Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.
niedziela, 27 stycznia 2013
sobota, 26 stycznia 2013
Oni są nieużyteczni
"Homoseksualiści są nieużyteczni, nie wykonują funkcji prokreacyjnej "
Krystyna Pawłowicz PiS (za gazeta.pl) – A księża, zakonnicy i zakonnice?
Nie wspomnę już o tym, że uzależnianie praw od użyteczności człowieka pachnie mi komunizmem i faszyzmem. Wtedy też uważano, że ludzie nieużyteczni pewnych praw przysługujących pozostałym mieć nie muszą. Jeśli ktoś czuje się upoważniony do podejmowania decyzji o tym, komu jakieś prawa dać, a komu nie, ze względu na użyteczność, jeśli czuje się władny do orzekania o użyteczności innych, to chyba sam musi być... Nadczłowiekiem?
piątek, 25 stycznia 2013
Nie kradnij
"...nie ma niczego bardziej haniebnego niż kradzież, wszystkie inne grzechy są pochodne..."
Chłopiec z latawcem (The Kite Runner) 2007, cytat może nie do końca dosłowny, ale tak go mniej więcej zapamiętałem. I nie zapomnę...
czwartek, 24 stycznia 2013
Każdy Polak powinien
The Soviet Story (2008)
Scenariusz i reżyseria : Edvins Snore
Zasadniczo wolę czytać książki niż filmy oglądać. O dokumencie stworzonym przez Łotysza Edvinsa Snore dowiedziałem się z gorącym poleceniem od osoby posiadającej nieco odmienne ode mnie przekonania, choć obdarzonej niezwykłą wiedzą i profesorskim tytułem. Z jednej więc strony był we mnie i dystans, i nadzieja na… No właśnie – na co? Na coś naprawdę nowego? Wątpię.
O czym Sowiecka historia traktuje? Jak się nietrudno domyślić o komunizmie i faszyzmie, choć zwłaszcza o tym pierwszym. Nie może być zresztą inaczej, gdyż faszyzm w Niemczech prawdopodobnie nie powstałby, w postaci takiej, jaką znamy z dziejów, bez wsparcia Moskwy, a już na pewno nie zagroziłby światu. Jak chichot historii brzmi fakt, że z kolei bez aktywnego wsparcia służb niemieckich Lenin prawdopodobnie nigdy nie dotarłby do Rosji, tym bardziej iż początki rewolucji teoretycy komunizmu przewidywali w rozwiniętych państwach kapitalistycznych, a nie w feudalnej Rosji. Nie byłoby więc nigdy Stalina i Układu Warszawskiego ani żadnych historii sowieckich. To tylko jednak taka moja luźna refleksja.
Film pokazuje ogrom zbrodni komunizmu od początku jego powstania. Ogrom, z którego przeciętny Polak nawet sobie nie zdaje sprawy, choć bez przerwy miesza mu się w głowie Katyniem i Smoleńskiem. Miesza mu się w głowie, gdyż politycy jednym tchem wymieniający wyrwane z kontekstu fakty i wydumane fantazje nic innego narodowi nie robią. Poza unikalnymi niejednokrotnie zdjęciami i filmami oraz rzeczową narracją w dokumencie występują świadkowie dawnych wydarzeń i znani historycy. Ukazane są analogie między faszyzmem i komunizmem, ich zbrodniami i strategiami, a także mechanizmy rozwoju tych prawdziwie totalitarnych systemów. Wypunktowano różnice między nimi, co sprawia, iż o dziwo okazują się jeszcze bardziej podobne, jak awers i rewers tej samej monety. Pomimo tego, że tezy o tym, iż to komuniści, a zwłaszcza Stalin, doprowadzili do II Wojny Światowej nie są nowe i całkowicie je popieram, niektóre rzeczy i dla mnie okazały się nowością, jak choćby to, że prawo brytyjskie na zasadzie domniemania prawnego nie uznaje zbrodni stalinowskich.
