„Wytworzenie perspektywy postrzegania czasu zorientowanej na przyszłość wymaga stabilnych warunków politycznych, ekonomicznych oraz rodzinnych. Ludzie muszą wierzyć, że ich dzisiejsze działania będą prowadziły do przewidywalnych, a zarazem pożądanych korzyści w przyszłości. Bez stabilności środowiska niemożliwe jest robienie trafnych przewidywań.”
Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.
sobota, 7 grudnia 2013
piątek, 6 grudnia 2013
Koniec wiary
„Dajcie ludziom rozbieżne, niemożliwe do pogodzenia oraz nieweryfikowalne wyobrażenia na temat tego, co stanie się po śmierci, a następnie zmuście ich by żyli, wspólnie korzystając z ograniczonych zasobów. Efekt takiego działania możemy właśnie obserwować: niekończący się cykl mordowania i zawieszania broni. Jeżeli historia zna jakąś prawdę kategoryczną, to będzie nią to, że niedostateczne upodobanie do dowodów zawsze wyzwala w nas najgorsze cechy. Dodaj do tego diabolicznego zegara broń masowej destrukcji, a otrzymasz receptę na upadek cywilizacji.”
The End of Faith (Koniec wiary) Sam Harris - filozof z uniwersytetu Staforda
przytoczone przez Philipa Zimbardo i Johna Boyda w Paradoksie czasu
czwartek, 5 grudnia 2013
Zbigniew Uniłowski "Wspólny pokój" - Przybytek cierpienia
Wspólny pokój
Zbigniew Uniłowski
Wydawnictwo: Książka i Wiedza
Seria: Koliber
Liczba stron: 362
Dwudziestolecie międzywojenne to równie
krótki, co burzliwy okres w dziejach naszego kraju. Po 123 latach,
niczym feniks z popiołów odradzało się niepodległe państwo polskie.
Kształt jego nie był zastygłą formą, polityczne oblicze zmieniało się na
skutek ścierania się ze sobą różnych idei, reprezentowanych przez
poszczególne frakcje. Mimo, że czasu pomiędzy dwoma największymi wojnami
było niewiele, dwudziestolecie wykreowało na tyle charakterystyczne
oblicze, że do dzisiaj uchodzi za osobny rozdział historii Polski. Dla
jednych nieodłącznie kojarzy się ono z postacią marszałka Józefa
Piłsudskiego, dla innych najbardziej wyrazistą osobistością będzie Roman
Dmowski. Dwudziestolecie to również Cud nad Wisłą, czyli punkt
kulminacyjny wojny polsko-radzieckiej, Powstanie Wielkopolskie, czyli
jeden z niewielu zrywów Polaków, zakończony sukcesem, wielokulturowe i
zróżnicowane społeczeństwo, w którym Polacy stanowili niecałe 70%, a
którym nie brakowało Ukraińców, Żydów, Białorusinów, czy Niemców,
utworzenie Centralnego Okręgu Przemysłowego, wybitni naukowcy na czele z
Ignacym Mościckim, czy Eugeniuszem Kwiatkowskim, przewrót majowy oraz
rządy Sanacji, a także spalinowe wagony Luxtorpeda, które
potrafiły rozwinąć prędkość nawet 140 km/h. Mnie jednak dwudziestolecie
międzywojenne najmocniej kojarzy się ze wspaniałą literaturą, która
powstawała w tym burzliwym okresie. Witkacy, Gombrowicz, Schulz, czy Ferdynand Goetel
to w mojej prywatnej opinii nazwiska, które złotymi zgłoskami zapisały
się w polskiej prozie. Niedawno, za sprawą Pana Dziejaszka poznałem
kolejnego literata, który tworzył w tamtym okresie.
