Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

wtorek, 18 marca 2014

Druga odsłona Gabriela Allona

Portret szpiega

Daniel Silva



Tytuł oryginału: Portrait of a Spy

Tłumaczenie: Katarzyna Bieńkowska

Wydawnictwo: Warszawskie Wydawnictwo Literackie Muza 2012








Daniel Silva jest znanym, ba!, nawet bardzo znanym, gdyż jego powieści zawsze lądują wysoko na listach bestsellerów, pisarzem amerykańskim. Pracował jako dziennikarz dla największych gigantów medialnych świata, ale sławę przyniosła mu beletrystyka, a głównie powieści szpiegowskie. Kiedyś czytałem jego powieść Angielski zabójca i wrażenia z tej lektury miałem bardzo pozytywne, więc gdy naszła mnie ochota na te właśnie, czyli walki tajnych służb klimaty, a na bibliotecznej półce akurat zauważyłem wśród świeżych zwrotów dwie powieści Silvy, od razu je zabrałem. Jedną z nich był Portret szpiega.

Od razu zacznę od krytycznej uwagi pod adresem wydawcy. Nie chodzi mi o błędy, które owszem, zdarzają się tu i ówdzie, ale nie denerwują aż tak bardzo. Tym razem zniesmaczyła mnie notka na tylnej okładce. Dobrze, że zerknąłem na nią dopiero po przeczytaniu książki – nie jest to ewidentny spojler*, ale moim zdaniem zdradza za dużo. Teraz przejdźmy do rzeczy przyjemniejszych.

Jak w Angielskim zabójcy, tak i w Portrecie szpiega, postacią centralną jest Gabriel Allon, „emerytowany” izraelski anioł zemsty, czyli taki ichni 007, tyle że w wersji bardziej hard. W chronologii serii powieściowej** wspomniane książki plasują się odpowiednio na drugim i jedenastym miejscu. Fabuły nie będę zdradzał nawet w zarysie. Nie jest specjalnie oryginalna, ale i do sztampy też jej daleko. Po prostu solidne pisarskie rzemiosło. Nie ma sensu odbierać nikomu nawet części tej przyjemności jaką miałem usiłując przewidzieć, co będzie dalej, a czego bym nie zaznał, gdyby mi ktoś wcześniej wspomniał cokolwiek o zarysie intrygi. Dość powiedzieć, iż rzecz cała dzieje się gdzieś około roku 2010, może nawet później. Nie jest więc to opowieść o czasach, gdy świat był biało-czarny, a raczej biało-czerwony, gdy główne napięcie wiązało się z podziałem Ziemi pomiędzy demokrację i komunizm. Są to już realia po WTC i innych znanym wszystkim wydarzeniach. Realia, w których tylko zaślepieni albo głupi potrafią powiedzieć, co jest czarne, a co białe. Realia, w których aniołowie są zbrukani, a zło ma często dużo wyżej postawioną poprzeczkę moralną niż szeryfowie dobra.

Jako typowy przykład gatunku – sensacji osadzonej w świecie tajnych służb, a zarazem przykład bardzo udany, rzecz cała napisana jest językiem łatwym w odbiorze, pozwalającym czytelnikowi bez trudu nadążać za szybką akcją i odczuwać napięcie, a więc dość prostym, ale wcale nie prostackim. Dużo wnosi fakt, iż drugą osobowością głównego bohatera, poza perfekcyjnym zabójcą, jest niezwykle utalentowany artysta, co bardzo pozytywnie odbija się również na warstwie językowej. Fabuła nie jest specjalnie skomplikowana ani wielowątkowa. Nie wymusza więc całkowitego skupienia, by się nie pogubić. Postacie zarysowane śmiało i dość ciekawie, choć jakby nieco schematycznie i daleko im do pełnej szaleńczej odwagi kreacji rodem z innej niedawnej mojej lektury – Gry o tron. W tym gatunku nie jest to jednak aż tak ważny element jak klimat, napięcie, realia służb i świata tajemnic, a te są oddane całkiem udanie.

Jak już wspomniałem, nie są to już czasy złego komunizmu i dobrego Zachodu. Świat nie jest dużo bardziej skomplikowany niż dawniej, był taki od zawsze, ale teraz coraz więcej osób to zauważa, również w literaturze. Silva świetnie, a nawet wręcz odważnie, oddał wiele elementów dzisiejszej rzeczywistości. Totalna orwellowska inwigilacja będąca zaprzeczeniem fundamentalnych zasad demokracji i na pewno przewyższająca wszystko, co działo się w tej materii w opluwanej powszechnie komunie. Rozdęta do astronomicznych wręcz rozmiarów i kosztów liczebność służb, których istnienie niejednokrotnie uzasadnia tylko walka z terroryzmem, a która właśnie przez ogromne rozmiary wręcz uniemożliwia zachowanie prawdziwej poufności.

Silva wypunktowuje paradoksy współczesnego świata, jak choćby sojusz USA z Arabią Saudyjską w wojnie z terroryzmem, który przecież między innymi przez ten właśnie kraj jest inspirowany. Od wieków znane było powiedzenie, iż wróg wroga jest przyjacielem, ale nawet to się zdezaktualizowało. Wszystko staje na głowie.

Pisarz bezlitośnie piętnuje Dubaj, z jego przepychem prowadzącym do zadłużenia, ale przede wszystkim za to, że jest to być może najbardziej antyekologiczny kraj na świecie oraz piekło dla zagranicznych robotników. Krytykuje władzę niekompetentnych polityków własnego kraju nad tajnymi służbami, gdyż w imię wzrostu notowań w sondażach dążą oni do szybkich sukcesów zaprzepaszczając niejednokrotnie długofalowe, znacznie ważniejsze cele i ujawniają sukcesy, co rodzi późniejsze klęski, zgodnie z zasadą, iż najlepiej, gdy o prawdziwych sukcesach tajnych służb nie wie nikt, a przynajmniej niewielu z żyjących współczesnych.

Z dużym wyczuciem autorowi udało się oddać różnicę pomiędzy amerykańskim stylem prowadzenia tajnej wojny, opartym głównie na technologii i pieniądzu, a potęgą budowaną na agentach w terenie, jak w przypadku Izraela, oraz w ograniczeniach i zaletach każdej z form. Są i elementy krytyki stosunków własności w tak zwanej demokracji, jak choćby jawna kpina z ludzi, którzy kupują za dwa miliony dolarów zegar, który się ciągle spóźnia.

Są i osobiste refleksje autora o ogólniejszej naturze, między innymi ta, że kiedyś wiara w Boga inspirowała ludzi do tworzenia wielkich dzieł architektury czy malarstwa, a dziś ze spektakularnych dzieł natchnionych wiarą najbardziej widoczne są zamachy terrorystyczne.

Oczywiście główną sprawą jest krytyka islamu, który dąży do zniszczenia zachodniego stylu życia i wprowadzenia królestwa szariatu. Bardzo mocno jest też podkreślony problem piekła, jakim jest prawo koraniczne dla kobiet, które nie godzą się na rolę przedmiotu w męskim gospodarstwie. Prezentuje nawet dość dużą odwagę, biorąc pod uwagę, iż wielu krytyków islamu musi się ukrywać w obawie o swe życie. Posuwa się nawet do, celnego zresztą, nazwania publikowanych w internecie filmów z zamachów i egzekucji pornografią dla dżihadystów.

