Efekt Lucyfera Philip Zimbardo
Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.
poniedziałek, 17 czerwca 2013
Blask Wielkiego Kronopia
Niespodziewane stronice
Julio Cortázar
Tytuł oryginału: Papeles inesperados
Tłumaczenie: Marta Jordan, Iwona Krupecka
Wydawnictwo: MUZA S. A.
Liczba stron: 286
Śmierć. Jakaż to fatalna przypadłość,
która ciągle trapi wszystkie żywe organizmy, również te, mające się za
najdoskonalsze, tj. istoty ludzkie. Każdy biologiczny byt ma swój
początek oraz kres, do którego nieuchronnie się zbliża. Śmierć, w
przeciwieństwie do człowieka i jego ideałów głoszących równość
wszystkich ludzi, jest konsekwentna do bólu i nikogo nie wyróżnia.
Prędzej, czy później wszyscy trafią w jej czułe objęcia, niezależnie od
tego, co sobą reprezentują. O wiele bardziej trwałe niż ludzie są za to
twory ich umysłu. Dla przykładu, istnieją książki, które liczą sobie
dobre kilka pokoleń ludzkich i przynajmniej na razie, w dalszym ciągu
mają się całkiem dobrze. W przypadku śmierci pisarza, często w różnych
konfiguracjach powtarza się zdanie, że artysta nie umarł zupełnie,
dopóki jego twórczość została zachowana przez rodzaj ludzki. Jednak
marna jest to pociecha, szczególnie w odniesieniu do naszych ulubionych
pisarzy. Ich odejścia bolą najbardziej. Na własne oczy przekonujemy się o
kruchości ludzkiej egzystencji, a co gorsza, towarzyszy nam świadomość,
że ten oto konkretny osobnik, którego dzieła darzymy taką estymą, na
którego kolejne teksty nerwowo oczekiwaliśmy, nigdy już niczego więcej
nie stworzy. Pisarz zatem żyje w naszej świadomości oraz pamięci, ale
pozostaje bezpłodny. Na szczęście, żywot ludzki to suma przypadków.
Dzięki różnym zbiegom okoliczności, od czasu do czasu świat obiega
sensacyjna wiadomość o cudownym odnalezieniu manuskryptów wielkich
twórców, po których nie mieliśmy oczekiwać prawa niczego nowego. W 2009
roku pojawia się Oryginał Laury, przez lata trzymany w banku w
Montreux, który miał zostać spalony. W tym samym roku, w czasie
przeglądania archiwów Lema na światło dzienne wychodzi Sknocony kryminał. Natomiast w 2006 roku w paryskim mieszkaniu Aurory Bernárdez, wdowy po Julio Cortázarze, z szuflad komody wyłaniają się Niespodziewane stronice,
czyli teksty Julio Cortázara, które do tej pory nigdy nie były
publikowane w formie książki, a część z nich w ogóle po raz pierwszy
została zaprezentowana szerokiej publiczności. Czy dla miłośnika Gry w klasy, Wielkich wygranych oraz Książki dla Manuela może być lepsza wiadomość niż komunikat, że oto Niespodziewane stronice trafiają na polski rynek?
Julio Cortázar, rocznik 1914, zmarły w
1984 roku, uchodzi za jednego z czołowych przedstawicieli realizmu
magicznego. Urodzony w Brukseli Argentyńczyk, który większość swojego
życia spędził w Paryżu, pozostawił po sobie bogatą spuściznę, która
dzięki Aurorze Bernárdez została powiększona o kilkaset stron. Niespodziewane stronice
to gatunkowy miszmasz, w którym znajdziemy opowiadania, eseje, szkice,
alternatywne czy też dodatkowe rozdziały ważniejszych powieści, teksty
publicystyczne, krótkie analizy najważniejszych dzieł oraz autowywiady.