Zbigniew Uniłowski, bowiem o jego dziele
będzie dzisiaj mowa, to urodzony w 1909 roku w Warszawie pisarz i
nowelista. Za młodu osierocony, nie ukończył nawet szkoły średniej,
zmuszony podjąć pracę, która zapewniłaby mu materialną podstawę
egzystencji. Uniłowski imał się różnorakich zajęć, nie wymagających
kwalifikacji. Pracował jako pomocnik murarski, roznosiciel paczek czy
pikolak. To właśnie jako chłopca posługującego w warszawskiej
restauracji Astoria Uniłowskiego poznał słynny kompozytor Karol
Szymanowski, któremu zaimponował młody człowiek zaczytany w dziełach
Conrada. Uniłowski pozyskał cennego mecenasa, który łożył na jego
kształcenie, umożliwiał obracanie się w środowisku literackim oraz
finansował lecznicze wypady do Zakopanego, które związane były z
gruźlicą młodego pisarza. Od 1929 roku Uniłowski nawiązał współpracę z
literacką grupą Kwadryga, zaliczaną do tzw. II awangardy.
Artyści nie mieli ściśle określonego programu, a twórczość
charakteryzowała spora swoboda. Hasła, którymi chętnie posługiwali się
członkowie Kwadrygi to sztuka uspołeczniona, sprawiedliwość społeczna oraz godność pracy. Grupa została ciekawie sportretowana za sprawą książki Zbigniewa Uniłowskiego pt. Wspólny pokój,
która ukazała się w 1932 roku. Wydaniu powieści towarzyszył spory
skandal obyczajowy. Nie przeszkodziło to Uniłowskiemu w zyskaniu
rozgłosu oraz uznania. Wręcz przeciwnie, od tego momentu pisarz stał się
szanowanym autorem, który wzbudzał żywe zainteresowanie czytelników.
Akcja Wspólnego pokoju,
powieściowego debiutu Uniłowskiego, rozgrywa się w Warszawie. Do stolicy
Polski, po kilkumiesięcznej kuracji w Zakopanem przybywa rosły, opalony
chłopak. Ów młokos, który nieco znudzonym spojrzeniem omiata dobrze
znane ściany stołecznego dworca to Lucjan Salis, początkujący artysta,
który swoich sił próbuje głównie w prozie. Nie ma jeszcze wyrobionego
nazwiska, ale są tacy, którzy wyczuwają w nim spory potencjał. Lucjan,
podobnie jak jego pierwowzór, czyli Zbigniew Uniłowski, to sierota,
który nie posiada stałego miejsca zamieszkania. Przybywając do Warszawy
pozostaje mu wybierać pomiędzy mieszkaniem u ciotki wraz z jej rodziną, a
propozycją przyjaciela, Zygmunta Stukonisa, by wynająć miejsce w pokoju
od jego matki. Co prawda sytuacja z finansowego punktu widzenia nie
przedstawia się zbyt różowo, bowiem gotówka pochodząc ze stypendium od
opiekuna Lucjana jest już na wyczerpaniu, ale męska przyjaźń przecież
zawsze zwycięża. Pieniądze zawsze się jakoś znajdą, ewentualnie pożyczy
się je od kogoś – perspektywa, by zamieszkać ze znajomym jest zbyt
kusząca i w ten oto sposób Lucjan Salis ląduje w tytułowym pokoju, który
przyjdzie dzielić mu z wieloma interesującymi osobnikami.
Tak jak wspomniałem, publikacji utworu
towarzyszył spory skandal, który ze szczególną mocą wybuchł w środowisku
artystycznym, do którego w sporej mierze Wspólny pokój się
odwołuje. W powieści pojawia się wielu bohaterów, którzy wzorowani są na
autentycznych postaciach. Lucjan Salis to alter ego samego pisarza.
