Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

środa, 24 kwietnia 2013

"M.R.O.K." Brian W. Aldiss - Rozszczepiony trzpień

Okładka książki MROK 

M.R.O.K.

Brian W. Aldiss


Tytuł oryginału: HARM
Tłumaczenie: Stefan Baranowski
Wydawnictwo: Vis-à-vis/Etiuda
Liczba stron: 235
 
 
 
 
Brian Aldiss to angielski pisarz science fiction, który na Wyspach Brytyjskich cieszy się całkiem sporym poważaniem. Świadczyć może o tym choćby nadany w 2005 roku tytuł Oficera Orderu Imperium Brytyjskiego za zasługi na rzecz literatury. Urodzony w 1925 roku artysta, pomimo zaawansowanego wieku wciąż pozostaje aktywnym twórcą. Jego ostatnie dzieło z 2007 roku HARM, zostało opublikowane w Polsce w 2011 roku pod tytułem MROK na łamach krakowskiego wydawnictwa vis-á-vis/Etiuda, które na swoim koncie ma również dzieła innego wybitnego pisarza science fiction, Arthura Clarke’a.

Główny bohater MROKu to Paul Fadhil Abbas Ali, młody Brytyjczyk o muzułmańskich korzeniach, albo Fremant, kolonizator odległej planety Stygii. Wszystko zależy od punktu widzenia. Brian Aldiss pozostawia nam niejako wolność wyboru co do perspektywy, z której będziemy oglądać wydarzenia. Tak więc możemy przyjąć, że Paul Fadhil Abbas Ali to autor satyrycznego wg własnego mniemania utworu, w którym główni bohaterowie rzucają luźny żart na temat zabójstwa premiera Wielkiej Brytanii. Ów fatalny żart staje się przyczyną aresztowania Paula przez agentów Ministerstwa Rozpoznawania Ośrodków Konspiracji (MROK), którzy w satyrze zaczynają dostrzegać przekaz nawołujący do działania islamskie organizacje terrorystyczne. Młody pisarz zostaje osadzony w więzieniu. Pogrążony w izolacji, niepewny nawet kraju, w którym się znajduje, Paul jest regularnie przesłuchiwany. Agenci, aby wydobyć z niego żądane informacje bez najmniejszych oporów posuwają się do tortur, fizycznego oraz psychicznego terroru. Bity, poniżany, obrażany Paul zaczyna przejawiać objawy rozszczepienia osobowości.
W takich właśnie okolicznościach pojawia się Fremant. Kolonizator nowego świata, planety Stygii, regularnie nawiedzany jest przez koszmary, w których wciela się w maltretowanego przez strażników więźnia. Stygia to świat opanowany przez ziemskich osadników, którzy zostali wysłani w przestrzeń kosmiczną ze swojej macierzystej planety, kiedy sprawy na niej zaczęły przybierać naprawdę zły obrót. Potężnie rozwinięty cywilizacyjnie Zachód, nie mniej mocarny Wschód, a między niby pustynie barbarzyństwa, biedne narody, które całą swoją złość na niesprawiedliwość świata zdają się przelewać w religijny fanatyzm. Mury kruszeją, w liberalne społeczeństwa Zachodu przenikają kropla po kropli imigranci, którzy nie zamierzają się zasymilować. Z biegiem czasu całej zachodniej cywilizacji zaczyna grozić widmo zagłady, a jedyną szansą na uratowanie szlachetnych idei zdaje się być rozpoczęcie wszystkiego od nowa, z nieskażoną fanatyzmem materią, tj. wyprawa w Kosmos i zbudowanie społeczeństwa od podstaw na odległej planecie, której ludność nie powtórzyłaby błędów Ziemian.
Akcja powieści ze względu na dwóch bohaterów oraz dwie rzeczywistości przebiega dwutorowo. Fabuła dość zgrabnie się zazębia i tak, kiedy to Paul traci przytomność lub pogrąża się w niespokojnej drzemce, gościmy na Stygii. Natomiast, gdy Fremant oddaje się we władanie Morfeusza, lub gdy co bardziej gwałtowni osadnicy postąpią z nim nie mniej brutalnie niż strażnicy więzienni z Paulem, znajdujemy się na Ziemi, błąkając się wraz z Abbasem Alim po nieprzyjaznych murach aresztu, wizytując pokoje przesłuchań, będąc świadkami kolejnych upokorzeń młodego Brytyjczyka. Zabieg wzajemnego przenikania się obu rzeczywistości, tej ziemskiej oraz stygijskiej, przypomina nieco prozę Philipa Dicka, w której również często nie jesteśmy w stanie jednoznacznie określić, czy to co nas otacza jest prawdziwe, niezmienne, trwałe oraz pewne. Niestety z żalem muszę stwierdzić, że pióro Briana Aldissa jest znacznie cięższe, a malowane przez niego wydarzenia, mnie sugestywne niż dzieła wspomnianego Dicka. To amerykański pisarz jest mistrzem tworzenia mirażu, ułudy, lirycznej fatamorgany, która jest w stanie omotać w równym stopniu bohaterów jak i czytelników.