Mamy i polski smaczek, czyli stwierdzenie, z którego wynika, iż autor jest przekonany, że w Polsce były tajne amerykańskie więzienia.

Niestety, tym razem pisarz nie uniknął ewidentnej wpadki merytorycznej opisując wielki głęboki krater w miejscu wybuchu ładunku kierunkowego skierowanego poziomo. Albo nie był to tego typu ładunek, albo nie taki ślad. W szerszym ujęciu także nie jest Portret szpiega sposobem na wyrobienie sobie pojęcia o przyczynach i złożoności problemu, jakim jest terroryzm. Ani raz nie padło stwierdzenie, iż za każdym, nawet na wskroś natchnionym wiarą, aktem terroru stoją czysto świeckie cele. Nie było też najmniejszego nawet nawiązania do teorii konfliktów asymetrycznych, z których wprost wynika nieuchronność między innymi działań terrorystycznych, nawet jeśli czynniki wyznaniowe nie będą miały nic do rzeczy.

Na pewno na sposób patrzenia i przedstawienia złożonych oraz niejednoznacznych problemów związanych z konfliktem islamsko-zachodnim ma wpływ, iż autor jest Żydem z odzysku. Urodzony jako katolik, jako dorosły zmienił wyznanie na mojżeszowe. Jest bardzo interesującym poznać sposób widzenia rzeczywistości z jego perspektywy, ale to aspekt lektury raczej dla czytelników obytych z tematem. Wśród pozostałych może narobić szkód, podając im gotowe prawdy, niestety czasami równie przekonujące, co odbiegające od rzeczywistości.

Poza tymi moimi narzekaniami, w warstwie typowo rozrywkowej odpowiedniej dla kanonu, czyli powieści szpiegowskiej, książka zasługuje na najwyższą ocenę. Oczywiście z zastrzeżeniem, że to, co jest zaletą, zarazem jest ograniczeniem. Przy powtórnej lekturze napięcia już raczej nie odczujecie, nie będzie zaciekawienia, a to nie Potop, by raz za razem smakować piękno języka. W sam raz na jeden raz. Choć zdecydowanie udany, godny polecenia wszystkim miłośnikom gatunku, to jednak tylko ten jeden raz


Wasz Andrew


* spojler – tu niepożądana informacja o szczegółach zakończenia utworu literackiego, teatralnego lub filmowego
** seria a Gabrielem Allonem:
1. The Kill Artist (2000)
2. The English Assassin (2002)
3. The Confessor (2003)
4. A Death in Vienna (2004)
5. Prince of Fire (2005)
6. The Messenger (2006)
7. The Secret Servant (2007)
8. Moscow Rules (2008)
9. The Defector (2009)
10. The Rembrandt Affair (2010)
11. Portrait of a Spy (2011)
12. The Fallen Angel (2012)
13. The English Girl (2013)

poniedziałek, 17 marca 2014

"Czarny deszcz" Masuji Ibuse - Czarne, czarny, czarna

Czarny deszcz

Masuji Ibuse


Tytuł oryginału: Kuroi ame
Tłumaczenie: Mikołaj Melanowicz
Wydawnictwo: Książka i Wiedza
Liczba stron: 332
 
 
 
 
Plotka to małe, wstrętne stworzenie, które niczym żarłoczny robak toczy dobre imię osoby, będącej przedmiotem złośliwych pomówień. Fascynujący jest fakt, że chociaż plotka to informacja niesprawdzona, nierzadko bzdurna, a niemal zawsze kłamliwa, to najczęściej wzrasta ona bez większych zakłóceń, osiągając gargantuiczne rozmiary, doszczętnie rujnując wizerunek ofiary. Trudno się przed nią skutecznie obronić, równie ciężko jest zapobiec jej narodzinom, a i bardzo nieprzyjemnie jest zmagać się z jej konsekwencjami. Z tego powodu plotka jako rzecz sama w sobie nie posiada zbyt wielu pozytywnych konotacji. Ale jak pokazuje życie, rzadko kiedy zdarzają się zjawiska, które można charakteryzować wyłącznie za sprawą negatywnych określników. Nie inaczej jest w tym przypadku – w końcu krótkie studium nad plotką właśnie, staje się niejako przyczynkiem do niezwykłej opowieści, którą snuje bohater książki Czarny deszcz autorstwa Masujiego Ibuse.

piątek, 14 marca 2014

Wieczny urok izometrii

czyli walcz o wolność i demokrację zabijając w zamian za zielone



Kiedyś, dawno, dawno temu, gdy marzeniem gracza była Amiga albo pecet z procesorem 486 lub chociaż 386, grałem bardzo dużo i we wszelkie możliwe gatunki gier. Można powiedzieć, że szukałem tego, co mnie kręci. Był to czas świeżych pomysłów, epokowych produkcji, które do dziś wyznaczają kierunki rozwoju gier komputerowych. Był to też czas gier niedoścignionych. Od tego okresu grafika poszła niesamowicie do przodu i wydawałoby się, że tak stare gry, na rynku, gdzie czas życia nowych produkcji liczy się w miesiącach, powinny zostać na zawsze zapomniane. Tak jednak nie jest.

Grywalność to termin określający satysfakcję, jaką gracz uzyskuje z gry. Na ten parametr wpływają wszystkie elementy gry, od grafiki i dźwięku poczynając, poprzez fabułę, logiczny schemat powiązań elementów występujących w grze, zasady rozgrywki, liniowość rozgrywki i wiele innych, aż po wierność realiom. Praktycznie każdy element jest ważny i mam wrażenie, że o ile fantastyczna grafika czy inne podobne technologiczne wodotryski dają wiele w momencie premiery gry oraz, co chyba kluczowe dla producentów, wpływają znacząco na jej sprzedaż, to o grywalności ostatecznie decyduje element najsłabszy i jego waga w porównaniu do pozostałych atrybutów. To sprawia, że wypasione produkcje, w początkowym okresie niewyrobionym graczom nakręcanym przez płatną klakę, zwaną często krytyką, wydają się grami wszechczasów. Potem jednak, po roku, dwóch czy trzech, te wielkie nadzieje gasną. I okazuje się, że dziś, w XXI wieku, w czołówce najwyżej ocenianych, najczęściej granych, najbardziej znanych, są gry rodem z lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia. To prehistoria programów komputerowych – programy operacyjne z tego czasu już dawno wyszły z użycia, więc tworzy się emulatory umożliwiające granie w te najstarsze gry. Na szczęście nie wszystkie tego wymagają.

Jako że moim ulubionym gatunkiem jest strategia, dziś przedstawię Wam kolejnego dinozaura, który nie tylko, że nie wymarł, ale wciąż ewoluuje. Strategie zasadniczo dzielą się na RTS-y* i turówki**. Te pierwsze mają większą grywalność w początkowym okresie użytkowania, te drugie zaś pokazują pazur po latach, gdy zakupiopne w tym samym czasie RTS-y już dawno pokryją się kurzem. Pisałem już o History Line 1914-1918, której miłośnicy płaczą, gdyż nie doczekała się nigdy kontynuacji, oraz o trójcy Steel Panthers (Steel Panthers World at War, Steel Panthers World War II i Steel Panthers Main Battle Tank), która co pewien czas otrzymuje nowsze wersje. Wspomniane gry są wykonane w bardzo użytecznej w strategii konwencji, czyli w widoku z góry. Dziś nadszedł czas na wybitnego przedstawiciela innego sposobu obrazowania – rzutu izometrycznego.



