Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

wtorek, 18 września 2012

Ryba uwięziona na Cejlonie

Ryba-Skorpion 

Ryba-Skorpion

Nicolas Bouvier

Tytuł oryginału: Le poisson-scorpion
Tłumaczenie: Andrzej Frybes
Wydawnictwo: Oficyna Literacka Noir sur Blanc
Liczba stron: 144
 
 



Nicolas Bouvier, urodzony w 1929 roku, to szwajcarski pisarz i podróżnik. W drodze był już od najmłodszych lat, zwiedzając początkowo różne zakątki Europy. W czerwcu 1953, Bouvier wraz ze swoim przyjacielem Thierrym Vernetem wyruszył do Jugosławii. W dalszej kolejności przyszła pora na Turcję, Iran oraz Pakistan. Na Przełęczy Chajberskiej Vernet opuścił swojego przyjaciela i od tego momentu Bouvier podróżuje sam. W roku 1955, poprzez Afganistan, Pakistan oraz Indie, Szwajcar trafił na Cejlon, gdzie spędza niemal 2 lata, zanim uda mu się wyrwać z przeklętej, jak się później okaże, wyspy.

Cejlon, często określany mianem szmaragdu na szyi subkontynentu oraz Arkadią wiktoriańskich podróży poślubnych to druga największa wyspa Oceanu Indyjskiego. Panuje tu klimat zwrotnikowy monsunowy. Ze względu na bezpośrednio sąsiedztwo równika, dominuje tu nieznośny upał – Cejlon to królestwo słońca, które około szóstej rano wzbija się nad horyzont jak ognisty pocisk i rozlewa po wyblakłym, zamglonym niebie. Wszędzie widać podstępne oko tego cyklopa odbijające się w oparach i wyziewach, które wysysa z miasta. Podczas nie kończącego się dnia przygniata swoim ciężarem rośliny, ludzi, myśli, każąc im dojrzewać i gnić w szalonym tempie, i zatruwa nas jak podły absynt, zanim dymiąc zanurzy się w morzu pośród rozpasanych, winnych czerwieni, które zresztą gasi w pośpiechu i zabiera ze sobą.

Pobyt na Cejlonie oraz wszelkie związane z tym udręki, Bouvier opisał w książce Ryba-Skorpion, z której to właśnie pochodzi powyższy cytat na temat słońca. Młody podówczas podróżnik postanowił nieco wypocząć po trudach dotychczasowej podróży. Bouvier przejął pokój (sto siedemnasty odkąd wyruszył ze Szwajcarii, jak sam wyliczył) w jednym z hoteli na południu wyspy, w którym do tej pory mieszkali jego znajomi. Regeneracja nie w pełni się jednak udała – Bouvier nabawił się tyfusu, a dodatkowo problemy finansowe przesądziły o konieczności dłuższego pobytu na wyspie.

Ryba-Skorpion to bardzo swoisty i nietypowy dziennik podróżny, bo napisany z perspektywy 20 lat, które upłynęły, nim pisarz zdecydował się przelać na papier towarzyszące mu na Cejlonie uczucia. Narrator książki, zamiast, jak moglibyśmy tego oczekiwać, snucia wspomnień na temat uroków czy zabytków Cejlonu, prowadzi bardziej rejestr dnia codziennego: wspomnienia rzeczywiste przeplatają się tutaj z ułudą i magią, a wszystko podane jest w zalewie filozoficzno-dygresyjnej, ponadto wszędobylski oraz bezlitosny upał sprawiają, że atmosfera klei się wręcz od lenistwa, które wynika bardziej z niemocy, letargu.