Zygmunt Stukonis to Stanisław Ryszard Dobrowolski, Stanisław Krabczyński
zwany Dziadzią to Stanisław Maria Soliński. W trakcie licznych
eskapad po barach oraz knajpach, których główny bohater zdecydowanie
sobie nie odmawia przewijają się również członkowie Kwadrygi
oraz znani bywalcy popularnych warszawskich lokali, Lucjan Szenwald jako
Kazio Werbel, Konstanty I. Gałczyński jako Klimek Paczyński, czy
Władysław Sebyła jako Brocki. Zabieg zmiany autentycznych nazwisk na
fikcyjne, do którego zresztą Uniłowski został zmuszony w trakcie
publikacji powieści przez Sebyłę, ówczesnego redaktora Kwadrygi, jak żywo kojarzy mi się z prozą Jacka Kerouaca,
który w swojej mocno autobiograficznej twórczości nie używał
prawdziwych nazwisk swoich przyjaciół. Oczywiście nie to było przyczyną
żywych emocji, które towarzyszyły wydaniu Wspólnego pokoju.
Powieść to w bardzo surowa ocena
ówczesnej literatury oraz środowiska artystycznego. W książce pod lupę
zostało wzięte pokolenie, które przeżyło wojnę, ale które dorastało już w
wolnym i niepodległym kraju. Jednak piętno potężnego konfliktu okazało
się na tyle trudne do przezwyciężenia, że wielu twórców tamtego okresu
kojarzonych jest głównie z nihilizmem oraz pesymizmem. Uniłowski
portretuje swoich rówieśników jako zblazowanych artystów, którzy po
zerwaniu maski nonszalancji pozostawali puści i bezideowi, przerażająco
wtórni i zupełnie pozbawieni kreatywności. Większość z literatów nie
była w stanie wzbić się ponad pierwsze, obiecujące próby; nie potrafili
rozwinąć skrzydeł i przekuć statusu zdolny w ceniony, uznany.
Zbyt szybko obrastali w pióra, chełpiąc się osiągnięciami, które na
zawsze pozostawały uwięzione wyłącznie w strefie marzeń. Z drugiej
strony Uniłowski ukazał w jak trudnych warunkach przyszło egzystować
artystycznej bohemie. Ustawiczna nędza, brak gotówki, chroniczne
niedojadanie potrafiły złamać upór niejednego buntownika, który zamiast
pisarskiej sławy wolał wybrać ciepłą i bezpieczną posadę urzędniczą,
która oznaczała o wiele większą stabilizację życiową.
Towarzysze Lucjana Salina, mimo
żarliwych dyskusji, prowadzonych przy szklance wysokoprocentowego
trunku, na ogół pozostają bierni i apatyczni. Zapał, pobudzony przez
alkohol szybko gaśnie. Koła literackie przypominają bardziej kółka
wzajemnej adoracji, w których jednak tchnie sztucznością, stąd nerwowa
atmosfera, nastrój jakby oczekiwania. Na co? Ano chyba na najgorsze, w
obliczu czego żadna twórczość nie ma większego sensu. Uniłowski świetnie
oddaje nastroje, również społeczne, jakie panowały w tamtym okresie w
Polsce. Wieszczona przez mrocznych proroków nieuchronna wojna z
Niemcami, obawa przed komunizmem, gwałtownie rosnące nastroje
nacjonalistyczne. W powietrzu wyczuwalne było napięcie, niepokój.
W powieści Uniłowskiego namacalne są
również kompleksy wobec światowej literatury. Lucjana Salisa boli fakt,
że w Polsce tak mocno promowana jest twórczość zagranicznych autorów.
Tymczasem próżno szukać polskich nazwisk, choćby na europejskich
salonach. W rojeniach wynikających z nawrotu choroby, Salis tłumaczy się
sam przed sobą, że polscy artyści owszem, są bardzo dobrzy, ale ich
twórczość można odnieść jedynie do lokalnego podwórka. Poza granicami
naszego kraju pozostają już niezrozumiali, bez odpowiedniego kontekstu
kulturowego docenienie ich pracy staje się niemożliwe, stąd tak niskie
notowania na zagranicznych rynkach.
