Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

wtorek, 20 marca 2012

Podwójna gra





Sięgając po powieść Jamesa Pattersona Podwójna gra (Double Cross) wiedziałem mniej więcej czego powinienem się spodziewać, gdyż miałem już wcześniej do czynienia z jego prozą. Nawet ludziom, którzy książki omijają z daleka i którym jego nazwisko z niczym się nie kojarzy, nie jest obca jego twórczość. Prawie każdy, nawet jeśli nie przepada za kryminałami i thrillerami, kojarzy ekranizacje dwóch z jego powieści emitowane już wielokrotnie w naszej telewizji, czyli W sieci pająka i Kolekcjoner. Może nie tyle utrwala nam się w pamięci fabuła tych filmów, co tytuł i skojarzenie, iż film był dobry.

Podwójna gra to trzynasta powieść z cyklu książek o przygodach łowcy seryjnych morderców Alexa Crossa. Nie będę ujawniał fabuły, gdyż odarcie tego typu książki z zagadki „co dalej” w ogóle przekreśliłoby celowość sięgnięcia po nią. Nadmienię tylko, iż rzecz jest schematyczna. Nieudolna policja i biedne społeczeństwo jest terroryzowane przez seryjnego mordercę, a nasz bohater musi stanąć do walki w obronie prawa i niewinnych.

Gdyby Podwójna gra była scenariuszem, film pewnie byłby niezły. Akcja jest wartka, pełna zwrotów. Zbrodnie obowiązkowo okrutne, wynaturzone i krwiste. W zamyśle szokujące. Ponieważ to jednak nie film, więc zamiast szokować, najpierw nuży, a potem po prostu nudzi.

Od początku, zarówno ze stylu narracji, reputacji autora jak i wspomnianych ekranizacji, domyślamy się iż to kolejny „amerykański bestseller”. Musi więc, jak na kanon przystało, skończyć się happy endem. Może nie dla wszystkich. Może autor poświęci którąś z osób bliskich głównemu bohaterowi aby podnieść napięcie. Na pewno jednak Alex Cross przeżyje. Nie jest to żadne zdradzanie zakończenia. To samo wrażenie miałem przed laty czytając pierwszą powieść Pattersona. To się po prostu czuje już od połowy książki co najmniej, jeśli nie od samego początku.

Schematyzm polega również na stopniowaniu napięcia poprzez coraz okrutniejsze czyny sprawców. Sprawców całkowicie nieuchwytnych, prawdziwych herosów i przy tym geniuszy. A potem trzeba jakoś sprawę załatwić, by dobro zwyciężyło. Nagle herosi zmieniają się w nieudaczników i przegrywają. To uchodzi w filmie, gdzie absorbuje nas obraz i muzyka, a nie tylko treść. W książce to nie przechodzi.

Nie dość, że postacie, zwłaszcza czarnych bohaterów, są mało przekonujące, to jeszcze na koniec jakby raptownie się zmieniały nawet pod względem konstrukcji psychicznej. Od początku jest jakiś dysonans pomiędzy ich charakterami, konstrukcją psychiczną, a ich motywami i podejmowanymi działaniami. W dodatku na koniec nawet schemat podejmowanych decyzji się w nich zmienia, chyba po to, by ułatwić wspomniane szczęśliwe zakończenie. Po prostu porażka.

Nawet jak na zwykły, pozbawiony głębszych treści kryminał lub jak kto woli thriller (gdzie przebiega granica?) jest on dla mnie po prostu nudny. Do tego te przesadzone, wydziwnione na siłę zbrodnie. Wydumane i bezsensowne. Tak jakby „zwykłe” zabójstwo nie mogło być wystarczającym motorem powieści. Tak jakby tony krwi i flaki na dywanie były niezbędne, by stworzyć napięcie. Prawdziwi mistrzowie potrafią stworzyć grozę bazując na tym czego nie widać, a nie na prostackich, w dodatku infantylnych obrazach makabry. Producenci sztampowych hitów chyba zapominają, iż obozów koncentracyjnych i gułagów nie przebije żaden masowy morderca. Zapominają, że największą grozę budzą nie obrazy setek ciał, a zbliżenie na psychikę oprawcy lub ofiary.

