Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Koliber. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Koliber. Pokaż wszystkie posty

piątek, 17 maja 2019

Eugène Dabit "Hôtel du Nord" - Pocztówka z robotniczej dzielnicy

Hôtel du Nord

Eugène Dabit

Tytuł oryginału: Hôtel du Nord
Tłumaczenie: Danuta Knysz-Rudzka
Wydawnictwo: Książka i Wiedza
Seria: Koliber
Liczba stron: 192



 
 

Łacińskie słowo protrahere oznacza wyjawianie, pokazywanie, wydobywanie na światło dzienne. To właśnie od tego wyrazu wywodzi się rzeczownik portret, oznaczający wizerunek konkretnej osoby lub danej grupy osób. Jak przekonują nas dzieła najwybitniejszych artystów, portret nie jest wyłącznie jak najdokładniejszym i najwierniejszym odzwierciedleniem przeniesionym na artystyczny nośnik. Jego sednem jest uchwycenie duszy wybranego obiektu – wykonane odbicie winno cechować się swoistą autonomią i tchnąć własnym życiem. Sprawa to oczywiście niełatwa, ale takich dobrych konterfektów nie brakuje, o czym przekonuje nas choćby literatura – dla przykładu Hôtel du Nord pióra francuskiego pisarza Eugène’a Dabit (1898 – 1936) to intrygujący portret paryskich mieszkańców robotniczych dzielnic.

piątek, 29 grudnia 2017

William Faulkner "Dzikie palmy" - Człowiecze "Ja" kontra nieprzebrane masy

Dzikie palmy

William Faulkner

Tytuł oryginału: The Wild Palms
Tłumaczenie: Kalina Wojciechowska
Wydawnictwo: Książka i Wiedza
Liczba stron: 256
 
 
 
Szczęście, to jedno z tych imponderabiliów, których szczególnie pożądamy. Niemal każdy pragnie odczuwać radość, przyjemność, satysfakcję, spełnienie, ale niewielu potrafi spojrzeć na swój byt z perspektywy, która umożliwiłaby jego ocenę jako coś udanego i wartościowego, co jest jednym z warunków koniecznych do zadowolenia płynącego z własnego życia. Jednocześnie to, czego nie posiadamy, i czego nie potrafimy zdobyć, wzbudza w nas ten rodzaj żalu, który w sprzyjających warunkach może przerodzić się w zazdrość przemieszaną z nienawiścią. O tym, że pielęgnacja małego, prywatnego szczęścia może być rzeczą trudną, wręcz karkołomną, boleśnie przekonują się bohaterowie Dzikich palm, powieści pióra Williama Faulknera, amerykańskiego noblisty.

niedziela, 20 kwietnia 2014

Henry James "Daisy Miller" - Nieroztropna, nierozważna, wyemancypowana

Daisy Miller

Henry James

Tytuł oryginału: Daisy Miller
Tłumaczenie: Jadwiga Olędzka
Wydawnictwo: Książka i Wiedza
Seria: Koliber
Liczba stron: 116






Sentencja irlandzkiego biskupa oraz filozofa George’a Berkeleya Esse est percipi (z łac. Być, znaczy być postrzeganym), którą przytoczyłem niedawno w nawiązaniu do twórczości Philipa K. Dicka okazuje się zaskakująco pojemna. Myśl ta miała stanowić fundamentalny dowód potwierdzający istnienie Boga, bowiem to właśnie On jest wiecznym obserwatorem swojego dzieła, a poprzez nieustanne dostrzeganie świata, świat może istnieć. Sprawa jest o tyle interesująca, że jeśli ideę pozbawić teologicznych pierwiastków oraz potraktować nieco bardziej metaforycznie, jawi się ona jako niezwykle aktualna oraz możliwa do przyłożenia także do szarej, ludzkiej codzienności, która z racji przesiąknięcia człowieczą jakże ułomną naturą, z boską doskonałością ma niewiele wspólnego. Nie jest żadną tajemnicą, że egzystencja fizyczna, którą możemy stwierdzić na podstawie funkcji życiowych organizmu nie jest równoznaczna z egzystencją towarzyską. Kultura ludzka to od zarania dziejów sieć skomplikowanych rytuałów, wierzeń, przesądów, praktyk oraz przyzwyczajeń. Każde społeczeństwo posiada własne zasady, wzorce zachowań, tradycje, które definiują daną cywilizację, ale cechą wspólną, charakteryzującą niemal wszystkie ludzkie zbiorowości jest podział na istoty bardziej wartościowe oraz zdecydowanie mniej cenne. Żywot niejednego człowieka to uporczywe dążenie do tego, by zostać zaklasyfikowanym do pierwszej ze wspomnianych grup, do której najłatwiej trafić albo z racji więzów krwi albo poprzez odpowiednio wysoki majątek. Ludzie, którzy zaczynają cieszyć się estymą otoczenia z racji zarobionych szybko i w znacznych ilościach pieniędzy określani są mianem nowobogackich, a sposób ich postrzegania, a więc swoistego formułowania ich egzystencjalnych ram, jest kwestią na tyle intrygującą, że zajęła się nią także literatura. Dobrym przykładem na potwierdzenie tej tezy jest książka Daisy Miller, autorstwa Henry’ego Jamesa.

czwartek, 5 grudnia 2013

Zbigniew Uniłowski "Wspólny pokój" - Przybytek cierpienia

Okładka książki Wspólny pokój 

Wspólny pokój

Zbigniew Uniłowski


Wydawnictwo: Książka i Wiedza
Seria: Koliber
Liczba stron: 362
 
 




Dwudziestolecie międzywojenne to równie krótki, co burzliwy okres w dziejach naszego kraju. Po 123 latach, niczym feniks z popiołów odradzało się niepodległe państwo polskie. Kształt jego nie był zastygłą formą, polityczne oblicze zmieniało się na skutek ścierania się ze sobą różnych idei, reprezentowanych przez poszczególne frakcje. Mimo, że czasu pomiędzy dwoma największymi wojnami było niewiele, dwudziestolecie wykreowało na tyle charakterystyczne oblicze, że do dzisiaj uchodzi za osobny rozdział historii Polski. Dla jednych nieodłącznie kojarzy się ono z postacią marszałka Józefa Piłsudskiego, dla innych najbardziej wyrazistą osobistością będzie Roman Dmowski. Dwudziestolecie to również Cud nad Wisłą, czyli punkt kulminacyjny wojny polsko-radzieckiej, Powstanie Wielkopolskie, czyli jeden z niewielu zrywów Polaków, zakończony sukcesem, wielokulturowe i zróżnicowane społeczeństwo, w którym Polacy stanowili niecałe 70%, a którym nie brakowało Ukraińców, Żydów, Białorusinów, czy Niemców, utworzenie Centralnego Okręgu Przemysłowego, wybitni naukowcy na czele z Ignacym Mościckim, czy Eugeniuszem Kwiatkowskim, przewrót majowy oraz rządy Sanacji, a także spalinowe wagony Luxtorpeda, które potrafiły rozwinąć prędkość nawet 140 km/h. Mnie jednak dwudziestolecie międzywojenne najmocniej kojarzy się ze wspaniałą literaturą, która powstawała w tym burzliwym okresie. Witkacy, Gombrowicz, Schulz, czy Ferdynand Goetel to w mojej prywatnej opinii nazwiska, które złotymi zgłoskami zapisały się w polskiej prozie. Niedawno, za sprawą Pana Dziejaszka poznałem kolejnego literata, który tworzył w tamtym okresie.

Zbigniew Uniłowski, bowiem o jego dziele będzie dzisiaj mowa, to urodzony w 1909 roku w Warszawie pisarz i nowelista. Za młodu osierocony, nie ukończył nawet szkoły średniej, zmuszony podjąć pracę, która zapewniłaby mu materialną podstawę egzystencji. Uniłowski imał się różnorakich zajęć, nie wymagających kwalifikacji. Pracował jako pomocnik murarski, roznosiciel paczek czy pikolak. To właśnie jako chłopca posługującego w warszawskiej restauracji Astoria Uniłowskiego poznał słynny kompozytor Karol Szymanowski, któremu zaimponował młody człowiek zaczytany w dziełach Conrada. Uniłowski pozyskał cennego mecenasa, który łożył na jego kształcenie, umożliwiał obracanie się w środowisku literackim oraz finansował lecznicze wypady do Zakopanego, które związane były z gruźlicą młodego pisarza. Od 1929 roku Uniłowski nawiązał współpracę z literacką grupą Kwadryga, zaliczaną do tzw. II awangardy. Artyści nie mieli ściśle określonego programu, a twórczość charakteryzowała spora swoboda. Hasła, którymi chętnie posługiwali się członkowie Kwadrygi to sztuka uspołeczniona, sprawiedliwość społeczna oraz godność pracy. Grupa została ciekawie sportretowana za sprawą książki Zbigniewa Uniłowskiego pt. Wspólny pokój, która ukazała się w 1932 roku. Wydaniu powieści towarzyszył spory skandal obyczajowy. Nie przeszkodziło to Uniłowskiemu w zyskaniu rozgłosu oraz uznania. Wręcz przeciwnie, od tego momentu pisarz stał się szanowanym autorem, który wzbudzał żywe zainteresowanie czytelników.

Akcja Wspólnego pokoju, powieściowego debiutu Uniłowskiego, rozgrywa się w Warszawie. Do stolicy Polski, po kilkumiesięcznej kuracji w Zakopanem przybywa rosły, opalony chłopak. Ów młokos, który nieco znudzonym spojrzeniem omiata dobrze znane ściany stołecznego dworca to Lucjan Salis, początkujący artysta, który swoich sił próbuje głównie w prozie. Nie ma jeszcze wyrobionego nazwiska, ale są tacy, którzy wyczuwają w nim spory potencjał. Lucjan, podobnie jak jego pierwowzór, czyli Zbigniew Uniłowski, to sierota, który nie posiada stałego miejsca zamieszkania. Przybywając do Warszawy pozostaje mu wybierać pomiędzy mieszkaniem u ciotki wraz z jej rodziną, a propozycją przyjaciela, Zygmunta Stukonisa, by wynająć miejsce w pokoju od jego matki. Co prawda sytuacja z finansowego punktu widzenia nie przedstawia się zbyt różowo, bowiem gotówka pochodząc ze stypendium od opiekuna Lucjana jest już na wyczerpaniu, ale męska przyjaźń przecież zawsze zwycięża. Pieniądze zawsze się jakoś znajdą, ewentualnie pożyczy się je od kogoś – perspektywa, by zamieszkać ze znajomym jest zbyt kusząca i w ten oto sposób Lucjan Salis ląduje w tytułowym pokoju, który przyjdzie dzielić mu z wieloma interesującymi osobnikami.

Tak jak wspomniałem, publikacji utworu towarzyszył spory skandal, który ze szczególną mocą wybuchł w środowisku artystycznym, do którego w sporej mierze Wspólny pokój się odwołuje. W powieści pojawia się wielu bohaterów, którzy wzorowani są na autentycznych postaciach. Lucjan Salis to alter ego samego pisarza. Zygmunt Stukonis to Stanisław Ryszard Dobrowolski, Stanisław Krabczyński zwany Dziadzią to Stanisław Maria Soliński. W trakcie licznych eskapad po barach oraz knajpach, których główny bohater zdecydowanie sobie nie odmawia przewijają się również członkowie Kwadrygi oraz znani bywalcy popularnych warszawskich lokali, Lucjan Szenwald jako Kazio Werbel, Konstanty I. Gałczyński jako Klimek Paczyński, czy Władysław Sebyła jako Brocki. Zabieg zmiany autentycznych nazwisk na fikcyjne, do którego zresztą Uniłowski został zmuszony w trakcie publikacji powieści przez Sebyłę, ówczesnego redaktora Kwadrygi, jak żywo kojarzy mi się z prozą Jacka Kerouaca, który w swojej mocno autobiograficznej twórczości nie używał prawdziwych nazwisk swoich przyjaciół. Oczywiście nie to było przyczyną żywych emocji, które towarzyszyły wydaniu Wspólnego pokoju.

Powieść to w bardzo surowa ocena ówczesnej literatury oraz środowiska artystycznego. W książce pod lupę zostało wzięte pokolenie, które przeżyło wojnę, ale które dorastało już w wolnym i niepodległym kraju. Jednak piętno potężnego konfliktu okazało się na tyle trudne do przezwyciężenia, że wielu twórców tamtego okresu kojarzonych jest głównie z nihilizmem oraz pesymizmem. Uniłowski portretuje swoich rówieśników jako zblazowanych artystów, którzy po zerwaniu maski nonszalancji pozostawali puści i bezideowi, przerażająco wtórni i zupełnie pozbawieni kreatywności. Większość z literatów nie była w stanie wzbić się ponad pierwsze, obiecujące próby; nie potrafili rozwinąć skrzydeł i przekuć statusu zdolny w ceniony, uznany. Zbyt szybko obrastali w pióra, chełpiąc się osiągnięciami, które na zawsze pozostawały uwięzione wyłącznie w strefie marzeń. Z drugiej strony Uniłowski ukazał w jak trudnych warunkach przyszło egzystować artystycznej bohemie. Ustawiczna nędza, brak gotówki, chroniczne niedojadanie potrafiły złamać upór niejednego buntownika, który zamiast pisarskiej sławy wolał wybrać ciepłą i bezpieczną posadę urzędniczą, która oznaczała o wiele większą stabilizację życiową.

Towarzysze Lucjana Salina, mimo żarliwych dyskusji, prowadzonych przy szklance wysokoprocentowego trunku, na ogół pozostają bierni i apatyczni. Zapał, pobudzony przez alkohol szybko gaśnie. Koła literackie przypominają bardziej kółka wzajemnej adoracji, w których jednak tchnie sztucznością, stąd nerwowa atmosfera, nastrój jakby oczekiwania. Na co? Ano chyba na najgorsze, w obliczu czego żadna twórczość nie ma większego sensu. Uniłowski świetnie oddaje nastroje, również społeczne, jakie panowały w tamtym okresie w Polsce. Wieszczona przez mrocznych proroków nieuchronna wojna z Niemcami, obawa przed komunizmem, gwałtownie rosnące nastroje nacjonalistyczne. W powietrzu wyczuwalne było napięcie, niepokój.

W powieści Uniłowskiego namacalne są również kompleksy wobec światowej literatury. Lucjana Salisa boli fakt, że w Polsce tak mocno promowana jest twórczość zagranicznych autorów. Tymczasem próżno szukać polskich nazwisk, choćby na europejskich salonach. W rojeniach wynikających z nawrotu choroby, Salis tłumaczy się sam przed sobą, że polscy artyści owszem, są bardzo dobrzy, ale ich twórczość można odnieść jedynie do lokalnego podwórka. Poza granicami naszego kraju pozostają już niezrozumiali, bez odpowiedniego kontekstu kulturowego docenienie ich pracy staje się niemożliwe, stąd tak niskie notowania na zagranicznych rynkach.

Mocnym punktem Wspólnego pokoju jest z pewnością dosadny język, którym Uniłowski posługuje się z wyraźną wprawą. Jak na tamte czasy był on z pewnością mocno szokujący. Nie brakuje w nim kolokwializmów, wulgaryzmów, czy nawet obsceniczności. Jest on naturalistyczny do granic możliwości. Uniłowski nie pomija żadnej ludzkiej czynności. Opisane zostają wizyty w toalecie, wyniszczanie ciała przez chorobę, niecodzienne zgony czy seksualne akty. Zabawne są również dialogi, które prowadzą ze sobą lokatorzy tytułowego pokoju.

Reasumując, Wspólny pokój to wielopoziomowa oraz ciekawa lektura. Książka to na pewno interesujący obraz polskich środowisk intelektualnych międzywojennego dwudziestolecia. Przyznać trzeba, że Uniłowski dość okrutnie potraktował siebie oraz kolegów po fachu. W powieści nie brakuje m.in. dosadnego porównania artysty do intelektualnej kurwy, która w zamian za finansowe wsparcie zapewnia zamożnym snobom swoje jakże cenne towarzystwo oraz satysfakcję, płynącą z bezinteresownego wsparcia młodych oraz zdolnych. Powieść, rozpatrywana na zupełnie innej płaszczyźnie, to także wartościowe studium ludzi o zupełnie innych charakterach, którzy na skutek nie dających przezwyciężyć się czynników zmuszeni są do wspólnej egzystencji na bardzo niewielkiej powierzchni. Siłą rzeczy lokatorzy wchodzą ze sobą w ciągłe interakcje, ścierają się, konfrontują. Przy okazji dowiadujemy się jak wyglądał codzienny żywot w II Rzeczpospolitej, w której wielu obywateli żyło na skraju ubóstwa. Powieść to także dowód na to, że każda młodzież w opinii starszej części społeczeństwa jest zła, zdeprawowana i coraz gorsza. Niechciane ciąże, aborcje, seks bez zobowiązań, alkoholizm, narkotyki, hulacki tryb życia, prymitywizm i wulgarność. Skąd my to znamy? Wreszcie utwór można analizować na polu symboliki, którą w sobie ukrywa. Młody, pełen sił witalnych człowiek, który zostaje powalony przez chorobę i spędza całe dnie przykuty do łóżka często zestawiany jest z przedstawicielami sztuki, która także zdaje się powoli dogorywać. Ale czy będzie dane jej zdechnąć? Wydaje mi się, że jeśli regularnie pojawiać się będą twórcy tego kalibru co Zbigniew Uniłowski, to przynajmniej o losy literatury możemy być spokojni.

P.S. Serdecznie polecam intrygującą rozkminkę Pana Dziejaszka nad Wspólnym pokojem, w której utwór został zestawiony z dziełem Henry’ego Millera pt. Zwrotnik Raka. Jeśli interesuje was, co mogą mieć ze sobą wspólnego młody polski twórca oraz uznany amerykański pisarz, to zapraszam do lektury.

piątek, 1 listopada 2013

" Sługa Boży" Erskine Caldwell - Południe w pełnym świetle

Okładka książki Sługa boży 

Sługa Boży

Erskine Caldwell


Tytuł oryginału: Journeyman

Tłumaczenie: Krzysztof Zarzecki

Wydawnictwo: Książka i Wiedza

Seria: Koliber

Liczba stron: 221






Głębokie Południe Stanów Zjednoczonych to określenie, którego używa się w stosunku do południowo-wschodniej części Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Region ten słynie z konserwatyzmu oraz głębokiego umiłowaniu tradycji. W czasie wojny secesyjnej wszystkie stany z tego okręgu należały do Konfederacji. Głębokie Południe było rejonem typowo rolniczym, którego siłę roboczą stanowili czarni niewolnicy. Zrozumiałe zatem, że w tym okręgu zdecydowanie najbardziej widoczne były napięcia rasowe, co przejawiało się m.in. wzmożoną aktywnością Ku Klux Klanu. Z Głębokiego Południa wywodzi się także urodzony w Atlancie Martin Luther King, czarnoskóry pastor, jeden z czołowych działaczy, walczący o równouprawnienie oraz zniesienie dyskryminacji rasowej. Historia tej części Ameryki jest ogromnie frapująca. Nic dziwnego, że wielu amerykańskich literatów brało na warsztat właśnie Głębokie Południe, próbując przybliżyć czytelnikowi tej zakątek swojego kraju.

Oczywiście najłatwiej jest pisać o miejscach, które są nam doskonale znane, w których dorastaliśmy oraz dojrzewaliśmy, psychicznie oraz fizycznie. Widać to na przykładzie prozy Erskine’a Caldwella, urodzonego w stanie Georgia amerykańskiego literata. Pochodzący z White Oak artysta był synem pastora, wędrownego kaznodziei, który odbywał liczne misyjne podróże po południowych stanach USA. Młody Erskine poznał od podszewki życie regionu, stykając się z jego mieszkańcami, kulturą oraz religijnością. Ponadto Caldwell imał się różnorakich zajęć, począwszy od pracy na plantacji bawełny, na zawodzie kucharza oraz kelnera skończywszy. Życie odsłaniało przed przyszłym pisarzem wszystkie swoje sekrety, ukazując zarówno swoje jaśniejsze strony jak i te zdecydowanie mroczniejsze. Wykształcenie zdobyte w college’u oraz na uniwersytecie w Wirginii pozwoliło Caldwellowi podjęcie pracy dziennikarskiej w 1925 roku, w czasie której zwiedził Amerykę Południową, Azję oraz Europę, w tym również Polskę. 10 lat później, w roku 1935 Caldwell wydał swoją trzecią książkę, pt. Sługa boży, którą miałem przyjemność ostatnio przeczytać.

