pacjentów, bez żadnych realnych szans na wyleczenie. Sacks zajął się najtrudniejszymi przypadkami, osobami, które przeżyły śpiączkowe zapalenie mózgu. Swoje niezwykłe doświadczenia zawarł w książce pt. Przebudzenia, która z miejsca uzyskała status bestsellera. Oliver Sacks nie osiadł na laurach i nie poprzestał na jednej publikacji. Pracując cały czas jako neurolog, styka się z dalszymi, rzadkimi schorzeniami, które sukcesywnie opisuje na łamach swoich utworów. W 2010 roku ukazało się kolejne dzieło Olivera Sacksa, zatytułowane Oko umysłu.
Kanwę książki stanowią historie siedmiu pacjentów oraz schorzeń, którymi zostali oni dotknięci. Większość poszkodowanych łączą dysfunkcje związane ze zdolnością postrzegania zmysłowego. Sacks prezentuje sylwetki kolejnych osobników, którzy mimo dobrego wzroku, na skutek uszkodzenia pewnych obszarów mózgu, nie potrafią ujrzeć niektórych rzeczy. Autor opisuje przypadki aleksji, a więc częściowej lub całkowitej niemożności rozumienia słowa pisanego (tekstu drukowanego, zapisu muzycznego, cyfr, etc.), której wcale nie musi towarzyszyć agrafia, czyli pełna bądź częściowa nieumiejętność pisania. Intrygujące są również przytaczane agnozje, czyli stany zaburzonej zdolności rozpoznania znanych elementów otoczenia (np. postrzeganie portretów, czy fotografii wyłącznie przez pryzmat ich faktury, bez możności uchwycenia podmiotu obrazu, które od razu przywiodło mi na myśl Alaina Robbe-Grilleta i jego Żaluzję – można chyba rzec, że francuski twórca, protoplasta noveu roman uprawiał swego rodzaju agnozję literacką). Wśród nich najciekawsza jest chyba prozopagnozja, zaburzenie polegające na nie rozpoznawaniu twarzy widzianych już osób oraz ich wyrazu emocjonalnego, której lekką formą dotknięty jest sam autor – zwykłemu śmiertelnikowi z pewnością trudno jest uwierzyć, że można przechadzać się ulicą i obojętnie mijać stojącego nieopodal małżonka, zupełnie nie identyfikując go z ukochaną osobą, ale z tego typu kłopotami musi radzić sobie wcale nie mały odsetek naszej populacji. Lekturę uzupełniają doświadczenia związane ze ślepotą, odzyskaniem widzenia stereoskopowego (rodzaju postrzegania, charakteryzującego się percepcją głębi i odległości, umożliwiającego ocenę dystansu względem widzianych przedmiotów, występującego m.in. u ludzi, które jednak może nie rozwinąć się, np. u osób z zezem) oraz afazją, będącą zaburzeniem funkcji językowych.
Cechą charakterystyczną książki Olivera Sacksa jest z pewnością wielowymiarowe podejście do danego schorzenia. Przede wszystkim jest ono traktowana jako część pacjenta (a nie odwrotnie, jak to często ma miejsce w placówkach szpitalnych na całym świecie). W centrum zainteresowania autora stoją żywi ludzie, osobnicy z krwi i kości, których mózgi zostały w mniejszym bądź większym stopniu uszkodzone, wyraźnie utrudniając codzienną egzystencję. Z tego względu Sacks bardzo wiele miejsca poświęca na przybliżenie sylwetek badanych pacjentów – czytelnik poznaje zarówno pobieżną biografię, zawód chorego, życie prywatne oraz historię jego choroby. Autor niczym rasowy detektyw, telefonicznie, listownie, czy poprzez rozmowę przyjmuje zlecenia na zbadanie niezwykłych przypadków, wokół których rzesze lekarzy przechodzą dość obojętnie, nie mając ochoty marnowania czasu na neurologiczne defekty (wręcz anomalie), przytrafiające się bardzo rzadko, albo niemal w ogóle. Ale Sacksa, oprócz głębokiej dociekliwości, chęci wyjaśnienia natury zaburzenia, odznacza podejmowanie próby bardzo szczegółowego opisu, jak dana dysfunkcja wpływa na codzienne życie poszkodowanego. Poprzez zaprezentowanie charakteru wcześniej wykonywanej pracy, uprawianego hobby, czy stałych zwyczajów, autor znakomicie uzmysławia, w jaki sposób cały świat dosłownie wywraca się do góry nogami, kiedy osobnik nabawia się neurologicznego urazu. Za sprawą zestawienia przedtem z teraz Sacks uwypukla wszystkie niedogodności, trudności oraz problemy, wynikające z nabytej dysfunkcji, pozwalając lepiej zrozumieć osobisty dramat chorego.
Warto przy tym podkreślić, że na podstawie lektury, autor, utytułowany oraz doświadczony neurolog, w żadnym razie nie zaczyna uchodzić za cudotwórcę. Zaskakuje wręcz fakt, że większa część książki to bardziej obserwacje znakomitego badacza niż efektowne próby przywrócenia utraconych zdolności, umiejętności, etc. Sacks jedynie w niewielkim stopniu inicjuje a następnie bacznie śledzi uczenie się mózgu, by skompensować utracone funkcje. W większości przypadków czytelnik jest zatem świadkiem odbudowy normalnego życia poprzez opracowanie innych metod wykonywania różnych czynności, edukację chorego z zakresu wykorzystania posiadanych zasobów umysłowych do zrównoważenia braków, wywołanych uszkodzeniem określonych ośrodków. Problemy nie znikają, ale Sacks pomaga sobie lepiej z nimi radzić. Ponadto, poprzez konkretne przykłady autor uzmysławia i udowadnia jak ogromne zdolności regeneracyjne i naprawcze posiada ludzki mózg, którego jeszcze kilkanaście lat temu nie posądzano o taką elastyczność – nie spodziewano się, że aż w tak dużym stopniu możliwe jest przejęcie funkcji zdefektowanego ośrodka poprzez te, które z nim sąsiadują.