Brianowi Aldissowi nie można natomiast odmówić fantazji oraz wyobraźni. W bardzo ciekawy sposób przedstawił on koncepcję wg której ludzie mieliby podróżować na odległe o całe lata świetlne od Ziemi planety, nie umierając przy tym ze starości. Pomysł jest na tyle oryginalny, że nie będę go tutaj zdradzać, pozbawiając czytelnika przyjemności zapoznania się z nim osobiście, a wspomnę jedynie, że ma on wiele wspólnego z lemowską ideą rozbicia człowieka na atomy, nad którą dyskutowali zawzięcie Filonous oraz Hylas w sławetnych Dialogach polskiego mistrza science fiction. Aldiss jest również znakomitym obserwatorem teraźniejszości. Poprzez ekstrapolację obecnych wydarzeń, zabarwioną sporą dozą pesymizmu, tworzy on ciekawą dystopię, w której przyszło egzystować pechowemu Paulowi Fadhilowi Abbasowi Ali. Brytyjski pisarz ukazuje jak trudna staje się wspólna egzystencja wielu nacji o diametralnie różnych spojrzeniach na zasadnicze kwestie moralne, czy religijne. Autor zdaje się ostrzegać, że dalsze wzajemne izolowanie się, tj. odcinanie się imigrantów od nowego środowiska oraz lekceważenie i brak szacunku wobec nowych sąsiadów okazywane przez rdzennych mieszkańców może prowadzić do eskalacji nieporozumień, które w końcu przerodzą się w otwarty konflikt. Wizja Aldissa, w której wykroczeniem jest już samo pochodzenie wydaje się być dość przerażająca, ale jednak jeszcze odległa. Przynajmniej pozornie, bowiem wątpliwości pojawiają się już w momencie, kiedy zaczynamy rozmyślać o amerykańskim obozie Guantanamo. Czyż warunki, w których więziony jest Paul, tj. przemoc na porządku dziennym, brak realnej możliwości obrony oraz brak obiektywnego procesu, różnią się w znaczący sposób od warunków, w których przetrzymywani są lokatorzy amerykańskiego więzienia na terenie Kuby?
Planeta Stygia wraz z kolejnymi rządami, które obejmują nad nią władzę jest już typowym przykładem antyutopii. Brian Aldiss wystawia przed czytelnikiem następne akty tego samego przedstawienia o nazwie ludzka ułomność manifestowana przez metody rządzenia. Okazuje się, że bezwzględny, odpowiedzialny za eksterminację rdzennych mieszkańców planety tyran nie jest wcale lepszy od religijnego fanatyka, który natrafiwszy na równie zaciekłego obrońcę swojej doktryny, potrafi dyskutować jedynie za pomocą argumentów siłowych. Na deser pisarz serwuje jeszcze rządy czystej, przynajmniej w założeniu nauki. Co zabawne, pozbawiona jest ona zasad moralnych, ale nie ludzkich słabości oraz małostkowości, tak więc również nie spełnia ona pokładanych w niej oczekiwań. Nie ma zatem złotego środka, wszystkie rozwiązania jawią się jako złe i nieprawidłowe. Zaskakuje nieco fakt, że ponoć specjalnie wyselekcjonowani Ziemianie-kolonizatorzy tak łatwo powielają błędy swoich przodków, ale być może właśnie taka jest natura ludzka. Mało pojętni z nas uczniowie, zbyt dumni, aby wysłuchiwać rady starszych i bardziej doświadczonych od nas samych, stąd toczące się bez końca koło historii oliwione jest krwią.
Reasumując, MROK to całkiem ciekawa pozycja, chociaż wzbudza ona we mnie bardzo dychotomiczne odczucia. Z jednej strony to bardzo interesująca wizja przyszłości, do tego niebanalny pomysł rozdzielenia narracji pomiędzy dwóch bohaterów żyjących w jednym ciele. Powieść Aldissa jest na pewno oryginalna i nieszablonowa. Mierzi jednak okrutnie sam sposób realizacji idei, jakie musiały przyświecać pisarzowi podczas tworzenia książki. Rozpoczęty wątki zdają się być rozgrzebane niczym świeże zwłoki, są wyraźnie niedopracowane i nieukończone. Proza Aldissa momentami sprawia wrażenie niechlujnej. W rezultacie zamiast w pełni cieszyć się lekturą, zaczynamy koncentrować się na nieistotnych szczegółach, które skutecznie psują radość czytania. Powieść było mi ciężko w pełni docenić, ponieważ to czym jest książka przysłania wyobrażenie, czym mogłaby być, gdyby w pełni wykorzystano zawarty w fabule potencjał. Z tego powodu znacznie bardziej niż zalety MROKu zauważalne są jego niedociągnięcia oraz zmarnowane pomysły.