Powieść już od pierwszych stron uderza swoim klimatem. Powietrze zdaje się wibrować od gorąca, bezlitosny żar bezustannie bucha z nieba, słońce bezwstydnie ogrzewa nasz przybytek, mimo, iż to dopiero kwiecień. Temperatura rozleniwia. Człowiek pozostaje zastygły w jednej pozie, maksymalnie oszczędzając zużycie energii. Każdy ruch jest bardzo wnikliwie przemyślany, żaden gest nie jest ani gwałtowny, ani tym bardziej zbędny. Siedzimy bezmyślnie na werandzie, oczekując ożywczego chłodu, który powinien nadejść wraz z nastaniem zmierzchu. Jedyne oznaki życia dochodzą z murzyńskich bud, które znajdują się niedaleko zabudowań gospodarczych. Hałasy hasających dzieciaków, czy odgłosy szybko poruszających się łyżek. Czarnoskórzy robotnicy pewnie posilają się prędko w krótkiej przerwie pomiędzy kolejnymi zajęciami na polach uprawnych. Cała sielanka kończy się, kiedy na horyzoncie pojawia się rosnący punkcik. Z każdą chwilą początkowo bezkształtna kropka zaczyna nabierać konturów. Widać już zdezelowaną karoserię, wyraźnie przegrzaną chłodnicę, opony, trudem niosące brzuchate cielsko wozu, za kierownicą którego siedzi wysoki, tyczkowaty jegomość. Czegoż takiego może szukać ten koleś w Rocky Comfort, dziurze zabitej dechami, do której nawet diabeł nie zagląda? Samochód ostatkiem sił dojeżdża pod ogrodzenie, wydaje ostatnie tchnienie, wypuszcza chmurę smrodliwego dymu, po czym milknie na dobre. Z gruchota wydostaje się ubrany na czarno mężczyzna, uważnie taksuje wzrokiem gospodarza majątku, zaintrygowanego pojawieniem się niespodziewanego gościa. Nagle wyciąga przed siebie ogromną łapę – oto Semon Dye we własnej osobie.

Główny bohater tej krótkiej powieści to właśnie Semon Dye, wędrowny kaznodzieja, który podróżuje po Południu Stanów Zjednoczonych, głosząc słowo boże oraz walcząc z siłami nieczystymi, nawracając niepokorne dusze zatwardziałych grzeszników. Ale od samego początku Dye nie sprawia wrażenia typowego duchownego. Bohater niemal siłą wprasza się do domu Clay’a Horey’a, u którego mieszka oraz pożywia się od środowego momentu przybycia aż do niedzielnego wygłoszenia kazania w lokalnej szkole. Ponadto kaznodzieja niemal w ogóle nie kryje się ze swoim pożądaniem, któremu wyraźnie próbuje dać upust w zetknięciu z każdą niewiastą, która napatoczy mu się pod rękę. Wreszcie za sztandarowego sługę bożego nie może uchodzić osobnik raczący się ziemskimi uciechami, do których z pewnością można zaliczyć namiętne spożywanie alkoholu, czy grę w kości, w której stawki są zdecydowanie większe niż niewinne ćwierćdolarówki. Ale pomimo wszystkich tych zgrzytów, widocznych gołym okiem, Clay Horey oraz jego znajomy Tom Rhodes ani przez moment nie kwestionują prawdziwości słów Semona Dye’a co do jego duchowych kwalifikacji. W rezultacie otrzymujemy zabawną historię, w której wygadany szarlatan owija sobie wokół palca niewielką wiejską społeczność, która dosłownie zaczyna jeść mu z ręki.