  
Seria Jagged Alliance, bo o niej właśnie mowa, w swej pierwszej odsłonie pojawiła się w 1994 roku, równocześnie z kultowym UFO Enemy Unknown, o którym kiedy indziej. Od razu stała się obiektem uwielbienia maniaków strategii, a raczej taktyków, gdyż dowodzimy w niej oddziałem złożonym z niewielkiej liczby (najczęściej, w zależności od wersji, kilku/kilkunastu) najemników. Prawdziwą karierę, trwającą do dziś, zrobiła druga osłona cyklu (Jagged Alliance 2). Jej wielkimi zaletami, które są konsekwentnie rozwijane w kolejnych częściach, były wyraziste, oryginalne postacie, duży wybór broni strzeleckiej i realistyczne odwzorowanie pola walki. Sylwetki najemników, choć niewielkie, są bardzo sympatycznie animowane. Biją na głowę nawet późniejsze wielkie produkcje, jak choćby Fallout: Brotherhood of Steel z 2004 roku, gdzie czołganie się przypomina konwulsyjne drgawki. Poniżej krótki filmik ukazujący dynamikę poruszania się postaci w Jagged Alliance 2.




Filmik nakręcony z gry w wersji modowej Renegade Republic PL JA2 v. 1.13. Mody bowiem są tym, co nadaje wciąż nowe oblicza starej, klasycznej wersji.


W pierwotnym JA2 należało przy pomocy grupy najemników, w imię demokracji i wolności, zdobyć wyspę kontrolowaną przez złą dyktatorkę. Ciekawą rzeczą było konstruowanie od podstaw, zgodnie z własnymi preferencjami, głównego najemnika będącego naszym alter ego w grze. W modyfikacjach, których jest całkiem sporo, fabuła z reguły jest pokrewna, choć nie zawsze. W niektórych można też zwiększyć ilość samodzielnie konstruowanych postaci. Najczęściej akcja osadzona jest w czasach nam współczesnych, lecz jest też na przykład wersja umiejscowiona w Wietnamie czy w czasach II Wojny Światowej. Wyraźny jest element RPG*** - postacie doskonalą swe umiejętności w miarę zdobywania doświadczenia.




Wszystko to interesujące, ale tym, co najbardziej kręci tygrysy, jest uzbrojenie i jego używanie. Największą zaletą serii jest to, iż cały czas trwa na forum poświęconym grze dyskusja i moderzy, niech Pan da im siły, twórcy kolejnych, coraz bardziej rozbudowanych wersji, wsłuchują się w propozycje graczy, a liczba dostępnych typów broni strzeleckiej sięga w nowych modach już trzech tysięcy. Do tego oczywiście odpowiednia różnorodność amunicji, lekka broń wsparcia, moździerze, wyrzutnie przeciwpancerne, granaty, koktajle mołotowa. Dla każdego coś miłego.




By oddać atmosferę Jagged Alliance opiszę fragment jednego starcia. Każdy zainteresowany będzie wiedział w czym rzecz. Kiedyś moi najemnicy zdobywali budynek w kształcie litery „U”. Przed atakiem snajper z cichym zabójcą weszli na dach i wykończywszy strażników szybko rozłożyli się, by kontrolować ogniem dziedziniec wewnętrzny, a w chwilę później do ataku ruszyli pozostali. Na przedzie szła zawodniczka wyspecjalizowana w skradaniu się. Nagle otworzyły się drzwi w budynku i wypadła banda złych. Zrobiło się zamieszanie. Nawet noże weszły do akcji. Większość obrońców udało się zabić, ale w zamieszaniu prowadząca dostała serię przez klatę. Dzięki osłonom balistycznym nie zginęła, ale jednak padła obezwładniona brocząc obficie krwią. Nagle skądś pojawił się wrogi komandos, wpadł między zajętych walką moich i wyglądało na to, że dobije moją liderkę, na której przeżyciu bardzo mi zależało. Jedynym wyjściem było, by snajper z dachu strzelił przez własnego kolegę, który zasłaniał mu wrażego komandosa. Padł strzał. Pocisk przeszedł przez ramię najemnika, który znalazł się w złym miejscu i o złym czasie, na szczęście go nie zabijając, i trafił prosto w głowę wrednego komandosa. Liderka i najemnik poszli do szpitala, ale nie do kostnicy. I o to chodziło.




Oczywiście, gra nie oddaje rzeczywistości. W realu rany nie goją się tak jak w grze czy na filmie. Ale wiele smaczków w Jagged Alliance można odnaleźć. Jeśli na przykład spróbujecie, jak widać to na większości filmów, biegać czy chodzić po polu walki, zaraz zakończycie karierę. Nie będziecie długo czekać na strzał z okna czy z innego ukrycia. Skulona, skradająca się sylwetka najemnika albo ewentualnie czołganie, to jedyny sensowny obrazek.




Nie trzeba mówić: nie jest to gra dla wszystkich. Tym jednak, którzy interesują się uzbrojeniem strzeleckim, klimatami taktycznymi i walką małych formacji, polecam zwrócenie uwagi na tę produkcję. Tym bardziej, iż oryginalne wersje będące podstawą do instalowania modów można kupić za grosze, albo nawet zdobyć za darmo, i póki co szykuje się, iż nowych wersji nie zabraknie.


Zainteresowanych zapraszam też na stronę poświęconą grze i na sprzężone z nią forum.



Poniżej garść screenów (kliknij by powiększyć)



Wasz Andrew















* Real Time Strategy – strategia czasu rzeczywistego
** gry rozgrywane w systemie turowym
*** Gra fabularna, z ang. Role-Playing Game)

czwartek, 13 marca 2014

O książkach



…umysł zaś potrzebuje książek, podobnie jak miecz potrzebuje kamienia do ostrzenia, jeśli, oczywiście, ma zachować swoją ostrość.


Tyrion Lannister

Gra o tron George R. R. Martin

środa, 12 marca 2014

Jak ja nienawidzę zimy!





James Thompson

Anioły śniegu

tytuł oryginału: Snow Angels
tłumaczenie: Maciej Nowak - Kreyer
seria/cykl wydawniczy: Inspektor Vaara tom 1
Wydawnictwo Amber Sp. z o.o. 2012

Po Anioły śniegu sięgnąłem z powodu plakatu, który ujrzałem na korytarzu naszej biblioteki. Nie zajrzałem nawet do sieci, by się dowiedzieć czegoś o autorze albo o powieści, tak mnie zaintrygował tytuł i okładka. Takie przeczucie. Uczyniłem to dopiero po zakończeniu lektury.


James Thompson, Amerykanin, od czasów studenckich związany ze Skandynawią, obecnie zamieszkały w Helsinkach i ożeniony z Finką, człowiek, który z niejednego pieca chleb jadał, zdobył pisarską popularność jako autor serii kryminałów, których głównym bohaterem jest inspektor fińskiej policji Kari Vaara. Odwrotnie niż u autora, jego bohater jest rodowitym Finem, a żona Amerykanką. No dobrze, tego wszystkiego dowiedziałem się później, więc teraz wrócę do książki.

W małym fińskim miasteczku Kittilä, według naszej nomenklatury we wsi zabitej dechami, będącej jednak ekskluzywnym ośrodkiem sportów zimowych, tuż przed Bożym Narodzeniem zostaje brutalnie zamordowana gwiazdeczka filmowa Sufii Elmi. Od początku sprawę komplikuje fakt, iż to jednak osoba medialna, Murzynka, a w dodatku obrażenia, jakich doznała, mogą sugerować zarówno rasowe, jak i seksualne podłoże mordu.