Z pewnością godny podkreślenia jest również styl literacki Olivera Sacksa. Należy zaznaczyć, że autor jest wspaniałym erudytą, który w sposób jasny i klarowny potrafi opowiadać o rzeczach tak skomplikowanych, jak działanie czy zaburzenia w funkcjonowaniu ludzkiego mózgu. Książka pozbawiona jest medycznego żargonu, a wszystkie niezbędne terminy (jak wspomniana agnozja, afazja, aleksja, itd.) są bardzo dobrze wyjaśnione, a dodatkowo zobrazowane konkretnym przykładem. Ponadto Sacks bardzo często sięga do historii leczenia ludzkich schorzeń, przytaczając postacie znakomitych naukowców, których odkrycia wywarły znaczący wpływ na opisanie, czy odkrycie danej dysfunkcji neurologicznej. Autor równie chętnie odwołuje się do prac swoich kolegów po fachu, których wielu traktuje jako uznany autorytet. Łatwo dostrzegalna jest skromność tego intrygującego człowieka, który sam uchodzi za wybitnego uczonego. Bez cienia zażenowania wspomina on o udzielonej mu pomocy, bez wahania zwraca się z prośbą o wsparcie, by dany przypadek medyczny zbadać na wszystkich, możliwych płaszczyznach. Przyznaję szczerze, że taka bezpośredniość w uznawaniu cudzych kompetencji, mimo, że jest czymś absolutnie normalnym, wywarła na mnie ogromne wrażenie. Sacks momentami przypomina mi krystalicznie szczere w swej ciekawości dziecko, które z bezgraniczną ufnością prosi swojego nauczyciela o wyjaśnienie trapiącej go kwestii. To naprawdę zachwycające, że człowiek o takim stanie wiedzy, cały czas pragnie dowiadywać się czegoś nowego, będąc przy tym tak pokornym.
Tak jak wspominałem, autor często przywołuje prace wybitnych naukowców o bardzo rozległych zainteresowaniach, przywodzących na myśl sławetnego człowieka Renesansu. W mojej opinii Olivera Sacksa również można uznać za tego typu polimata. Wszechstronnie wykształcony, uzbrojony w ogromne zasoby wiedzy, eksploruje wciąż jeszcze nie poznane i niezbadane meandry ludzkiej psychiki, czyniąc przy tym znakomite relacje ze swoich arcyciekawych wypraw. Fachowość oraz naukowe podejście zostały wybornie splecione z literacką lekkością pióra. W efekcie czytelnik otrzymuje książkę, którą można traktować również jako zbiór opowiadań, poświęconych ludziom z niecodziennymi schorzeniami neurologicznymi. Utwór nie ma nic wspólnego z suchymi danymi na temat schorzenia, wyszczególnionymi w punktach objawami, czy zawężeniem pacjenta wyłącznie do noszonej przez niego choroby. Książka to pełnokrwista proza, którą, mimo braku zaskakujących zwrotów akcji, czy nafaszerowanej adrenaliną fabuły, śledzi się z ogromnym zainteresowaniem. Szczególnie wartościowy wydaje się rozdział, na który składają się zapiski z prywatnego dziennika Olivera Sacksa, pisanego w czasie walki z czerniakiem, który zaatakował jedną z gałek ocznych autora. Badacz i lekarz, który nagle zaczyna występować w roli pacjenta prowadzi dokładną autoanalizę własnego przypadku, tworząc ciekawe studium emocjonalne człowieka pogrążonego w poważnej chorobie. Sacks podobnie jak większość ludzi odczuwa bezsilność, niemoc oraz strach, a ponadto ujawnia dyskomfort oraz wahania, związane z faktem, że całą swoją nadzieję musi pokładać w zajmującym się nim fachowcu. Można powiedzieć, że jest to utwór napisany na dwa głosy, które wzajemnie się przeplatają – z jednej strony odzywa się zdesperowany człowiek, walczący z zagrażającym mu schorzeniem, z drugiej wtóruje mu naukowiec, który do wszystkiego próbuje podchodzić racjonalnie i rzeczowo. Ten dwuton stanowi bardzo ciekawą mieszaninę. Wisienką na torcie, które wieńczy całą książkę jest ostatni rozdział, tytułowe Oko umysłu, ukazujący na przykładzie kilku pacjentów, w jak różny sposób zachowują się mózgi osób, które utraciły zdolność widzenia.
Reasumując krótko, moje pierwsze spotkanie z Oliverem Sacksem okazało się bardzo przyjemnym doświadczeniem. Autor dał się poznać zarówno jako znakomity uczony, posiadający erudycyjne inklinacje, dobry pisarz, przed którym pióro pokornie się korzy, wyginając się tak, że potrafi oddać wszelkie intrygujące przemyślenia i refleksje autora oraz lekarz z krwi i kości, traktujący swoich pacjentów po ludzku, jako przyjaciół, którym należy pomóc na wszelkie możliwe sposoby. Spodobało mi się również podejście Sacksa względem własnej osoby, który choćby poprzez podkreślanie własnej niezdarności czy omawianie chorób, jakimi jest dotknięty w dość przewrotny sposób przekonuje o tym, że każda jednostka ludzka jest na swój sposób wyjątkowa oraz wartościowa.