Od razu muszę wyjaśnić pewną nieścisłość – otóż całkiem sporo ze
zgromadzonym w tym zbiorze tekstów pojawiało się już na łamach
hiszpańskojęzycznej prasy, tyle, że nigdy nie znalazły się one w żadnym z
dotychczasowych wydań książkowych. Nie jest zatem tak, że cały zbiór to
absolutne novum, rojące się wyłącznie od pereł przez lata
skrywanych przed ludzkim spojrzeniem. Nie zmienia to oczywiście faktu,
szczególnie z punktu widzenia polskiego czytelnika, że o wiele wygodniej
jest mieć utwory zebrane w jednym tomie, niż poszukiwać ich,
rozsypanych po wszelakiej maści czasopismach, by finalnie głowić się
jeszcze nad ich tłumaczeniem.
Teksty, jak już wspominałem,
charakteryzują się dość sporą różnorodnością. Zarówno, jeśli chodzi o
gatunkową rozpiętość jak i chronologię. Najstarsze płody pochodzą z roku
1938, natomiast ostatnie z 1984 roku, a więc z okresu tuż przed
śmiercią artysty. Różnice znajdziemy także w kwestii prezentowanego
poziomu. Jeśli chodzi o dzieła pisane prozą, to sporo z nich przeszło
przez mój mózg bez większego echa. Dominują raczej słowne igraszki,
przywodzące na myśl ćwiczenie słowa pisanego, próby okiełznania,
przygięcia liter, wyrazów i zdań, tak, by posłuszne były myśli wielkiego
kreatora. Jeśli chodzi o treść jest już zdecydowanie gorzej. Króluje
forma i tylko z rzadka trafia się obiecujący zalążek, którego rozwój z
chęcią chciałoby się śledzić. Największe wrażenie zrobiły na mnie Koty, które ze swoimi nielogicznie postępującymi bohaterami przypominały mi nieco Wielkie wygrane, czy Grę w klasy. W podobnym tonie fatalistycznej miłości, uczuciowego zaplątania, błąkania utrzymana jest Ciao, Werona, która także zawładnęła moją uwagą na dłużej.
Jeśli chodzi o utwory wczesne, z
początków twórczości, to wypadałoby zapewne napisać, że dzięki nim
możemy śledzić rozwój artystyczny Julio Cortázara, że w tych
pierwocinach znać zalążki geniuszu, że utwory mimo pewnej toporności,
nie oszlifowania, czy czego tam jeszcze, jasno sygnalizują z jak wielkim
kalibrem będziemy mieć w przyszłości do czynienia. Będąc jednak
szczerym, głównie wobec samego siebie, przyznaję, że początkowo zbyt
wiele realizmu magicznego, z którego słynął Cortázar w tych pierwszych
płodach nie dostrzegłem. Przypominają one bardziej warsztatowe treningi,
próby, odkrywanie możliwości, jakie daje słowo, czyli są to dzieła
typowe dla wczesnej twórczości niemal każdego pisarza. Zrozumiałe jest
dla mnie również, że gdyby Julio nie był uważanego za jednego z
czołowych przedstawicieli prozy iberoamerykańskiej, twórcę legendarnego i
kultowego, to nikt pewnie nie robiłby tak wielkiego szumu wokół
odnalezionych tekstów, a wiele z nich zapewne w dalszym ciągu
spoczywałoby sobie spokojnie w przytulnym mroku szuflady.
Kończąc jednak z tą nadmierną i być może nieco przesadną krytyką, chciałbym wspomnieć o tym, co stanowi prawdziwy skarb Niespodziewanych stronic.
