Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

sobota, 5 października 2013

O Etiopii?



„A już największe zmartwienia wynikały z powodu postępów oświaty, bo mnożyło się tych, co ukończyli szkoły, więc trzeba było upychać ich po urzędach, co sprawiło, że biurokracja rozpęczniała, zogromniała i coraz więcej pieniędzy z pańskiej kasy wyciągała.”

Ryszard Kapuściński Cesarz

piątek, 4 października 2013

Szare miraże, senne majaki

Okładka książki Czy androidy marzą o elektrycznych owcach? 

Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?

Philip K. Dick

Tytuł oryginału: Do Androids Dream of Electric Sheep?
Tłumaczenie: Sławomir Kędzierski
Wydawnictwo: Dom Wydawniczy REBIS
Liczba stron: 272





Słowa innego końca świata nie będzie jakoś trudno jest przyłożyć do literatury science fiction. Bowiem scenariuszy upadku naszej cywilizacji jest tyle, ilu pisarzy tego gatunku. A nawet więcej. Jeden z najbardziej popularnych oraz cenionych amerykańskich twórców, Philip K. Dick wykreował przecież kilka, piekielnie interesujących oraz dosyć przerażających możliwości zakończenia tryumfalnego pochodu człowieka na Ziemi. Obecnie Dick to instytucja, skała Piotrowa, na której stoi gmach współczesnej science fiction. Ale nie zawsze Amerykanin cieszył się taką estymą. Kilka powieści ujrzało światło dzienne dopiero po jego śmierci, podczas gdy wcześniej kolejne oficyny sukcesywnie odmawiały ich wydania. Dzieła Dicka był traktowane jako zbyt ambitne i trudne w odbiorze. Zdecydowanie lepiej wiodło się książce Czy androidy marzą o elektrycznych owcach? Razem z Człowiekiem z Wysokiego Zamku uznawana jest za powieść przełomową, dzięki której Dick zyskał należną mu sławę i popularność. Czy androidy marzą o elektrycznych owcach? została wydana w 1968 roku i swojej ekranizacji doczekała się jeszcze za życia autora, w 1982 roku. Ciekawe jest jednak to, że Dick nie dożył oficjalnej premiery, która odbyła się w czerwcu. Pisarz zmarł w marcu tego samego roku. Film w reżyserii Ridley’a Scotta, Łowcę androidów, zdołał jednak obejrzeć i jak na człowieka ogarniętego manią prześladowczą przystało, stwierdził podobno, że Harrison Ford, a więc tytułowy łowca dostał zlecenie również na Philipa K. Dicka.

Akcja powieści rozgrywa się w roku 2021 na Ziemi, która cierpi okrutnie po nuklearnym konflikcie. Ocalała ludzkość prowadzi nędzną egzystencję, w cieniu chorób, genetycznych mutacji oraz radioaktywnych opadów. Ludzie podzieleni się na normali oraz specjali. Normalem jest pełnoprawny człowiek. Z kolei łatkę specjała otrzymują osoby, które na skutek negatywnych zmian spowodowanych promieniotwórczością stanowią zagrożenie dla czystości ludzkiej rasy. Z tego powodu zostają oni obywatelami drugiej kategorii, którzy mają bezwzględny zakaz zawierania małżeństwa, rozmnażania się oraz emigracji.

XXI wiek w dickowskiej wizji nie jest naznaczony wyłącznie stygmatem wojny i cierpienia. To także tryumf nauki. Przynajmniej częściowy i pewnie trochę pozorny. Ludzkość skolonizowała już kilka planet. Zdołała także powielić swój rozum i stworzyć jego mechaniczny odpowiednik. Androidy, czyli humanoidalne roboty, produkowane są na Marsie. Używa się ich jako pomocników, czy może służących dla ziemskich kolonistów. Człowiek, który posiada przydział na androida, może określić cechy, jakich życzy sobie u swojego robota. Sługa odznacza się więc indywidualnym profilem, dostosowanym do potrzeb swojego pana. Ale nie wszystkie mechaniczne istoty chcą funkcjonować w ten sposób. Zdarzają się androidy, które mordują swoich właścicieli i uciekają na Ziemię, starając się znaleźć na niej schronienie przed poszukującymi ich łowcami.