O komunikacji






"Czyż człowiek nie ma swego charakteru, swoich interesów, gustów, namiętności, wedle których każdy przedmiot przesadza lub łagodzi? Mów, jak jest!... To może nie zdarza się ani dwa razy w ciągu dnia w całym dużym mieście. A ten, który słucha, czy pod tym względem lepszy jest od tego, który mówi? Nie. Z czego wynika niezbicie, iż może dwa razy w ciągu dnia w całym wielkim mieście rozumie się czyjeś słowa tak, jak były mówione."


wtorek, 23 kwietnia 2013

Kubuś Fatalista




 

Kubuś Fatalista i jego pan

Denis Diderot

tłumaczenie: Tadeusz Żeleński (Boy)
tytuł oryginału: Jacques le fataliste et son maître
Państwowy Instytut Wydawniczy Warszawa 1985

Denis Diderot (urodzony 5 października 1713 w Langres we Francji, a zmarły 31 lipca 1784 w Paryżu) – francuski pisarz, krytyk literatury i sztuki oraz filozof, za dzieło swego życia uważał pracę przy tworzeniu Encyklopedii, która zebrała dorobek myśli społecznej, filozoficznej i moralnej europejskiego oświecenia. Dziś jednak najbardziej znanym jego dziełem jest powiastka filozoficzna Kubuś Fatalista j jego pan, która pierwotnie nie była przeznaczona do publikacji, a po raz pierwszy ukazała się drukiem dopiero w roku 1796.

Wydanie, które trafiło do moich rąk, przedmową opatrzył tłumacz – Tadeusz Żeleński (Boy) i choć od jej napisania minęło już sporo czasu (jak sądzę opatrzono nim pierwsze polskie wydanie, a wtedy byłby to rok 1915), można tylko marzyć, by dziś choć dziesiąta przedmowa była napisana z takim mistrzostwem. Wzór niedościgły i absolutnie godny naśladowania. Wprowadza czytelnika, który zamierza spotkać się z Kubusiem i jego panem w sedno maniery tego utworu, zachęca, ale nie reklamuje, krótko wspomina to, co niezbędne i pomija wszystko, co nie jest konieczne. A potem już możemy podążyć za naszymi bohaterami.
Z bohaterami, którzy konno przemierzają Francję, nie spiesząc się, gdy nie zmuszają ich do tego okoliczności, i prowadząc długie rozmowy. Długie, wręcz niekończące się. Początkowo wydaje się, iż ich tematem będą miłosne historie z życia Kubusia, ale ten jest okropnym gadułą, na dodatek domorosłym filozofem, co sprawia, iż nie ma końca dygresjom, wątkom pobocznym i innym przedłużaczom. Jakby tego było mało, ciągle wydarza się coś, co sprawia, iż ktoś musi opowiedzieć inną historię, a Kubuś wciąż nie może nawet dobrze zacząć swojej. Czy w końcu ją opowie, i jaki będzie jej przebieg, tego oczywiście nie zdradzę, przeczytajcie sami.