Są to eseje, autowywiady oraz proza publicystyczna. Z form tych odzywa
się dojrzały Cortázar, który jako pisarz, wychodzi bardzo daleko poza
ramy prowadzonej przez siebie działalności artystycznej. Przede
wszystkim Cortázar całkowicie (bezwstydnie, aż ciśnie się na
usta) obnaża swoją socjalistyczną naturę. Odcina się on co prawda od
komunizmu, przyznaje, że bliżej mu do Marksa. Jest przy tym głęboko i
pewnie nieco naiwnie przekonany, że socjalizm to jedyny system, który może kiedyś skierować człowieka ku jego autentycznemu przeznaczeniu, natomiast celem marksizmu jest dostarczenie ludzkiemu rodzajowi narzędzi do osiągnięcia wolności i godności, które nie są mu trwale przynależne. Wreszcie socjalizm
– a nie zapowiadana przez poetę i Kościoły nieokreślona wieczność –
zdolny jest przekształcić człowieka w człowieka właśnie. Idee
piękne, które niestety człowiek jak zawsze, przy próbie wprowadzenia ich
w życie, przekształcił w piekło. W tym miejscu wypadałoby również
zaakcentować, że socjalizm Cortázara, przynajmniej w mojej opinii, to w
ogromnej mierze wybór podyktowany szczerą i nieskrywaną niechęcią do
północnoamerykańskiego imperializmu, który przez niemal cały XX wiek
bezduszne drenował Amerykę Łacińską. Socjalizm, który przecież krzewił
się bujnie w całej Ameryce Południowej to odpowiedź na junty wojskowe,
bezpardonowo traktujące politycznych przeciwników, których obfite
budżety w ogromnej mierzy wspierane były przez Stany Zjednoczone. A o
tym, ile istnień ludzkich pochłonęły rządy krwawych generałów, jak
wymyślne tortury stosowały, można dowiedzieć się choćby z Książki dla Manuela Cortázara, czy Święta Kozła noblisty Vargasa Llosy.
Należy także zaznaczyć, że Julio
Cortázar, niestrudzony wojownik idei, wzorem wielu pisarzy
latynoamerykańskich traktował swoją twórczość bardzo poważnie oraz
przede wszystkim świadomie. Pisarstwo nie jest zawodem, pracą, za
odbębnienie której oczekuje się stosownego wynagrodzenia. Chwycenie
pióra za dłoń wiąże się z odpowiedzialnością, świadomością społeczną,
koniecznością upominania się, a nawet walki o prawa słabszych,
ukazywanie wszelkich niesprawiedliwości. I pewnie właśnie z tego
przeświadczenia bierze się ogromne zaangażowanie w życie polityczne,
które jest naturalną konsekwencją w zaangażowania w sprawy ludzkie. Rolą
pisarza jest walka z błahym zapomnieniem, z kartkowaniem historii przez
jej czytelników, z obojętnością i nieczułością, zainteresowaniem,
trwającym dokładnie tyle czasu, przez ile o danej sprawie wspomina się w
mediach. Fascynujące jest również to, że sprawę ludzką Cortázar stawiał
o wiele wyżej niż świat literatury. Wg niego funkcja książek
sprowadzała się bardziej do roli służebnicy człowieka, która powinna
chronić go przed popełnianiem głupstw.
Pokłosiem wyznawanych prawd jest surowa i
ostra krytyka kapitalizmu, jego zakłamania, obłudy skrywanego za
demokratyczną maską, która w świetle ostatnich wydarzeń związanych z
system PRISM jest niezwykle aktualna. Kolejnym tematem, który poruszał
Julio Cortázar, a który trawi m.in. polskie media, jest fatalna jakość
oraz szkodliwość podawanej informacji. Argentyński twórca protestuje
przeciwko biernej i bezrefleksyjnej konsumpcji, nawołując nas, tj.
konsumentów informacji do żądania od środków masowego przekazu
zaprzestania dyktatury agencji oraz dziennikarzy, manipulujących
tworzonymi oraz otrzymywanymi materiałami. Minęło prawie 30 lat od
śmierci pisarza, a można by podejrzewać, że pisze on o wydarzeniach
wczorajszych, tegorocznych.
Oczywiście Niespodziewane stronice
to nie tylko polityka oraz początki twórczości. Znajdziemy także
utwory, których bohaterem jest Łukasz oraz kronopie. Dowiemy się
również, jak to jest być owym sławetnym, ciekawskim świata kronopiem (to
być pod włos, pod światło, kontrpowieścią, kontredansem,
kontrawszystkim, kontrabasem, kontrafagotem, straszliwie wbrew każdego
dnia przeciw każdej rzeczy, którą inni uznają i która ma moc prawa).