Książka Ryba-Skorpion zapozna nas ze stanami ducha młodego podróżnika, któremu nie raz, nie dwa przychodziła do głowy natrętna myśl, pytająca, po co właściwie to wszystko. Autor wprowadzi nas w nieco depresyjne stany, przez które dane mu było przejść. Cejlon jawi się tutaj nie jako rajska wyspa, a bardziej jako więzienie codzienności i rutyny, od których nie ma ucieczki. Bouvier serwuje znakomite studium zarówno ludzkiej społeczności zamieszkującej wyspę, wśród której znajdziemy przedstawicieli Tamilów, Maurów oraz ludu Wedda jak również niezwykłe obserwacje dotyczące świata owadów. Dla pogrążonego w samotności Szwajcara, który nie był w stanie złapać bliższego kontaktu z żadnym z autochtonów, towarzyszami niedoli stały się mrówki, żuki, termity oraz inne robaczki. Autor z szacunkiem opisuje świat zwierząt, studiuje dokładnie ich zachowania oraz zwyczaje. Na szczególny szacunek zasługuje malowniczy opis bitwy, jaka rozegrała się pomiędzy mrówkami a termitami, które odbywały swoje loty godowe. Wydaje się, że jedynie człowiek skrajnie samotny mógł tak żywo i precyzyjnie przedstawić świat owadów, w którym egzystencja na co dzień toczy się w sposób niezauważalny dla zwykłego zjadacza chleba.

Narracja, przypomina momentami błądzenie w oparach obłędu. Wspomnienia mają ten charakter, być może ze względu na chorobę, która męczyła wówczas Bouviera. Smaku dodają także snute opowieści na temat czarów i magii, które są niemal powszechne na Cejlonie (doświadczył jej także sam Bouvier – w końcu pomoc ducha zmarłego zakonnika w redagowaniu artykułu z pewnością nie należy do rzeczy pospolitych). Dowiadujemy się, że praktycznie każdy mieszkaniec styka się regularnie z białą lub czarną magią, okazuje się, że porachunki, akty zemsty, itp., zdecydowanie częściej załatwia się za pomocą magicznych sił, dżinów, czy demonów niż przy użyciu słów czy przemocy fizycznej. Grozą wieje szczególnie, gdy autor raczy nas nastrojowym opisem wioski M..., która uchodzi za źródło wszelkich nieszczęśliwych wypadków.

W swojej prozie Brouvier nie skąpi również filozoficznych dygresji. Podróż na Daleki Wschód pozwala krytycznych okiem spojrzeć na dotychczasowy dorobek Cywilizacji Zachodu, z której to zresztą Szwajcar pragnął zerwać, czego definitywnym symbolem zdaje się być list od byłej ukochanej (spod znaku Skorpiona; jeśli dodamy, że Bouvier to zodiakalna Ryba to mamy przynajmniej jedno odniesienie do tytułu książki, reszty poszukajcie sami), zawiadamiający o zawartym związku małżeńskim. Zachodniej kulturze dostaje się m.in. za uzurpowanie sobie prawa do uważania się za centrum planety oraz postrzegania pozostałych regionów świata w kategoriach uboższych intelektualnie przedmieść, które wypada darzyć jedynie pogardą, ewentualnie od czasu do czasu nazwać jakoś krainy, gdzie owe zaścianki się znajdują. Bouvier redefiniuje także tradycyjnie rozumiane pojęcie postępu, które na Zachodzie mierzone jest miarą udogodnień, jakie dany wynalazek przynosi strudzonej ludzkości. Wg Bouviera przedmiotem oraz podmiotem postępu jest człowiek, a istota rozwoju winna bardziej skupiać się na dążeniu do duchowej doskonałości – mechanistyczne oraz utylitarne podejście zaślepia i zubaża Zachód począwszy od Archimedesa i Leonarda. Kontynuując jeszcze krytykę europejskich wymysłów, dodać należy, że szwajcarski podróżnik zręcznie wypunktował ideał tzw. życia w harmonii z naturą. Brouvier udowadnia, że to fanaberia filozofów, by nie rzec obraźliwiej, bajkopisarzy z Północy, gdzie przyroda jest o wiele bardziej spokojna, poddańcza, spętana. Cejlon, a ogólniej, strefa podzwrotnikowa, to zupełnie inna rzeczywistość – niezwykła bujność, obfitość, wola życia wszelkich organizmów aż przytłacza. Gdybyśmy się chociaż na chwilę zapomnieli w całej tej zielonej klatce i zbyt intensywnie poddali się kontemplacji cudów przyrody, mogłoby dojść do tego, że zostalibyśmy przez nią żywcem pożarci.