Dla mnie najsmutniejsza i najgroźniej brzmiąca jest końcówka filmu. Teza, iż w chwili obecnej, po rozpadzie ZSRR, Rosja jest w podobnej sytuacji świadomości społecznej jak Niemcy po I Wojnie bardzo mnie przekonuje, a fakt, że o faszyzacji naszego sąsiada w ogóle się nie mówi, napawa mnie przerażeniem. Trochę to przypomina sytuację przed wrześniem, gdy nie ogłaszano mobilizacji ani nie układano pól minowych, by nie drażnić Hitlera. Nikt nie mówił o milionach zagłodzonych przez Stalina, o masowych zbrodniach popełnianych przez jego NKWD, choć Europa o tym wiedziała. Nawet Żydzi w większości nie uciekali przed Hitlerem, choć mogli. Wierzyli, że jakoś to będzie. Znamienny wydaje się fakt, iż TVP, która afiszuje się ze swoją misją, do dziś nie dopuściła do emisji w telewizji Sowieckiej historii, choć podobno zakupiła już dawno prawa do niej. Dotąd w naszym kraju można film było obejrzeć chyba tylko na przeglądzie filmów dokumentalnych "Echa Katynia" w 2010 i na DVD dołączonym do tygodnika Gazeta Polska w 2012. Jest dla mnie haniebnym, iż nawet ugrupowania i partie wprost ociekające rusofobią nie robią nic, by tę emisję przyspieszyć. Dlaczego – mogę się tylko domyślać.
Są tacy, którzy krzyczą, że film jest tendencyjny, gdyż nazizm i komunizm to dwie sprzeczności, dwa przeciwne bieguny i nie można ich porównywać. Na temat fałszywości takich argumentów można napisać całą książkę, tylko po co? Kto uważnie oglądnie film sam sobie wszystko wytłumaczy, a kto nie chce pewnych faktów zrozumieć, i tak nie pojmie. Porównywać można tylko rzeczy różniące się między sobą. O identycznych wystarczy powiedzieć, iż są tożsame. Pewni ludzie nie wierzą w to, co im do ideologii nie pasuje, podobnie jak neonazi nie wierzą w Oświęcim. Na to się nic nie poradzi. Można się im przeciwstawiać tylko upowszechniając wiedzę, stawiając pytania i szukając odpowiedzi.
Uprzedzam, film jest okrutny, pełen naprawdę drastycznych scen. Dzieciom zdecydowanie oradzam. Niech oglądną rodzice i pociechom opowiedzą w sposób odpowiedni do ich wieku i wrażliwości. I uprzedzam lojalnie, iż jest to jeden z tych obrazów, które mają moc zmieniania świata – każdy, kto go obejrzy i zrozumie, będzie już troszeczkę innym człowiekiem niż przed seansem.
Choć, poza nielicznymi szczegółami, prawie wszystko, o czym mowa w filmie, już wcześniej wiedziałem, byłem pod wrażeniem od początku do końca seansu. Sposobem montażu obraz nieco przypomina programy Wołoszańskiego, choć zamiast jednego prowadzącego mamy wypowiedzi świadków i historyków. Może chodzi o brak ideologicznego przegięcia, o wiarygodność polegającą raczej na szukaniu odpowiedzi, na przedkładaniu własnej teorii niż na udowadnianiu tezy za wszelką cenę?
Co rusz gdzieś słyszymy, że każdy Polak powinien to, albo tamto. I krew się we mnie burzy, bowiem z reguły są to bzdury. W tytule jednak świadomie użyłem wspomnianego zwrotu, gdyż każdy człowiek, nie tylko Polak, powinien się z tym filmem zapoznać, aby się czas masowych zbrodni już nigdy nie powtórzył. Absolutnie każdy i bez żadnych wyjątków, jeśli tylko ma osiemnaście lat. A co z tego wyniknie, to już sprawa sumienia i mądrości każdego z Nas
Wasz Andrew
"Ostatnia noc lata" Erskine Caldwell - Upalna końcówka
Ostatnia noc lata
Erskine Caldwell
Tytuł oryginału: The Last Night of Summer
Wydawnictwo: Krajowa Agencja Wydawnicza
Erskine Caldwell to amerykański pisarz
urodzony w 1903 roku w Moreland, w stanie Georgia, zmarły w 1987 w
Pradise Valley. Na swoim koncie ma 12 książek literatury faktu, 25
powieści i niemal 150 opowiadań. Jego twórczość skupia się wokół tematów
związanych z codziennym życiem na Południu USA. Południu, najczęściej
reprezentowanym przez jego rodzinny stan Georgia, które w prozie
Caldwella przedstawione jest jako miejsce, w którym wciąż żywe są
rasistowskie uprzedzenia, gdzie stosunki pomiędzy rasami białą oraz
czarną są niezdarne i kalekie.