Ale przede wszystkim, uzmysłowimy sobie, że Cortázar to zaprawdę oko,
które potrafi widzieć. Pisarz jest niestrudzonym obserwatorem
rzeczywistości, bezwstydnym podglądaczem codzienności, który niemal
każdemu, nawet najbłahszemu wydarzeniu, potrafi wykraść jego
metafizyczne akcenty i przetransponować je na literacką materię – strukturalną magię, która w jakiś sposób przenika z książek do życia. Objawia się to zarówno w esejach jak i niektórych opowiadaniach.
Z kolei Julio Cortázar jako człowiek na co dzień jawi się jako typowy kronopio – niezmordowany buntownik, pokroju bohaterów Książki dla Manuela.
Jest to zatem typ burzyciela prawd, niszczyciela przesądów, skłonnego i
skorego do przekraczania uspokajających granic normalności. Podpieranie
chybocącego się stołu skórką od chleba, czy wspólna lektura książki w
pociągu, polegająca na wyrywaniu przeczytanej strony i podawania jej
towarzyszce podróży, która to z kolei przeczytaną kartkę ekspediowała
przez okno, bezwiednie przywodzi na myśl działania członków Draki, takie jak krzyczenie w kinie w trakcie seansu, czy też jedzenie na stojąco w bardziej szanujących się restauracjach.
Krótko reasumując, Niespodziewane stronice
to zbiór tyleż różnorodny, co nierówny. Dominują jednak pozycje dobre
oraz bardzo dobre, które sprawiają, że całość czyta się z ogromnym
zainteresowaniem, a momentami sporym zdumieniem. Mnie szczególnie
zaskoczyła poezja Cortázara, która prezentuje naprawdę niezły poziom. Na
tle wszystkich tekstów, rozpiętych na przestrzeni blisko 50 lat,
artysta jawi się jako osoba ogromnie ciekawa świata, pragnąca poznawać
kolejnych ludzi, dla której pisarstwo jest najważniejszym, a przy tym
ogromnie odpowiedzialnym zajęciem. Do tego buntownicze zacięcie,
zdecydowany sprzeciw wobec kłamstwa oraz wszelkich nierówności
sprawiają, że Julio Cortázar to Wielki Kronopio, potrafiący łowić chwilę
i cieszyć się nią,
Bo wczoraj jest nigdy,
a jutro to jutro.
P.S. Mała ciekawostka. Tuż po ukazaniu się informacji, że oto na łamach wydawnictwa MUZA S.A. pojawią się Niespodziewane stronice,
a jeszcze przed oficjalną premierą książki, cena powieści na stronach
księgarni Matras wynosiła 29,99 zł. Osobom, które zdecydowały się nabyć
lekturę w przedsprzedaży, przysługiwał ponadto 20 % rabat. W ten oto
cudowny sposób książkę, której obecna cena okładkowa to 39,99 zł, udało
mi się nabyć za 23,99 zł.
P.S.2 Tak się szczęśliwie złożyło, że
powyższy tekst został doceniony w konkursie na recenzję tygodnia za
okres 2 - 7 lipca na portalu Lubimy Czytać. Serdecznie dziękuję za to
spore wyróżnienie.
niedziela, 16 czerwca 2013
Żydzi w Polsce przed II W.Ś.
czyli ile straciliśmy?
Wielokrotnie przy okazji rozmów o "sprawie polskiej" wynikających a to z przeczytanych lektur, a to z filmów, zarówno na moim blogu, jak i na innych, powracają pytania o przyczyny tego, iż obecna Polska tak negatywnie odbija od krajów leżących na zachód od Odry, czy też od sąsiadów z południa i przez Bałtyk. Przyczyn pierwotnych takiego stanu rzeczy jest wiele. Nawet w lekturze, którą obecnie mam na tapecie, czyli Pamiętnikach Paska, odnajduję znaczące wątki do tego tematu. Pewnie nie da się tych wszystkich okoliczności ogarnąć ani jednoznacznie określić ich wagi, usystematyzować według wpływu, jaki wywarły na taki rozwój narodu, który doprowadził do Zielonej Wyspy Tuska pełnej totalnego zakłamania, pomazanych elewacji, zaśmieconych lasów i ludzi, którzy się nie uśmiechają na widok innych. Tej pracy, przynajmniej na razie, nie planuję się podjąć, ale pilnie odnotowuję wszelkie nowe myśli związane ze sprawą.