Patrząc na grubość Ryby-Skorpiona dziwić może nieco skromna objętość całej książki. Zastanawiające jest, że tyle czasu spędzonego na Cejlonie obrodziło raptem w te kilkadziesiąt stron. Śmiesznym wydaje się fakt, że napisanie tak małej liczby arkuszy kosztowało tyle wysiłku, a przy dziele tym wylało się tyle hektolitrów potu. Zaskakuje równocześnie bogactwo treści, które zawarto na tym niewielkim polu. Wydaje się, że umysł Brouviera wciąż był przygwożdżony upałem, a każde słowo było dokładnie ważone w myślach, zanim podjęto tytaniczny wysiłek by przelać je na papier.

Podsumowując, Ryba-Skorpion to kawał dobrej prozy, która pod płaszczykiem podróżnego dziennika, skrywa zdecydowanie głębsze treści. Reminiscencje dotyczące pobytu na Cejlonie stają się dla Bouviera pretekstem do wędrówki w zakamarki własnej psychiki. Szwajcar, udowadnia swoim piórem, że studiując obce kultury, badając nieznane nam obyczaje, wcielając się w rolę widza, obserwatora cudzej codzienności, jak na patelni zaczynamy dostrzegać siebie oraz swoje życie. Słowem, okazuje się, że prawdziwa podróż odbywa się w głąb nas samych.

P.S.
Na zakończenie piękna i mądra sentencja Bouviera na temat istoty włóczenia się po świecie: A journey does not need reasons. Before long, it proves to be reason enough in itself. One thinks that one is going to make a journey, yet soon it is the journey that makes or unmakes you.

P.S.2
Pozycja do nabycia w Matrasie za piątaka.

poniedziałek, 17 września 2012

"Nowy wspaniały świat" Aldous Huxley



Aldous Huxley
Nowy wspaniały świat
(oryg. Brave new world)

Przekład i posłowie Bogdan Baran

Wydawnictwo Literackie Kraków 1988

Seria: Fantastyka i Groza

Po Nowy wspaniały świat, autorstwa nieżyjącego już Aldousa Huxleya, sięgnąłem dzięki konkursowi Skody i serwisu LubimyCzytać.pl Czytam, bo wiem co dobre!. Wiele było wartościowych lektur do wyboru, lecz wybrałem tę, o której wiedziałem najmniej. I był to strzał w dziesiątkę!


Rzecz dzieje się w XXVI wieku. Ludzkość, której kolejne pokolenia są produkowane i warunkowane w wielkich fabrykach, osiągnęła stan permanentnej szczęśliwości; bez wojen i głodu, bez starości, bez strachu przed śmiercią i troski o jutro. Bez zawiedzionych miłości nawet. Każdy ma wszystko, czego pożąda i nikt nie pożąda niczego, czego mieć nie może. Jedynie w najodleglejszych, niewartych ucywilizowania zakątkach świata, rezerwatach odgrodzonych drutami pod wysokim napięciem, żyją relikty dawnego świata trapione chorobami, religią i głodem.

Elementem łączącym obie rzeczywistości i umożliwiającym ich dynamiczne zderzenie jest zakończona nieszczęśliwym wypadkiem podróż jednej z obywatelek Nowego Świata do Rezerwatu. Tam, uwięziona przez długie lata, rodzi syna, a gdy ten dorasta, oboje wracają do cywilizacji. Fabuła, wzbogacona również o kilka innych wątków, ma jednak tylko wprowadzić nas w cudowny świat przyszłości.

Od powieści Huxleya po prostu nie sposób się oderwać. Wciąga jak żadna inna, a myśli, które prowokuje, nie dają zasnąć. Czyta się ją jakby napisana została wczoraj i aż się wierzyć nie chce, że powstała w 1931 roku. Wydaje się nawet, iż z każdym mijającym dziesięcioleciem nabiera większej aktualności.

Nowy wspaniały świat, klasyfikowany jako antyutopia, w sferze przekazywanych treści i pytań przypomina cebulę. Można obierać warstwa po warstwie, by pod spodem znajdować kolejne, jeszcze świeższe. I podobnie jak cebula, może wywołać płać, lecz nie z oczu, a duszy.