Dygresje i wtręty pochodzą nie tylko od postaci zaludniających świat tej powiastki. Autor zwraca się też bezpośrednio do czytelnika, który być może nigdy nie miał zaistnieć. Taka zabawa piórem? Diderot pisał bowiem do szuflady i nie mam pewności, czy w czasie, gdy tworzył Kubusia, miał w planach publikację, choćby po śmierci, czy ją chociaż ewentualnie dopuszczał w bliżej nieokreślonej przyszłości. Jakby nie było, kieruje się wielokrotnie wprost do przyszłego odbiorcy tekstu, toczy z nim swego rodzaju grę. A jaka jest tematyka tych przenikających się warstw i zabiegów literackich?

Bardzo różnorodna. Mamy lekko podane tematy filozoficzne; ogólnoludzkie. Mam tematy społeczne z mocno podkreśloną krytyką realiów ówczesnej Francji, posuwające się aż do przepowiedni okropieństw Rewolucji. Trzeba jednak pamiętać, że od powstania Kubusia minęły już dwa wieki z okładem. W moim odczuciu pewne aspekty przemyśleń i obserwacji Diderota mocno się zdezaktualizowały, podczas gdy inne, gdyż są nadal aktualne, pokazują swą zdwojoną moc, jako że ani upływ czasu, ani kolejne rewolucje, niczego nie zmieniły, choć powinny. Nie zmieniły przede wszystkim natury człowieka, zwłaszcza jej mniej chwalebnych aspektów, podobnie jak wypaczeń Kościoła Katolickiego, który został przez Diderota poddany miażdżącej krytyce.

Książeczkę czyta się dobrze, choć nie wciąga. Łatwo od niej odejść, by potem niespiesznie równie łatwo do niej wrócić. Może nie bardzo się ona nadaje na dzisiejsze, zabiegane czasy, gdyż nie ma w sobie tego magnetyzmu sprawiającego, iż się oderwać nie można. Z drugiej strony ma w sobie urok, dzięki któremu można ją czytać nawet przez tydzień, z ciągłymi przerwami, i w każdym momencie się nią delektując, niby butelką dobrego koniaku, po który sięgamy tylko wtedy, gdy mamy chwilę spokoju, by ją poświęcić tylko jemu.

Kubuś jest potencjalną kopalnią sentencji i cytatów, choć z drugiej strony wiele z zawartych w nim mądrości pokryło się patyną. Ambiwalencja jednak wpleciona przez Diderota w dialogi jego bohaterów, w ich postawy i zachowania, daje możliwość odczytywania ich na różne sposoby i poszukiwania prawdy we własnym zakresie. Kubuś z jednej strony jest fatalistą, co wyraźnie deklaruje, jednak z drugiej, w chwilach wymagających działania, potrafi być nad wyraz aktywny i działać nie oglądając się na przeznaczenie. Podobnie jest w Kubusiu z wieloma rzeczami, co pewnie ma zmusić czytelnika do myślenia, do znalezienia własnych odpowiedzi, a nawet własnych pytań. I w tym względzie, choć eksperymentalna forma, w czasach jego powstania uznana pewnie za ekscentryczną, dziś już nikogo nie dziwi, jest Kubuś Fatalista i jego panprawdziwie ponadczasowy. Rzecz absolutnie warta poznania, choć dla czytelnika interesującego się historią i filozofią raczej jako ciekawostka, gdyż do jego wyobrażenia świata niczego nowego nie wniesie. No i jak z tym koniakiem lub winkiem – lepiej wybrać na lekturę czas spokojny, może jakiś urlopik, by ją smakować i się nią delektować