P.S. Pozycję udało mi się nabyć w sieci taniej książek Dedalus w cenie 18 zł (cena okładkowa: 44,90 zł). 


Wasz Ambrose 

piątek, 30 maja 2014

O relatywizmie dobra



Gdy człowiek bogaty powstrzyma się od kradzieży kromki chleba, nie jest to tak chwalebne, jak gdy czyni to głodny.


John B. Weber 

przytoczone w książce Wyspa Klucz Małgorzaty Szejnert

czwartek, 29 maja 2014

środa, 28 maja 2014

wtorek, 27 maja 2014

Kochajmy bohaterów, tak szybko odchodzą



George R. R. Martin


Nawałnica Mieczy

tytuł oryginału: A Storm of Swords

część 1: Stal i śnieg
oryg. vol. I: Steel and Snow

część 2: Krew i złoto
oryg. vol. II: Blood and Gold

tłumaczenie: Michał Jakuszewski

seria/cykl wydawniczy: Pieśń Lodu i Ognia (ang. A Song of Ice and Fire)

wydawnictwo: Zysk i Spółka 2013/2014

stron 736 +636

Nawałnica mieczy, trzecia powieść epickiej serii Georga R. R. Martina Pieśń Lodu i Ognia* została podzielona na dwie części – Stal i śnieg oraz Krew i złoto. Gdy wziąłem je do ręki, uderzyła mnie nieuchronność tego zabiegu. Każda z nich sama ma taką objętość, że można by ją podzielić na tomy, a w jednej książce nie dałoby się ich zmieścić, chyba że druk by był tak mały, iż do wydania dołączano by lupę.