Łatwo się domyślić, dlaczego powieści J.P. tak dobrze się sprzedają. Są proste, o ile nie prostackie, ich ekranizacje, w przeciwieństwie do książek, są dobre, reklama jest potężna. Prawdziwa masówka dla mas. Taki garbus wśród książek. Literatura dla pospólstwa. W ilości siła.

Jest tyle lepszych rzeczy w tej branży, że aż mnie dziwi, jak można się taką powieścią zachwycać. Jeśli do tego dodać liczne przykłady pokazujące, iż możliwe jest udane połączenie w tym kanonie świetnej rozrywki z dobrym gustem, stworzenie rzeczy oryginalnych, świeżych i odkrywczych, a zarazem pełnych wartości moralnych, wychowawczych i w dodatku aktualnych, to widzę Podwójną grę jako totalny chłam. Nie mogę wyszukać żadnego powodu by to coś kupować ani nawet wypożyczyć z biblioteki. Na pewno jest w niej całe mnóstwo książek o niebo lepszych pod każdym względem, nawet w ramach tego samego gatunku. I nie trzeba wcale sięgać do literatury szwedzkiej, która mnie ostatnio zafascynowała. Również w literaturze amerykańskiej jest w czym wybierać, o czym z przekonaniem Was zapewniam


Wasz Andrew

poniedziałek, 19 marca 2012

Moja twoja urwać ręka




czyli

Wspomnienia niemieckiego snajpera
(oryg. Grandfather’s Tale – The tale of a German Sniper)
by Timothy Erenberger

Kiedy dorwałem tę publikację byłem zachwycony... Przez moment. Przez jedną chwilę trwającą tyle, ile potrzeba na obrócenie książki i rzucenie okiem na notkę wydawcy.

Znacie to uczucie, gdy już na początku bójki zaliczacie cios, który nie miał prawa dotrzeć do celu? Tym było zdanie z okładki nazywające snajperów „żołnierzami-zabójcami”. Tak jakby nie byli nimi strzelcy obsługujący karabiny maszynowe, zwiadowcy, saperzy lub piloci bombowców, myśliwców i przedstawiciele wielu innych wojskowych specjalności. Już wtedy miałem przeczucie, że chyba nie będzie tak wspaniale, jak miałem nadzieję. Pocieszyłem się jednak, że to tylko notka reklamowa i rozpocząłem lekturę.

O czym książka opowiada nie będę wyłuszczał, gdyż tytuł mówi sam za siebie. Ważniejsze jednak, kto wręcz zgnoił świetnie zapowiadający się temat. Zacznę od wydawcy i tłumacza. W dawnych czasach takich wyrobników taczano by w smole i pierzu tudzież batogami gnano nagich po śniegu na rynku ku uciesze czytelników tudzież innej gawiedzi. Byłaby to zasłużona nagroda dla twórców wydania*, z którym miałem okazję się zapoznać. Rzadko zdarza się zobaczyć w naturze tak modelowy przykład brakoróbstwa. Mało powiedziane, iż książka roi się od błędów wszelkiej maści, od literówek począwszy, przez koszmarne wręcz błędy stylistyczne i na ortograficznych bykach skończywszy. Szokuje wręcz radosna twórczość w sferze odmianów i końcówków. Polszczyzna rodem z powiedzenia „moja twoja urwać ręka”. Gdyby uczeń w podstawówce, że o dalszych etapach edukacji nie wspomnę, w ten sposób przelewał myśli na papier, marny byłby jego koniec, nawet gdyby legitymował się żółtymi papierami, dysleksją i ADHD jednocześnie. Błędy są tak uciążliwe, iż czytelnikowi wyżej wspomniany styl bardzo poważnie uważnie utrudnia percepcję i skupienie się na treści. A jest się na czym skupiać.

Od pierwszych stron wspomnień, które podobno są autentyczne, widać masę błędów merytorycznych równie przytłaczającą, co ilość błędów edytorskich. Od początku mamy do czynienia choćby z teleskopami(!) snajperskimi zamiast lunet. Gdyby chcieć wszystkie te wpadki wypunktować zabrakłoby mi miejsca. Nie jestem w stanie rozstrzygnąć, czy to wszystko jest winą przekładu, czy pisarza. Niemniej jednak poddaje w wątpliwość kompetencje obu** i podważa autentyczność opowieści. Podważa, ale nie pozwala o niej rozstrzygnąć.

Tutaj dochodzimy do najważniejszego: prawda to, czy fikcja?

Pomijając nieścisłości dotyczące realiów wojennego życia snajperów, które najprawdopodobniej niejednokrotnie jednak można zwalić na tłumacza, widzimy tutaj charakterystyczny błąd perspektywy. Szeregowy żołnierz, nawet wybitnie uzdolniony i należący do elitarnej formacji, ma określony horyzont wiedzy o działaniach, w których uczestniczy; dużo węższy od możliwości swego przełożonego, który z kolei wie mniej od tego, który jest wyżej w hierarchii służbowej i tak dalej, aż do Sztabu Generalnego, Naczelnego Dowództwa, czy co tam w danym kraju jest na szczycie. Im mniej się ma na pagonach, tym mniej się wie. Widać te zależności prześwietnie choćby w ociekających krwią wspomnieniach z frontu wschodniego Przez wojenną zawieruchę. Tego autentyzmu punktu widzenia we Wspomnieniach niemieckiego snajpera brak. Działając jako szeregowy żołnierz, a potem odpowiednik dowódcy drużyny, ma on wiedzę o wszystkim, co działo się na frontach Drugiej Wojny; co robiły dywizje i armie. Jest świadomy wszystkiego, o czym niekoniecznie powinien mieć jakiekolwiek pojęcie, a jednocześnie nie wie, że jednostka, w ramach której podobno brał udział w ataku na Eben-Emael, nie używała wówczas spadochronów tylko szybowców. Wylądował, tylko nie na tym, co mu się zdawało! Sam opis belgijskiej twierdzy i okolicy, w której jest położona, również nie przystaje do rzeczywistości. Podobne błędy można mnożyć długo na różnym poziomie wiedzy historycznej, szczegółów uzbrojenia, umundurowania, itd. Początkowo notowałem wpadki, ale po zapisaniu już na początku lektury całej stronicy, zniechęciłem się. To było jak bezczeszczenie zwłok. Podejrzewam, iż gdyby chcieć wszystkie sprostowania i erratę dołączyć do książki, podwoiłaby objętość.

Być może u podstaw naszej opowieści leżały jakieś rzeczywiste wspomnienia, gdyż pewne momenty mają posmak prawdziwości. Nie ma to jednak już żadnego znaczenia, skoro większość stanowi totalna fikcja, w dodatku niedbała; rozmijająca się nie tylko z autentyzmem, ale momentami nawet ze zdrowym rozsądkiem. Cztery karabiny może ze sobą targać po polu walki bohater gry komputerowej, i to raczej gry pośledniejszego sortu, a nie człowiek z krwi i kości! Mimo wszystko, gdyby nie błędy stylistyczne, dałoby się książkę przeczytać, choć i wtedy pod względem wierności realiom nawet Czterej pancerni i pies wypadliby chyba lepiej. Tak, jak jest, książka jest prawie bezwartościowa, o czym z żalem muszę Was poinformować. Na szczęście w tym kanonie jest w czym wybierać i tym pocieszającym stwierdzeniem zakończę


Wasz Andrew



* Wydawnictwo XXL, przekład Marek Skierkowski, ISBN 978-83-62381-00-5
** Dobry tłumacz powinien poprawiać ewidentne błędy autora, a jeśli z jakichś względów tego nie czyni, przynajmniej powinien być konsekwentny. W omawianym wydaniu ten sam typ broni bywa nazywany to pistoletem, to karabinem, tak jakby nie było nimi zasadniczej różnicy.

niedziela, 18 marca 2012

Cross




James Patterson
CROSS

W początkach swojej kariery w waszyngtońskiej policji Alex Cross przeżył wielką osobliwą tragedię - na oczach detektywa niezidentyfikowany snajper zastrzelił jego ciężarną żonę Marię, pozostawiając go z trójką małych dzieci. Minęło kilkanaście lat; Alex awansował, zrobił karierę w FBI, stał się jednym z najbardziej cenionych specjalistów od tropienia seryjnych zabójców. Po jednej z niebezpiecznych akcji decyduje się opuścić FBI i otworzyć własną praktykę psychiatryczną. Kiedy o pomoc prosi go dawny partner, John Sampson, Alex nie odmawia. Nie potrafi. W sprawie, którą prowadzi Sampson - seryjnego gwałciciela i mordercy Michaela Sullivana, który terroryzuje kobiety pokazując im zdjęcia swoich ofiar - pojawił się trop na wskazujący na nierozwiązane zabójstwo Marii sprzed 12 lat. Czy tym razem sprawiedliwość zatriumfuje?

Tyle notka na okładce książki Jamesa Pattersona CROSS. Po powieść tą sięgnąłem z braku czego innego. Po prostu leżała na biurku syna, wypożyczona z biblioteki i czekająca na zmiłowanie boskie.

James Patterson jest uznawany za reprezentanta ścisłej czołówki najpopularniejszych pisarzy amerykańskich, a Cross jest kolejną, okrzyczaną bestsellerem, powieścią z cyklu przygód wspomnianego w notce wydawcy policjanta i psychologa Alexa Crossa. Muszę przyznać, iż rzecz czyta się świetnie. Akcja dynamiczna, opisy plastyczne. W łatwości odbioru pomaga też prosty zabieg polegający na podzieleniu tekstu na rozdziały o objętości maksymalnie kilku stron. To sprawia, iż czytelnik powieść wręcz połyka. I to by było na tyle jeśli chodzi o pochwały.

Absolutnie nie zgadzam się z polskimi recenzjami Crossa brzmiącymi jak peany. Powieść jest płytka jak kałuża sików na trotuarze w gorący letni dzień. Epatuje wydumanymi, do przesady okrutnymi zbrodniami i niczym więcej. Nie porusza żadnych problemów i nie prowokuje żadnych przemyśleń. Sylwetki psychologiczne bohaterów aż rażą płytkością i brakiem realizmu, a w dodatku działania postaci są niejednokrotnie sprzeczne z ich charakterystyką wewnętrzną. Nie ma w Crossie mowy o żadnej wielowątkowości, suspensie czy napięciu. Od początku wszystko jest wiadome tym bardziej, iż jawnie głównym bohaterem jest przedstawiciel sił dobra, Alex Cross, co ewidentnie wskazuje, że właśnie on musi przetrwać do końca książki i zwyciężyć tak czy inaczej.

Powieść Pattersona jest najlepszym przykładem tego, co kojarzy mi się z negatywnym znaczeniem określenia „amerykański bestseller”; powieści, która tak się ma choćby do czołówki szwedzkiej* jak Dorato do szampana Grande Cuvée z dobrego rocznika. Bestseller znaczy bowiem, iż dobrze się sprzedaje, co można osiągnąć albo jakością, albo przystępnością. Masowość w literaturze nie jest zaś, jak w świecie trunków, funkcją ceny, ale prostoty i wybrania plebsu za grupę docelową, co wiąże się z płytkością, a czasami wręcz tępotą odbiorców.

Jeśli już wspomnieliśmy o winach; jest jeszcze jedna analogia między Crossem i winami patykiem pisanymi. Forma zewnętrzna. Tandetna i beznadziejna, zbliżająca się do celowego poniżenia odbiorcy poprzez okazanie własnej nonszalancji i braku szacunku wobec konsumenta, a tutaj czytelnika. Już na frontowej okładce na górnym pasku straszy literówka (nagroźniejszym)**. W dawnych czasach szanujący się wydawca po czymś takim brał pistolet i szedł nad Wisłę, by już nikt go więcej nie oglądał. We wnętrzu książki nie jest lepiej. Nie chodzi nawet o literówki, ale o ewidentne błędy różnego rodzaju***. Nie będę się nad nimi rozwodził, gdyż i tak nie wpłynęły one na końcową ocenę tej powieści w moich oczach. Choć świetnie się ją czyta, jest absolutnie bezwartościowa. Jeśli idziecie do księgarni albo biblioteki macie wybór, więc po co tracić na nią czas?


Wasz Andrew


**Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz, Warszawa 2008
***Nie wiem kto zawinił; czy wydawca, czy tłumacz (Anna Kołyszko), czy autor, czy też wszyscy po trochu, ale nie zmienia to faktu, iż od błędów wszelkiej maści w książce aż się roi.

sobota, 17 marca 2012

DAWNE DOBRE CZASY




TESS GERRITSEN
OGRÓD KOŚCI
(The Bone Garden)

Ogród kości zawitał do mnie przypadkiem – podobnie jak wiele innych powieści. Żona wypożyczyła go dla mnie z biblioteki. Jak w przypadku wszystkich książek trafiających do mnie w ten sposób, przystąpiłem do lektury bez sprawdzania mojego spisu publikacji i autorów, bez poszukiwań informacji w internecie, nawet bez rzucenia okiem na notkę wydawcy na okładce książki. Wszystko to, niekoniecznie w tej kolejności, uczyniłem po przeczytaniu powieści od deski do deski. Zawsze tak robię z publikacjami, które trafiają do mnie może nie przypadkiem, ale bez mojego udziału w dokonywaniu ich wyboru. Chcę im dać szansę nieskażoną uprzedzeniami. Albo mieć szansę słusznie je skrytykować nie sugerując się wcześniej przyswojonymi peanami. Może nie jestem typem fana*? Chyba większość twórców ma dzieła najlepsze i najsłabsze, a reszta to średniaki. Niech każde ma swoją szansę...

Akcja Ogrodu kości rozgrywa się w dwóch światach: teraźniejszości i w wieku XIX. Miejsce jest jedno: Stany Zjednoczone. Fabuła jest nieskomplikowana. Dwa główne wątki; jeden w przeszłości, a drugi dzisiaj. Oba rozpoczynają się równocześnie. Pomijając prolog, można powiedzieć, iż w pierwszym rozdziale poznajemy Julię Hamill, główną bohaterkę z naszych czasów, a od razu w drugim Rose Connolly i Norrisa Marshalla, najważniejsze postacie wątku sprzed prawie dwustu lat. Julia Hamil, która właśnie pożegnała się z mężem, funduje sobie na nową drogę życia uroczy staruteńki drewniany domek niedaleko od miasta, czyli inaczej drewnianą ruderę na wiosze. Już podczas pierwszych prac, w ogródku wykopuje czaszkę. Ekipa Biura Medycyny Sądowej przekopuje miejsce znaleziska i okazuje się, że nieopodal domku ktoś zakopał kiedyś dziewczynę i że bynajmniej nie zmarła ona z przyczyn naturalnych. Co dalej nie będę zdradzał. Nie lubię psuć innym frajdy, jaką sam mam czytając coś po raz pierwszy i próbując przewidzieć zawartość następnego rozdziału.

Powieść jest napisana potoczystym, dynamicznym językiem sprawiającym, iż mimo ciągłych przeskoków w czasie czyta się ją jednym tchem. Język barwny i obrazowy sprawia, że w wyobraźni bez trudu przenosimy się nie tylko do Stanów dnia dzisiejszego, ale i do tych sprzed prawie dwóch stuleci. Do Bostonu dam i gentlemanów oraz do Bostonu plugawego i brudnego. Do wystawnych domów elit i do dzielnic biedoty gorszych niż najgorsze slumsy. Wątek teraźniejszy jest spokojny i mało się w nim dzieje. Jest tylko przywołaniem wydarzeń sprzed lat i na nich wszystko się koncentruje. Mamy w Ogrodzie kości ilość trupów wystarczającą by uznać go za kryminał. Mamy również sporo opisów drastycznych zabiegów medycznych i innych praktyk wykonywanych zarówno na zmarłych, jak i na tych jeszcze żywych, co uzasadnia zaliczenie tej powieści do thrillerów medycznych. Jeszcze inni określają tę książkę jako (dla mnie określenie dziwaczne) romans medyczny. Ja jednak położyłbym ją na całkiem inną półkę.