Główny bohater powieści Rick Deckart zajmuje się eliminacją nieposłusznych androidów. Dick w interesujący sposób odmalowuje codzienną, nieco szarą i smutną egzystencję Deckarta, dzięki której poznajemy także kontekst kulturowy przyszłego społeczeństwa. Deckart jest właścicielem mechaniczno-elektrycznej owcy. To doskonała imitacja żywego stworzenia, na które łowca nie może sobie jednak pozwolić z racji zbyt wysokich kosztów. Skażenie planety powoduje masowe wymieranie kolejnych gatunków – żywe zwierzęta stanowią prawdziwą rzadkość i osiągają zawrotne ceny. Chęć posiadania żywej istoty wynika z nakazów, płynących z merceryzmu, nowej religii, która wyznawana jest zarówno na Ziemi jak i na skolonizowanych planeta. Prorok Mercer (którego imię moglibyśmy spolszczyć jako Miłosiernik, od ang. mercy - miłosierdzie) uważał, że ludzkość winna stworzyć duchową wspólnotę ze wszystkimi żywymi organizmami oraz odczuwać ciągła skruchę, zarówno wobec bliźnich jak i pozostałych gatunków za spowodowaną na Ziemi katastrofę, która doprowadziła do eliminacji niemal całego życia na planecie. Człowiek jest ponadto odpowiedzialny za byt słabszych istot, co wiąże się z nakazem opieki nad żywymi stworzeniami. Wzniosła koncepcja ulega jednak całkowitej transformacji i przybiera karykaturalną formę w starciu z ludzkim, jakże słabym charakterem. Ponieważ żywe zwierzęta należą już do prawdziwej rzadkości, ich posiadanie staje się wyznacznikiem statusu społecznego ich posiadacza. Im większy oraz bardziej zagrożony wyginięciem gatunek, tym bogatszy właściciel. Prosta koincydencja, bezlitośnie szydząca z pierwotnych założeń merceryzmu. Ludzi opanowuje paranoidalna mania posiadania własnego zwierzęcia, ale skurczone zasoby ziemskiej planety nie są w stanie zaspokoić potrzeb wszystkich. Pojawia się zatem popyt na zamienniki, mechaniczno-elektryczne substytuty, które niemal perfekcyjnie naśladują żywe stworzenia i są oczywiście znacznie tańsze. Pokraczne meandry myśli ludzkiej doprowadzą do absurdalnej sytuacji. Mechaniczne zwierzęta, których prawdziwa natura jest jednak skrzętnie ukrywana przez właścicieli, cieszą się wręcz nieskończoną miłości, podczas gdy mechaniczni ludzie, czyli androidy, są albo niewolnikami albo łowi się je i tępi, niczym dziką zwierzynę.

Humanoidalne roboty, podobnie jak i mechaniczne zwierzęta, bardzo dobrze naśladują obiekty, na wzór których zostały stworzone. Aby rozróżnić człowieka od jego sztucznego odpowiednika, podejrzani poddawani są testowi na empatię. Androidy znakomicie imitują człowieka, zdarzają się nawet modele z wszczepioną pamięcią, tak, że same są przekonane, o tym, że są ludźmi, ale żaden z robotów nie posiada autentycznych wyższych uczuć. Specjalny aparat bada reakcje przepytywanych na starannie wyselekcjonowane pytania, tzw. test empatyczny Voigta-Kampffa. Ale najważniejsze pytanie, które zaczyna rodzić się w głowie Ricka Deckarta dotyczy skuteczności przeprowadzanego testu – czyż nie istnieją ludzie, którzy ze względu na niski poziom empatii mogliby zostać potraktowani jako androidy? Czy on sam, morderca androidów, ma w sobie chociaż cień współczucia i litości?

Doskonała książka Philipa K. Dicka, Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?, zadaje fundamentalne pytania na temat granic oraz ścisłej definicji człowieczeństwa. Powieść traktuje o wartościach, jakie na ów czynnik się składają, poruszając równocześnie problem mechanicznych istot tworzonych na obraz i podobieństwa ludzkie. Dick stawia na wokandzie dość odległe, przynajmniej na obecnym stopniu naszego rozwoju technicznego, kwestie dotyczące prawa do autonomicznej egzystencji, które mogłyby, a może nawet powinny przysługiwać androidom, jako istotom inteligentnym, rozumnym, świadomym swojego bytu jak i cierpienia związanego z jego przedwczesnym zakończeniem. Tak jak wspominałem na początku, dickowska wizja doczekała się ekranizacji w reżyserii Ridley’a Scotta, filmu pt. Łowca androidów. Kolejne wydania książki, którą zainteresowanie wzrosło z racji całkiem niezłego przeniesienia na wielki ekran, nosiły często tytuł skrócony, tj. Łowca androidów. Czy androidy marzą o elektrycznych owcach? zaczęło pełnić rolę wyłącznie uzupełnienia, dodatku. Tymczasem w mojej opinii to właśnie oryginalny tytuł w pełni oddaje fascynującą treść książki – w dickowskiej rzeczywistości zwierzęta biologiczne należą do rzadkości. Ludzie, którzy mogą pozwolić sobie na ich hodowlę muszą być odpowiednio majętni. Zatem marzenia o owcach, tudzież innych zwierzakach są pragnieniem tym z gatunku czysto ludzkich – wiążą się one ze szczęśliwą egzystencją ludzi poważanych i szanowanych, jeśli nie z racji na intelekt i ogładę to przynajmniej ze względu na wysoki status społeczny. I sprawa najważniejsza – czy podobne marzenia mogą stać się udziałem androidów? Czy maszynom, w które człowiek zatknął ducha można w ogóle pozwolić na takie rojenia? Czy one również mogą oczekiwać szacunku, respektowania swojej niezależności umysłowej, wolnej woli? Czy fakt, że pierwotnym przeznaczeniem robotów miało być wyręczanie ludzi z prac ciężkich i niewygodnych oraz biorąc pod uwagę, że to człowiek jest stworzycielem sztucznej inteligencji, daje mu równocześnie prawo swobodnego dysponowania androidalnym bytem?

Drugą kwestią, o którą zahacza Dick jest znany doskonale fanom twórczości autora, swoisty dualizm. W prozie Dicka często pojawia się więcej niż jedna rzeczywistość i nie inaczej jest w przypadku Czy androidy marzą o elektrycznych owcach? Okazuje się bowiem, że istnieją humanoidalne roboty, którym zaszczepiono ludzką pamięć. Żyją, czy też egzystują one w przekonaniu, że są prawdziwymi ludźmi, tymczasem to tylko miraż i złudzenie. Przez karty przebija się zatem kolejne oczywiste pytanie – jaką mamy pewność, że my również nie stanowimy wyłącznie imitacji, że również nie jesteśmy jedynie mechanicznym tworem? I dalej, co to znaczy być człowiekiem i na jakie zasadzie mogę stwierdzić, że faktycznie nim jestem? Czy możliwe, że jestem wyłącznie jego nie w pełni wartościową namiastką?

Wasz Ambrose


 

O dworakach



„Dworacy wszystkich epok odczuwają jedną ogromną potrzebę: mówienia tak, by nie powiedzieć niczego.

(Stendhal – Racine i Szekspir. Tłum. W. Natanson)”

Ryszard Kapuściński Cesarz

czwartek, 3 października 2013

I Will Survive

Dziś trochę humoru - mój ulubiony teledysk do ulubionej piosenki :)

Dźwięk na maksa i obejrzyjcie do końca ;)


środa, 2 października 2013

O świętościach



„Istnieją w państwie osobistości, o których nic więcej nie wiadomo, prócz tego, że nie wolno ich obrażać.

(K. Kraus – Aforyzmy. Tłum. M. Dobrosielski) ”

Ryszard Kapuściński Cesarz

wtorek, 1 października 2013

O kinie amerykańskim i nie tylko



„Arcydzieła nie rodzą się hurtowo, wcale tego nie twierdzę. Kicze, doskonale, produkcja masowa, doskonale, ale osiągnęła swój cel. Stworzyła przemysł, którzy wielcy faceci znaleźli pod ręką, ta masowa produkcja dała im aktorów, zespół pomocniczy, scenografów, publiczność. I osiągnęła jeszcze jeden cel. Zdobyła świat dla Ameryki. (…) Jeśli chcesz, powiem ci, kiedyśmy to zabagnili. (…) Tego dnia, kiedyśmy się ugięli przed tymi nieokrzesanymi chamami z Kongresu, tego dnia, kiedyśmy powiedzieli: Słucham, jaśnie pośle, słucham, jaśnie panie agencie FBI…”

Złote runo nicości

Okładka książki Piknik na skraju drogi 

Piknik na skraju drogi

Arkadij i Borys Strugaccy


Tytuł oryginału: Пикник на обочине
Tłumaczenie: Irena Lewandowska
Wydawnictwo: Iskry
Liczba stron: 240



Śledząc nawet niezbyt pilnie światek popkultury, można zauważyć, że wiele powieści, których ekranizacja zakończy się sukcesem, dopada syndrom skracania pierwotnego tytułu. Pozycją, która może poświadczyć o takowej tendencji jest Piknik na skraju drogi, autorstwa najsłynniejszego rosyjskiego duetu pisarskiego, braci Strugackich. Obecne wydania tego wspaniałego dzieła pojawiają się na rynku księgarskim pod tytułem Stalker – dokładnie tak nazywa się film Tarnowskiego, nakręcony na motywach Pikniku na skraju drogi. S.T.A.L.K.E.R. to także popularna seria gier komputerowych, stworzona przez ukraińskie studio GSC Game World, których akcja rozgrywa się w fikcyjnej Zonie, obszarze wokół elektrowni jądrowej w Czarnobylu. Wydaje mi się, że w wielu przypadkach, a już na pewno tym konkretnym, pierwotny tytuł skrywa w sobie znacznie głębszą treść i o wiele lepiej oddaje sedno utworu niż jego skrócona wersja, która właściwie odnosi się wyłącznie do jednego, najczęściej tego bardziej sensacyjnego wątku powieści.

O braciach Strugackich, Arkadiju i Borisie napisałem co nie co, gdy dzieliłem się wrażeniami po lekturze Przenicowanego świata. Do dzisiaj uchodzą oni za jednych z najwybitniejszych przedstawicieli światowej science fiction, ich nazwiska często wymienia się jednym tchem obok najważniejszych pisarzy tego gatunku. Dla mnie najlepszą rekomendacją dla braci Strugackich była pozytywna opinia Stanisława Lema na temat ich twórczości. Lem, mimo, że sam tworzył powieści, którym chętnie przypinano łatkę science fiction, słynął z głębokiej oraz nieskrywanej niechęci do tej gałęzi literatury. Zaciekłej i bezlitosnej krytyce poddawał on szczególnie amerykańską odmianę fikcji naukowej, która w jego mniemaniu miała znacznie więcej wspólnego z tanią szmirą niż poważną literaturą, na którą warto poświęcać czas. Jednym z głównych aspektów, który decydował o tak negatywnym stosunku Lema do tego gatunku było z pewnością spłycanie oraz banalizowanie tematu kontaktu z obcą cywilizacją. A na podstawie takich dzieł jak Solaris, Głos Pana, Fiasko, Eden, Niezwyciężony czy choćby Powrót z gwiazd widać, że Lem bardzo mocno interesował się tą kwestią, a jego własne wizje dotyczące możliwych scenariuszy spotkaniu z nieznanym są tyleż intrygujące, co głęboko przemyślane. Generalnie Lem był raczej sceptykiem, co do możliwość porozumienia się z obcą formą życia. Fascynujące są jego teorie, wyjaśniające, dlaczego w ogóle szansa na takowy proces jest nieskończenie mała – polski pisarz uważał, że każda potencjalna cywilizacja przechodzi przez różne stadia rozwoju. Oczywiście im różnica poziomów zaawansowania technologicznego jest większa pomiędzy danymi cywilizacjami, tym szansa na wzajemne zrozumienie jest mniejsza. Ponadto każda „społeczność” posiada tzw. okno kontaktu, zaczynające się od okresu, kiedy jest ona w stanie wysyłać, przyjmować oraz prawidłowo interpretować sygnały z Kosmosu, a kończące się na etapie, gdy cywilizacja przestaje przejawiać ochotę do komunikacji. Ponieważ odległości w przestrzeni kosmicznej są ogromne, a z naszej perspektywy wręcz nieskończone, niemożliwe jest również odebranie sygnału w momencie jego nadania. Setki, tysiące, a nawet miliony lat mogą upłynąć od momentu, kiedy nadesłana wiadomość dotrze do adresata – w tym czasie nadawca już dawno może ulec samozagładzie, bądź kosmicznej katastrofie. Wg mnie teoria Lema znakomicie wyjaśnia paradoks Fermiego, czyli sprzeczność, wynikającą z szacunków, zgodnie z którymi Kosmos aż roi się od pozaziemskich cywilizacji, z faktem, że jak dotąd nie zaobserwowano żadnych śladów ich istnienia. Na szczęście Lem był bardziej łaskawy dla swojej wyobraźni, której kilka razy pofolgował, pozwalając jej wysnuć możliwe scenariusze dotyczące spotkania obcych form życia. Uważam, że w jego wizje, które w dużej mierze opierają się na przekonaniu, że kontakt, pojmowany jako wzajemne zrozumienie się, czy świadoma wymiana informacji jest niemalże niemożliwy, bardzo dobrze wpisuje się także Piknik na skraju drogi. Bracia Strugaccy, podobnie jak i Lem, wyrażają głęboki sceptycyzm, co do możliwości porozumienia się dwóch, diametralnie obcych form życia.

Akcja powieści Piknik na skraju drogi rozgrywa się na Ziemi, wkrótce po tym, jak zostaje ona odwiedzona przez obcych przybyszów. Kosmici nie goszczą zbyt długo na naszej rodzimej planecie, nie przejawiając ponadto żadnych chęci by porozumieć się jej z rdzennymi mieszkańcami. Wkrótce po lądowaniu, opuszczają Ziemię, pozostawiając po sobie całkiem sporo śladów. Miejsca na kuli ziemskiej, w których osiadły obce statki zwane są Strefami. Tuż po oddaleniu się przybyszy, Strefy zostają odcięte od ciekawskich ludzkich oczu ścisłym kordonem i zawłaszczone w imię nauki. Jedyny, oficjalny dostęp do Stref posiada Międzynarodowy Instytut Cywilizacji Pozaziemskich. Obszary, na których lądowały pojazdy są jednak bardzo atrakcyjne i kuszące. Występują na nich wszelakiej maści anomalnie, z których niektóre okazują się bardzo niebezpieczne. Ale w Strefach oprócz śmierci można znaleźć także cały ogrom niezwykłych i wartościowych przedmiotów, za które nie tylko naukowcy potrafią nieźle zapłacić. Ludzie, mający odwagę zapuścić się na te niebezpieczne obszary, gotowi do narażania swojego życia, które mogą stracić zarówno poprzez chwilę nieuwagi w wymagających delikatności, precyzji oraz ostrożności kontaktach ze Strefą jak i za sprawą dzielnych ziemskich, choć chyba nie do końca ludzkich żołnierzy, broniących dostępu do miejsc lądowania, nazywani są stalkerami. Nietrudno dostrzec w nich współczesnych argonautów, którzy wyruszają na poszukiwania złotego runa. Ryzyko, jakie podejmują jest ogromne – błąkając się po Strefach, natrafiają na wiele urządzeń, czy też rzeczy o nieznanym pochodzeniu, z których część okazuje się zabójcza dla biologicznych form życia. Gra jest jednak warta świeczki, ponieważ na przedmioty znalezione w Strefie wiele środowisk ostrzy sobie zęby.