Jakiś czas temu napotkałem felietonik Krzysztofa Rogalskiego zamieszczony na jego blogu. Jest tak dobrze napisany, iż nie widzę sensu, by temat od nowa opracowywać i zamieszczać na moim blogu podobny tekst. Zamiast tego przytaczam pod oryginalnym tytułem i w całości., jako jeden z ważkich głosów o przyczynach obecnego stanu rzeczy. Warto przeczytać:
Pisząc tę notkę korzystałem z danych statystycznych zamieszczonych w broszurze Józefa Konczyńskiego „Żydzi w Polsce w ostatniem dziesięcioleciu w oświetleniu cyfr statystycznych”, wydanej w Warszawie w 1936 r. Autor obficie cytuje źródła, nie ma więc żadnego powodu wątpić w prawdziwość przytoczonych danych statystycznych. Interpretacja tych danych jest, rzecz jasna, nieco inna wg p. Konczyńskiego i wg mojej skromnej osoby.
Józef Konczyński jest dla mnie postacią nieznaną. Wiem, że jest autorem m.in.: „Stan moralny społeczeństwa polskiego”, Warszawa, 1911, „Ludność Warszawy”, Warszawa 1913. Nie mam pojęcia, czy jest spokrewniony z dość znanym literatem Tadeuszem Konczyńskim (1875 – 1944).
Ale mniejsza o pana Józefa. Chodzi o przytaczane przez niego wielkości statystyczne.
Otóż, wg spisu powszechnego z września 1921 r. (zapewne dalekiego od doskonałości a nawet i kompletności), ludność pochodzenia żydowskiego stanowiła 10,8% mieszkańców II Rzeczypospolitej, z tym że w miastach odsetek ten wynosił 32,4%.
Konczyński podaje również, iż w 1934/35 r. 86,8% drobnych sklepów w Warszawie było w rękach żydowskich, że stanowili oni (dane dot. ciągle Warszawy) 94% wytwórców przemysłu galanteryjnego i odzieżowego, 70% drobnych rzemieślników. Dalej pisze, że stanowią oni 54% aplikantów adwokackich w Warszawie i niemal 18% studentów ogółem w Polsce (tutaj Konczyński, słusznie zresztą zauważa, iż powodem takiego stanu była 20% podwyżka opłat za studia w uczelniach państwowych dokonana w 1933 r.). Że już tylko mimochodem wspomnę o tym, że w „rękach chrześcijańskich” była tylko 1/3 kin i prawie cały przemysł filmowy (jak i na całym świecie, zauważa Konczyński).
Brakuje u Konczyńskiego wielu danych, ponieważ skoncentrował się na stolicy, chociaż sytuacja w Łodzi, Lwowie czy Wilnie była pewnikiem podobna (wystarczy zajrzeć do Rocznika Statystycznego m. Łodzi z roku 1921).
No i teraz wyobraźmy sobie państwo X w którym w wyniku dziwnego kataklizmu demograficznego znika ponad 80% drobnych sklepów, 90% rzemiosła, 50% prawników, 20% studentów, no i w ogóle ponad 10% ludności. Do tego dodajmy, iż wśród zmobilizowanych w 1939 r. zołnierzy, pochodzeniem żydowskim legitymowało się ok. 18%, tj. 150 tys. żołnierzy. Żydzi stanowili również 7% oficerów policji (to już nie za Konczyńskim tylko za A. Hemplem).
Dla mnie wniosek jest jeden. Już tylko "dzięki" eliminacji fizycznej polskich Żydów, Polska jako państwo została wykastrowana kulturalnie, intelektualnie i ekonomicznie. Skutki tego odczuwamy do dzisiaj. Polska zupa jest mdła, bo bez pieprzu. Gorzej, że z duża ilością g***a, co wcale nie poprawia jej smaku…
sobota, 15 czerwca 2013
O celibacie
Dwóch mnichów, młody ze starszym, rozmawiają na temat zbiorów znajdujących się w klasztornej bibliotece.
- Mistrzu, wybacz, że pytam, ale co by się stało, gdyby mnich przepisujący księgi się pomylił i jakieś zdanie przepisał błędnie?
- Nie, to niemożliwe, nikt się nie myli.
- No, ale jakby się ktoś pomylił, to co by się stało?
- Mówię ci, że nikt się nie myli. Znasz tekst Biblii na pamięć. Przyniosę ci jedną z pierwszych kopii i zobaczysz, że nic a nic nie odbiega od tej, z której i ty się uczyłeś...
Stary mnich poszedł po ów tekst i nie ma go godzinę, dwie, trzy... W końcu młody mnich zniecierpliwił się i poszedł szukać mistrza. Znalazł go w bibliotece, siedzącego nad dwoma tekstami Biblii - nowszym, z którego się wszyscy uczyli i starszym, najbliższym oryginałowi - i płacze...
- Mistrzu, co się stało!?
- W pierwszym tekście jest napisane: "będziesz żył w celi bracie", a w kolejnych kopiach: "będziesz żył w celibacie..."
piątek, 14 czerwca 2013
Geneza wroga
Pamiątka z Abu Ghraib do albumu rodzinnego.
„Możni z reguły nie wykonują sami najbrudniejszej roboty, podobnie jak mafia zostawia „spuszczanie łomotu” swoim sługusom. Systemy tworzą hierarchie dominacji, w których wpływy i komunikacja przebiegają z góry na dół – rzadko z dołu do góry. Jeśli elita władzy chce zniszczyć wrogą nację, wykorzystuje ekspertów od propagandy do stworzenia programów nienawiści. Czegóż takiego potrzebują obywatele jednego społeczeństwa, by tak bardzo znienawidzić obywateli drugiego, by chcieć ich odseparować, dręczyć, a nawet zabić? Potrzebna jest do tego „nienawistna wyobraźnia”, psychologiczna konstrukcja, która za pomocą propagandy zostanie zagnieżdżona głęboko w umysłach ludzi, przemieniając innych we „Wroga”.”
Efekt Lucyfera Philip Zimbardo
czwartek, 13 czerwca 2013
Debilne gadki w Radiu Zet
czyli unicestwić puchacza
Od wielu już lat słucham Radia Zet, ale ostatnio z coraz większym niesmakiem. Odpowiada mi muzyka serwowana przez tę rozgłośnię, gdyż choć niezbyt ambitna, jest lekkostrawna i nie przeszkadza w pracy, nauce, lekturze czy grach komputerowych. Oczywiście, można mieć wiele uwag krytycznych co do repertuaru, a zwłaszcza częstotliwości powtórek muzycznych i monogatunkowości, nie wspominając o braku nowości, nowych prądów czy muzyki niszowej. Nie to jest jednak powodem mojej frustracji. W końcu nie ma stacji idealnych, zwłaszcza w takiej dziurze radiowej, w jakiej mi przyszło mieszkać. To, co mnie coraz bardziej wkurza, to coraz niższy poziom konferansjerki, który obniża się od lat, a ostatnio wręcz z dnia na dzień. Zwłaszcza poranne gadki trefnisiów zwykle obsadzających tę szychtę wypisz wymaluj przypominają mi mądrości spod budki z piwem skrzyżowane z lansiku znanego z korytarzy podstawówek. Zauważyłem, iż te żałosne przykłady głupawki nabierają mocy zwłaszcza wtedy, gdy nie ma żadnego newsa, którym by można zapełnić czas antenowy i przybierają wówczas infantylną formę uczniackich prześmiewek ze wszystkich i wszystkiego, o wszelkich możliwych nagannych kontekstach, od seksizmu po rasizm. Symptomatyczne jest to, że żeńska część załogi porannej edycji próbuje tonować nieco ten amok i pokazuje się jako znacznie inteligentniejsza, że o kulturze nie wspomnę. Miałem napisać o tym już kilkakrotnie, ale jakoś mi schodziło, gdyż Radio Zet i tak nie jest tragedią na tle prostactwa widocznego w świecie naszych elit, od polityków poczynając, a na ludziach kultury kończąc. Wczoraj jednak błazny radiowe przegięły.
Motywem, który zmotywował genialnych spikerów do wprowadzenia swych mózgów na najwyższe obroty była informacja, iż na Durbaszce w Jaworkach miała powstać stacja narciarska za 66 milionów złotych, ale inwestycji sprzeciwia się Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska w Krakowie, która uważa, że zagrozi ona populacji puchacza (Bubo bubo). Gdyby te gwiazdy Zetki miały choć trochę poczucia odpowiedzialności, wyjaśniłyby przyczyny takiego stanowiska ekologów i jego umocowanie faktyczne oraz prawne. Zamiast tego błysnęli genialnym wręcz hasłem, stworzonym pewnie tuż przed przegrzaniem mózgownic, które od dziś na zawsze już chyba będzie dla mnie reklamą poziomu Radia Zet:
„ZLOKALIZOWAĆ I UNICESTWIĆ PUCHACZA!”
Nawet wśród najbardziej rozhukanej młodzieży nie słyszałem tak debilnej, tak nacechowanej złem odzywki. Nie wiem co jest większe; głupota czy zło powodujące jej autorami i trudno powiedzieć, która opcja jest gorsza. Do rozliczenia autorów tej audycji i jej prowadzących oczywiście nie dojdzie, gdyż w tym kraju można dostać wyrok za nazwanie kretyna debilem, ale nie za nawoływanie do przestępstwa w środkach masowego zadżumiania (puchacz Bubo bubo jest w Polsce objęty ścisłą ochroną gatunkową). Gdyby jednak do jakiejś dyskusji doszło, pewnie mądrale ci, bez żadnego poczucia winy, uważaliby to tylko za kawał. Dokładnie tak jak sprawcy okrucieństw w Abu Ghraib. To się zawsze tak zaczyna.
Jest zasadnicza różnica między radiem ogólnokrajowym, a wypowiedzią w kilkuosobowym gronie. W tym drugim przypadku autor wypowiedzi zna odbiorców i może ocenić, czy są oni w stanie daną wypowiedź zrozumieć i odebrać ją jako dowcip, denny i głupi, ale jednak dowcip, czy też jest groźba, że wezmą to na poważnie. W dodatku, gdyby się omylili, mają zwrotny kanał informacyjny; widzą reakcję i mogą przeciwdziałać. Wypowiadający się na antenie w ogóle nie zna swoich słuchaczy, ich poziomu i mentalności oraz nie ma żadnych możliwości przeciwdziałania w razie opacznego zrozumienia jego słów, dlatego powinien unikać wszelkich sformułowań, które mogą zostać przez zainteresowanych wykorzystane do uzasadniania czynów złych, niegodnych. Tutaj zaś na pewno jest bardzo duża grupa ludzi, którzy nie widzą dalej niż czubek własnego nosa i dla wizji kilku groszy nie tylko wycięliby w pień wszystkie zwierzęta i rośliny, ale nawet i ludzi. Mamy już trucie rodaków mięsem zdechłych i chorych zwierząt, odpadami i innymi polskimi wynalazkami, mamy wyrzucanie części ciała ludzkiego gdzie popadnie a nawet mielenie ich i traktowanie jako nawozu, by biznes z utylizacji odpadów szpitalnych był bardziej zyskowny. Mamy zatruwanie coraz to nowych miejsc, niszczenie coraz większych obszarów. Tyle wiemy. A jak wygląda to, czego nie wiemy? Czego nie wiemy na razie? I w takim kraju, gdzie, niczym w jakimś patologicznym zakładzie karnym, trwa publiczna licytacja na chamstwo, zakłamanie, bezczelność i głupotę, nie dość, że konferansjerzy co dzień robią z siebie małpę, jak mawiał mistrz Młynarski, to jeszcze rzucają takie hasła.