Wasz Andrew

Kubuś Fatalista i jego Pan [Denis Diderot]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE
Kubuś Fatalista i jego pan [Denis Diderot]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Kubuś Fatalista i jego pan [Denis Diderot]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE

Kubuś Fatalista i jego pan [Denis Diderot]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Kubuś Fatalista i jego pan [Denis Diderot]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Niemiecka amfibia gąsienicowa LWS




Танк на поле боя № 46 и 47

LWS германская гусеничная амфибия (Часть 1 и 2)

Czołg na polu walki 46 i 47. Niemiecka amfibia gąsienicowa LWS (cz.1 i 2)

Иванов С.В.

Wydawnictwo: Московское Общество Истории Техники 2009

Od czasu przemian ustrojowych miłośnicy sprzętu pancernego i historii techniki wojskowej mają z roku na rok łatwiejszy dostęp do coraz to większej ilości informacji i materiałów graficznych z ukochanej dziedziny. Mamy na rynku spory wybór polskich książek, albumów i broszur, zarówno z pierwszej, jak i z drugiej ręki. Coraz łatwiej też o wydawnictwa obcojęzyczne, które z reguły są bardziej interesujące od rodzimych, w których nierzadko można się doszukać powierzchowności, wtórności, jeśli nie wręcz śladów techniki kopiuj-wklej. Największą popularnością, ze względów językowych oczywiście, cieszą się publikacje anglojęzyczne. Ja jednak proponuję dziś zwrócić uwagę na mocno niedoceniany sektor języka rosyjskiego. Dlaczego? Przede wszystkim pochwalić go należy za możliwość dostępu do unikalnych wręcz materiałów, których próżno szukać u konkurencji. Jako przykład posłuży nam opracowanie traktujące o niemieckich amfibiach gąsienicowych LWS (Landwasserschlepper) z okresu II Wojny Światowej.

Jeśli chcemy po raz kolejny obejrzeć te same zdjęcia Tygrysa lub T-34, lub po raz n-ty przeczytać o tych konstrukcjach, nie będzie problemu. Znajdziemy opracowania po polsku, a po angielsku wybór będzie potężny. Niemiecki też będzie przydatny. Pewne problemy zaczynają się, gdy chcemy poznać jakąś mniej znaną konstrukcję, jak choćby amfibię LWS. Zaczyna brakować źródeł. Internet też niewiele nam w tym pomoże. Nawet w prześwietnym portalu AchtungPanzer! będącym kopalnią wiedzy o niemieckim sprzęcie pancernym IIWŚ znajdziemy ledwie krótką notkę o LWS i dwa zdjęcia. I tutaj zęby pokazują wydawnictwa rosyjskie. Rosjanie chyba uwielbiają nietypowe konstrukcje, ciekawostki z historii techniki i nauki, a w każdym bądź razie takie można odnieść wrażenie widząc bogactwo informacji o nich, jakie można uzyskać poszukując w materiałach publikowanych po rosyjsku. Typowym przedstawicielem tej dziedziny wiedzy i sposobu jej popularyzowania jest historia LWS zawarta w dwóch kolejnych numerach (46 i 47) serii wydawniczej Czołg na polu walki. Opracowanie objętością przypomina nieco anglojęzyczne In Action lub nasze rodzime Militaria i ma 117 stron (cz. 1 -58, cz. 2 – 59). W dwóch zeszytach zgromadzono zadziwiająco obszerny materiał zdjęciowy i niesamowicie szczegółową historię tego marginalnego przecież epizodu II Wojny. Próżno szukać czegoś podobnego na naszym rodzimym rynku, a i w literaturze anglojęzycznej nie udało mi się znaleźć niczego więcej na ten temat. Polecam absolutnie wszystkim fascynującym się tą tematyką, również modelarzom, a pozostałych namawiam na zainteresowanie się wydaniami w języku Puszkina i Gogola, gdyż mogą się okazać kopalnią nowych, interesujących materiałów