Wielce zadowolony z lektury poprzednich odsłon cyklu, od razu zabrałem się do czytania. No i znów mnie wciągnęło. Początkowo obawiałem się o to, czy autor utrzyma równy poziom, jaki prezentowały dwie pierwsze powieści, czy nie zawiodę się tak, jak na Franku Herbercie, który wykreował piękny świat, ale tylko pierwsza powieść cyklu w nim się rozgrywającego jest naprawdę mistrzowska, druga już tylko bardzo dobra, a każda dalsza słabsza i bardziej nużąca. W miarę jak pochłaniałem kolejne kartki opowieści Georga R. R., przekonywałem się, że syndrom Diuny, przynajmniej póki co, Martinowi nie grozi. I tak było aż do końca Stali i śniegu. Krew i złoto przewartościowało moje sądy. George dopiero się rozkręcał! Zaskoczył mnie totalnie i jego notowania wprost poszybowały w górę. Jak do tego doszło, o tym za chwilę, ale najpierw mała dygresja.

Już przy Starciu królów, drugiej powieści serii, ostrzegałem, iż nie jest to cykl, który można czytać na wyrywki. Stopień komplikacji, ilość postaci, wątków i zawiłość intrygi jest taka, że aby cokolwiek zrozumieć, nie mówiąc o delektowaniu się lekturą, koniecznie trzeba zacząć od początku i iść po kolei przez wszystkie stronice, rozdziały, tomy i powieści. W dodatku trzeba cały czas uważać, wystarczy bowiem chwila dekoncentracji, by się pogubić kto jest kto. A i tak, nawet najbardziej uważnemu czytelnikowi, czasami pomocne okazują się mapki i dramatis personæ zamieszczone na końcu każdego tomu.

Co jest takiego w tych opasłych tomiszczach, iż naprawdę zachwyciły właśnie mnie, który za fantasy niespecjalnie przepada, dla którego Tolkien jest infantylny, a Andre Norton wydaje się sztampą?

W Nawałnicy mieczy mamy to wszystko, co urzekło mnie w poprzednich powieściach Pieśni. Oryginalnie i niezwykle spójnie wykreowany świat w klimatach średniowiecznych, wzbogaconych o sferę baśniową, z warstwą nadnaturalnych mocy. Ogromne krainy, zróżnicowane i zaludnione mnogością istot, zarówno z tego, jak i nie z tego świata. Glob, którego centrum stanowi wielki kontynent Westeros, podzielony na część cywilizowaną, składającą się z siedmiu królestw, do niedawna połączonych w jedno, a teraz znów podzielonych i walczących o dominację, oraz dziką, owianą mgłą niewiedzy północ, oddzieloną od cywilizacji Murem, przy którym Wielki Mur chiński wydaje się malutki. Nowatorsko wykreowane królestwa autor zdołał zasiedlić prawdziwym mnóstwem różnorodnych istot, od znanych już w kanonie fantasy, po całkowicie nowe. Stworzył spójną i przekonującą mechanikę utrzymującą tę rzeczywistość w ruchu, co jest sztuką nieczęsto spotykaną, zwłaszcza w utworach dłuższych, które tym bardziej obnażają wszelkie niedostatki tła, im są bardziej rozbudowane. Jakby tego mało, Martin wykreował zróżnicowane społeczności, które posiadają, zgodnie z najnowszą wiedzą socjologiczną, swoje odrębne cechy, stosownie do warunków i okoliczności, w których żyją. Na poziomie jednostkowym aż podziw bierze dla odwagi i oryginalności, jaką pisarz wykazał się w tworzeniu postaci, sięgając zarówno po charaktery i fizyczności, które wydają się aż zbyt schematyczne, jak i takie, które wydają się nazbyt oryginalne. No i oczywiście wszystkie pośrednie między nimi. Jak w życiu. W dodatku, w miarę poznawania kolejnych powieści, możemy, niczym podglądacz zafascynowany psychologią społeczną, obserwować jak nasi bohaterowie się zmieniają. Zarówno zewnętrznie, wewnętrznie, jak i w świadomości społecznej. Niczym w dzisiejszych mediach, gdzie osoby dziś pierwszoplanowe, nagle znikają w niepamięci, a nowe gwiazdy wciąż się pojawiają na miejscu starych. Perełką jest też coraz bardziej uwidaczniające się z każdą kolejną powieścią, jak różne mogą być oceny tego samego człowieka dokonywane przez różne osoby, w różnym czasie czy różnych okolicznościach. Jak zmienne mogą być nawet oceny samego siebie dokonywane w odmiennych warunkach. Niektóre postacie są wręcz tragiczne, w rozumieniu najlepszych tradycji wielkiej literatury. Chcą dobrze, a wychodzi jak zwykle, muszą przeć naprzeciw strasznym przeznaczeniom i brać udział w grach, których zasad ani kluczowych uczestników nie znają. Kiedyś mówiono, że podejmując decyzje wybieramy ich konsekwencje. Dziś psychologia społeczna uczy, że czasami to konsekwencje wybierają nas. Widać, że autor jest na bieżąco albo jest bardzo bystrym obserwatorem życia i ludzi.