Króciutka książka Erskine’a Caldwella to bardzo negatywny, ale również mocno przejaskrawiony obraz Głębokiego Południa. Autor celowo wyolbrzymia wady swoich bohaterów, nadając im groteskowy charakter. W ten sposób Caldwell podkreśla bezmyślność egzystencji, prowadzonej przez południowoamerykańskich farmerów, którą śmiało można przyrównać do wegetacji. Całe dni spędzane są na werandzie, przeplatane nielicznymi wypadami do miasta oraz spożywaniem bimbru z kukurydzy. Umysłowa ciemnota oraz intelektualna niemoc wręcz biją po oczach. Ale najbardziej poraża bezwolność i marazm, którego nic nie jest w stanie zburzyć. Ludzie ożywają jedynie na mgnienie chwili, np. po ekstatycznym kazaniu charyzmatycznego sługi bożego, ale wkrótce z powrotem zapadają w letarg, z którego udało ich się na moment wyrwać. Wszystko to czynione jest bezrefleksyjnie i apatycznie. Żadna głębsza i dłuższa myśl zdaje się nie gościć w umysłach tych ludzi. Również ekscentryczny kaznodzieja z biegiem czasu staje się jedynie kolejnym elementem krajobrazu, składową rzeczywistości, którą mimowolnie się asymiluje, unikając w ten sposób walki, która wiązałaby się z koniecznością działania, a więc wysiłku. Wszystko w powieści wydaje się wyblakłe i przygasłe. Nawet słynny rasizm w południowoamerykańskim wydaniu sprowadza się jedynie do pogardliwego traktowania kolorowych oraz głębokiej odrazy na samą myśl o stosunku płciowym, odbytym z czarnym. Natomiast wrodzony lęk przed obcym rozprasza się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, kiedy tylko okazuje się, że tajemniczy nieznajomy jest sługą bożym – wtedy to wszystkie drzwi stają przed nim otworem, ze strony każdego mieszkańca może liczyć na gościnę.

Sam język, który Caldwell zastosował w powieści jest ubogi i prosty. To język farmerów, prymitywnych osobników, którzy stosują go wyłącznie do komunikacji, ograniczając jego ilości do niezbędnego minimum. Opisy przyrody, czy otoczenia są równie oszczędne, ale napisane z ogromną wprawą, tak, że czytelnik od razu odnajduje się w scenerii tworzonej przez autora, który przypomina doświadczonego malarza, potrafiącego kilkoma zgrabnymi ruchami pędzla nakreślić kluczowe elementy krajobrazu.

Całą historię można odczytać również w szerszej perspektywie. Prezentuje ona naturę ludzką, która na ogół niechętna jest jakimkolwiek zmianom, burzącym dotychczasowy porządek rzeczy. Człowiek jest na ogół istotą dosyć elastyczną, posiadającą spore zdolności adaptacyjne, co pozwala przystosować się do niemal każdych warunków. Ale te umiejętności wykorzystywane są dopiero w ostateczności, kiedy nie ma już innego wyjścia. Najczęściej, jako ludzkość, społeczność stoimy na straży tradycji, pozostając w głębokiej opozycji do jakichkolwiek nowinek, czy to kulturowych, czy moralnych, czy nawet technicznych. Cenimy to co sprawdzone, a nowe często kojarzy się z niepotrzebnie podejmowanym ryzykiem, które wcale nie musi się opłacić. Ludzka społeczność jest niczym ogromne koło zamachowe, które bardzo trudno jest wprawić w ruch postępu. Nasza natura jest niczym głęboka woda, w której bezkresnej toni topi się wiele innowacyjnych idei, nie akceptowanych ze względu na to, że zbyt diametralnie różnią się one od dotychczas stosowanych rozwiązań. Podobnie jest z tytułowym sługą bożym - Semon Dye tylko na chwilę burzy spokojną taflę georgiańskiej społeczności, która już po kilku dniach wygładza się, nie pozostawiając ani śladu po ekscentrycznym kaznodziei, który na swój niepowtarzalny sposób próbował nią wstrząsnąć.

Sługa boży to druga książka autorstwa Erskine’a Caldwella, którą miałem przyjemność przeczytać. Podobnie jak Ostatnia noc lata to raczej krótka, acz dosyć interesująca lektura, która prezentuje czytelnikowi południowy obraz Stanów Zjednoczonych na początku XX wieku. W powieści nie brakuje ironii oraz hiperbol, tak, że całość ma mocno groteskowy charakter. Zabawna, niezbyt obszerna treść sprawia, że w mojej opinii Sługa boży tak jak i Ostatnia noc lata znakomicie nadawałby się na teatralne deski. Z chęcią wybrałbym się na tego typu komedię, odsłaniającą przed widzem wszelkie absurdy żywota na amerykańskiej prowincji.