Mocnym punktem Wspólnego pokoju
jest z pewnością dosadny język, którym Uniłowski posługuje się z
wyraźną wprawą. Jak na tamte czasy był on z pewnością mocno szokujący.
Nie brakuje w nim kolokwializmów, wulgaryzmów, czy nawet obsceniczności.
Jest on naturalistyczny do granic możliwości. Uniłowski nie pomija
żadnej ludzkiej czynności. Opisane zostają wizyty w toalecie,
wyniszczanie ciała przez chorobę, niecodzienne zgony czy seksualne akty.
Zabawne są również dialogi, które prowadzą ze sobą lokatorzy tytułowego
pokoju.
Reasumując, Wspólny pokój to
wielopoziomowa oraz ciekawa lektura. Książka to na pewno interesujący
obraz polskich środowisk intelektualnych międzywojennego
dwudziestolecia. Przyznać trzeba, że Uniłowski dość okrutnie potraktował
siebie oraz kolegów po fachu. W powieści nie brakuje m.in. dosadnego
porównania artysty do intelektualnej kurwy, która w zamian za finansowe
wsparcie zapewnia zamożnym snobom swoje jakże cenne towarzystwo oraz
satysfakcję, płynącą z bezinteresownego wsparcia młodych oraz zdolnych.
Powieść, rozpatrywana na zupełnie innej płaszczyźnie, to także
wartościowe studium ludzi o zupełnie innych charakterach, którzy na
skutek nie dających przezwyciężyć się czynników zmuszeni są do wspólnej
egzystencji na bardzo niewielkiej powierzchni. Siłą rzeczy lokatorzy
wchodzą ze sobą w ciągłe interakcje, ścierają się, konfrontują. Przy
okazji dowiadujemy się jak wyglądał codzienny żywot w II
Rzeczpospolitej, w której wielu obywateli żyło na skraju ubóstwa.
Powieść to także dowód na to, że każda młodzież w opinii starszej części
społeczeństwa jest zła, zdeprawowana i coraz gorsza. Niechciane ciąże,
aborcje, seks bez zobowiązań, alkoholizm, narkotyki, hulacki tryb życia,
prymitywizm i wulgarność. Skąd my to znamy? Wreszcie utwór można
analizować na polu symboliki, którą w sobie ukrywa. Młody, pełen sił
witalnych człowiek, który zostaje powalony przez chorobę i spędza całe
dnie przykuty do łóżka często zestawiany jest z przedstawicielami
sztuki, która także zdaje się powoli dogorywać. Ale czy będzie dane jej
zdechnąć? Wydaje mi się, że jeśli regularnie pojawiać się będą twórcy
tego kalibru co Zbigniew Uniłowski, to przynajmniej o losy literatury
możemy być spokojni.
P.S. Serdecznie polecam intrygującą rozkminkę Pana Dziejaszka nad Wspólnym pokojem, w której utwór został zestawiony z dziełem Henry’ego Millera pt. Zwrotnik Raka. Jeśli interesuje was, co mogą mieć ze sobą wspólnego młody polski twórca oraz uznany amerykański pisarz, to zapraszam do lektury.
O wolnej woli i osądzaniu
„… podświadomie czuł raczej litość niż nienawiść. Zastanawiał się, co on na jej miejscu zdołałby ugrać znaczonymi kartami, które dostała od nieprzychylnego krupiera losu.”
Gorączka kości Val McDermid
środa, 4 grudnia 2013
Animowany Zimbardo
Tajemne moce czasu
Dziś prześwietny wykładzik profesora Zimbardo zachęcający do zainteresowania się jego Teorią Czasu i psychologią społeczną. Animki są podłożone w tak oszałamiającym tempie, gdyż taki niesamowity jest właśnie styl wypowiedzi Profesora. Jeśli ktoś trafi na wersję z polskim lektorem, proszę o info w komentarzu lub na maila.
wtorek, 3 grudnia 2013
O psychice
„Z tego, co nauczyłam się od ciebie o analizie psychologicznej, wynika, że ludzi kształtują zdarzenia w ich życiu i to, jak na nie reagują.”