Strefa jest miejscem intensywnych studiów, a rzeczy z niej wydarte, stają się przedmiotem szczegółowych badań, które nie przynoszą jednak pożądanych rezultatów. Mimo upływu czasu, bowiem fabuła roztacza się na przestrzeni kilkunastu lat, praktycznie żadne z analizowanych urządzeń nie zdradza sekretów swojego funkcjonowania. Prowadzone przez naukowców działania przypominają syzyfowe trudy, podejmowane przez bohaterów lemowskiego Solarisa. W powieści polskiego pisarza całe pokolenia uczonych analizują planetę, której powierzchnia pokryta jest ogromnym, myślącym oceanem. Mimo żmudnych studiów, żaden kontakt nie następuje, a jedynie co pozostawiają po sobie w spadku ludzie nauki to trudne, długie i niezrozumiałe definicje form, przybieranych i tworzonych przez ocean, które jednak ani o krok nie przybliżają ludzkości do porozumienia z obcą inteligencją. Podobnie jest w przypadku środowisk akademickich z Pikniku na skraju drogi. Stalkerzy przynoszą ze sobą artefakty oraz opowieści o anomaliach, które określają slangiem, językiem prostym i zrozumiałym, oddającym właściwości danego zjawiska bądź rzeczy. Pustak, świerzb, bransoletka, owak, bateryjka, ognisty puch, czarci pudding, łysica, czy wyżymaczka okazują się określeniami o wiele bardziej trafnymi niż bełkotliwe teorie produkowane w naukowym narzeczu, nieudolnie i nieskutecznie próbujące wyjaśnić istotę funkcjonowania tych niezwykłości. W świetle ponoszonych klęsk, szczególnie trafna wydaje się hipoteza jednego z naukowców, tłumacząca, że znajdowane przedmioty są wytworem o wiele bardziej zaawansowanej technicznie cywilizacji i dla ludzkości przedstawiają taką samą wartość jak dla zwierząt śmieci, pozostawione przez nieodpowiedzialnych piknikowiczów na skraju leśnej drogi. Mrówki, czy ptaki mogą użyć zastanych resztek, trudno jednak oczekiwać, aby udało im się odkryć ich rzeczywiste zastosowanie.

Oczywiście pytaniem, które niczym klątwa ciąży nad całą książką jest kwestia, po co właściwie Inni zdecydowali się odwiedzić Ziemię. W końcu nie przybyli na nią w celach rabunkowych, nie wiadomo, czy dokonali jakichkolwiek pomiarów planety, badań jej mieszkańców, wreszcie nie podjęli żadnej próby kontaktu z Ziemianami. Intencje przybyszów również pozostają wielką niewiadomą – czy pozostawione przez nie przedmioty, bądź anomalnie, na jakie można natrafić w Strefach to efekt przemyślanych działań czy też zwykła, ludzka chciałoby się rzec, niechlujność? Powieść Strugackich jest o tyle wyjątkowa i wartościowa, że nie odpowiada na te pytania. Prezentuje ona jedynie ludzkość, która w obliczu tych pytań staje i w niezwykle ciekawy sposób ukazuje małość naszej kultury i jej ogromną zachłanność. Z biegiem czasu wizyta obcych traci znamiona teologicznego dysonansu, zaczynając przybierać formę zjawiska, tyleż interesującego, co możliwego do przystosowania do własnych celów. Początkowo Harmont, jedno z miast, w którym znajduje się Strefa, przypomina Mekkę przyciągającą zuchwalców, którzy mają odwagę wydrzeć jej wszelkie tajemnice. Miasto ogarnia gorączka złota – stalkerzy ryzykują życie, by bajecznie się wzbogacić, natomiast naukowcy wpadają w ekstatyczny szał, niemal religijny trans, zachłysnąwszy się mnogością obiektów, które wymagają badania, studiów, które powinny zdradzić dociekliwym swoje właściwości i tym samym przynieść im wieczną chwałę. Z czasem okazuje się, że Strefa niechętnie zdradza swoje sekrety, a przedmioty z niej wyciągnięte są zbyt skomplikowane, by ich istotę mógł pojąć człowiek. Przychodzą zatem złość i rozczarowanie. Strefa daje gatunkowi ludzkiemu solidną lekcję pokory, w pełni uświadamiając mu jego niedostatki.