Powieść absolutnie genialna i aktualna. Warta polecenia każdemu, kto nie boi się samodzielnie myśleć; podważać prawdy i wartości uznawane za niepodważalne, zastanowić się nad odwiecznymi sprzecznościami tkwiącymi w człowieku; w jego działaniach i marzeniach. W człowieku jako jednostce będącej niepowtarzalną, ale zarazem społeczną. Pragnącą wolności, a zarazem stabilności, różnorodności, a zarazem jedności. W kategorii książki zmuszającej do myślenia Nowy wspaniały świat to absolutny numer jeden ze względu na wagę, wielość i ponadczasowość poruszanych problemów, a także na styl, który sprawia, iż lektura wciąga i nie puszcza.

Miałem szczęście, iż trafiło mi się wydanie z roku 1988 opatrzone ówczesnym posłowiem, które przez swą ewidentnie widoczną dziś nieaktualność, ukazuje rzeczywistą ponadczasowość samej powieści. Kiedy uświadomimy sobie realia okresu, w którym posłowie powstało, czyli ostatnie tchnienie realnego socjalizmu, zobaczymy to, co zawsze podkreślam: większość społeczeństwa ma (oczywiście w indywidualnie zróżnicowanym stopniu) mózgi zorane indoktrynacją wszelkiego rodzaju: związków wyznaniowych, polityczną, marketingową. Widać to jako jedną z tez w Nowym świecie, a dowodem właśnie owo posłowie. Jego autor nie potrafił wyrwać się z mentalnych okowów swoich czasów i dlatego widać dziś jego nieadekwatność do naszych dzisiejszych realiów. Jednocześnie, jeśli ponownie wspomnimy szokującą datę powstania dzieła – 1931 - widzimy tchnienie geniuszu. Zauważyć należy też wielkość krytyków lat międzywojennych, którzy już wtedy powieść Huxleya zauważyli. My, bogatsi o doświadczenia faszyzmu i komunizmu, a przede wszystkim obserwujący nieustanne zmierzanie społeczeństw Zachodu w kierunku Społeczeństwa Dostatku i Szczęśliwości, tym bardziej powinniśmy docenić tą powieść i po raz kolejny odkryć wielkość Aldousa Huxleya. Choć drogi, którymi podąża nasz dzień dzisiejszy wydają się na pozór odległe od tych, które doprowadziły do powstania Nowego wspaniałego świata, to gdy patrzę na coraz większą liczbę wytworów ery totalnego marketingu, czyli ludzi, którzy mają czas tylko na pracę i reklamowane rozrywki, bez chwili na refleksję, zastanowienie, czy nawet własny sposób na wolny czas, ba - nawet bez chwili dla własnych dzieci, to myślę, że z każdym dziesięcioleciem Nowy wspaniały świat będzie książką jeszcze bardziej wartościową i niestety coraz bardziej aktualną. Chyba, że kiedyś znajdzie się na indeksie. 


Wasz Andrew

Nowy wspaniały świat [Aldous Huxley]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

niedziela, 16 września 2012

Nekrofilia


Dzisiaj kolega mnie zapytał: Czy wiesz co to jest nekrofilia? No ja na to trzasnąłem regułkę... A on na to: To pociąg do zakopanego!!!

Klaus Mann "Mefisto" - Trefniś hitlerowskiego piekła

Mefisto 

Mefisto

Klaus Mann


Tytuł oryginału: Mephisto 
Tłumaczenie: Jadwiga Dmochowska
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Seria: Klub Interesującej Książki
Liczba stron: 355
 
 

Thomas Mann, to z pewnością osoba, która każdemu czytelnikowi przywodzi na myśl jakieś skojarzenia: literacka nagroda Nobla z 1929 roku, autor takich powieści-fundamentów literatury niemieckiej jak Czarodziejska góra, Doktor Faustus, czy Śmierć w Wenecji. Ciekawi mnie zatem, ile osób wie, że Mann mógł pochwalić się całkiem licznym potomstwem, bo aż szóstką dzieci, z czego dwoje z nich postanowiło pójść w ślady ojca i chwycić za pióro: Klaus i Erika.

sobota, 15 września 2012

Sarkazm



Sarkazm to najniższa forma humoru, ale najwyższa forma inteligencji.

Angielskie powiedzenie (przypisywane niekiedy Oscarowi Wilde (Sarcasm is the lowest form of humour but the highest form of wit).

piątek, 14 września 2012

Ranczo Wilkowyje



Od jakiegoś czasu mamy możliwość w TVP1 oglądać serial Ranczo Wilkowyje. Ja takie produkcje zwykle omijam z daleka, jednak w pewnym zakresie mam z nimi do czynienia, gdy inni domownicy siedzą przed telewizorem, a sam zajmuję się książką lub komputerem. Nie dziwię się im, że to oglądają, gdyż geniusze po wielogodzinnej wytężonej pracy umysłowej muszą się chyba trochę ogłupić, żeby odpocząć. Tak myślałem, ale nie widziałem w tym serialu niczego ciekawego, podobnie jak w innych podobnych produkcjach.

Już od dawna miałem zamiar skrytykować na mym blogu stały element Rancza, jakim jest ławeczka przed sklepem, na której miejscowi alkoholicy przyjmują swoją codzienną dawkę napojów, których spożywanie w miejscach publicznych jest zabronione. Ewidentnie jest to propagowanie alkoholizmu jako stylu życia, a co za tym idzie - łamanie prawa.

Kilka tygodni temu zdarzyło mi się oglądnąć cały odcinek Rancza i... zaciekawiło mnie. Odtąd chętnie włączam telewizor zawsze, gdy jest emitowane. Nie z powodu gry aktorów, która choć sympatyczna, jest obciążona tymi wszystkimi wadami, które są normą w polskiej sztuce aktorskiej i które sprawiają, że Oskary zdobywają Polacy różnych profesji, ale nie tej. Urzekły mnie alegoryczne obrazy naszej rzeczywistości. Postacie wójta (obecnie senatora), Czerepacha i innych są prześwietne, a ukazanie Kościoła, mechanizmów polityki i władzy, jest rewelacyjne. Ktoś marzący o karierze politycznej może podpatrzeć różne ciekawe chwyty, powszednie dla członków klasy rządzącej (zwanej też klasa polityczną), a szokujące dla zwykłych ludzi, którzy z tym środowiskiem jeszcze nie mieli do czynienia. Inna sprawa, że Kościół, tą polską władzę dusz, potraktowano zdecydowanie bardziej ulgowo, niż władzę świecką. Pięknie oddane są również różne mechanizmy i postawy obecne w dzisiejszej wsi polskiej. Nie wiem, jak będzie dalej, ale ostatnie odcinki były rewelacyjne. Szkoda tylko, że nadawane są w godzinach, gdy młodzież siedzi przed telewizorami, bo jednak ta pijacka ławeczka stanowi kuszącą alternatywę wobec pozostałych nisz społecznych, które czekają na młodych. Zwłaszcza kusi swego rodzaju uczciwością moralną, która przeciwstawiona jest Kościołowi, który za pieniądze na remont świątyni jest gotów przymknąć oczy na ewidentne niegodziwości. O polityce i politykach już nawet nie wspominam. Oczywiście dla równowagi mamy też postacie z gruntu uczciwe, które nie dają się wchłonąć złu i którym własna moralność służy za ostateczny osąd. Niestety nie jest ich za wiele.

Większość krytyków wychwala serial za humor. Szczerze mówiąc, ja widzę mnóstwo ironii, lecz powodów do szczęśliwego, beztroskiego śmiechu nie zauważam. Czasami mamy chyba wręcz do czynienia z sarkazmem, a nie ironią. Chyba, że dla kogoś śmieszne jest zło pleniące się niczym Barszcz Sosnkowskiego, zanik zwykłej ludzkiej przyzwoitości, państwo z każdym rokiem ulegające dalszej degrengoladzie, czy Kościół bardziej nastawiony na mamonę, niż niejedna świecka organizacja pożytku publicznego. Tym, którzy w trakcie seansu Rancza beztrosko się śmieją, dedykuję wiecznie żywe słowa Nikołaja Gogola: „Z czego się śmiejecie? Z siebie samych się śmiejecie!”