Co będzie dalej, oczywiście nie zdradzę. Cała frajda przeżyć to samemu. Niektórzy twierdzą, iż fabuła jest banalna, zwłaszcza zaś sam wątek wspomnianego morderstwa. Ja jednak myślę, że dużo bardziej rażą wydumane pomysły niektórych pisarzy tak odległe od życia jak niektóre filmy porno od rzeczywistości. Zbrodnia zwykle jest banalna i historia pokazuje, iż bardzo często im banalniejsza, tym trudniejszą jest zagadką dla organów ścigania. Świetnie też jest ukazane, iż w środowisku bogaczy, czyli tak zwanych elit, zbrodnia stawia przed śledczymi całą piramidę trudności. Przy okazji śledztwa w jednej sprawie wychodzi na jaw cała zgnilizna klas uprzywilejowanych; narkotyki, prostytucja, pedofilia i wszystkie inne możliwe patologie. Śledczy zaczynają się gubić w tym gąszczu rzeczy do ukrycia i grozi im, iż w nim ugrzęzną. Autor wręcz stawia tezę, że niejednokrotnie najbardziej odpowiedzialna jest osoba całkowicie niewinna w świetle prawa, ale taka, która przez swój upadek moralny i wpływ deprawujący otoczenie stawia innych w sytuacji, która nieuchronnie popycha ich ku zbrodni. Ukłon dla Zimbardo.

Spotkałem się z zarzutami, iż język, jakim Anioły śniegu są napisane, przynajmniej w polskiej wersji, jest beznadziejny. Na szczęście nie są liczne, a ja ich absolutnie nie podzielam. Owszem, jest kilka błędów, które rzucają się w oczy, ale to wszystko. Mam nawet wrażenie, iż tłumacz wyjątkowo stanął na wysokości zadania, gdyż dopasował styl do klimatu Finlandii za kołem polarnym, w zimie… Mróz, depresja, alkohol… Prości ludzie, ludzie twardzi, najczęściej ksenofobiczni i słabo wykształceni… To raczej nie są okoliczności kojarzące się z bogactwem słownictwa, rozbudowanymi, wielokrotnie złożonymi zdaniami i barokowym stylem.

Rzecz całą czyta się świetnie. Nie jestem zwolennikiem ukazywania szczególnie brutalnych okaleczeń, nadmiernie wyrafinowanego okrucieństwa. Najczęściej są to zwykłe chwyty marketingowe mające zwiększyć sprzedaż książki – w życiu najczęściej okrucieństwo jest raczej bezmyślne niż wyrafinowane, a brutalność głupia częściej niż wynikająca z jakichkolwiek przemyśleń. W Aniołach śniegu udało się jednak autorowi logicznie uzasadnić takie, a nie inne modus operandi i chwała mu za to.

Książkę czyta się szybko, mamy i zwroty akcji, i wiele smaczków, i klimaty z piekła rodem, choć jest to piekło mroźne. Właśnie – dlaczego nasze piekło jest ogniste? Sto razy wolę za gorąco niż za zimno. Trzeba jednak zaznaczyć, że jest to zdecydowanie książka dla miłośników gatunku. Nawet nie ze względu na same zbrodnie, sekcje i inne elementy medycyny sądowej, ale ze względu na świetne oddanie klimatu, który rodzi się w głowach ludzi dotkniętych związkiem z takim zdarzeniem, a policjantów w szczególności. Żandarm i policjant (glina, a nie urzędas za biurkiem) patrzą na świat inaczej niż reszta ludzkości. To osobny gatunek. I choć nie jest to żadne odkrycie, również w literaturze, to należy docenić i podkreślić, że Jamesowi Thompsonowi udało się to tak celnie oddać. Trzeba też wspomnieć o będącym zdecydowaną rzadkością udanym ukazaniu tragedii, jaką morderstwo czy inne podobne przestępstwo jest nie tylko dla bliskich ofiar, ale i rodziny sprawcy. Naprawdę ważna rzecz i świetnie ujęta. Bez uproszczeń, bez populizmu, w sposób naturalny i prosty.

Jak już niejednokrotnie wspominałem, uwielbiam skandynawską szkołę kryminału społecznego. Nasz naturalizowany Fin okazał się mocnym zawodnikiem w tej dyscyplinie i plasuje się w czołówce literackiej stawki. Z jego powieści można się dowiedzieć więcej o realiach życia w północnej Finlandii niż z przewodników turystycznych czy reportaży, zwłaszcza sponsorowanych. Oczywiście większość tych ciekawostek nie jest potrzebna tym, którzy zamierzają pojechać tam na wycieczkę czy wczasy, ale gdyby ktoś rozmyślał o przeniesieniu się do Republiki Finlandii… Autor nie tylko ukazuje nam cechy tego społeczeństwa, takie jak powszechna, choć skrywana, ksenofobia, depresyjność, samobójstwa i alkoholizm, ale co jeszcze ważniejsze tłumaczy nam przyczyny takiego, a nie innego stanu rzeczy. Wbrew negatywnemu na pierwszy rzut oka wydźwiękowi takiego obrazu, dla mnie byłby to jednak kraj bardzo pociągający, choć nie tak jak choćby Szwecja czy Norwegia, ale ta zima!... Klimat ichniego mrozu i długotrwałej ciemności niezwykle obrazowo oddany w powieści sprawia, że raz na zawsze wybijam sobie ten kraj z głowy. Czytając, wręcz mogę sobie wyobrazić, co czeka każdego, kto tam zamieszka i uzmysławiam sobie, iż nienawidzę zimy. Zwłaszcza takiej zimy!

Szkoda, że to kryminał, do tego pełną gębą, gdyż są w nim perełki, które naprawdę wielu mogą zainteresować, a niestety jest to książka nie do przejścia dla ludzi, którzy nie cierpią czytać o zwłokach, płynach ustrojowych i innych takich. Choćby stereotypy, które w Finlandii są całkowicie różne od naszych czy niemieckich. Największymi złodziejami dla Finów nie są ani Cyganie, ani Polacy, tylko… Doczytajcie sami. Takich rzeczy znajdziecie naprawdę wiele. Na dodatek jest zdrowa dawka prostej, fińskiej filozofii, a nawet trudne problemy z zakresu psychologii społecznej. Wielki szacunek należy się autorowi, który ma odwagę ukazać, iż wiara, zwłaszcza ortodoksyjna i prawdziwa, może być słabością, może być złem samym w sobie. Dziecko chowane pod moralnym kloszem, gdy w końcu wkroczy w zwykły świat poza wspólnotą religijną, a z reguły wejdzie weń raczej wcześniej niż później, jest bezbronne wobec wyrafinowanego, podstępnego zła. Na dodatek zła często przybranego w aureolę.

Oczywiście zalety tej powieści, takie jak ciekawostki o Finlandii i Finach czy sama zagadka kryminalna, są zarazem, w pewnym sensie, jej wadą. Jest z racji tego chyba lekturą jednorazową, gdyż raz poznane, po raz drugi już na pewno nie zaciekawią.

Jak już się zorientowaliście, polecam Anioły śniegu wszystkim bez wyjątku miłośnikom kryminałów. Pozostałym zaś powiem – spróbujcie. Lektura ma wielkie walory poznawcze, jak na gatunek typowo rozrywkowy, a może przy okazji Ci z Was, którym się to dotąd nie przytrafiło, polubią kryminały i ich skandynawski kanon. 


