Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

poniedziałek, 16 września 2013

O pedofilii w dawnej Szwecji




… Ylva zaś rada była temu, że się zatrzymał dłużej, lubiła go bowiem i chętnie widziała gościem w swoim domu. Ponadto zaś spostrzegła, że oczy jego coraz to zatrzymują się na Ludmile, która skończyła lat piętnaście i była już zupełnie dorosłą dziewczyną

Frans Gunnar Bengtsson Rudy Orm



Ylva - matka Ludmiły. Nienazwany absztyfikant - podstarzały kumpel ojca. I to tyle na temat arbitralnego, urzędniczego, określenia co jest, a co nie jest pedofilią, przez powiązanie tego z datami w dowodzie.

niedziela, 15 września 2013

Saga o Rudzielcu


Frans Gunnar Bengtsson

Rudy Orm

(tytuł oryginału: Röde Orm)
tłumaczenie: Zygmunt Łanowski
Nasza Księgarnia Warszawa 1961



W ramach oddechu po nieco pesymistycznych przemyśleniach na temat naszej polskiej rzeczywistości wynikających z lektury Efektu Lucyfera i Paradoksu czasu postanowiłem powrócić do kolejnej z lektur jeśli nie dzieciństwa, to jednak na pewno odległych czasów. Właśnie udało mi się po okazyjnej cenie zakupić dobre, stare wydanie Rudego Orma i wybór padł właśnie na niego. Ta powieść szwedzkiego pisarza, poety i biografa Fransa Gunnara Bengtssona (1894-1954) jest zdecydowanie najbardziej znaną częścią jego dorobku, żeby nie powiedzieć jedyną znaną, przynajmniej w Polsce. Swego czasu była chyba najbardziej popularną powieścią nie tylko w Szwecji, ale i w całej Skandynawii. Opowieść o Rudym Ormie, napisana w kanonie nordyckiej sagi, skutecznie konkurowała nawet z wydaną pokolenie wcześniej Krystyną córką Lavransa pióra noblistki Sigrid Undset, ale u nas nigdy jakoś specjalnie się nie przebiła.

Rozpoczynając lekturę książki, którą już drzewiej czytałem, i z której nie pamiętałem kompletnie niczego poza tym, że kiedyś mi się spodobała, zastanawiałem się, jak odbiorę ją dzisiaj. Na szczęście się obroniła, choć inaczej niż myślałem, ale o tym potem.

Powieść jest dość sporą porcją literek; 525 stron wypełnionych głównie tekstem i nielicznymi stylizowanymi na epokę rysunkami. Jak łatwo się domyślić, głównym bohaterem powieści w manierze na skandynawską sagę jest Orm Tostesson zwany Rudym Ormem, a w późniejszych latach swego życia Ormem Bywałym, wiking ze Skanii (dzisiejsza Szwecja). Opowieść rozpoczyna się od przyjścia na świat postaci tytułowej i toczy się na przełomie wieków X i XI. Zgodnie z regułami gatunku, Orm szybko okazuje się osobą nietuzinkową. Niedługo trzeba czekać, by porwał go wir niezwykłych przygód, które rzucały nim aż na krańce ówczesnego świata i szybko przyniosły mu sławę prawdziwego hövdinga, czyli wodza, wojownika, żeglarza i mędrca. Oczywiście będzie też wielka miłość, przeciwności losu, poszukiwanie skarbu i inne atrakcje. Jak się skończy droga życiowa naszego herosa nie będę zdradzał.

Akcja powieści przypada na czasy burzliwe, na starcie wkraczającego do północnej Europy chrześcijaństwa ze starymi wierzeniami i obyczajami, na łupieżcze wyprawy stanowiące stały element życia wielu Skandynawów, taki sam jak żniwa czy siew. Fabuła jest wielowątkowa z wyraźnie dominującym tematem Rudego Orma. Intryga nie jest specjalnie skomplikowana, jednak wyraźne zwroty akcji i dobre tempo są dużymi walorami, podobnie jak zaskakujące interakcje wątków pobocznych, związanych z postaci drugoplanowymi, z dziejami Orma stanowiącymi oś całości. Rzecz czyta się przyjemnie. Choć nie porywa heroizmem jak Krzyżowcy Jana Guillou, ani nie dotyka głębi tkliwych kobiecych serc, jak wspomniana Córka Lavransa, to mając w sobie coś z bajki dla dzieci i z baśni dla dorosłych sprawia, iż nawet takie ówczesne uciechy jak ucinanie głów, rozpruwanie brzuchów czy brutalne gwałty nie budzą ani niesmaku, ani strachu, ani wielkich emocji. Jest to po prostu bajka napisana z takim wyczuciem, iż może ją czytać każdy, od nieco tylko podrośniętych dzieci, do dziecinniejących staruszków.