HAŃBA!
Opis zdjęć kolejno od góry:
1. Puchacz w pozie obronnej by Krzych.w (K.P.Wiśniewski) Ten plik udostępniony jest na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa–na tych samych warunkach 3.0 niezlokalizowana, 2.5 zlokalizowana, 2.0 zlokalizowana oraz 1.0 zlokalizowana.
2. Mały puchacz (siedem tygodni?) by Steve Jurvetson from Menlo Park, USA Ten plik udostępniony jest na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 2.0.
3. Puchacz zimą by Kamil Ten plik udostępniony jest na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0.
4.Puchacz w Combe Martin Wildlife and Dinosaur Park, North Devon, England by Arpingstone. Released to the public domain by Adrian Pingstone.
5. Puchacz w ZOO w San Francisco by Brocken Inaglory Ten plik udostępniony jest na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0.
środa, 12 czerwca 2013
Koszty strachu
„W miarę jak interesy tych różnorodnych przedstawicieli władzy nakładają się, zaczynają oni definiować naszą rzeczywistość za pomocą metod rodem z Roku 1984 George'a Orwella. Ten wojskowo-korporacyjno-religijny kompleks staje się ostatecznym megasystemem kontrolującym znaczną część zasobów oraz jakość życia wielu współczesnych Amerykanów.
Dopiero przekuta na chroniczny strach
władza staje się doskonała
Eric Hoffer Żarliwość umysłu”
Efekt Lucyfera Philip Zimbardo
Dawid Bieńkowski "Biało-czerwony", albo Jestem wielolicym demonem
Biało-czerwony
Dawid Bieńkowski
Wydawnictwo: W.A.B.
Seria: Archipelagi
Liczba stron: 300
Jestem wielolicym demonem
Sarmatą dumnym rozmarzonym
Pije zdrowie nie mrużąc powiek
Przestępca, alkoholik - Polak katolik!
W tej krótkiej zwrotce piosenki Żywiołak autorstwa polskiej kapeli folkowej Żywiołak,
zawarta jest niemal cała istota postawy Polaka - Sarmaty, którego to
postać zdaje się dominować w historii naszej Ojczyzny na przestrzeni
ostatnich kilkuset lat, będąc z nią nierozerwalnie powiązaną grubą
pajęczyną tradycji. O tym, jak wypada zestawienie typowo męskiego
myślenia o świecie, będącego spadkiem właśnie sarmackiego mitu w
konfrontacji z nowoczesnością, reprezentowaną w tym przypadku głównie
przez kobiecość, która coraz zuchwalej próbuje sobie znaleźć miejsce we
współczesnym społeczeństwie, traktuje książka Dawida Bieńkowskiego pt. Biało-czerwony.
Bieńkowski, na co dzień psychoterapeuta, to także interesujący
współczesny pisarz (rocznik 1963), który ma całkiem sporo do powiedzenia
w kwestii naszej ojczyzny oraz zachodzących w niej zmian, będących
wynikiem ustrojowej transformacji. Bieńkowski ma już na koncie powieść
pt. Nic (2005), która w ciekawy sposób przedstawia nam
spojrzenie pisarza na przeobrażenia, jakie dokonały się w Polsce po ’89
roku. Rozczarowanie zastanym obrazem zmian, krytyka dzikiego, polskiego
kapitalizmu, bezduszność i okrucieństwo nowego, demokratycznego, a więc
pozornie bardziej ludzkiego systemu tworzą całkiem spójną i udaną
lekturę, której pewnego rodzaju kontynuacją jest książka z 2007 roku,
wspomniany Biało-czerwony.
Subskrybuj:
Posty (Atom)