środa, 23 stycznia 2013
Podejdź bliżej
Bractwo Bang Bang
Migawki z ukrytej wojny
(org. The Bang-Bang Club)Greg Marinovich, João Silva
tłumaczenie: Wojciech Jagielskiwydawnictwo: Sine Qua Non 2012
"Jeśli twoje zdjęcie nie jest wystarczająco dobre, znaczy to tylko, że nie podszedłeś wystarczająco blisko" – Robert Capa
Sięgając po tę książkę wiedziałem, iż będzie to coś niezwykłego. Wiedziałem, jak jeździec spinający konia do skoku przez przeszkodę wie, iż koń ją weźmie z zapasem. Innej opcji po prostu nie było. Szkoda tylko, że odpowiedzialny za wydanie, w przeciwieństwie do autorów, nie do końca stanął na wysokości zadania. Jakkolwiek tomik wygląda bardzo estetycznie, interesująco i do szaty graficznej okładki nie można mieć uwag krytycznych, to jednak wkładki ze zdjęciami wrzucone w treść ni w pięć, ni w dziewięć, nie są najlepszym rozwiązaniem. Moim zdaniem, trzeba było albo wpleść fotogramy tam, gdzie pierwszy raz o nich mowa, albo, co łatwiejsze i mniej eleganckie, ale i tak lepsze od zastosowanego w tym wydaniu rozwiązania, zgrupować je wszystkie w jednej dużej wkładce na początku lub końcu książki. Dużo gorsze są straszliwe i dość częste błędy takiej wagi, iż nawet uniemożliwiają zrozumienie całych zdań, i gdyby nie kontekst, czytelnik nie mógłby się domyślić, co też autorzy mieli na myśli. Inne z kolei rozśmieszają swą infantylnością, jak choćby barki lecące kilkadziesiąt dni w górę rzeki. Czemu uciekło to wszystkim recenzentom, których opinie poznałem przed sięgnięciem po książkę… Na szczęście treść broni się tak świetnie, iż nawet wspomniane fuszerki, choć momentami mocno denerwujące, nie są w stanie nawet na chwilę przyćmić zalet Bractwa Bang Bang.
Lubię dobre książki. Prawda czy fikcja, ważne by dobre. Jest jednak rodzaj opowieści, który uwielbiam ponad wszystko. Subiektywny, niejednokrotnie wypaczony niczym zdjęcie zrobione pod złym kątem, ale prawdziwy ponad wszystko. Świadectwo. Słowo w znaczeniu bliskim biblijnemu, będące prawie na wymarciu, a jakże celne i zupełne. Io so*. Wiem, gdyż widziałem, przeżyłem, a teraz świadczę, iż tak właśnie było. Właśnie takim świadectwem jest niniejsza książka.
Było fotoreporterów wielu, ale tylko czterech było tych, których nazywano Bang Bang Club. Z początku luźna znajomość, przerodziła się w przyjaźń pod ogniem serii z kbk AK** i przy wtórze wrzasków mordowanych ludzi. Teoretycznie do bractwa mógł wejść każdy. Każdy, kto nie bał się podejść do śmierci na tyle blisko, by móc zobaczyć gasnące oczy ofiar w wizjerze swego aparatu, kto był gotów zawsze popędzić tam, gdzie miał nastąpić wybuch przemocy, kto znał Afrykę na tyle, by być dla pozostałych równorzędnym partnerem. Czterech muszkieterów fotografii wojennej; Greg Marinovich, João Silva, Ken Oosterbroek i Kevin Carter. Choć jeździli fotografować również inne wojny, to właśnie Afryka zmieniająca się z białej na czarną była ich konfliktem. Wojną, której się poświęcili od początku do końca jej trwania, a ona wyniosła ich od zera aż na szczyty kariery fotografa dokumentalisty. Dwóch zapłaciło za to życiem, dwóch pozostałych: Greg i João: choć poranieni psychicznie i fizycznie, postanowili napisać o tym, jak było, gdyż to nieprawda, iż obraz jest wart tysiąca słów. To nie obraz, a słowo stało się ciałem i oni też postanowili nadać ciało swym wspomnieniom i swym zdjęciom. Zastosowali ciekawe rozwiązanie – jedynym narratorem jest Greg, choć jest to świadectwo ich obu wzbogacone tym, czego dowiedzieli się również z relacji innych osób. Zawsze jednak podkreślone jest co widzieli sami, a czego dowiedzieli się pośrednio i w jaki konkretnie sposób.