Wasz Andrew

cykl Inspektor Vaara:

  • Snow Angels (2009) Anioły Śniegu
  • Lucifer's Tears (2011) Jezioro krwi i łez
  • Helsinki White (2012)
  • Helsinki Blood (2013)

wtorek, 11 marca 2014

Zwyciężaj albo giń czyli GRA O TRON


George R. R. Martin

Gra o tron

tytuł oryginału: A Game of Thrones
tłumaczenie: Paweł Kruk
seria/cykl wydawniczy: saga Pieśń Lodu i Ognia* (ang. A Song of Ice and Fire) tom 1
Wydawnictwo: Zysk i S-ka 2012

Od czego zacząć? Od filmu (serialu) czy książki, na której został oparty? Kilka razy zmieniałem decyzję przed przystąpieniem do pisania tego testu, aż na koniec postanowiłem; skoro ma to być zapis moich wrażeń z odbioru tych produkcji, wybrać tak, jak wybrał dla mnie przypadek, zwany też losem, przeznaczeniem, albo Wolą Bożą.



Jakiś czas temu kolega namówił mnie na obejrzenie, jak to się teraz mówi, pierwszego sezonu serialu Gra o tron**(Game of Thrones) produkcji HBO, który został wręcz obsypany różnymi nagrodami Początkowo podszedłem do tematu sceptycznie. Pachniało mi to jakąś produkcją fantasy klasy B. Po pierwszym odcinku stwierdziłem, że pewne elementy są interesujące. Zaciekawiony obejrzałem odcinek drugi, trzeci, i tak dalej, aż nagle skonstatowałem, iż właśnie przeleciał odcinek dziesiąty, a ja chcę więcej. Co mnie tak wciągnęło? To pytanie zostawię na koniec. Teraz przejdźmy do książki, którą zapragnąłem poznać po obejrzeniu serialu.

Nie wiemy, czy rzecz dzieje się w przyszłości, przeszłości, czy w alternatywnej historii Ziemi, czy też w ogóle innej rzeczywistości . Osią świata jest kontynent Westeros rozciągnięty od upalnego południa aż do mroźnej północy, a rzecz cała rozgrywa w konwencji rodem ze średniowiecza - pełnej zbroi, mieczy i opowieści o niedawno wymarłych smokach.

Większa część Westeros, podzielona na Siedem Królestw, oddzielona jest od Północy Murem, który ma chronić ludzi, bo to oni głównie zaludniają ziemię, przed Dzikimi i Złem. A może przed Złem i Dzikimi. Przed wiekami Aegon I Zdobywca podporządkował sobie wszystkie Siedem Królestw i jego ród zwany dynastią Targaryenów władał całością niemal trzy wieki. Piętnście lat temu, czyli przed początkiem opowieści, Dom Targaryenów został obalony przez Roberta Baratheona w następstwie Wojny Uzurpatora. Robert Baratheon został nowym królem Westeros. Niestety, niespodziewanie kończy swój żywot. Zaczyna się Gra o tron; jeden by rządzić siedmioma.

Fabuły oczywiście nie będę zdradzał nawet w przybliżeniu. Brzmi to banalnie, ale jest rzeczywiście wielowątkowa. Każdy ród marzący o władzy ma swą własną receptę na jej zdobycie. Każdy jest inny; ma nie tylko specyficzne piętno genetyczne, historię i podstawy, na których opiera swą potęgę, ale i, jak byśmy dzisiaj powiedzieli, własną kulturę korporacyjną, a więc pojęcie o tym, jakie są prawdziwe cele istnienia i jakie środki do ich osiągnięcia są godne, a jakie nie.

George R.R. Martin pokazał się w tej powieści jako mistrz kreacji. Stworzył spójną, przekonującą rzeczywistość o niepowtarzalnym klimacie. Zwykle fantasy jest dla mnie synonimem bezpłciowego kiczu, ale tym razem mamy do czynienia z powieścią prawdziwą. Choć Westeros jest fikcyjne, rządzi się mechanizmami jak najbardziej rzeczywistymi. Żądze ludzkie jako motor historii ukazane w nieskończonej ilości swych odmian. Polityka jako ciągły splot mnóstwa przenikających się drobnych i wielkich intryg. Do tego ludzie, którzy ten świat zaludniają i swymi pragnieniami nadają mu dynamikę. Postacie odmalowane prześwietnie, wręcz fenomenalnie, z niespotykaną śmiałością. Od lalek marzących tylko o księciu w złotej zbroi głupich tak, że wolą podróżować w karecie bez okien, by nie patrzeć na „nudną rzeczywistość” i równie pustych, okrutnych młodzieńców, po szare eminencje; pająki snujące swe sieci ponad układami, władzą, granicami i frontami. Mamy odważnych i tchórzy oraz wszystkie pośrednie stadia między nimi. Widzimy wpływ, jakby powiedział Zimbardo, Systemów i Sytuacji na ludzi, na to jak się zmieniają, jak dobrzy zaczynają czynić zło, a źli mogą być ocenieni pozytywnie. I wreszcie mamy przedstawienie, choć i tak dość nieśmiało w porównaniu do rzeczywistości zarysowane, sił społecznych, wśród których żądze, również seksualne i ich sublimacje, grają znaczącą rolę. Aż ciśnie się na usta porównanie do innych znanych dzieł. Sienkiewicz ze swoją Trylogią i jej wizją polityki wygląda przy Grze o tron wręcz infantylnie, żeby nie powiedzieć dosadniej. Świat Tolkiena wydaje się przy wykreowanym przez Martina jak wykastrowany eunuch przy przepełnionej chucią parze młodych. Nawet Diuna wydaje się w sferze polityki dużo, dużo mniej wyrafinowana. W kwestii różnorodności i śmiałości charakterów ludzkich również trudno znaleźć coś, co mogłoby książkę Martina przewyższyć. Jak z ludźmi, tak i z krainami. To nie jeden zdumiewający świat, jak w Diunie, to nie jedno starcie, jak w Trylogii, to nie czarno-białe podziały na dobro i zło, jak u Tolkiena, ale wojna wszystkich ze wszystkimi, trudne wybory i trudne odpowiedzi; co naprawdę jest dobre, a co złe, a jeszcze częściej – co jest mniejszym złem. Niesamowite klimaty, nie tylko dla każdej z krain, ale i dla każdej społeczności. Momentami liryczna, kiedy trzeba epicka, pełna ważnych prawd i trudnych pytań. Wciągająca porcja prześwietnej rozrywki, przy której zapomina się o tym świecie, a jednocześnie dzieło, nie boję się użyć tego słowa, z głębokimi wartościami.

Świetnym zabiegiem okazało się przenoszenie narratora. Tytułem każdego rozdziału jest imię jednej z postaci i w nim narrator, w trzeciej osobie co prawda, ale zdecydowanie przywiązany jest do tego bohatera. Zna jego myśli, patrzy na świat jego oczami, do ocen stosuje jego kryteria, moralność i umysłowość. Zabieg niesamowicie się udał. Niezwykle pouczające jest spojrzeć na świat to oczami przysłowiowej blondynki, to oczytanego kaleki, to jeszcze kogoś innego. I uświadomić sobie, że w pewnym sensie, te wszystkie rzeczywistości, inne dla każdego z nas, są równouprawnione.