Książka Strugackich w sposób oryginalny podejmuje tematykę kontaktu ludzkości z obcą cywilizacją. Rosyjscy twórcy prezentują nieszablonową wersję takiego spotkania. Okazuje się, że być może ludzka społeczność przypisuje sobie zbyt wiele cech istot rozumnych, oczekując, że obce formy inteligencji zechcą się z nią porozumieć. Strugaccy świetnie obrazują jak zarozumiałą, pyszną i egocentryczną istotą jest człowiek, który swoją własną cywilizację traktuje jako wyznacznik najwyższej formy kultury oraz szczyt technologicznych osiągnięć. Rosyjski duet uzmysławia czytelnikowi, że przecież możliwy jest fakt zetknięcia się z rozumem, dla którego będziemy mikrobami, mało znaczącymi żyjątkami, z którymi obca inteligencja nie uzna za stosowne podjąć prób kontaktu.

Dzieło Arkadija i Borysa to również kawał porządnej prozy psychologicznej. Autorzy najmocniej skoncentrowali się na przeżyciach stalkerów, a więc ludzi, dla których widmo śmierci do chleb powszedni. W sposób interesujący zostały ukazane bodźce, jakie popychają śmiałków do uprawiania tego ryzykownego zawodu. Strugaccy świetnie odmalowują także socjologiczne aspekty pozaziemskiego kontaktu. Strefa, a więc obca narośl na ziemskim ciele, niemożliwa do zasymilowania, poczyna obrastać ludzką działalnością - nauka, przemysł, a nawet rozrywka zacieśniają ludzki krąg wokół Sterfy, krok po kroku ją absorbując, wchłaniając do rodzimej codzienności. Prezentowana przez Strugackich wizja jest wyjątkowa i wydaje mi się, że właśnie to nieszablonowe podejście czyni lekturę tej książki tak niezapomnianą i wyjątkową.

poniedziałek, 30 września 2013

Wieczór w Bizancjum



Irwin Shaw

Wieczór w Bizancjum

tytuł oryginału: Evening in Byzantium
tłumaczenie: Cecylia Wojewoda
wydawnictwo: Książnica, Katowice 1993




Irwin Shaw, właściwie Irwin Gilbert Shamforoff (1913 - 1984) – amerykański dramatopisarz, scenarzysta i autor powieści, jest jednym z bardziej znanych piór Ameryki. Trzeba naprawdę szukać dość długo, i to wśród ludzi stroniących od dobrej literatury, by spotkać kogoś, komu nie obiły się o uszy takie tytuły jak Młode lwy (Young Lions, 1948), Pogoda dla bogaczy (Rich Man, Poor Man, 1970) czy Lucy Crown 1956. Wszystkie czytałem na tyle dawno, iż nie pamiętam z nich niczego konkretnego poza jednym; wspomnieniem świetnego, klimatycznego stylu, plastyki opisów i przekonujących postaci, czyli po prostu wspaniałej lektury. Sięgając po Wieczór w Bizancjum oczekiwałem więc prawdziwej uczty czytelniczej, choć były te nadzieje niedookreślone, niesprecyzowane.