Nie bez kozery przywołałem tu i Krzyżowców, i Krystynę. Pierwsza jest dla mnie symbolem idealnej wersji męskiej sagi, z dużą wagą przyłożoną do tła politycznego, społecznego, moralnego i innych „męskich” spraw, o militariach nie wspominając, druga zaś jest odwrotną stroną medalu, czyli opowieścią koncentrującą się na wewnętrznych przeżyciach, westchnieniach, dylematach moralnych i innych „babskich sprawach”. Choć obie są pełne wojen i wielkiej miłości, to w pierwszej nie znajdziemy skomplikowanych sytuacji damsko-męskich, a w drugiej z kolei scen batalistycznych będących ważkim elementem pierwszej. Istotny jest też czas powstania. W pierwszej, która powstała współcześnie, znajdziemy charakterystyczny rys dzisiejszej literatury skandynawskiej – moralizm społeczny, którego przemycanie we wszelkich gatunkach, z kryminałem włącznie, stało się chyba wyznacznikiem literatury regionu, natomiast w drugiej, która powstała jeszcze przed Rudym Ormem, absolutnie tego brak.

Powieść Bengtssona plasuje się pomiędzy wspomnianymi wyżej, lustrzano podobnymi dziełami. Podobnie jak saga Undset całkowicie jest pozbawiona morału, przesłania, czy podkreślania problemów społecznych, choć uważny czytelnik może zauważy, że niewiele warty jest świat i czasy, w których szczęśliwy i bogaty może być tylko ten, kto jest od innych silniejszy, okrutniejszy i bardziej bezwzględny, gdzie silni przyjaźnią się tylko z silnymi, a biedny i słaby nigdzie nie znajdzie pomocy ani ochrony. To jednak na pewno nie wynika z samej powieści, a raczej z odniesienia wrażeń z tej lektury do innych dzieł i do realiów innej rzeczywistości. Z kolei do Krzyżowców zbliża się Orm dynamicznym i plastycznym oddaniem bitew, wypraw, czyli tego, co tygrysy lubią najbardziej oraz płytkim potraktowaniem spraw uczuciowych i wewnętrznego życia postaci. Jak więc w oczach dzisiejszego czytelnika, w porównaniu do dwóch prawdziwych dzieł w tym samym gatunku, wypada Rudy Orm?

No cóż - wyraźnie słabiej, gdyż nie porwie mężczyzn, ani nie wzruszy kobiet. To jednak konkurencja z dziełami niezwykle udanymi, choć każde z nich jest wspaniałe na inny sposób. Zaletą powieści Fransa Gunnara Bengtssona jest jednak to, że broni się doskonale mimo upływu czasu i dzisiejszy odbiorca ma z niej chyba dokładnie taką samą radość, jak ten, który czytał pierwsze wydanie w 1941* roku. Swobodna rozrywka, bez głębszych refleksji, bez łez, bez patriotycznych czy religijnych frazesów. Wszystko doprawione specyficznym humorem dopasowanym do gatunku, epoki i bohaterów. Rzecz absolutnie do poczytania, i to do miłego poczytania. Zwłaszcza jako przerywnik między mądrymi lekturami , ambitnymi dziełami i odpoczynek od naszych, nieporównanie bardziej skomplikowanych, choć raczej nie gorszych, czasów. Aż dziw, że poza jakąś skandynawską produkcją, która w Polsce chyba nigdy nie zagościła, Rudy Orm nie doczekał się ekranizacji. Jako łatwiejszy scenograficznie, z racji innych realiów historycznych, niż Krzyżowcy, mógłby stać się wielkim hitem, gdyby zrealizowano go na Holywoodzką modłę, i to zarówno w wersji soft, jak i hard, zależnie od tego, czy okrucieństwa epoki ukazano by mniej, czy bardziej dosadnie.

Zdecydowanie polecam i zachęcam do poznania dziejów sympatycznego rudzielca i jego bliskich

Wasz Andrew

* Pierwsze wydanie było dwutomowe. Drugi tom miał premierę w 1945 roku.

sobota, 14 września 2013

O znaczeniu dnia dzisiejszego



To, jak spędzasz dzień dzisiejszy, ostatecznie określa zarówno twoją przeszłość, jak i przyszłość .

Philip Zimbardo, John Boyd Paradoks czasu

piątek, 13 września 2013

O altruizmie i paradoksach czasu



…ludzie zorientowani na przyszłość mają największe szanse na odniesienie sukcesu, natomiast prawdopodobieństwo, że pomogą osobie w potrzebie, jest w ich przypadku najmniejsze. Paradoksalnie, ludzie, którzy mają największe możliwości pomagania, są jednocześnie najmniej gotowi, by je wykorzystać. Przeciwieństwem są osoby nastawione na teraźniejszość, które mają mniejsze szanse na sukces, ale są bardziej gotowe pomagać innym.

Philip Zimbardo, John Boyd Paradoks czasu

czwartek, 12 września 2013

Sposób na



Humor z rana....

- Ktoś mi ukradł rower - skarży się pastorowi ksiądz.
- Wiem jak go możesz odzyskać. Jutro w czasie mszy wymień dziesięć przykazań, kiedy dojdziesz do „nie kradnij” jeden z parafian na pewno się zaczerwieni.
Kiedy w poniedziałek pastor spotkał się z księdzem, spytał:- Czy wyjaśniła się sprawa z rowerem?
- Tak, zrobiłem jak mi poradziłeś, a kiedy doszedłem do „nie cudzołóż”, przypomniałem sobie, gdzie go postawiłem...

środa, 11 września 2013

Względność wg Einsteina



Kiedy mężczyzna siedzi przez godzinę z ładną dziewczyną, wydaje mu się, że była to minuta. Ale niechby posiedział przez minutę na rozgrzanym piecu, a wyda mu się to dłuższe niż jakakolwiek godzina. I to jest właśnie względność.

Einstein

Philip Zimbardo, John Boyd Paradoks czasu

wtorek, 10 września 2013

Inne teksty

Okładka książki Mgnienie ekranu 

Mgnienie ekranu

Terry Pratchett

Tytuł oryginału: A Blink of the Screen
Tłumaczenie: Piotr W. Cholewa
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 312
 
 
 
 
Terry Pratchett to synonim literackiego sukcesu. To autor, w przypadku którego śmiało możemy posługiwać się sloganem, że jest równie znany, co lubiany (niekoniecznie przez wszystkich, ale na pewno przez ogromną rzeszę ludzi). 50 milionów książek, które przetłumaczono już na 33 języki jasno i wyraźnie mówią o skali zjawiska, tj. czytelniczego szału, jakie zapanował na jego dzieła. Nie od razu jednak Rzym zbudowano. Sir Terence David John Pratchett przyszedł na świat w roku 1948. Od najmłodszych lat jego pasją była astronomia – ale z miłością do gwiazd nie współgrało uczucie do matematyki, dlatego młody Terry musiał porzucić swoje nadzieję na zostanie astronomem. Oczywiście dzisiaj nikt nie żałuje tego, że Pratchett nie posiada talentu matematycznego, bo dzięki temu literatura zyskała genialnego twórcę. Terry pierwsze inklinacje pisarskie zaczął wykazywać już w wieku 13 lat, gdy opowiadaniem Piekielny interes zadebiutował na łamach gazetki szkolnej. Dwa lata później tekst ukazał się także w czasopiśmie Science Fantasy. Jak na przyszłego literata przystało, Terry Pratchett całe honorarium otrzymane za wydruk dzieła przeznaczył na używaną maszynę do pisania, którą udało się zakupić przy niewielkim wsparciu rodziców. W wieku 17 lat Pratchett miał już na koncie pierwszą powieść pt. Dywan, która drogę do wydawnictwa znalazła w 1971 roku. Przełomowym okazał się rok 1983. To wtedy Terry po kilku latach pracy dziennikarskiej, zatrudnił się jako rzecznik prasowy Centralnego Zarządu Elektroenergetyki, pod jurysdykcją którego znajdowały się 3 elektrownie atomowe oraz wydał Kolor magii, czyli pierwszą książkę z cyklu Świat Dysku. Terry łączył pracę rzecznika prasowego z pisarską pasją do roku 1987 – po ukazaniu się powieści Mort, czwartej ze Świata Dysku, Pratchett skoncentrował się wyłącznie na pracy literackiej.

Dokładnie w 50. rocznicę oficjalnego debiutu Terry’ego Pratchett’a, na łamach wydawnictwa Prószyński i S-ka, ukazał się zbiór wybranych tekstów brytyjskiego twórcy, zatytułowany Mgnienie ekranu. Na pierwszy rzut oka to typowa pozycja zarezerwowana głównie dla zagorzałych fanów pisarza, obok których zwykły czytelnik przechodzi raczej obojętnie. Młodzieńcze płody, pierwsze próby, nigdy nie publikowane utwory tworzą dobrze znaną mieszankę, która pozwala niejako bezkarnie podglądać artystę, dając czytelnikowi możliwość śledzenia rozwoju jego warsztatu pisarskiego. Jednocześnie, o grzechy młodości, nie należy spodziewać się literackich fajerwerków – w wielu takich przypadkach bezpieczniejsza jest koncentracja na ewolucji stylu twórcy, która w takich zbiorach często przekładana jest ponad jakość serwowanych tekstów. Czy Mgnienie ekranu jest tego kolejnym przykładem? Na szczęście nie.

Książka podzielona jest na dwie zasadnicze części. Pierwszą grupę utworów stanowią Opowiadania spoza Świata Dysku. Wśród nich znajdziemy przytaczany już Diabelski interes, od którego Terry rozpoczął swoją niezwykłą przygodę z literaturą – trzeba przyznać, że jako tekst, którego autorem jest trzynastolatek, jest on całkiem błyskotliwy, wyraźnie znamionujący, w jakim kierunku będzie podążał przyszły twórca Dyskowego Uniwersum. Można pokusić się o dosyć oczywistą, ale namacalnie potwierdzoną tezę, że specyficzne poczucie humoru oraz zwały absurdu od początku kariery towarzyszą Terry’emu Pratchettowi. Dalsze twory z tej części zbioru są mocno zróżnicowane. Obok słownych zabaw, literackich igraszek pokroju Obrazu, Rozwiązania czy Inkublamażu egzystują niepokojąco karykaturalny horror wiktoriański Kartka świąteczna z kopertą – 20 pensów oraz bajkowa wariacja Książę i kuropatwa. Nie brakuje także tekstów, mocno zakorzenionych w otaczającej Terry’ego rzeczywistości. Guru. Dali mi ptaka, Uwaga na monolity to nawiązania do reporterskiej działalności Pratchetta, podczas której nie brakowało zabawnych momentów. Gramofony nocy, do której idealnie pasuje piosenka Dance Macabre polskiej formacji Kryzys to chyba debiut sceniczny Mrocznego Kosiarza, czyli Śmierci, chudego kościotrupa z ogromną kosą, MÓWIĄCEGO ZE STOICKIM SPOKOJEM, doskonale znanego ze Świata Dysku. Dla fanów twórczości Pratchetta z pewnością nie lada gratką będzie możliwość przeczytania utworów, które stały się kanwami dla całych powieści. Na podstawie Wysokich megów powstała książka Długa Ziemia, napisana wspólnie z gigantem brytyjskiego science fiction, Stephenem Barterem. Z kolei Rincemagle, Gnom z Suchych Mokradeł to pierwowzór Nomów księgi wyjścia. Moją uwagę zwróciły również Ostateczna nagroda, zabawnie ukazująca jak ogromna siła tkwi w słowie pisanym oraz z jaką odpowiedzialnością wiąże się literacka praca jak również KPM, udowadniająca, że HEX nie był pierwszym wrażliwym komputerem w twórczości Pratchetta. Całość znakomicie uzupełniają krótkie, acz niezwykle zjadliwe parodie politycznych wystąpień – tytuły Nie ma większego durnia niż stary dureń stojący w angielskiej kolejce oraz Prosimy o oddychanie krótkimi, mocnymi sapnięciami mówią zresztą same za siebie. No i Hollywoodzkie kurczaki – coś takiego mógł stworzyć tylko Pratchett.

Część druga zbioru, Opowiadania ze Świata Dysku to już swoista uczta dla pratchettomaniaków. 11 tekstów zabiera nas do wykreowanego przez Terry’ego Pratchetta Uniwersum, w którym świat jest płaskim dyskiem, wspieranym na grzbietach czterech słoni, stojących na grzbiecie ogromnego żółwia, dryfującego w bezmiarze Kosmosu, a magia jest zjawiskiem równie powszechna, co grawitacja w naszej rzeczywistości. Tę partię otwiera opowiadanie Trollowy most, które miałem przyjemność czytać uprzednio w zbiorze W hołdzie królowi, zawierającym utwory poświęcone twórczości J.R.R. Tolkiena. To bardzo gorzka i smutna humoreska, która w pełni ukazuje bezwzględność upływającego czasu i wieczny brak poszanowania dla tradycji, które winno okazywać dorastające pokolenie. W moim mniemaniu, najciekawszą pozycją z Opowiadań ze Świata DyskuRybki małe ze wszystkich mórz. Spotykamy w niej znaną choćby z Równoumagicznienia, czy Trzech wiedźm babcię Weatherwax. Pratchett z pełną krasą odsłania najgroźniejszą broń najbardziej poważanej czarownicy, czyli głowologię. Autor z lubością prezentuje istoty ludzkie, jako słabe i bezradne jednostki, które wpadają w popłoch, gdy tylko w otaczającej ich rzeczywistości pojawią się najmniejsze zmiany. Pratchett humorystycznie uzmysławia, że straszyć można również przez nie podejmowanie żadnych złowieszczych, ale oczekiwanych działań. Brak spodziewanej dawki gorzkiego wyrzutu, zgryźliwości czy niechęci może być również groźny i niepożądany, co najokrutniejsze uczynki, przez to właśnie, że burzą ustalony porządek rzeczy. Ludzie źli winni czynić zło, a niemili być niemili, bo do tego są przecież stworzeni, chciałoby się rzec. Inaczej wszystko staje do góry nogami, a świat okazuje się tylko mirażem, cienką, falującą przesłoną, za którą czekają już tylko mroki szaleństwa. Niestety zdecydowaną większość drugiej części zbioru stanowią bardzo krótkie formy, która często są uzupełnieniem wiedzy o Świecie Dysku. Nie brakuje twórczości pisanej na zamówienie, czy to na życzenie fanów, czy też na potrzeby tworzonych gier. Spośród tego typu utwór zdecydowanie najlepiej prezentuje się oficjalny Hymn Ankh-Morpork, lśniący niczym perełka. Świetne przesłanie oraz groteskowe podejście do patriotycznej powagi decydują o wyjątkowości utworu.

Krótko reasumując, Mgnienie ekranu to z pewnością pozycja ciekawa, chociaż nie wybitna. Co tradycyjne dla tego typu zbiorów, obok tekstów bardzo dobrych, pojawiają się dziełka zwyczajnie słabe, które w zwykłych warunkach nie mają racji bytu. W zbiorach podczepiają się one niczym autostopowicze z Opowieści Glastonburyjskich, próbując zbliżyć się chociaż o kilka przystanków do czytelniczej uwagi. Lektura książki jako całości sprawia wrażenie goszczenia w laboratorium Pratchetta – możemy podejrzeć jak twórca eksperymentował z poszczególnymi pomysłami, z których kilka na stałe zagościła w jego książkach. Ponadto nieco wyraźniej niż w przypadku całych powieści widać bodźce, które stanowiły podstawy do wymyślania poszczególnych koncepcji. Łatwo też uświadomić sobie, że w miarę dojrzewania talentu pisarskiego Pratchetta, te odniesienia do świata rzeczywistego są coraz lepiej maskowane. Ponadto, wydaje mi się, że najcenniejszą część zbioru stanowią krótkie komentarze samego Terry’ego Pratchetta, którego poprzedzają każdy z utworów. Dzięki nim dowiemy się sporo na temat okoliczności powstania każdego dziełka, przekonamy się również, że pisarzowi nie brakuje autoironii oraz samokrytycyzmu. Inspiracje, będące asumptem do realizacji danego pomysłu oraz kontekst sytuacyjny, odsłaniający tajemnice narodzin literackiego tekstu to rzeczy, które chciałby poznać każdy fan. W Mgnieniu ekranu tego nie brakuje i choćby z tego względu warto sięgnąć po tę pozycję.

Wasz Ambrose


 

Ludobójstwo à la Pologne

czyli polska szkoła biznesu




Media w większości epatują nas kolejnymi rocznicami powstań, czy wspomnieniami o Oświęcimiu, tymczasem tylko niektóre, i to sporadycznie, informują o tym, że Polacy sami sobie budują fabrykę śmierci. Nazywa się Polska. Wczoraj, po niedawnych aferach mięsnych (padliniarskich i antybiotykowych) TVN Uwaga zaczął nagłaśniać kolejną gigantyczną aferę, która w normalnym kraju mogłaby się skończyć upadkiem rządu i Prezydenta, gdyż obnaża niespotykaną nigdzie w świecie falę korupcji oraz śmiertelnego (dosłownie!) zagrożenia powszechnego, a u nas i tak zostanie zamieciona pod dywan, chyba, że zagraniczne media podchwycą temat i spowodują całkowite wstrzymanie importu mięsa i wędlin z naszego pięknego k*raju.


Okazuje się, iż największa firma w Polsce zajmująca się utylizacją odpadów zwierzęcych (padlina, chore zwierzęta, itp.) zamiast utylizować, przerabia je na mączkę kostną, która z kolei jest poszukiwaną, choć zakazaną paszą. Poszukiwaną, jako o wiele tańsza niż inne. Zakazaną, gdyż poza wprowadzaniem do obiegu wielu zabójczych substancji jest uważana za główny powód rozprzestrzenienia się choroby BSE, popularnie nazywanej chorobą szalonych krów. U ludzi może ona wywołać chorobę Creutzfeldta-Jacoba, która wpływając na ośrodkowy układ nerwowy człowieka zawsze doprowadza do śmierci. Jest więc prawdopodobnie jedyną poza wścieklizną chorobą, która dla człowieka jest w stu procentach śmiertelna! A mączkę kupuje się i sprzedaje w tonach, i to raczej wielu naraz. Oczywiście, tak jak afera solna i niedawna Rawsko-padliniarsko-mięsna raz chińsko-antybiotykowa, zostanie zamieciona pod dywan. A jeśli ktoś za granicą podchwyci temat i nagłośni w mediach, to się winą obarczy dziennikarzy-zdrajców. W końcu we własne gniazdo się nie sra. Przynajmniej w Polsce.

Okazuje się, że Putin i Czesi mają absolutną rację nie chcąc mięsa znad Wisły, a mnie zdumiewa głupota Polaków. Tych, którzy w tym siedzą, a siedzą wszyscy, od sprawców, po organy kontroli i wymiaru sprawiedliwości. Czy sądzą, że ochronią swoje dzieci przed zjedzeniem czegoś, co zawiera ich zabójczą produkcję?

Dla mnie to, jak powiedziałby Zimbardo, typowy objaw mentalności więziennej. Liczy się tylko zysk na krótką metę; dalsze konsekwencje pozostają poza horyzontem. Nie ma żadnej moralności – rano do kaplicy więziennej, wieczorem co kto chce.


Wystarczy minimalny wysiłek, a taki proceder można wykryć nawet w gotowych wyrobach, ale kto to ma zrobić, skoro służby przewidziane do takich działań też w tym siedzą? Rząd nic nie robi, bo wie, że to beczka prochu, która wysadzi wszystkich. Wszyscy są umoczeni; bezpośrednio lub pośrednio. Nie można przecież posadzić wszystkich, a już, parafrazując słowa ze skeczu Na wyrębie z prześwietnego kabaretu Dudek, najtrudniej samych siebie.
Z reguły nie reklamuję programów telewizyjnych, ale tym razem gorąco zapraszam i polecam - 10 września o 19:50 na antenie TVN Uwaga. Jednocześnie tym, którzy nie czytali, polecam Gomorrę i porównanie z Polską.


A ja tylko jestem ciekaw, kiedy się dowiemy, iż Polacy karmią swe zwierzęta, i siebie również, ludzkimi szczątkami, choćby odpadami szpitalnymi. Dotąd marnują się na nielegalnych wysypiskach, które są tańsze niż legalne, ale przecież można ten biznes uczynić jeszcze bardziej zyskownym i również je przerobić na mączkę kostną, zamiast jak dotąd tylko zaorywać w polach. Dobre, bo Polskie.