Kiedy czytałem Grę o tron aż się zastanowiłem, czy nie byłaby ona dobrą lekturą obowiązkową dla naszych polityków, którzy myślą, że polityka zagraniczna różni się czymś od walki o nasze własne, krajowe stołki. Może by w końcu zrozumieli, że tak jak w mafii urzędniczej, tak i w polityce międzynarodowej, nie ma sojuszu, którego by nie można złamać, nie ma świństwa, którego nie można by się spodziewać po przeciwniku, a bezpieczeństwa nie zagwarantuje żaden układ na papierze. Jeśli kogoś nie stać na własną siłę, musi jej szukać w układach, w prawdziwych wzajemnych korzyściach, które sprawią, że wszyscy będą mieć interes w tym, co jest nam potrzebne, a słabeusze, którzy potrząsają szabelką, głośno krzyczą albo zbytnio się rządzą, prędzej czy później trafią na szafot.

Nasunęło mi się też porównanie Gry o tron do Krzyżowców Guillou. Te dwie lektury w tandemie przydałyby się zwykłym ludziom. Przez zderzenie światów wspomnianych serii powieściowych łatwo zobaczyć różnicę realiów państw rządzonych przez ludzi i przez prawo. W świecie rządzonym przez ludzi dobrze mają tylko najsilniejsi i najmożniejsi. Trafi się „dobry” władca – wszyscy mają dobrze, ale gdy trafi się zły… A gdy możni się biorą za łby, zawsze najgorzej mają zwykli obywatele, którzy dla decydentów są niczym. W państwie prawa, do którego dążyli bohaterowie Krzyżowców, silne państwo i prawo jest obroną małych przed wielkimi, biednych przed bogatymi. U nas zaś coraz powszechniejsze lekceważenie prawa i państwa podniesione do rangi symbolu, dzielenie na naszych i innych, a nie na prawych i nieprawych, wskazuje, iż większość, która najczęściej ponosi największe koszty, nie zdaje sobie sprawy, iż to, kto jest nasz, a kto nie, w każdej chwili może się zmienić niezależnie od tego, jak bardzo się zaprzedamy by do tych naszych należeć. Jedynym sensownym rozwiązaniem jest twarde silne prawo i państwo gwarantujące jego egzekwowanie. Ale tej świadomości absolutnie w naszym narodzie nie ma.

Sorry, zjechałem z tematu, ale w trakcie lektury powieści aż mnie rzucało na myśl, że w książce w sumie teoretycznie dość lekkiej, bez aspiracji do wielkiej filozofii, więcej jest prawdy o tym, jakie bywa życie, niż można przez dziesięciolecia usłyszeć ze słów tych, którzy uchodzą za autorytety i duchowych przywódców narodu, że o politykach nie wspomnę.

Oczywiście, jest w tej baśni sporo bólu, ran i śmierci, przemocy i okrucieństwa, oraz trochę seksu, ale życie takie właśnie jest. Szkoda tylko, że nie jest odwrotnie – trochę bólu i sporo seksu. Ale to właśnie byłby science fiction.

Podsumowując, mogę tylko polecić Grę o tron absolutnie i bezwarunkowo, wszystkim z wyjątkiem najmłodszych. Nawet tym, którzy, podobnie jak ja, niezbyt przepadają za fantasy. Wystarczy sobie uzmysłowić, że autor nie miał innego wyjścia. Gdyby napisał tak realistyczną powieść historyczną zaraz by się spotkał z nagonką ze wszystkich stron. Każdy naród by mu zarzucał, że jego przedstawiciele nie byli tacy, tylko inni, itd. A tak mamy najprawdziwsze, najrealniejsze samo życie, tyle że w uroczym, średniowiecznym entourage'u. Mamy powieść budzącą w każdym chyba czytelniku głębokie uczucia, od nienawiści do jednych bohaterów, po głęboką sympatię wobec innych. Mamy naukę świadomości, iż wszyscy ludzie, nawet kluczowe postacie, nawet my sami i ci, których kochamy, są śmiertelni. I mamy pięknie się zapowiadające, moje ulubione smoki. Opsss… Nic nie powiedziałem.



A cóż z serialem? Zasadniczo rzecz biorąc jest dosyć wierny w porównaniu do książkowego oryginału. Oczywiście głębsze przemyślenia bohaterów przepadły, ale klimat udało się odtworzyć idealnie. Mocną stroną są dobrze dobrani aktorzy i ich gra, sceny batalistyczne na wysokim poziomie, piękne zamki i krajobrazy zapierające dech w piersiach. I znowu dwie refleksje. Dlaczego w naszych produkcjach, w końcu prestiżowych, typu Ogniem i mieczem, brak jest dynamiki batalistycznej? Sztandary zwisają jak szmaty, umocnienia ledwie wystają nad ziemię, szermierze za wszelką cenę starają się nie trafić przeciwnika, a jeźdźcy sprawiają momentami wrażenie, jakby mieli kłopot z utrzymaniem broni w ręce albo wręcz siebie w siodle. Gra o tron pod tym względem to inny świat, o klasę wyżej, dla polskiej kinematografii niestety. U nas takie stwierdzenia, jak moje, są niepopularne, bo mało kto ma odwagę krytykować dzieło, które jest chronione przez przymiotnik „patriotyczne”, ale przy serialu HBO Potop czy Ogniem i mieczem wypadają jak poszatkowane książki przerobione na kiczowate filmidła przy dojrzałej produkcji opartej na wybitnej literaturze. Wielcy krytycy pewnie się nie zgodzą z moim zdaniem, ale niestety sukcesy eksportowe Martina i kompletny ich brak w przypadku ekranizacji Sienkiewicza przemawiają inaczej.



Inna refleksja, która mi się nasunęła w podsumowaniu serialu i książki, to temat okrucieństwa i golizny. W książce absolutnie nie rażą, są tak naturalne jak oddychanie. Akurat tyle, ile trzeba; ani za dużo, ani za mało. A w filmie? Powszechne są głosy, iż jest ich za wiele, gdy w rzeczywistości ich udział w całości jest podobny, jak w wersji do czytania. Ba – sam nawet miałem chwilami uczucie, że tej nagości jest może za dużo. Czy jednak nie jest to objawem, jak chorym i zakłamanym społeczeństwem jesteśmy? Film, który pokazuje, i to w naprawę w wygładzonej wersji w stosunku do rzeczywistości, jak wyglądały „dawne dobre czasy” wydaje nam się pełen przemocy, a skrawek nagiego ciała budzi w nas większy sprzeciw niż powszechne nawet w programach emitowanych w „młodzieżowym” czasie antenowym sceny przemocy seksualnej, rasizmu, nienawiści i prawdziwego okrucieństwa. Co innego w dodatku przemoc w realiach i konwencji średniowiecza, a co innego w dniu dzisiejszym, w państwie w środku Europy. To ostatnie dotyczy zresztą nie tylko Polski.