Ciekaw jestem, w jakim kierunku się to wszystko rozwinie i polecam ten serial jako wyjątkowy na tle innych tasiemców, które serwuje telewizja. Co dalej, jak wspomniałem, nie wiem,, lecz przynajmniej ostatnie odcinki były warte obejrzenia


Wasz Andrew 

czwartek, 13 września 2012

Niech to się nigdy nie kończy



Åke Edwardson

Niech to się nigdy nie kończy
(oryg.: Låt det aldrig ta slut)
tłumaczenie: Małgorzata Kłos
seria/cykl wydawniczy: Erik Winter tom 4, Czarna Seria
wydawnictwo: Czarna Owca 2012

Niech to się nigdy nie kończy jest czwartą odsłoną cyklu powieściowego pióra Ake Edwardsona, którego głównym bohaterem jest komisarz Erik Winter ze szwedzkiej policji, ale dla mnie miała to być pierwsza konfrontacja z twórczością tego autora. Jako wielbiciel szwedzkiej szkoły kryminału społecznego przystąpiłem do lektury z ciekawością, a nawet zapałem.

Znacie to uczucie, gdy podczas uroczej jazdy po nowo oddanej do użytku drodze koło waszego auta wpada w dziurę, która zatrzymuje was w miejscu? Coś takiego zafundował mi Ake Edwardson i sprawił, iż zamiast pochłaniać w swej wyobraźni świat wykreowany w powieści, doznałem głębszej refleksji.

Wielokrotnie już wcześniej chodziło mi po głowie pytanie, które jednak właśnie ta lektura szczególnie mocno wyartykułowała w mym umyśle: Dlaczego ludzie obdarzeni świetnym piórem, niezłą wyobraźnią i na pewno sporą wiedzą, nie mogą się powstrzymać od wtrącania w dobry w gruncie rzeczy tekst ewidentnych bzdur? Co za diabeł cholerny ich do tego kusi, skoro właśnie te momenty, które są błędami godnymi kretyna, mogliby pominąć i niczego by to w konstrukcji fabuły nie zmieniło?

W omawianej powieści zauważyłem dwie ewidentne wpadki. Pierwsza to ryska na obiektywie, która była widoczna na zdjęciach (odbitkach). Kto chce zobaczyć, jak trzeba „zarysować” obiektyw, by było to widoczne na zwykłych odbitkach, niech zajrzy >TUTAJ<. Po co Edwardson wsadził się na taką minę? Druga to moment, gdy detektyw wchodzi przez okno. Najpierw je z zewnątrz otwiera, a potem dopiero coś pod nie podstawia i zagląda do środka, by się upewnić, że w pomieszczeniu nie ma nikogo, kto mógłby go zobaczyć. Kretyństwo! Nawet najmniej rozgarnięty stójkowy najpierw się upewni, iż nikogo w środku nie ma, a dopiero potem będzie forsował okno. Lapsusy ewidentnie niepotrzebne i nie mogę zrozumieć, jak mogły się przydarzyć komuś, kto napisał naprawdę niezłą powieść kryminalną. Niestety, Niech to się nigdy nie kończy nie jest przykładem szwedzkiego kanonu. Raczej bliżej tej powieści do produkcji zza wielkiej wody. Brak rzeczywistego zwrócenia uwagi na konkretne problemy społeczne, fabuła jakaś taka sztucznie zagmatwana i dla mnie osobiście niezbyt przekonująca, podobnie jak motywy i konstytucja psychologiczna czarnych charakterów.

Z jakim przestępstwem tym razem zmierzył się Erik Winter i jak mu się powiodło, nie będę zdradzał. To powieść ewidentnie jednorazowa, więc im mniej się wie przed jej przeczytaniem, tym większa szansa, iż się nam choć trochę spodoba. Styl jest bowiem niezły. Udało się autorowi zwłaszcza oddanie konieczności zespołowej pracy policjantów zwalczających cięższe gatunkowo formy przestępczości i wpływ tego fachu na życie prywatne. To chyba najbardziej szwedzki rys tej książki, reszta nie różni się od kolejnej odsłony Kojaka czy Policjantów z Miami. Jeśli ktoś lubi kryminały, może sięgnąć po tą powieść. Da mu pewnie ona mniejszą lub większą dozę dobrej rozrywki, ale nie lepszą niż na czwórkę w starej skali ocen. Pozostałym odradzam i polecam wybrać inną lekturę. Jest przecież w czym wybierać


Wasz Andrew

Niech to się nigdy nie kończy [Ake Edwardson]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

wtorek, 11 września 2012

Mechaniczne pszczoły


Pszczoła pijąca wodę - foto: Bartosz Kosiorek (Gang65)

W wielu krajach rosnąca śmiertelność pszczół miodnych jest coraz większym problem, nie tylko dla pszczelarzy. Nasze środki masowego przekazu od kilku dni dmą w radosne i dumne trąby narodowej wyższości informując, iż nasi naukowcy prowadzą pionierskie prace mające na celu skonstruowanie „sztucznej pszczoły” i Polacy są na tym polu prawdopodobnie najbardziej zaawansowani.


Kiedy słucham tych wypowiedzi, mam wrażenie, iż choć drogą radosnego kapitalizmu podążamy od niedawna, to jesteśmy w tym infantylnym widzeniu świata, a zwłaszcza postępu, charakterystycznym dla neofitow boga biznesu, najbardziej gorliwi na świecie, a na to się jeszcze nakłada nasza skłonność do hurra-akcji zastępujących nam konsekwencję i rzetelną pracę. Z jednej strony jako społeczeństwo niby popieramy ekologię, gdyż tak wypada, ale z drugiej z największą gorliwością angażujemy się we wszystko, co jest jej zaprzeczeniem.

Jak uczy dorobek jednego z największych umysłów naszego narodu* warunkiem nieśmiertelności organizmu jest stagnacja, a rozwój jest gwarantem śmierci. W pewnym sensie, jeśli rozwój zamienić na postęp, a śmierć rozszerzyć nie tylko na nią samą, na śmierć całkowitą, ale i na kryzys, dotyczy to nie tylko pojedynczych osobników, ale całych populacji oraz procesów zachodzących zarówno w nich, jak i w innych zbiorach. Z tych najprostszych spraw, które intuicyjnie znane były choćby niektórym tradycyjnym kulturom Ameryki, my zdajemy się nie rozumieć niczego.

Gdybyśmy naprawdę byli ludźmi na miarę naszych czasów, mądrzejszymi od zachłystujących się wizją postępu współczesnych Juliuszowi Verne, zauważylibyśmy, że coś te pszczoły zabija. Albert Einstein miał powiedzieć podobno, iż rodzajowi ludzkiemu zostaną cztery lata istnienia od momentu, gdy umrze ostatnia pszczoła. Dziwi mnie, co zresztą świadczy o poziomie umysłowym naszych dziennikarzy, że nikt z nich nie zauważył, iż geniusz fizyki najpewniej nie miał na myśli śmierci ludzkości z braku miodu, ani nawet masowego głodu z powodu wymierania roślin będącego następstwem braku zapylaczy. Są rośliny, które zapylaczy nie potrzebują, że nie wspomnę o morzach i oceanach, gdzie jest tyle pożywienia, iż dla pewnej liczby ludzi na pewno wystarczy. Po prostu to coś, co zabija pszczoły, zabije w końcu, niekoniecznie bezpośrednio, również i nas. A my, zamiast skierować wysiłki na zbadanie tego zagrożenia i opracowanie sposobów jego wyeliminowania, konstruujemy sztuczne zapylacze. Prawdziwie ekologiczne widzenie świata!

Każda grupa społeczna, każdy naród i państwo, tak jak każda rodzina, ma pewną ilość środków do dyspozycji. Jeśli wykorzysta je na jedno, zabraknie na drugie. Środki, które spożytkujemy na konstruowanie ersatzu zapylaczy, nie zostaną wykorzystane na zbadanie podstaw problemu wymierania pszczół i opracowanie ratunku. I nie mam na myśli tylko pieniędzy i mózgów naukowców. Chodzi również o miejsce w świadomości społecznej, o mentalność całego społeczeństwa, a zwłaszcza młodego pokolenia, któremu znów wmawia się, że wszystko można zastąpić czymś, co da się skonstruować i wyprodukować, a potem sprzedać i kupić.

Wszystkim fascynatom mechanicznych pszczół i innych nowych technologii proponuję już dziś nauczyć się jeść plastik. Na tej drodze nic innego nas nie czeka.


Wasz Andrew



* Marian Mazur, którego książkę CYBERNETYKA I CHARAKTER w szczególności polecam