Bohater naszej powieści, Jesse Craig, producent filmowy, przyjeżdża na festiwal do Cannes. Po okresie sukcesów ostatnie kilka lat spędził na bocznym torze, wycofany i odcięty od gwałtownego pulsu branży. Jego przyjazd rodzi oczywiste spekulacje – czy szykuje się do spektakularnego powrotu? Zaczyna się kręcić wokół niego młoda dziennikarka i starzy znajomi. Poznaje też nowych. Z czym naprawdę przyjechał i co z tego wyniknie, zdradzać oczywiście nie będę.

Od pierwszych stron Shaw urzeka czytelnika spokojną, uroczą narracją. Wydarzenia bieżące stają się pretekstem do retrospekcji i choć towarzyszyć będziemy głównemu bohaterowi niezbyt długo, zdążymy poznać praktycznie całe jego dotychczasowe życie. Niestety, na sam koniec pojawia się, przynajmniej w moim wydaniu, zauważalna ilość błędów, co jest naprawdę denerwującym dysonansem. Nie wiem, czyja to wina, tłumacza czy autora, ale wygląda to tak, jakby ktoś nagle zaczął się spieszyć i zamiast pięknym końcem zwieńczyć dzieło, dolepił na chybcika trochę dziadostwa.

Gdybym miał na siłę zaszufladkować Wieczór w Bizancjum, na siłę, gdyż nie lubię przylepiać etykietek, powiedziałbym, że jest powieścią obyczajową osadzoną w realiach światka przemysłu filmowego, najprawdopodobniej w latach siedemdziesiątych. Miłośnicy gatunku na pewno odnajdą tu ulubiony klimat, ale mnie czegoś zabrakło do szczęścia. Choć odnajdziemy w lekturze wiele refleksji, z wiodącym motywem wpływu, jaki nasze decyzje, nawet te najbłahsze, mogą wywierać na ludzi nas otaczających, nawet tych, których nie zauważamy, to są to wszystko prawdy nieco już ograne, oklepane, jakieś takie tchnące starzyzną, choć oczywiście nadal prawdziwe. Brak jakiejkolwiek nowej, poruszającej wymowy, jakiegokolwiek aktualnego przesłania i nauki sprawia, że od takich arcydzieł, jak choćby Zabić drozda, dzieli Wieczór w Bizancjum przepaść. Przepaść jak między dobrym rzemiosłem, a wirtuozerią przepełnioną tchnieniem geniuszu. Przy takich porównaniach zawsze wraca do mnie pytanie – lepiej jedno dzieło, ale niedoścignione, czy kilka o różnym poziomie? Wróćmy jednak do naszej powieści. Zakończenie nie tylko skażone jest błędami warsztatowymi, ale i merytorycznymi. Postać głównego bohatera, przekonująca i tchnąca autentyzmem przez całą książkę, w końcówce traci swe walory. Podejmuje, w moim odczuciu, decyzje niespójne z nadaną jej przez pisarza konstrukcją psychiczną i, co powoduje jeszcze większy zgrzyt, z decyzjami podjętymi chwilę wcześniej.

Zadajecie więc sobie pewnie pytanie – warto sięgać po ten Wieczór, czy też nie? Tym, którzy twierdzą, iż Shaw jest nudny, odpowiem, iż im ktoś sam jest bardziej nudny, tym więcej rzeczy go nudzi. Jest to rzecz do poczytania, i to do przyjemnego poczytania, ale skoro jest tyle książek o wiele bardziej udanych i wartościowych, a życie takie krótkie, może lepiej poszukać czego innego. Nawet wymienione we wstępie powieści tego samego autora będą dla wymagających korzystniejszą alternatywą. Tym zaś, którzy oczekują, by w powieści „się działo”, którzy szukają wartkiej akcji lub momentów, lekturę zdecydowanie odradzam. W Wieczorze w Bizancjum tego nie znajdziecie


Wasz Andrew