Jesteśmy przyzwyczajeni, iż najpóźniej ze śmiercią ostatniego głównego bohatera opowieść się kończy. To odbicie naszego złudzenia, że bez nas świat nie może istnieć, że coś z nas musi trwać wiecznie, skoro świat nadal będzie. Martin odziera nas z tej nadziei. Główni bohaterowie, nie mówiąc już o postać drugoplanowych, giną masowo, a ich miejsce zastępują inni, tak jakby poprzednich nigdy nie było. Po dawnych królach i herosach pozostają tylko legendy, pieśni i opowieści historyków, wszystkie najczęściej mniej lub bardziej fałszywe. Pisarz robi to w sposób niesamowicie wyważony. Tak jak w realnym świecie – gdy jest zapotrzebowanie wodza, na miejsce utraconego zaraz pojawi się nowy. Podobnie z władcami, mędrcami czy kapłanami, a nawet Bogami.

Mówiąc, że Martin w Nawałnicy mieczy naprawdę rozwinął skrzydła miałem na myśli wiele aspektów. Również i ten, że w tym razem pożegnamy wyjątkowo wiele postaci. Zarówno tych, które polubiliśmy, jak i tych, których nie będziemy żałować. Na szczęście, jak to w powieści, nie giną wszyscy. Na razie. To masowe umieranie nastąpi zarówno w wyniku wielkich bitew oddanych z dynamiką i rozmachem godnym Krzyżowców czy Potopu, a może nawet lepszych, jak i tajemnych machinacji, zdrad i skrytobójstwa.

Niespodziewane zwroty akcji. Slogan reklamowy zgrany do szczętu. Wyjątkowo jednak w tym przypadku jest prawdziwy w pełni. W dodatku jest coś, czego nie spotkacie ani u Tolkiena, Herberta czy Sapkowskiego. Niespodziewane wolty fabuły. Czytelnika zaskakują nie tylko wydarzenia, ale i sama intryga. Już się wydaje, że wiadomo, kto był marionetką, a kto pociągał za sznurki, aż tu nagle trzeba starą wiedzę odrzucić i przyswoić nową. Już się wydaje, że wiadomo kto jest zły, a kto dobry i do czego kto zmierza, a tu nagle zmiana – znów trzeba wszystko układać od nowa. W dodatku, jak w realu, święci i herosi nie są bez skazy, a tylko o kanalie zepsute do szpiku kości dość łatwo. To nowa jakość i całkiem nowy poziom stanowiący ewenement, nie tylko w tym dość w końcu infantylnym gatunku jakim z reguły jest fantasy.

Kto przeżyje, a kto padnie od miecza, strzały czy trucizny, oczywiście nie zdradzę. Zapewniam jednak, że na pewno nikt z Was nie obstawi jak należy. Przekonajcie się sami, bo zaprawdę powiadam Wam – warto sięgnąć po Pieśń Lodu i Ognia. Ja już marzę o kolejnym spotkaniu z Westeros

Wasz Andrew

Ps. Nie zapominajcie o ankiecie na ulubioną postać cyklu (prawa szpalta na dole)

* saga Pieśń Lodu i Ognia* (ang. A Song of Ice and Fire)

  1. A Game of Thrones (1996) - Gra o tron (1998)
  2. A Clash of Kings (1999) - Starcie królów (2000)
  3. A Storm of Swords (2000) - Nawałnica mieczy. Stal i śnieg (2002) + Nawałnica mieczy. Krew i złoto (2002)
  4. A Feast for Crows (2005) - Uczta dla wron. Cienie śmierci (2006) + Uczta dla wron. Sieć spisków (2006)
  5. A Dance with Dragons (2011) - Taniec ze smokami. Część I (2011) + Taniec ze smokami. Część II (2012)
  6. The Winds of Winter
  7. A Dream of Spring
Pieśń Lodu i Ognia.: Nawałnica mieczy [George R.R. Martin]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Pieśń Lodu i Ognia.: Nawałnica mieczy [George R.R. Martin]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE