Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.
środa, 14 sierpnia 2013
wtorek, 13 sierpnia 2013
"Dar" Vladimir Nabokov - Literacka mimikra
Dar
Vladimir Nabokov
Tytuł oryginału: Дар
Tłumaczenie: Eugenia Siemaszkiewicz
Wydawnictwo: MUZA S.A.
Liczba stron: 479
Są pisarze, których zna absolutnie każdy
szanujący się czytelnik. To nazwiska powszechnie kojarzone na całym
świecie, otoczone nimbem wielkości. Do grona tego typu twórców z
pewnością zaliczyć można Władimira Władimirowicza Nabokowa (Vladimira
Nabokova), amerykańskiego artystę rosyjskiego pochodzenia. Urodzony w
1899 roku pisarz sporo podróżował po całym świecie, stając się niejako
jego obywatelem. Do 1920 roku żył w rodzimej Rosji, później przyszła
pora na Europę Zachodnią – Berlin, Cambridge, Paryż przyjmowały kolejno w
gościnę tego wybitnego twórcę. W latach 1940 – 1960 Nabokow mieszkał w
USA, by przenieść się stamtąd do Szwajcarii, w której przebywał aż do
śmierci w 1977 roku. Obecnie, w szerokim gronie czytelników, twórczość
Nabokowa została zredukowana niemal wyłącznie do Lolity
– postacie Humberta Humberta oraz jego młodocianej kochanki na stałe
wpisały się do kultury masowej skutecznie wypierając bohaterów innych
powieści. Pozostałym dziełom rzadko kiedy poświęca się tyle słów oraz
opinii, tymczasem są one również dobre, a często lepsze niż sławetna
historia opętanego przez nimfetkę pedofila. Lolita należy do amerykańskojęzycznej twórczości autora, spośród której na największą uwagę zasługuje chyba Blady ogień. Z kolei za najdoskonalszą, rosyjskojęzyczną powieść Nabokowa uważa się Dar. Niektórzy literaturoznawcy posuwają się do jeszcze odważniejszych twierdzeń, że Dar
to najlepsza XX-wieczna powieść rosyjska w ogóle. Zamiast jednak wdawać
się w próżne dywagacje i nierozstrzygalne spory, lepiej przyjrzeć się
historii powstania książki, która jest równie ciekawa, co sama lektura.
Są powieści, które autor musi dosłownie
wyrzygać – potok myśli zalewa mózg, spływa natychmiast na papier, tak,
że świat zewnętrzny odchodzi niejako w niepamięć, chowając się za
horyzontem natchnienia, które bezlitośnie każe tworzyć i tworzyć. Dar z
pewnością do tego typu twórczości nie należy. Powstanie książki można
by prędzej porównać do długiego, mozolnego, niejednokrotnie odkładanego
porodu. Pomysł na powieść narodził się po zakończeniu Rozpaczy, w 1932 roku. Dar
ze względu na szerokie spektrum poruszanych tematów oraz wplecienie w
utwór biografii autentycznych postaci, wymagał wnikliwych studiów i
przygotowań. Długie miesiące poświęcone zostały zatem zbieraniu
materiałów na temat krytyka i publicysty, lidera rewolucyjnego ruchu lat
60. XIX wieku, Mikołaja Czernyszewskiego oraz podróżnika, przyrodnika i
botanika, Konstantina Kiriłłowicza Godunowa-Czerdyncewa, ojca głównego
bohatera, Fiodora. W 1934 roku Nabokow przerwał pracę nad Darem by zająć się fascynującą oraz dość tajemniczą książką Zaproszenie na egzekucję, którą swego czasu można było nabyć w ramach kolekcji Polityki – Współczesna literatura rosyjska. Zaproszenie na egzekucję powstało w ciągu dwu tygodni wspaniałej ekscytacji i nieprzerwanego natchnienia
i jest to świetny przykład utworu, który autor musi dosłownie wyrzucić z
siebie za jednym zamachem. W 1936 pojawił się kolejny przestój,
związany z tłumaczeniem na język angielski Rozpaczy. Wreszcie w roku 1938 Nabokow ukończył Dar,
ale pojawił się nieoczekiwany problem – wydawnictwo nie chciało
opublikować czwartego rozdziału powieści, tj. prześmiewczej biografii
Czernyszewskiego autorstwa bohatera Daru Fiodora, jako dzieła
zbyt kontrowersyjnego, naruszający dobry ton, w imię którego nie
należało w złym świetle przedstawiać cenionego podówczas twórcy. Dar
doczekał się kompletnej publikacji dopiero w 1952 roku. Jeszcze później
dotarł on do czytelnika polskiego, który mógł się zapoznać z polskim
przekładem w 1995 roku za sprawą niezawodnego Państwowego Instytutu Wydawniczego. O czym stanowi zatem książka, której losy są tak pokrętne?
Dar to powieść, która wychodzi
poza ramy literatury. To ciąg znaków tak niesłychanie przemyślnie
skonstruowany, że sprawiający wrażenie czegoś odrobinę nadludzkiego,
igrającego na nosie klasycznej powieści. To znania mi z Bladego ognia, prześmiewcza plątanina fikcji oraz rzeczywistości, w obliczu której wyrażenie fakt autentyczny
traci znamiona pleonazmu, bowiem prawda staje się jedynie
sformułowaniem umownym, rzeczą, o której postanowiono wspomnieć w
oficjalnych kronikach i na mocy tego działania, uznać dane wydarzenia za
odbyte, a więc realne (niepewny i rozchwiany umysł chciwy jest zatem
pewności a-b-s-o-l-u-t-n-e-j, nawet kosztem językowych bubli). Owa
osmoza rzeczywistości i fikcji zachodzi w Darze w sposób trudny
do wychwycenia. Z tego powodu, czytelnikowi w trakcie lektury słusznie
może towarzyszyć poczucie zwodzenia, czy też naigrywania się. Nabokow
robi nas w balona, czyni to jednak tak subtelnie oraz umiejętnie, że aż
trudno nie przyklasnąć. Powieść jest swoistą układanką, utworem, w
którego skład wchodzi kilka gatunków literackich.
Przede wszystkim jest to historia
Fiodora Godunowa-Czerdyncewa, młodego, rosyjskiego, początkującego
poety, przebywającego na emigracji w Berlinie. Czytelnik bardzo
dokładnie poznaje postać artysty, dowiadując się o jego rytuałach,
przyzwyczajeniach, kontaktach towarzyskich. Kolejną warstwę książki
stanowi twórczość Fiodora, na którą składają się jego młodzieńcze
wiersze oraz biografia Mikołaja Czernyszewskiego i nieukończona
biografia ojca, Konstantina Kiriłłowicza Godunowa-Czerdyncewa. Co
ciekawe, większość utworów przytaczana jest w całości, tak, że Fiodor za
sprawą swoich dzieł, których autorem jest Władimir Nabokow, wkracza
niejako do naszej rzeczywistości, zyskując realne kształty. (Podobny
zabieg rosyjski artysta zastosował również w Bladym ogniu,
będącym analizą literacką poematu, stworzonego przez Nabokowa, na
potrzeby powieści.) Ostatni poziom stanowią poglądy literackie Fiodora,
które zgodne są z wartościami, wyznawanymi przez Nabokowa.
Najniezwyklejszą formę owych literackich dywagacji tworzą fikcyjne
rozmowy Fiodora z poetą Konczejewem (nie istniejącym w naszej
rzeczywistości, ale egzystującym w fabule powieści) – Fiodor, uważający
Konczejewa za głównego rywala w walce o literackie laury, traktuje go
równocześnie jako równorzędnego twórcę, któremu z ogromną przyjemnością
przedstawiłby swój punkt widzenia na literaturę rosyjską. Ponieważ do
spotkań w cztery oczy z Konczejewem nie dochodzi, Fiodor wymyśla
fikcyjne dialogi, które prowadziłby ze swoim druhem, gdyby do
konfrontacji jednak doszło (dialogi rzecz jasna znajdują się w powieści Dar).
Jakby tego wszystkiego było mało,
Nabokow stosuje również inne środki, zaciemniające literacki obraz.
Wszechwiedzący narrator trzecioosobowy, który zaczyna całą powieść
wykazuje równe często, co zaskakujące tendencje do ewoluowania w
narratora pierwszoosobowego, którym jest oczywiście Fiodor
Godunow-Czerdyncew (przez wielu uważany za postać wzorowaną na samym
Nabokowie). I nadal nie jest to wszystko, co przygotował dla nas
pomysłowy pisarz. Umysł Fiodora jest bowiem równie chłonny na otaczające
go bodźce, co skory do fantazji. Wobec tego w powieści nie zabraknie
dzieł wyobraźni głównego bohatera, które dopiero po pewnym czasie okażą
się fikcją, snem na jawie, złudzeniem, czy też projekcją wyobraźni.
Przychylna recenzja, rojenia znajomego na temat zmarłego syna, czy
wspomniane konwersacje z Konczejewem – czegoż to umysł Fiodora nie
weźmie na swój warsztat. Wszystkie te sztuczki Nabokowa sprawiają, że
dzieło jest dosyć skomplikowane w odbiorze, a równocześnie piekielnie
interesujące i oryginalne. Autor zdaje się skwapliwie ukrywać sens
swojego utworu, plącząc go i maskując w gąszczu literackich sztuczek.
Wydaje się, że Dar można
traktować jako swoisty manifest Nabokowa – pisarz przedstawia w nim
swoje poglądy na literaturę rosyjską. Czyni to jednak zgodnie z
konwencją, w której utrzymany jest cały utwór, czyli nie wprost, nieco
pokrętnie. Program artystyczny jest prezentowany między wierszami. Idee
pisarza wyłożone zostały jako negacja i krytyka działalności literackiej
Czernyszewskiego, rosyjskiego filozofa, socjalisty, rewolucjonisty,
będącego również redaktorem, publicystą oraz krytykiem literackim.
Czernyszewski cieszył się sporą estymą, m.in. u Włodzimierza Lenina.
Wydaje się zatem zrozumiałe, że w momencie ukończenia powieści w roku
1938, Nabokow nie miał co liczyć na umieszczenie w niej krytycznej
biografii tego wielkiego, z sowieckiego punktu widzenia, działacza. Sprawa
przybiera jednak zupełnie inny obrót, kiedy uświadomimy sobie fakt, że w
roku 1938 Nabokow od dawna przebywał na emigracji, a czasopismo Sowriemiennyje zapiski, na łamach którego miał ukazać się Dar,
było rosyjskim czasopismem emigracyjnym, mieszczącym się w Paryżu. Cała
historia przybrała zatem arcyzabawny obrót, bowiem Władimira Nabokowa
spotkało dokładnie to, co dotknęło bohatera książki, Fiodora
Godunowa-Czerdyncewa – okazało się, że nawet wśród niechętnych
komunistom emigrantom panuje przekonanie, że istnieją tradycje rosyjskiej myśli społecznej, z których uczciwy pisarz nie śmie się naigrywać,
w obliczu których niemożliwa jest publikacja przepełnionej kpiną
biografii Czernyszewskiego. W owym feralnym tekście, Nabokow podkreśla,
że wg Czernyszewskiego sztuka winna być podporządkowana celom społecznym
i politycznym. Sztuka zredukowana zostaje zatem do roli służebnicy,
której poziom określa się na podstawie wartości, jakie stara się ona
zaszczepić u odbiorcy. Na obok zostaje odstawiona forma, na polu bitwy
pozostaje jedynie treść, która koncentruje się na opisie i ocenie
rzeczywistości. Hołdując takiemu podejściu, Czernyszewski traktował
krytykę literacką jako swoiste egzaminowanie artysty z idei, które ten
stara się przekazać. Nieważna jest forma artystycznego wyrazu – liczy
się wyłącznie wartość merytoryczna dzieła. Jednak, jeśli temat nie jest
odpowiedni, jeśli nie jest on rzetelnie potraktowany, jeśli wreszcie
stosunek artysty do owego tematu jest w mniemaniu Czernyszewskiego,
wierzącego w wartości obiektywne, właściwy, to dzieło w żadnym razie nie
może liczyć na pochlebną recenzję i z góry zasługuje na dyskredytację.
Zgoła inaczej do sztuki podchodził
Nabokow. Szczegółowo wyłuszczone koncepcje Czernyszewskiego stanowią
zatem negatyw idei Nabokowa. Pisarz zaprezentował swoje spojrzenie na
literaturę poprzez przedstawienie zupełnie odwrotnego stanowiska i jest
to przejaw kolejnej gry, która prowadzona jest nieustannie z
czytelnikiem. Zresztą już sam tekst, tj. powieść Dar jako
całość, stanowi idealne zaprzeczenie koncepcji Czernyszewskiego –
Nabokow niejako dwukrotnie zaszydził z rosyjskiego krytyka, literatura i
publicysty. Pełną złośliwości i przytyków biografię użył jako budulca
do dzieła, pozornie pozbawionego głębszej treści, będącego na pierwszy
rzut oka sztuką samą w sobie.
O miałkości Daru nie może być
jednak mowy. Przyglądając się powieści, posiłkując się przy tym
wyczerpującym posłowiem autorstwa Leszka Engelkinga, geniusz Nabokowa
objawia się w pełnej krasie. Szczególne wrażenie robi metafizyczna
głębia, która rozciąga się w Darze. Książka przepełniona jest
aluzjami oraz literackimi motywami, świadczącymi, że podmiot liryczny,
który można chyba utożsamiać z samym Nabokowem, jest przekonany, że
istnieje coś po drugiej stronie lustra. Fiodor
Godunow-Czerdyncew, podobnie jak i Nabokow to człowiek o wyostrzonym
zmyśle spostrzegania, który przejawia się zarówno w dobrej znajomości
natury ludzkiej jak i umiejętności transponowania codziennych przeżyć,
zabarwionych magią i niezwykłością do swojego literackiego monumentu.
Artysta przypomina zatem Julio Cortázara, oko, które widzi, potrafiące
dostrzec rzeczy drobne, pozornie nieuchwytne, małe i pozornie ważkie,
ochoczo znikające z orbity zainteresowań poważnych osobników.
Nabokow nie obraca się jednak wyłącznie pośród naszej rzeczywistości –
wydaje się, że amerykański twórca sięga gdzieś po za nią, bezwstydnie
podglądając Absolut (i to TEN znany z Mrożkowego opowiadania Ad acta),
patrząc spokojnie na brzeg dla zwykłych śmiertelników niedostępny,
niewidoczny oraz nieznany. I choćby z tego powodu warto sięgnąć po to
niezwykłe dzieło, jakie niewątpliwie stanowi Dar.
O nieprzystosowanych
„Lepiej jest dla całego świata, jeśli zamiast czekać na egzekucję zdegenerowanego potomstwa za popełnione zbrodnie lub pozwolić im przymierać głodem z powodu imbecylizmu, społeczeństwo może nie pozwolić tym, którzy są wyraźnie nieprzystosowani, na przedłużenie ich gatunku. Trzy pokolenia imbecylów to wystarczy.”
to nie słowa Hitlera, jak by się mogło wydawać, a jednego z najwybitniejszych prawników w historii USA, liberała (!) Olivera Wendella Holmesa
przytoczone w książce Philipa Zimbardo Efekt Lucyfera
poniedziałek, 12 sierpnia 2013
Z Podróży Guliwera
„Historia ludzkości jest nagromadzeniem spisków, buntów, morderstw, rzezi, rewolucji, banicji, samych najgorszych skutków, jakie mogą przynieść ze sobą chciwość, stronniczość, hipokryzja, wiarołomstwo, okrucieństwo, wściekłość, szaleństwo, nienawiść, zazdrość, żądza, zła wola i ambicja... Nie mogę wysnuć żadnego innego wniosku niż ten, że większość twoich rodaków jest najzłośliwszą rasą drobnego, wstrętnego robactwa, jakiemu natura kiedykolwiek pozwoliła pełzać po powierzchni ziemi.”
Jonathan Swift, Gullivers Travels, 1727 (Podróże Guliwera przyp. A.V.)
przytoczone w książce Efekt Lucyfera Philipa Zimbardo
niedziela, 11 sierpnia 2013
Zimbardo i wkręty Nosela
Większość z Was słyszała pewnie któryś z wyczynów Kamila Nosela, który najpierw w Radiu Złote Przeboje, a teraz w Radiu Zet wkręca ludzi. Dla tych, którzy nigdy w akcji go nie słyszeli, krótko przedstawię na czym polega jego typowy wkręt. Nosel, udając zwykle kobietę, najczęściej z centrali lub innej instytucji dającej mu przewagę autorytetu, dzwoni do ofiary, często urzędnika lub znanej osoby, i nakazuje jej podjęcie jakiegoś absurdalnego działania. Część radiosłuchaczy lubi jego manipulacje, a cześć nie. Niektórzy uważają, że są one ustawione, ale niesłusznie. Po prostu spalone podejścia, czyli te, gdy cel spławił natręta i wysłał go, by skakał na przysłowiowy bambus, nie idą na antenę. A co to ma wspólnego z Zimbardo?
Od czasu, gdy pierwszy raz usłyszałem Nosela wykonującego swoją robotę, zastanawiałem się, czy wszyscy ci ludzie naprawdę są aż takimi kretynami? Pan Kamil przecież wielokrotnie daje aż nadto czytelne sygnały, że to podpucha i że dzwoniący chce zakpić z rozmówcy, poczynając od brzmienia głosu, jakiego używa Nosel, aż po teksty typu „podporucznik z V Brygady Lotnictwa Podziemnego i Nadziemnego” i inne podobne absurdy, a mimo to, co dzień ma nowy temat, nowy udany wkręt. A Wy jakie macie odczucia?
Jedni z wkrętów Nosela się zaśmiewają, wierząc, iż oni nie daliby się nabrać. Inni uważają, że to nie są prawdziwe wkręty, tylko ustawki, co jak już wspomniałem jest nieprawdą. Po lekturze Efektu Lycyfera Zimbardo mam niestety świadomość, iż ani jedni, ani drudzy nie mają racji. Teraz tyle razy, ilekroć przypadkiem usłyszę tę audycję, czuję się przytłoczony świadomością, że to, co wydaje się większości śmieszne lub zmyślone, jest w rzeczywistości tragiczne i prawdziwe, jest czubkiem góry lodowej poważnego problemu.
W Stanach Zjednoczonych FBI walczyło z serią przestępstw zwanych „numerem z rewizją osobistą”. Manipulacja polegała na tym, iż ktoś dzwonił do kierowniczki fast foodu przedstawiając się jako powiedzmy funkcjonariusz policji Scott i informował, że pilnie potrzebna jest jej pomoc w związku z kradzieżą dokonaną przez pracownicę jej restauracji. Jako sprawczynię kradzieży, czyli swoją główną ofiarę, wybierał młodą i atrakcyjną dziewczynę z personelu. Nakazywał kierowniczce lub kierownikowi zamknąć tę osobę w pomieszczeniu na zapleczu do czasu przyjazdu policji, który oczywiście nigdy nie następował. Pomieszczenie wybierał z tych, które są objęte monitoringiem i do którego zapewnił sobie wcześniej dostęp. Polecał przybrać do czynności mężczyznę i następnie nakłaniał do obnażenia zatrzymanej i jej przeszukania wraz ze sprawdzeniem zawartości pochwy i odbytu. Każda „czynność” była przez personel telefonicznie na bieżąco relacjonowana „policjantowi”, a kamery robiły swoje. Potem, gdy sytuacja się rozkręcała, dochodziło i do innych czynności o jednoznacznie seksualnym charakterze, a nawet gwałtów. Spraw takich było w USA kilkadziesiąt w kilkudziesięciu stanach (tylko do roku najdalej 2007). Sprawcami okazywali się wytrawni oszuści podglądacze, przygotowani do planowanych manipulacji; uzbrojeni w wiedzę psychologiczną, znajomość kultury korporacyjnej i wewnętrznych przepisów atakowanych przedsiębiorstw oraz poufnych informacji o nich. Firmy wrobione przez oszustów musiały płacić ofiarom ogromne odszkodowania, pracownicy wrobieni w „pomocników” byli wyrzucani z pracy, ponosząc poza tym karne konsekwencje swych zachowań, a ofiary bezpośrednie miały traumę do końca życia. Ilość udanych wkrętów tego typu, podobnie jak sukcesy Nosela, każą się zastanowić, czy zmanipulowani są głupi, czy też jednak każdy z nas może paść ofiarą takiego ataku, zwłaszcza jeśli zostanie on fachowo przygotowany i przeprowadzony?
Tą ostatnią możliwość potwierdza Donna Summers, kierowniczka McDonald’sa w Mount Washington w stanie Kentucky, zwolniona z pracy za to, że dała się podstępem nakłonić do wykonywania poleceń autorytetu przez telefon. Jej słowa:
„Myślisz o tym i mówisz; ja nie zrobiłbym tego. Ale jeśli nie znajdziesz się w tej sytuacji, w tym czasie, to skąd wiesz, co byś zrobił. Nie wiesz tego.”*
brzmią prawie identycznie z wypowiedzią naszej noblistki, którą niedawno przytaczałem w recenzji Efektu Lucyfera:
Dan Jablonski, agent specjalny FBI, który się zajmował niektórymi z tych przestępstw, mówi tak:
„Ty i ja możemy tu siedzieć i osądzać tych ludzi i mówić, że byli oni cholernymi durniami (jak ja kocham te amerykańskie gadki – przyp. A.V.) Ale oni nie są szkoleni w posługiwaniu się zdrowym rozsądkiem. Są szkoleni, by mówić i myśleć: Czym mogę panu służyć?”
Badania i eksperymenty amerykański psychologów społecznych poszły jeszcze dalej – pokazały, że takie numery można dość łatwo wycinać we wszelkich zhierarchizowanych środowiskach, jak choćby w służbie zdrowia. Uzdolniony lub uzbrojony w odpowiednią wiedzę manipulator może bez problemu dokonać morderstwa pacjenta wydając przez telefon personelowi polecenie podania zabójczej dawki leku. Przykłady można mnożyć.
Wróćmy jednak do Nosela. Jego numery dotykają przedstawicieli całego polskiego społeczeństwa. Od szaraków po celebrytów, od prostaków po ludzi obytych i wykształconych, od urzędników po biznesmenów. W dodatku, w przeciwieństwie do amerykańskich zboczonych oszustów, Nosel nie staje do walki uzbrojony w dogłębną znajomość procedur i realiów środowiska, w którym obracają się jego cele. Nie ma też za sobą wiedzy teoretycznej i praktycznej, którą mają jego przestępcze odpowiedniki zza Wielkiej Wody. Atakuje niejako z doskoku, improwizuje. Oni jednak ograniczali się do ataków na fast foody, jako instytucje najbardziej odmóżdżające swoich pracowników, a on nie musi. Czyżby więc cała Polska w tym aspekcie była jednym wielkim fast foodem?
Chciałbym zobaczyć wyniki podobnych badań lub eksperymentów, gdyby ktoś je przeprowadził w Polsce. Mogłyby nas chyba zszokować. Na razie wystarczy posłuchać audycji Nosela i w myślach przyrównać je do realiów amerykańskich. Można się załamać. Wychodzi na to, że całe nasze społeczeństwo co do możliwości krytycznej oceny sytuacji i zdolności do obrony przed manipulacją przypomina najbardziej zrobotyzowany personel amerykańskich firm postrzeganych jako najbardziej odmóżdżające. Uważajcie, by i Was ktoś nie wkręcił
Wasz Andrew
* Wszystkie wytłuszczone cytaty kursywą - Philip Zimbardo Efekt Lucyfera
sobota, 10 sierpnia 2013
O postrzeganiu czasu
„Liczba czynników, które wywierają na nas subtelny, choć wszechobecny wpływ, od dzieciństwa, przez okres dojrzewania, aż po dorosłość, jest tak duża, że często nie zdajemy sobie sprawy, w jaki sposób zaczynamy przedkładać w naszym myśleniu jedną kategorię czasową nad inne.”
Philip Zimbardo, John Boyd Paradoks czasu
piątek, 9 sierpnia 2013
Paradoks czasu
Philip Zimbardo, John Boyd
Paradoks czasu
(oryg. The Time Paradox: The New Psychology of Time That Can Change Your Life)
tłumaczenie: Anna Cybulska, Marcin Zieliński
seria/cykl wydawniczy: Biblioteka Psychologii Współczesnej
Wydawnictwo Naukowe PWN 2012
Po przeczytaniu książki Philipa Zimbardo Efekt Lucyfera, która mnie zachwyciła, zafascynowała i dostarczyła mi nowych narzędzi do oceny rzeczywistości, przymierzałem się do Paradoksu czasu, wspólnego dzieła Zimbardo i Johna Boyda, znanych psychologów społecznych. Swoją drogą, znamienną przesłanką do oceny naszego świata, pozytywnych treści niesionych przez internet i również psychologii społecznej jest doświadczenie, jakiego doznamy, gdy wpiszemy w Google „John Boyd”. Sądząc z wyników wyszukiwarki najważniejszym z Johnów Boydów, a jest ich bez liku, okazuje się amerykański pilot wojskowy. Na samym początku listy człowiek, który uczył zabijać, a na samym końcu, o ile w ogóle uda się go Wam wyszukać, człowiek, który uczy jak być dobrym dla siebie i innych, jak być wartościowym i szczęśliwym. To jednak tylko taka moja osobista dygresja; wracajmy do tematu.
Jak wspomniałem, Efekt Lucyfera oceniam jako lekturę ze wszech miar godną polecenia. Po przeczytaniu kilku internetowych recenzji Paradoksu czasu i notki na okładce oraz po skojarzeniu ich z tytułem, miałem wrażenie, iż tym razem będę miał do czynienia z kolejnym z setek poradników o gospodarowaniu swoim czasem, byciu szczęśliwym i spełnionym. Pomyślałem sobie – Mistrz postanowił pójść w komercję i spłodził kolejny przepis na szczęście. Dzięki Bogu – omyliłem się. Nawiasem mówiąc, w odpowiednim miejscu, niejako mimochodem, większość tych poradników została przez autorów rozjechana bezlitosną krytyką; wręcz zmiażdżona.
Książka wbrew tytułowi i szufladkom, do których zwykle się ją wrzuca, ściśle wiąże się z Efektem Lucyfera, dlatego cieszę się, że je przeczytałem w tej kolejności i choć takiego wyboru dokonałem przypadkiem, taką właśnie kolejność lektur polecam. Mimo tego, że Paradoks koncentruje się na innych aspektach rzeczywistości społecznej, dalej jest to ten sam temat – na ile System i Sytuacja mogą tłamsić wolną wolę, o ile w ogóle ona tak naprawdę istnieje. Wiodącym motywem książki, jak sam tytuł mówi, jest czas. Większość z nas zauważa, że nie zawsze biegnie on tak samo – raz pędzi i dni, tygodnie, a nawet miesiące, są niczym mgnienie oka, to znów wlecze się i każda chwila zdaje się trwać wieczność. Większość jednak nie zauważa, iż każdy z nas odczuwa i postrzega czas inaczej, iż żyje w innym czasie. Jedni żyją w czasie przeszłym czerpiąc z dobrych wspomnień siłę i pozytywne nastawienie, a inni rozpamiętują w nieskończoność traumy z przeszłości, nie umiejąc wyrwać się z piekła istniejącego w ich mózgu. Druga grupa żyje teraźniejszością i w jej ramach jedni biorą z życia co się da, dosłownie żyjąc chwilą, a inni fatalistycznie dają się nieść rzece czasu niczym łódka bez steru i napędu, gdyż los tak chce. Trzecia frakcja to żyjący przyszłością, którzy wszystko planują niczym szachista w trakcie gry oraz inni, dla których przyszłość sięga aż poza śmierć samą i tak naprawdę dopiero tam się zaczyna. Oczywiście przeważają ci, którzy mają po trochu z każdego rodzaju postrzegania czasu, ale niewielu zdaje sobie sprawę z tego, iż te proporcje cały czas się zmieniają, co z kolei wpływa na wszystko w ich życiu, nawet na konkretne decyzje i wybory, od najbłahszych, do kluczowych. Chyba najciekawsze, iż na zmianę swego postrzegania czasu można świadomie wpływać, co jest pozytywną wiadomością, i w ten sposób poprawiać swoje życie, ale niestety Systemy i Sytuacje potrafią to robić równie skutecznie, z czego na ogół nie zdajemy sobie sprawy. Nawet ludzie, którzy sami manipulują czasem i postrzeganiem czasu przez innych, choćby specjaliści urządzający kasyna gry, jak w prześwietnym przykładzie opisują autorzy, sami nie zawsze zdają sobie sprawę z tego, iż oni też są trybikami w mechanizmie, w którego szczególną pułapkę zaganiają innych.
Prawidła działania mechanizmów uzależniających nasze życie, a nawet nasze konkretne decyzje, od sposobu postrzegania przez nas czasu, z którego na ogół nie zdajemy sobie sprawy, są wiedzą wręcz bezcenną. Nie dziwię się jednak, że osiągnięcia psychologii społecznej nie przebijają się w mediach i programach szkolnych, nie mówiąc o propagandzie rządowej. W końcu ciemną masą zawsze było łatwiej rządzić, a w świetle najnowszej wiedzy nabiera to stwierdzenie mocy i aktualności jeszcze większej, w dodatku na płaszczyznach tak różnorodnych, iż niejeden poczuje się zaskoczony. Korzystajmy więc z tego, iż mamy możność tę wiedzę poznać, w dodatku bez większego wysiłku, gdyż autorzy posiadają naprawdę lekkie pióra i potrafią o sprawach trudnych i poważnych pisać tak, iż czyta się to niczym powieść.
Podobnie jak w Efekcie Lucyfera sam Zimbardo, tak tutaj duet Boyd Zimbardo nie chełpi się własnymi osiągnięciami, ale stawia się raczej w roli przewodników po fascynującym świecie wiedzy wynikającej z osiągnięć psychologii społecznej. Czerpią pełnymi garściami z dorobku innych uczonych, opisując ich niesamowite eksperymenty i badania, swoje nawet miejscami pomniejszając, jak choćby Zimbardo, który o swoim przesławnym SEW samokrytycznie pisze jako o niechlubnym. A niektóre odkrycia psychologów społecznych w tym kierunku badań, o którym książka traktuje, są tak zaskakujące, że nawet mam wrażenie, iż nie bardzo wiadomo co zrobić z wiedzą z nich wynikającą. Są jak bomba atomowa, tylko taka, której nie da się zamknąć w bunkrze, by nie dostała się w niepowołane ręce.
Ciekawa jest nie tylko warstwa naukowa wiążąca się bezpośrednio z tematem. Autorzy zaprezentowali, niestety niezwykle rzadką, umiejętność wplatania w narrację własnych przeżyć i obserwacji oraz wyjątkowo interesujących ciekawostek historycznych, niejednokrotnie z pozoru niewiele się wiążących z głównym tematem, ale po przemyśleniu okazujących się prawdziwymi diamencikami, co dodatkowo zwiększa wartość i przyjemności z odbioru tej i tak wspaniałej książki.
Niestety, książka ta raczej nie będzie nigdy promowana przez władze państwowe czy religijne, gdyż wnioski i zalecenia z niej wynikające nie bardzo korespondują z lansikiem kapitalistycznej demokracji i większości związków wyznaniowych. Choć podkreślają pozytywną rolę, również, a może zwłaszcza, jaką w dzisiejszym świecie może odegrać orientacja na czas przyszły transcendentalny (nie tylko w wydaniu chrześcijańskim), i choć wielu wierzących znajdzie w tej książce wręcz umocnienie w wierze, to mam wrażenie, iż hierarchowie staną w opozycji, jak zresztą tradycyjnie wobec wszelkich osiągnięć nauki, że wspomnę tylko Kopernika. Władzom świeckim zaś pewnie nie spodobają się inne wydźwięki psychologii społecznej, jak choćby miażdżąca wręcz krytyczna analiza skuteczności (a raczej jej braku) kampanii społecznych kosztujących miliony, społecznych reklam i innych podobnych działań władz, nie wspominając o temacie kampanii przedwyborczych, wymiaru sprawiedliwości czy kształtu edukacji i wychowania młodzieży.
Jak łatwo się zorientować, polecam absolutnie i bezapelacyjnie. Jeśli nie studiowaliście psychologii społecznej, niektóre treści mogą naprawdę przewrócić Wasz świat do góry nogami; choćby niesamowite eksperymenty Zajonca i Bargha ukazujące jak subtelnie działania Systemów i Sytuacji mogą mieć wpływ na dokonywane wybory, a decydent i tak będzie myślał, że dokonał wyboru niezależnego i zracjonalizuje podjęte decyzje nie przypuszczając nawet, iż miały one inny początek. Lepiej jednak wiedzieć, iż gwiazdy to nie świetliki gdzieś, het tam w górze, a gazowe kule ognia o niewyobrażalnych temperaturach. Nocne niebo gwiaździste nie stanie się przecież przez to mniej romantyczne. Podobnie lepiej wiedzieć, co może wpływać na nasze decyzje i wybory, na nasze postrzeganie świata i nas samych. Potem sami możemy zdecydować, co z tą wiedzą zrobić.
Klasy książki nie obniża ani trochę kilka poważnych błędów, jakie zakradły się do tego wydania, jak sądzę w trakcie tłumaczenia lub edycji. Kto czyta uważnie sam je wyłapie i dojdzie do tego, co powinno być napisane. Kto będzie czytał po łebkach i tak połowy rzeczy nie przyswoi.
Jeszcze raz zachęcam do lektury
Wasz Andrew
czwartek, 8 sierpnia 2013
o SS-manach
„zło, które wynika ze zwykłego myślenia i które popełniają zwykli ludzie jest normą, a nie wyjątkiem... Wielkie zło wynika ze zwykłych procesów psychicznych, które ewoluują, posuwając się coraz dalej na kontinuum destrukcji” (...) zwykli ludzie zostają uwikłani w sytuacje, w których uczą się dokonywać złych czynów, jakich wymagają wyższe poziomy systemu władzy. „Bycie częścią systemu kształtuje poglądy, nagradza wierność dominującym poglądom i sprawia, że odejście od nich jest psychologicznie obciążające i trudne”.
Słowa Johna Steinera, socjologa, który przeżył Auschwitz i któremu personel SS kilka razy uratował mu życie, co popchnęło go do poświęcenia paru dziesiątek lat życia na pobyt w Niemczech i spotkania z setkami SS-manów różnych stopni w celu zbadania przyczyn takich zachowań
wplecione w wywód Philipa Zimbardo w książce Efekt Lucyfera
Subskrybuj:
Posty (Atom)
.jpg)