Jednym słowem, książka jest wspaniała, a i film naprawdę warto obejrzeć, choć koncentruje się na akcji i nie wnika, z oczywistych względów, w głębię materii, którą przekazuje książka. Najważniejsze, że nie kłócą się ze sobą, w przeciwieństwie choćby do kilkakrotnie już dzisiaj wspominanego Potopu i ekranowego wcielenia pięknej, przynajmniej w wersji literackiej, Billewiczówny. Jeszcze raz zachęcam do obejrzenia serialu, a jeszcze bardziej do lektury powieści


Wasz Andrew



* saga Pieśń Lodu i Ognia* (ang. A Song of Ice and Fire)

1. A Game of Thrones (1996) - Gra o tron (1998)

** Seria 1 odcinków serialu Gra o tron

1. Winter is Coming (Nadchodzi zima) 2011
2. The Kingsroad (Królewski szlak) 2011
3. Lord Snow (Lord Snow) 2011
4. Cripples, Bastards, and Broken Things (Kalecy, bękarci i im podobni) 2011
5. The Wolf and the Lion (Wilk i lew) 2011
6. A Golden Crown (Złota korona) 2011
7. You Win or You Die (Wygrywasz albo giniesz) 2011
8. The Pointy End (Ostry koniec) 2011
9. Baelor (Baelor) 2011
10. Fire and Blood (Ogień i krew) 2011


Pieśń Lodu i Ognia.: Gra o tron [George R.R. Martin]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Gra o tron [George R. R. Martin]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE


sobota, 8 marca 2014

Literackie paw(i)any


Okładka książki Pawana

Pawana

Stanisław Czycz

Wydawnictwo: Literackie
Liczba stron: 182
 
 
 
 
 
 
 
Wg Stefanii Skwarczyńskiej, uznanej polskiej teoretyk i historyk literatury, literatura to sensowne twory słowne. Dla mnie osobiście, oczywiście za sprawą znakomitych twórców, literatura to bardzo często magia, która przenika do mojej egzystencji. Czytając dzieła takich wybitnych autorów jak choćby Julio Cortázar, Vladimir Nabokov, czy Philip K. Dick, niezmiennie fascynuje mnie sposób, w jaki dokonują oni destylacji codzienności, transponując z niej zarówno fakty, wydarzenia, jak i postacie, charaktery do swojej literackiej rzeczywistości. Proces powstawania literatury jest dla mnie bardziej interesujący i kompletny, kiedy znam biografię danego autora, która umożliwia mi dostrzeżenie całej palety bodźców, jakie oddziaływały na literackiego kreatora. Przyznaję jednak, że do tej pory dowiadywałem się o danym środowisku poprzez pisarza, który w nim dorastał, żył, obracał się. Ostatnio jednak, nieco z przypadku, czy bardziej za sprawą literackiego czaru dokonałem pewnej inwersji w tej materii – otóż m.in. dzięki Matiemu z blogu Rozkminki Pana Dziejaszka postanowiłem poznać rodzinne miasto mojej dziewczyny, Krzeszowice, przez pryzmat twórczości jej krajana, Stanisława Czycza. Na wstępie zdradzę, że proza Czycza okazała się daleka od zapierających dech w piersiach opisów dzikiej natury, czy relacji z romantycznych nocnych wędrówek w cieniach miejskich uliczek, ale wydaje mi się, że udało mi się dowiedzieć co nie co o klimacie tego niewielkiego miasteczka.

Gwoli ścisłości musze wyjaśnić, że Czycz nie jest rodowitym krzeszowiczaninem, chociaż Krzeszowice, tyle, że pod nazwą Sorrento bądź skrótem K. często i gęsto przewijają się w jego twórczości. Artysta urodził się w 1929 roku w Gwoźdźcu, nie istniejącej już wsi, która została podzielona pomiędzy Krzeszowice oraz Nawojową Górę. Dom rodzinny Czycza znajduje się na samej granicy obu miejscowości. Obecnie zmarły w 1996 roku Stanisław Czycz, poeta oraz prozaik, to pisarz niemal zapomniany, o którym rzadko się słyszy, niewiele się mówi. Przyznać trzeba, że ta aura tajemnicy wokół osoby artysty to poniekąd zasługa samego Czycza. Depresja oraz poważna choroba skóry, która odbiła się na jego wyglądzie sprawiły, że twórca, szczególnie pod koniec ziemskiej bytności, trwał niemal w zupełnej izolacji, dobrowolnie wycofując się z życia literackiego. Cechą charakterystyczną Czycza była niezależność – nie mieszał się on ani w oficjalne układy, ani w działalność opozycyjną. Zawsze pozostawał na uboczu, na marginesie. Posiadał całkiem liczne grono znajomych pisarzy, ale na co dzień wolał obracać się w środowisku zwykłych ludzi, wśród których mniej było zapatrzonych w siebie snobów. Czycz debiutował w Prapremierze pięciu poetów, słynnej publikacji na łamach krakowskiego Życia Literackiego, w ramach której pięciu komentatorów rekomendowało pięciu poetów. Czycz znalazł się w doborowym towarzystwie Bohdana Drozdowskiego (polecał go Julian Przyboś), Jerzego Harasymowicza (pisał o nim Mieczysław Jastrun), Mirona Białoszewskiego (sugestia Artura Sandauera) oraz Zbigniewa Herberta (rekomendowany przez Jana Błońskiego). Wiersze Stanisława Czycza firmował swoim nazwiskiem Ludwik Flaszen. Czycz opublikował dwa zbiory swojej poezji – Tła w 1957 roku oraz Berenais w roku 1960. Co interesujące, pozostałe znaczące dzieła, które ukazały się drukiem to już tylko opowiadania oraz powieści. To właśnie za sprawą tej ostatniej formy literackiej poznałem pióro pana Stanisława Czycza.

Wydana w 1977 roku Pawana to tekst z pewnością nietypowy. Znamienna jest już sama konstrukcja utworu, na którą składają się głównie dialogi, prowadzone przez trzech bohaterów, Mikada, Gandhiego oraz Selaviego. Ponadto w początkowej fazie dzieła w momencie rozpoczęcia kolejnych scen pojawia się pierwszoosobowy narrator, najczęściej za sprawą słowa szliśmy zestawianego z innymi wyrazami w różnych konfiguracjach (Szliśmy i szliśmy (…); Szliśmy, idziemy (…); Szliśmy, a słońce (…), etc.) Czasownik ten stanowi zatem formę swoistej introdukcji, magicznej formuły, która podkreśla powtarzalność całego procesu, albo jego nieskończoność (zmniejszające się nieustannie odcinki, które maleją zgodnie z paradoksami Zenona z Eeli). Najciekawsze jest to, że na bazie dalszej wymiany zdań, niemal niemożliwe jest ustalenie, kim jest właściwie osoba opowiadająca całą historię.

Dzieło mocno przypomina senną wędrówkę – swoiste błąkanie się, błądzenie pośród majaków oraz widziadeł. Droga stanowi cel sam w sobie. Nieważne dokąd, nieważne po co, nieważne skąd właściwie zaczyna się cała eskapada – znaczący jest wyłącznie sam ruch, któremu towarzyszy rozmowa. Bohaterowie niby idą, ale zdają się stać w miejscu, pogrążeni w onirycznej konwencji. Być może to wędrówka wyłącznie metaforyczna – za tym faktem przemawia dziwna sceneria, w której pustynnemu piaskowi towarzyszą rybacy (kłusownicy?). Iluzja, fantasmagoria, urojenie, a może prywatna wizja rzeczywistości, która rządzi się własnymi prawami, pozwalającymi współegzystować ze sobą rzeczom w pewien sposób wykluczającym się, które zestawione razem tworzą oksymorony. Chociaż ten wątek chyba lepiej porzucić – w końcu kto chciałby zostać wyłącznie cudzym mirażem, a więc poniekąd więźniem cudzego umysłu?