Wasz Andrew

niedziela, 21 kwietnia 2013

Losy książek






"habent sua fata libelli"
- (łac.) "książki mają swoje losy"
Terentianus Maurus De litteris, de sillabis et metris 

piątek, 19 kwietnia 2013

Charles Bukowski "Szmira" - Pulp fiction

Okładka książki Szmira 

Szmira

Charles Bukowski

Tytuł oryginału: Pulp
Tłumaczenie: Tomasz Mirkowicz
Wydawnictwo: Oficyna Literacka Noir sur Blanc
Liczba stron: 204




Charles Bukowski, o którym wspominałem już nieco przy okazji omawiania Listonosza oraz Hollywood, to z pewnością autor nietuzinkowy. Trudny do zaszufladkowania jako pisarz, outsider i moczymorda na co dzień. Porównywany do Henry’ego Millera oraz Ernesta Hemingwaya, osobiście przyznający się do głębokiej fascynacji francuskim twórcą, Louisem-Ferdinandem Célinem. Znawca barów i szynków omijanych szerokim łukiem przez porządnych obywateli, bywalec burdeli oraz przytułków, lokator tanich kamienic, wreszcie pisarz samouk, który statusu artysty legendarnego doczekał się jeszcze za życia. Co ciekawe uznanie dla jego dzieł w najmniejszym stopniu nie wpłynęło na osobowość Bukowskiego. Podniósł się może nieco standard życia, nie trzeba było już tak usilnie kombinować z wyłuskaniem forsy na chlanie, a apartamenty były bardziej znośne do życia, ale Bukowski ciągłe pozostał tym samym starym, dobrym pijaczyną oraz surowym krytykiem otaczającej rzeczywistości. Trzymając się poza marginesem społeczeństwa, Bukowski bezwzględnie wytykał fałsz, obłudę oraz bezbrzeżną pustkę konsumpcyjnego stylu życia, radosnej, przesyconej pseudofilozoficzną treścią wegetacji. Zrozumiałe jest zatem, że Bukowski cały czas był nieufny wobec jednostki ludzkiej, sceptycznie się do niej odnosząc, ciągle jednak próbując nawiązać z nią nić porozumienia. Bukowski opuścił ziemski padół w 1994 roku, wkrótce po ukończeniu ostatniej powieści Szmiry.

czwartek, 18 kwietnia 2013

O życiowych planach



"Skoro jednak wszyscy wiemy, że jesteśmy śmiertelni, dlaczego tak rzadko uwzględniamy śmierć w swoich planach?"

James Herbert Nikt naprawdę

środa, 17 kwietnia 2013

refleksje z Rudym Ormem w tle




Jak pewnie wiedzieliście z zapowiedzi, miałem zamiar napisać o książce, która w pewnych okresach mogła uchodzić za najbardziej znaną powieść skandynawską. Chodzi o Rudego Orma pióra Fransa Gunnara Bengtssona. Postanowiłem jednak odłożyć to do momentu, gdy ponownie ją przeczytam, gdyż zauważyłem, iż z biegiem czasu wszystko się zmienia. Ameryki nie odkryłem, fakt. Zmieniają się jednak nie tylko nasze oceny dawnych lektur, jak się spostrzegłem po ponownym przeczytaniu Tajemniczej Wyspy, ale zmienia się nawet spojrzenie na książki przeczytane nie tak dawno temu, jak u mnie w przypadku powieści Czarne. Co powoduje tak szybką zmianę punktu widzenia? Czas. Czas, w którym mogliśmy poznać coś bardziej wartościowego, przeżyć coś ciekawego, zobaczyć coś inspirującego. Skoro więc nie o Rudym Ormie dziś będzie, to o czym? O refleksji, która mnie naszła w związku z tą niedoszłą recenzją.

Kiedyś kupiłem przez Allegro w jednym z antykwariatów w Bielsko-Białej książkę, której jednak nie otrzymałem. Gdy rozpocząłem procedurę antyoszustową w tym portalu aukcyjnym, gość mi wysłał „sztukę”, by mieć dowód nadania. Był to jakiś wydawniczy śmieć tak spleśniały, iż natychmiast wyrzuciłem go do kosza, by syfa jakiegoś nie załapać. Straciłem raptem kilka złotych, a znając zaangażowanie naszych organów ścigania i wymiaru „sprawiedliwości” w takie sprawy o znikomej wartości szkody – dałem sobie spokój i przekonałem sam siebie, że to tylko szokujący wyjątek, bo jednak kontakt z książkami wpływa pozytywnie na ludzi.