Gorączka kości Val McDermid
poniedziałek, 2 grudnia 2013
Zimbardo i dwa miecze*
Philip G. Zimbardo, Richard M. Sword, Rosemary K.M. Sword
Siła czasu
tytuł oryginału: The Time Cure: overcoming PTSD with the New Psychology of Time Perspective Therapytłumaczenie: Anna Cybulko
redakcja naukowa Maria Materska
seria/cykl wydawniczy: Biblioteka psychologii współczesnej
Wydawnictwo Naukowe PWN 2013
Philip George Zimbardo urodzony 23 marca 1933, professor emeritus Stanford University, jest prawdziwym guru psychologii społecznej. Na szczęście coraz większa część jego dorobku staje się dostępna również dla nieangielskojęzycznych Polaków.
Pierwszym moim spotkaniem z Zimbardo i jego pracami była lektura książki pod wiele mówiącym tytułem Efekt Lucyfera; Dlaczego dobrzy ludzie czynią zło. Był to również mój pierwszy, poza jakimiś strzępkami wiedzy, kontakt z psychologią społeczną. Lektura fascynująca chyba dla każdego, nie tylko dla psychologów. Wszak walka dobra ze złem to temat stary jak świat. Zauroczony i wiedzą, i stylem godnym literatury pięknej, sięgnąłem następnie po Paradoks czasu i Nieśmiałość. Każda kolejna lektura okazywała się jakby uzupełnieniem i jednocześnie rozwinięciem poprzedniej, w związku z czym niezwłocznie zabrałem się i za Siłę czasu.
Na ogół jestem przeciwny zmienianiu oryginalnego tytułu w trakcie tłumaczenia, co często przemienia się w radosną twórczość polskich marketingowców niekoniecznie dobrze robiącą samym dziełom. Tym razem może i dobrze się stało, gdyż nasz rodzimy tytuł, w przeciwieństwie do oryginału, nie informuje, iż książka traktuje o leczeniu zespołu stresu pourazowego (PTSD**), to zaś kojarzy nam się głównie z uczestnikami wojen lub wielkich katastrof. Ilu zaś potencjalnych czytelników może być tym zainteresowanych? A przecież zdecydowana większość PTSD to nie przypadki wojenne i ofiary kataklizmów, ale zwykłe, codzienne sprawy, jak molestowanie seksualne czy zgwałcenia, patologie stosunków przełożony – podwładny i innych stosunków zależności, wypadki drogowe, zwykła śmierć członka rodziny, stresy szkolne i dziesiątki innych powodów. Z tego już widać, iż każdy ma swój interes w poznaniu tej książki, nawet jeśli nie jest zainteresowany poznaniem fascynującej zagadki, jaką jest działanie umysłu i przemiany osobowości człowieka.
Rozpoczynając lekturę Siły czasu miałem nadzieję, iż poza tematyką leczenia PTSD, która już sama w sobie jest dla mnie wystarczająco ciekawa, znajdę w tej pozycji, podobnie jak i w innych firmowanych nazwiskiem Zimbardo, wiele wartościowych informacji wykraczających poza główny temat. Tak też się stało.
Richard i Rosemary Sword są małżeństwem mieszkającym na Maui i zajmującym się od lat osobami cierpiącymi na najbardziej drastyczne odmiany PTSD, głównie weteranami armii USA ze wszystkich wojen, od II Wojny Światowej poczynając, a na tych obecnych kończąc. Nie byli zadowoleni z wyników swej pracy, aż do czasu, gdy spotkali się z profesorem Zimbardo i jego terapią równoważeniem perspektyw czasu (TPT***), która stanowiła przełom w stosunku do okresu, gdy korzystali tylko z tradycyjnych metod, takich jak terapia poznawczo – behawioralna (CBT****) czy debriefing. Doświadczenia kliniczne i badania Swordów we współpracy z Philipem Zimbardo zaowocowały między innymi powstaniem tej książki.