Wbrew tytułowi nie jest to tylko opowieść o przemocy, cierpieniu i śmierci, o uwiecznianiu tego wszystkiego na zdjęciach. To również przejmująca relacja z najgorszej z możliwych wojen; z wojny domowej. Zauważamy, iż ci goniący za drastycznymi ujęciami faceci, posądzani o stworzenie snobistycznego bractwa, są w rzeczywistości wrażliwymi, otwartymi ludźmi i bystrymi obserwatorami. A wnioski z ich obserwacji nie są wesołe.
Widzimy jak Biali, którzy najpierw przenieśli Czarnych do miast, potem ich z nich wygnali i zamknęli w wiejskich gettach pozostawiając w miejskich dzielnicach biedoty tylko niewielu, których potrzebowali jako niewolniczej siły roboczej dla swego rasistowskiego raju. Gdy okazało się, iż nie da się drogą masowych represji ani zakulisowych machinacji powstrzymać wyborów, które Czarni musieli wygrać, napuścili jednych Czarnych na drugich i na nich zwalili całą winę za rozlew krwi, choć byli nie tylko animatorami, ale i czynnymi, choć tajnymi, uczestnikami niezliczonych morderstw. Widzimy, jak w każdej innej wojnie, że i ta wzięła się z pożądania władzy i pieniędzy. I jak w każdej wojnie; bogaci i ustosunkowani nie ponieśli żadnej odpowiedzialności, a szarzy, zwykli ludzie cierpieli i nawet po wygranej cierpią nadal.
Niektóre spostrzeżenia są wręcz szokujące, jak na przykład to, iż techniczne aspekty apartheidu, czyli przemoc prawna i administracyjna, mogą być bardziej okrutne i zniewalające niż przemoc fizyczna.
Dla wielu z nas, Polaków, którzy już jakby zapominamy o wartości, jaką jest wolność sama w sobie, jest ta opowieść przypomnieniem, iż wciąż wielu ludzi każdego dnia oddaje życie za to, czego my nie doceniamy, choć to mamy; za możliwość wrzucenia do urny kartki z naszym głosem. To przypomnienie, jak wielką wartością samą w sobie są wolne wybory, nawet jeśli nie załatwią one wszystkich problemów, jest jednym z wielu przesłań Bractwa.
Afryka i czarnuchy to ciemnota, brud i bieda. Nie ma się co oszukiwać – taki właśnie jest pokutujący i wciąż powszechny u nas stereotyp. A jednak czytając opowieść Marinovicha nie mogłem się powstrzymać od smutnej refleksji. W RPA, po pierwszych wolnych i powszechnych wyborach, powołano Komisję Prawdy i Pojednania, której jedynym celem było ustalenie wszystkich mechanizmów, które doprowadziły do niezliczonych zbrodni schyłku apartheidu, nawet za cenę bezkarności ich sprawców. Najważniejsze było wyjaśnić; by wiedzieć, by poznać prawdę. Ogłoszono amnestię i wielu się zgłosiło, by opowiedzieć o najciemniejszych stronach historii własnego kraju i własnej rasy. Obu ras. Wielu się nie zgłosiło, ale cel został w zasadzie osiągnięty, a wyniki działalności Komisji były porażające i przerażające. Jak się to ma do naszego IPN, którego celem, w odczuciu zbyt wielu, jest zemsta, a nie prawda? Sprzedaliśmy prawo do Prawdy, za prawo do Zemsty, z której i tak nic nie wyszło. Ciągle odżywają u nas nowe fale lustracji, dekomunizacji oraz weryfikacji i nikt nie jest niczego pewien. I kto tu jest prawdziwym czarnuchem? My, czy oni?