Mając zamiar z pamięci opisać dawne wrażenia z lektury przygód Rudego Orma postanowiłem poszukać w sieci okładki z tego właśnie wydania, które miałem przyjemność kiedyś poznać. I okazało się, iż jeden z antykwariatów w Łodzi ma na sprzedaż na Allegro akurat to wydanie. Zdjęcie okładki było jednak przesłonięte napisikiem z nazwą owego sklepu niegodnego nazwy antykwariatu, a dlaczego tak o nim piszę, zaraz się wyjaśni.

Napisałem e-maila z prośbą o nadesłanie zdjęcia bez owych ozdobników i wyjaśniłem do czego zostanie użyte. Liczyłem na to, że jeśli nie uprzejmość, to może chociaż zwykły dobrze pojęty własny interes każe im przychylić się do mojej prośby. Wyjaśnię tutaj, iż wówczas była to jedyna oferta sprzedaży Rudego Orma w sieci i pozytywna recenzja na pewno pozwoliłaby sprzedać tę książkę szybciej i drożej. Jakżeż się zawiodłem. A może w końcu otrzeźwiałem? Po raz kolejny się przekonałem, iż dobrego czy złego, mądrego czy głupiego, równie łatwo spotkać można przy łopacie, co między książkami. Może nawet wśród elit w naszym kraju trudniej znaleźć prawdziwego człowieka, niż wśród marginesu. A co się konkretnie stało?

Otrzymałem nie tylko propozycję kupna tego zdjęcia (sic!), ale także i obszerny wykład na temat tego, że jest ono chronione prawami autorskimi i po to są owe „znaki wodne” zaimplementowane w Allegro. Oczywiście nie podjąłem tematu. Po co tracić czas na dalszą rozmowę z kimś, kto nie ma pojęcia o zwykłej ludzkiej życzliwości i jakichkolwiek wartościach, o prawie nie wspominając? Przecież tego zdjęcia już nikt więcej nie będzie oglądał po tym, jak ów egzemplarz zostanie sprzedany. Pies z kulawą nogą się nim więcej nie zainteresuje. W jakim kontraście jest to podejście do tego, gdy się zwracałem do autorów naprawdę pięknych i interesujących zdjęć z krajów starej Europy. Zgadzali się oni od razu, gdy otrzymywali informację, iż fotki zostaną wykorzystane w konkretnym miejscu i na określonych zasadach. Nawet byli wdzięczni, że temat, który kiedyś uznali za interesujący czy ważny, znalazł uznanie i będzie szerzej popularyzowany. Na tym jednak nie koniec. Okazało się, że żyjąc między książkami można propagować pseudowiedzę i pozostać człowiekiem ograniczonym. Nie przyszło nigdy tej osobie z nibyantykwariatu poczytać przepisów prawa, ale uważa się za jego znawcę. Gdyby choć trochę poznała temat, wiedziałaby czym się różni mechaniczne odwzorowanie obiektu dwuwymiarowego od pracy twórczej podlegającej ochronie w tzw. Prawach autorskich, o czym zresztą nie tak dawno pisałem. Jest oczywiste, że na Allegro pojawiają się grafiki różnego rodzaju, również fotografie, które takiej ochronie podlegają i w tym celu Allegro proponuje możliwość używania znaku wodnego. Pewnie również dla celów reklamowych, ale to inna para kaloszy. Reasumując – jeszcze jedna z niezliczonych nauczek z cyklu, iż nie suknia, ani nie książka czyni człowieka. Nie tytuł, stanowisko ani pieniądze. Każdego trzeba oceniać indywidualnie. Obym znów o tym nie zapomniał, i więcej o nikim nie założył z góry niczego dobrego ani złego, czego i Wam życzę


Wasz Andrew