Jednym z kluczowych elementów TPT jest zmiana traktowania PTSD z choroby, na uraz. By wyobrazić sobie różnicę pomyślcie, że ma macie chorobę kolana albo nie chorobę, lecz uraz kolana. Różnica wyraźna, a jeśli zamiast kolana wstawimy umysł, decydująca. Chory nie jest już chorym psychicznie, nie myśli o sobie, że jest wariatem, a po prostu doznał urazu, który daje określone dolegliwości, a wszystko to z kolei da się leczyć. Osobiście znam osoby po różnych urazach i rozumiem, dlaczego większość z nich nie wierzy w skuteczność tradycyjnych terapii psychologicznych i psychiatrycznych do tego stopnia, że do nich nie sięga, albo wręcz stwierdza, że po nich czuło się jeszcze gorzej. Oczywiście, dla niektórych, niestety nielicznych, są pomocne, ale dla innych są wręcz szkodliwe. Nawet jeśli poskutkują pozytywnie, efekt bywa nietrwały, a skutki uboczne (farmakologia) znaczące. Ja też nie miałbym najmniejszej ochoty raz po raz przeżywać złych momentów z przeszłości, co jest osią tradycyjnej szkoły. Nowa terapia jest całkowicie inna. W dodatku jej warstwa teoretyczna jest banalnie wręcz prosta, nawet oczywista. Łatwa do zrozumienia i zaakceptowania, co jest ewidentnym kontrastem wobec dawnych metod. Jest to zresztą ogólna różnica między nową i starą szkołą psychologii. Ta pierwsza jest łatwa do zaakceptowania nawet dla umysłów ścisłych, które wzbraniają się użyć słowa nauka wobec tradycyjnej psychiatrii i psychologii jawiących się jako coś z pogranicza nauki, sztuki i szamaństwa.
Z tego, co już przeczytaliście, wynika, iż Siła czasu jest wartościową lekturą dla każdego, gdyż każdy z nas może, a większość pewnie ma, osobiście lub w rodzinie albo wśród znajomych, problemy z mniej lub bardziej nasilonym PTSD spowodowanym różnymi przyczynami. Często problemy nieuświadomione, gdyż z PTSD wiążą się takie objawy jak depresja, lęki a i do nieśmiałości można stosować podobną teorię, co do PTSD (szerzej o przyczynach i radzeniu sobie z nieśmiałością w Nieśmiałości). Siła czasu nie jest jednak tylko wykładem o terapii i, podobnie jak wszystkie książki Zimbardo, o fascynującym zwierzęciu społecznym zwanym homo sapiens, choć już to wystarczyłoby, bym polecał ją absolutnie i zdecydowanie.
Kolejność moich lektur od Zimbardo jest najzupełniej przypadkowa, ale wydaje mi się dość trafiona i warto zapoznawać się z nimi w taki właśnie sposób, chyba że ktoś akurat ma potrzebę zacząć choćby od Siły czasu. Jak zawsze u Zimbardo, którego znakiem firmowym jest intrygująca, powieściowa wręcz narracja, lektura poza głównym tematem, czyli leczeniem PTSD, i szerszym tłem, które jest kolejną cegiełką do ogólnego obrazu funkcjonowania człowieka w czasie w i społeczeństwie, zapewnia nam dużo więcej.