Tematyka historii RPA i tragedie, które ją ilustrują poprzez zdjęcia wykonywane aparatami Bractwa Bang Bang, nierozerwalnie przeplatają się z osobistymi historiami i dramatami głównych bohaterów. Postępująca degradacja ich psychiki pod wpływem stresu bojowego z jednej strony oraz wciąż obecne pytania o granice odpowiedzialności reportera i fotografa nie dawały im chwili odpoczynku. Czy ratować, czy fotografować? Nawet wtedy, gdy pomóc nie można, dylematy moralne atakują bezustannie i nie dają chwili wytchnienia. Osobiście mam wrażenie, i to potwierdza niniejsza lektura, iż idealnym fotoreporterem, podobnie jak żołnierzem, wbrew modnym tezom dzisiejszych psychologów, byłby człowiek z pewną dozą psychopatii pozwalającą na chłodną ocenę uczuć i zbagatelizowane problemów moralnych w sytuacjach, w których i tak nie ma się wyboru. A zwłaszcza wtedy, gdy nikt nie ma żadnego wyboru, gdy nikt nie może pomóc.
O szczerości opowieści świadczy wiele drobiazgów, jak choćby scena, gdy jeden z przyjaciół ma szansę przyblokować emisję zdjęcia drugiego, o którym wie, iż sięgnie ono po najwyższe trofea w branży. Myśl taka przelatuje mu przez głowę, a jednak ręka mu nie drży, gdy wybitne zdjęcie idzie w świat. Ręka nie drgnęła, ale myśl się pojawiła, i to go dręczy. Szkoda, że takie postawy są u nas tak rzadkie.
Wbrew temu, co może się wydawać, lektura nie jest dołująca. Nierówne, choć wartkie tempo, zmiany nastroju i napięcia, tematu i osób stojących na pierwszym planie, wszystko to sprawia, iż rzecz czyta się szybko i świetnie, z pewną specyficzną przyjemnością, jaką daje obcowanie z wybitnymi osobowościami, którym woda sodowa nie uderzyła do głowy. Wśród tych wszystkich okropności, które sprawiają, iż powinna być to lektura od lat osiemnastu, zdarzają się nawet perełki humoru, głównie czarnego, a scena, gdy João zostaje wysłany z zadaniem zrobienia fotoreportażu o miejskim stawie i wraca z cyklem zdjęć o kaczce to po prostu mistrzostwo świata. Na czym polega nie zdradzę – przeczytajcie sami.
I to ostanie zdanie niech będzie oceną końcową książki. Każdy musi tą opowieść przeczytać sam i sam po swojemu przeżyć. Dla mnie bomba
Wasz Andrew
* wł. Ja wiem.
** AK (ros. Автомат Калашникова – Automat Kałasznikowa) system broni strzeleckiej konstrukcji ZSRR obejmujący modele różnych kalibrów i rodzajów, od pistoletów maszynowych, przez karabinki po karabiny, produkowana w niezliczonej ilości wersji, kopii i odmian narodowych; prawdopodobnie najpowszechniej używana broń palna na świecie.
![Bractwo Bang Bang [João Silva, Greg Marinovich] - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE](https://lh3.googleusercontent.com/blogger_img_proxy/AEn0k_svE7rNPKR7Lo0x42655Oyyo00csqGF37ANrcB5Jpm5PKdZUobo9Mos7gl-rwTifaLwJMImBOXWPXVAsvU7WQM8jEGJikI=s0-d)
wtorek, 22 stycznia 2013
Wspominki z umieraniem w tle
Grochów
Andrzej Stasiuk
wydawnictwo: Czarne 2012Grochów był lekturą zaplanowaną na styczniowe spotkanie w naszym DKK. Andrzej Stasiuk – nazwisko znane, lecz muszę przyznać bez wstydu, że z jego prozą spotkałem się po raz pierwszy dopiero teraz. Bez wstydu, gdyż nie można czytać wszystkiego, a ja w szczególności nie gonię za tym, co akurat modne (czytaj promowane). Jeśli już, to raczej z żalem, gdyż Mury Hebronu, debiut Stasiuka z 1992 roku, wciąż mam zamiar przeczytać, czując przez skórę, iż to może być coś dla mnie, tylko ciągle coś innego wypada. Znów się stało inaczej i przyszedł czas na Grochów, a na Mury jeszcze nie. Klątwa jakaś czy co?
Książeczka wydana jest niezwykle przyzwoicie, prawdziwy ewenement jak na dzisiejsze czasy. Żadnych błędów, które rzucałyby się w oczy, nie mówiąc o utrudnianiu odbioru. Całość mieści się w poręcznym (przynajmniej dla mojej dłoni) formacie umożliwiającym lekturę w każdych warunkach. Solidna twarda okładka i gustowna grafika dopełniają obraz zasługujący na laurkę. A w środku?
Tomik zawiera cztery krótkie formy, zapis osobistych wspomnień i refleksji, których głównym motywem, w moim odczuciu, jest umieranie, starość i choroba. Przemijanie znajomych i bliskich, ludzi i zwierząt. Problem spychany poza horyzont świadomości przez dzisiejszą cywilizację, która przy wsparciu pokoleń marketingowców usiłuje widzieć tylko młodych, zdrowych i pięknych. Mądrych niekoniecznie. Śmierć dzisiaj najchętniej widziano by gdzieś daleko; za miastem, za murami szpitala, za horyzontem percepcji i myśli. Temat, który w ciemnych, dawnych czasach, był takim samym elementem świadomości życia jak narodziny. Autor słusznie podkreśla, iż nie tak dawnych jednak, gdyż jeszcze nasi dziadowie i babki za normalne uważali czuwanie przy zmarłych, wystawienie zwłok w kaplicy i pożegnanie pocałunkiem nieboszczyka leżącego w otwartej trumnie. Za podjęcie tej tematyki, która nie powinna zniknąć ze świadomości, jeśli społeczeństwo ma pozostać zdrowe i nie zmienić się w Nowy wspaniały świat rodem z Huxleya, pisarzowi należy się uznanie. Tym bardziej, iż rzecz, pomimo powagi problemu, czyta się przyjemnie.
Łatwość odbioru zapewnia między innymi oszczędność tekstu. Niecałe sto stronic z grafiką włącznie, duże marginesy, wyeksponowane akapity; czytania niewiele. Wielka zaleta, gdyż zapobiega przegadaniu tematu i zostawia miejsce na refleksje czytelnika. Niestety, nie same zachwyty ta książka we mnie wzbudziła. W aspekcie wspomnień o Grochowie, PRL-u i młodości Stasiuk absolutnie do mnie nie przemówił. Jawi mi się jako wyobcowany buntownik, outsider o krok od przegranej, samotnik dysfunkcyjny społecznie. Postać ciekawa, ale niereprezentatywna dla swych czasów, społeczeństwa i miejsc. Antyteza bystrego, dociekliwego obserwatora. Denerwowała mnie też jakaś taka nierówność jego prozy, której nie sposób oddać słowami, a która sprawiała, iż momentami byłem zachwycony, a momentami lekko nawet zdegustowany. Na to jeszcze nałożyła się sprawa psów.
Ćwierć książki jest poświęcona ulubionej suce autora, jej chorobie i śmierci. Staje się bardzo prowokującym pytaniem o eutanazję. W połączeniu z pozostałymi trzema tekstami jest to pytanie o prawo do śmierci; ludzi i zwierząt. Stasiuk w sprawie swego psiego ulubieńca podjął decyzję jaką podjął. Nie mnie oceniać. Nie zajmuje też wyraźnego stanowiska w sprawie eutanazji, przynajmniej ja tak to odbieram, a raczej rzuca temat. Temat, którego w Polsce z różnych powodów nikt nie chce tknąć, a odważni stają się obiektem ostracyzmu. Tutaj jednak wypływa wspomniana już wcześniej psia sprawa.
Oceniając wspomnienia nie sposób nie oceniać również autora, gdyż opowiada on o samym sobie oraz o swym życiu. Pisarz zaś bez cienia wstydu wspomina swe psy, które bez nadzoru latały po całej wsi. Zżyma się na to, że musiał płacić okolicznym gospodarzom, gdy zagryzały im owce. A ja od razu sobie pomyślałem: - A jakby zagryzły dziecko? Też by się zżymał, że musi zabulić i dalej żadna refleksja by go nie dopadła? Tyle się mówi i pisze o tej pladze, jaką są psy bez nadzoru w naszym kraju, a tu taki dół! Jestem miłośnikiem psów, zwłaszcza tych dużych. Uwielbiam takie, które można pogłaskać bez schylania się. Rozumiem jednak doskonale, co potrafi człowiekowi, zwłaszcza dziecku, taki pies zrobić, gdy uzna kogoś za zagrożenie. Pies nie odpowiada za siebie, to właściciel musi myśleć i przewidywać za niego. Trzeba wytknąć, że tutaj autor idealnie wpisał się w powszechną w Polsce bezmyślność, brak wyobraźni i odpowiedzialności. Dobrze chociaż, że o jeździe na fleku nie było mowy.
Zapytacie co to ma do oceny książki? Skoro przesłanie jest jednym z aspektów dzieł, nie tylko literackich, na równi z zaletami artystycznymi, to chyba jego brak też jest ważną przesłanką. Gdyby Stasiuk w jakikolwiek sposób odniósł się do tych swoich psów ganiających samopas po okolicy, gdyby dał znać czytelnikowi choć jednym słowem, że teraz widzi naganność swego zachowania, pal sześć. Niczego takiego jednak nie ma. A ponieważ jest to postawa w Polsce powszechna, to czynienie zła i nawet nieuświadamianie sobie tego, które choćby dla naszych sąsiadów zza Odry jest trudne do zrozumienia, więc uważam, iż takie stanowisko, zwłaszcza powielane przez, jak by nie patrzeć, elitę intelektualną i opiniotwórczą, trzeba piętnować z całą bezwzględnością.
Podobno pokutuje stwierdzenie, iż proza Stasiuka trafia raczej do panów, niż do pań. Ja nie znajduję dla tego żadnego uzasadnienia. Grochów to kawałeczek, nieduży, co też jest w tym wypadku zaletą, solidnej opowieści o życiu i o śmierci. Gdyby nie wspomniany psi aspekt, powiedziałbym nawet, że to rewelacja. Tak jednak, jak jest, nadal pozostaje dla mnie książką, którą szczerze mogę każdemu polecić, ale na pewno nie jako must have, ani nawet must read
Wasz Andrew
poniedziałek, 21 stycznia 2013
30 rocznica śmierci Mariana Mazura
Marian Mazur na przełomie lat 70-80, zdjęcie Marek Banach.
Dziś właśnie przypada 30 rocznica śmierci genialnego polskiego uczonego - Mariana Mazura. Był twórcą polskiej szkoły cybernetyki, a jego teoria systemów autonomicznych i jakościowa teoria informacji do dziś urzekają prostotą, oryginalnością i uniwersalnością. Nie będę tutaj przypominał sylwetki naszego wielkiego rodaka. Jego życiorys można znaleźć choćby w Wikipedii. Pragnę z okazji tej rocznicy zwrócić uwagę na chyba najbardziej popularną książkę Mariana Mazura Cybernetyka i charakter. Pozycja w Polsce dużo mniej znana niż za granicą, podobnie jak sama sylwetka autora i jego teoria. To już chyba taka nasza narodowa tradycja, by cudze chwalić, a swego nie znać. Czasami mam wrażenie, że gdyby Kopernika za swego nie uznawały inne narody, a zwłaszcza Niemcy, co przez zazdrość mobilizuje naszą pamięć o nim, to byłby w kraju zupełnie zapomniany. Analogia tym bardziej uprawniona, iż Marian Mazur dokonał rewolucji na miarę kopernikańską, nie tylko w cybernetyce jako takiej, co choćby w psychologii przy pomocy tejże cybernetyki. By przeciwstawić się zapomnieniu, zapraszam do lektury mojej opinii, a potem samej książki, która wbrew tytułowi więcej rewolucjonizuje w wiedzy o nas samych, niż cybernetyce, a zawarta w niej nowatorska teoria jest narzędziem również dla innych dziedzin. Gorąco polecam
Wasz Andrew
Subskrybuj:
Posty (Atom)