Bohaterowie pogrążeni w konwersacji chwytają na wędkę swoich pogawędek kolejne tematy, których orbita przebiega niepokojąco (tylko dla niektórych!) blisko seksu. Pojawiają się zatem dziwy nad dziwami, konie, drezyny, w towarzystwie dziwów bardziej zmysłowych, czyli kobiet, pod których adresem padają jednak dosyć często obraźliwe określenia, począwszy od szmat, na dziwach (ha, a jakby inaczej?!), pardon!, dziwkach skończywszy. Dostrzegalne są pewne elementy charakterystyczne dla twórczości Herny’ego Millera – przynajmniej pod względem przygód Mikada, Gandhiego oraz Selaviego, którzy podobnie jak amerykański autor nie boją się epatowania (kogo jak kogo!) seksem, relacjonowania swoich, najczęściej nieudanych, płciowych podbojów czy pijackich eskapad. W tle rysuje się zatem nieśmiało życie, przywodzące na myśl artystyczną bohemę, w którym nie stroni się od używek, miłości w jej najbardziej fizycznym aspekcie, alkoholu oraz charakterystycznego dla okresu dojrzewania aktu buntu. Czycz może niezbyt subtelnie, ale z pewnością interesująco przedstawia problemy oraz dramaty, rozgrywające się na linii dwóch pokoleń – młodzieńców oraz ich matek, które nie mogą pogodzić się z faktem, że ich pociechy to moczymordy, pijackie świnie, zdegenerowani alkoholicy, posczane ochlaptusy czy okurwieńcy. Jednocześnie Czycz prezentuje niedojrzałość emocjonalną swoich bohaterów, którzy nie potrafią budować trwalszych relacji, przekładając ponad nie krótkotrwałą, acz intensywną fizyczną przyjemność. Zabawny jest również fakt, że dwójka z nich nadal mieszka ze swoimi rodzicielkami, do których nie odczuwają przecież szczególnej sympatii (z wzajemnością!)

Utwór Czycza jest z pewnością oryginalny. Autor często bawi się słowami, zmieniając ich znacznie w zależności od kontekstów, które kolejno po sobie następują. Roi się także od myślowych skrótów, których rozwikłanie przypomina niekiedy zabawę z rebusami. Środkiem, który Czycz stosuje wręcz nagminnie jest zdanie eliptyczne – mało która wypowiedź jest zakończona pojedynczą kropką. Sprawia to, że całość kojarzy się z mocno chaotycznym bełkotem, plątaniną. Komunikacja zdaje się być tylko pustym frazesem, przez co wzajemne zrozumienie staje się absolutnie niemożliwe. Chociaż nie zawsze. Utwór balansuje na granicy pewnych stanów – z morza nieartykułowanych dźwięków, niepowiązanych ze sobą zdań, zagłuszających się dźwięków gwałtownie wyłania się dialog, w którym trzy głosy brzmią w niemal idealnej harmonii, wzajemnie się uzupełniając, dopełniając, dopowiadając. I kiedy czytelnik zyskuje już przeświadczenie, że oto znalazł jakiś punkt zaczepienia, który stanie się zarodkiem tak długo poszukiwanego sensu całej powieści, jej pointy, czy czego tam jeszcze zawsze oczekujemy od pisarza, Czycz serwuje nam niemiłą niespodziankę – cała konstrukcja ponownie zostaje rozbita, tonąc w bagnie zawiłych, niezrozumiałych, niepowiązanych ze sobą zdań.

Nastrój powieści, czy raczej powieściopodobnego tworu nie jest zbyt sielankowy. Uparte, długotrwałe, acz bezowocne krążenie wokół Miasteczka (Sorrento?) przypomina poruszanie się po okręgu o określonej, skończonej średnicy, która tym samym wyznacza granicę świata (chociaż wzór ∙r2 jest niepokojąco podobny do formuły 4/3∙∏∙r3, która przynajmniej na razie stanowi granicę, jakiej zwykły śmiertelnik, którego nie stać na loty w kosmos nie jest w stanie przekroczyć – ośmielę się zresztą rzec, że r tak naprawdę dobieramy sami, wedle własnego uznania). Wydaje mi się, że można w tym miejscu doszukiwać się aluzji do egzystencji samego Czycza, który praktycznie przez całe swoje życie poruszał się w obrębie linii Kraków-Krzeszowice. Odnoszę wrażenie, że takie uparte kołowanie to także symbol naszych codziennych działań – kluczymy, błądzimy, krążymy, ale mimo usilnych prób do sensu naszego ziemskiego bytu nie jesteśmy w stanie dotrzeć ciągle skazując się na utarte schematy, których ciasnota jest jednak nieznośna. Z kolei piasek Pustyni Błędowskiej, na której rozgrywa się akcja utworu przywodzi mi na myśl zwały nijakiej codzienności, w których wielu z nas brnie, będąc w nich unurzanym po kolana, posuwając się mozolnym krokiem (na pięć jest się naprzód o trzy, nie więcej) nie wiadomo właściwie dokąd.

Powieść można rozpatrywać również na płaszczyźnie destrukcyjnej. Znaczący jest przy tym fakt, że postulowana anihilacja zdaje się przebiegać niespiesznie, spokojnie, wręcz dostojnie, niczym dworski taniec pawana, popularny szczególnie we Włoszech oraz Hiszpanii, charakteryzujący się powolnymi, uroczystymi ruchami. Przyglądając się światu, w którym egzystują bohaterowie, nietrudno o myśli, że budowla ta ulega zagładzie. Dematerializują się słowa, coraz bardziej kulawe, koślawe, porwane, poszatkowane. Nietrwałość literackiej rzeczywistości podkreśla zatem składnia oraz sam język, które są niczym piach na wszędobylskiej pustyni, zdającej się podążać za bohaterami. Piach z pewnością nie stanowi dobrego budulca – jego ziarenka zlepiają się tylko krótkotrwale, zatem piaskowe zamki to twory efemeryczne, delikatne, kruche. Od piachu z kolei niedaleko jest już do pyłu (marnego), z którym występuje i kurz, którego wirujące cząsteczki dobrze widać w świetle. Ale co jeśli owe światło jest blade, słabe, mało wyraziste, ledwie rozpraszające ciemności?

Przyznaję, że Czycz zaskoczył mnie formą swojego utworu. Po pierwszy kilku stronach zastanawiałem się nawet nad odłożeniem lektury, ale zwyciężyła tendencja do kończenia rozpoczętych książek. Mimo pewnych trudności (ale któż w życiu ich nie ma?) udało mi się szczęśliwie przebrnąć do końcowych stron powieści, która jawi mi się jako swoisty manifest niewyrażalności, niemożności ekspresji naszych myśli w taki sposób, by były one zupełnie zrozumiałe, w pełni transparentne dla dowolnego człowieka. Obcość zdaje się lęgnąć w każdym z nas, a metafizyczny kontakt, jedność dusz sprawia wrażenie mitu, który nie ma prawa się ziścić w tym pełnym zindywidualizowanych jednostek świecie. Marzy mi się przy tym popołudniowo-wieczorna wędrówka po piaskach Błędowskiej Pustyni z którymś z utworów Czycza w rękach. Mam nadzieję, że nachodzące lato pozwoli mi ziścić moje rojenia.

Wasz Ambrose

piątek, 7 marca 2014

O Komunie i chrześcijaństwie



Komunizm to chrześcijaństwo w najczystszej formie z czasów zanim wypaczył je katolicyzm.

Étienne Cabet

przytoczone przez Waldemara Łysiaka w Satynowym magiku