Podobnie jak w poprzednich książkach, tak i w tej, poza głównym nurtem znajdujemy mnóstwo niezwykle interesujących ciekawostek, które więcej nam mówią o innych krajach i innych społeczeństwach niż najbardziej nawet udane reportaże. Reportaż nigdy nie jest wierny. Nie da się opowiedzieć uczciwie o sobie ani o innych. Obraz zawsze jest przefiltrowany przez naszą percepcję i zniekształcony przez nasz sposób myślenia, a filtry ingerują tym mocniej, im bliżej głównego tematu. Najczystsze są wątki poza tematem, ale tych w reportażach nie ma. Tymczasem w książkach Zimbardo, podobnie jak w dobrej literaturze pięknej, zawsze znajdujemy mnóstwo perełek i diamencików – drobnych konkretów; przytoczonych przy okazji ciekawostek i szczegółów, o których nie dowiedzielibyśmy się w inny sposób, gdyż albo są ukrywane, albo zapomniane, albo z wielu innych powodów toną w informacyjnym szumie. Choćby szokujące informacje o tym, iż w niektórych latach nowego wieku liczba samobójstw w armii USA przewyższyła już straty bojowe(sic!).
W tej książce dodatkowo mamy przytoczone historie życia pacjentów kliniki Swordów. Każda z nich jest interesująca, ale niektóre są wręcz porażające. Inne dają do myślenia na temat stereotypów. Na przykład opieka socjalna w Stanach. U nas się mówi, iż jest dużo mniejsza niż w Europie. I czytamy o zwykłym policjancie, nie żadnej szyszce, który, po dziesięciu latach pracy zaledwie, idzie na cztery lata(sic!) na zwolnienie lekarskie z powodu PTSD. U nas w najlepszym wypadku pół roku zwolnienia, komisja lekarska i kop na rentę, a potem uzdrowienie przez lekarza orzecznika. Albo zbrodnie wojenne. Jedwabne dzieli Polaków jakby to było nie wiadomo co, żołnierze z Nangar Khel byli sądzeni za zbrodnie wojenne (całe szczęście, że skończyło się na uniewinnieniu), a tu członek czarnych beretów bez żadnej żenady wspomina, jak wspólnie z kumplami mordował w Wietnamie całe wioski nie oszczędzając kobiet, dzieci, a nawet zwierząt. Albo powtarzający się motyw przewijający się w kilku historiach choroby, z którego wynika, iż pracownika niskiego szczebla w wieku średnim stać na zdobycie całkowicie nowego zawodu i ukończenie wymagających tego szkół lub fakt, że w języku sycylijskim nie ma w ogóle czasu przyszłego (sic!). Ciekawostki, ale zbierając je można stworzyć sobie jedyny prawdziwy obraz obcych krajów, który nie jest uśrednioną, przepuszczoną przez filtr odszumiający pocztówką, ale zbiorem szczegółów, a w nich zawsze chowa się diabeł.
Reasumując – wszystkich zachęcam do lektury Siły czasu i pozostałych dzieł Zimbardo oraz jego kolegów. Zwłaszcza, że z różnych względów na pewno wiele środowisk w Polsce będzie dawało opór zawartych w nich koncepcjom. Poza wiedzą i nowym spojrzeniem na liczne aspekty rzeczywistości ,przyniosą Wam one pewnie i nowe spojrzenie na Wasze własne życie, problemy oraz ich przezwyciężanie, pozwolą pełniej przeżywać szczęście i dawać je innym, a o to przecież chodzi
Wasz Andrew
* sword ang. miecz
** PostTraumatic Stress Disorder
*** Time Perspective Therapy
**** Cognitive Behavioral Therapy
niedziela, 1 grudnia 2013
O zdarzeniach znaczących i cudownych
„Jeśli więc wasi pacjenci przedstawiają wam któreś z wielu uzasadnień swoich działań, opierając się na przypisaniu znaczenia przypadkowym zdarzeniom, pamiętajcie, że przypadek nie niesie z sobą przesłania. Po prostu się zdarza. Zaakceptujcie to i olejcie.”
Gorączka kości Val McDermid
Subskrybuj:
Posty (Atom)