Po przeczytaniu Ogrodu kości sprawdziłem w kajeciku i stwierdziłem, iż jest to już czwarta powieść tej autorki, którą zaliczyłem**. No właśnie. Poprzednie zaliczyłem. Choć całą trójkę poprzedniczek oceniłem po przeczytaniu jako bardzo dobre, to dziś, bez sięgania do recenzji, nie potrafiłbym o nich powiedzieć niczego. Dosłownie ani słowa. Dlatego takich powieści nigdy nie polecam. Po co czytać coś, czego absolutnie nie pamiętamy już po roku czy dwóch? Ogród kości jest jednak inny. Choć to powieść raczej jednorazowa, czyli nie przewiduję potrzeby powrotu do niej w dającej się przewidzieć przyszłości, to na pewno jej nie zapomnę.

W Ogrodzie kości Tess Gerritsen udało się osiągnąć coś, co nieczęsto i niewielu się udaje. Połączyła z typowo rozrywkowymi gatunkami, jakimi są romans, kryminał i thriller, szczegółowo oddane realia i klimat lat 30-tych XIX wieku. Zawarła w swej powieści niesamowicie dużo z ducha epoki i z wiedzy o życiu w tamtych czasach. Wiedzy, która boleśnie, momentami wręcz obrzydliwie, obala mit o dawnych dobrych czasach. Wiedzy podanej z takim wyczuciem i mistrzostwem, iż czytając aż czuje się smród tamtych czasów.

Dla mnie Ogród kości to po prostu powieść obyczajowa. Podobnie jak inny niezrównany mistrz gatunku, Jeffrey Archer, który wplata w swe powieści wątki ekonomiczne i czasami kryminalne, by nadać im dynamizm i magnetyzm, tak Tess Gerritsen użyła kanonu kryminału i thrillera, by szerokiej liczbie czytelników przybliżyć prawdę o dawnych czasach i dawnej medycynie. Czasach, które w powszechnym mniemaniu były dobre, ale tak naprawdę wcale nie były lepsze od naszych. Nie były lepsze nawet dla tych najbogatszych, uprzywilejowanych. Naprawdę okrutne i tragiczne były zaś dla pozostałych. Dla kobiet i dla ubogich. A zwłaszcza dla ubogich kobiet.

Tess Gerritsen w Ogrodzie kości nieco przypomina mi szwedzką szkołę kryminału społecznego. Choć główny ciężar jej powieści został położony na realia sprzed dwóch wieków, to jednak problemy o których traktuje nadal są aktualne. Największy to chyba przywiązanie do dogmatów i opór przeciwko wszelkim nowym rozwiązaniom, choćby było oczywiste, iż wszystko jest lepsze niż stan obecny. W Ogrodzie mamy sprawę gorączki połogowej, jej przyczyn i zwalczania, ale i w naszej rzeczywistości mamy aż za dużo przykładów na upór skostniałych umysłów i kurczowe trzymanie się ewidentnie negatywnych dogmatów. Również sprawa biedy nie jest nam aż tak daleka. Wystarczy przez chwilę nie odwracać wzroku od kloszardów snujących się po naszych ulicach i wygrzebujących posiłki z naszych śmietników. Wystarczy popatrzyć na statystki udziału dzieci z biedniejszych rodzin w wyższych etapach naszego systemu edukacji by zauważyć, że problem wyrównywania szans wcale jeszcze nie został wyeliminowany. Choć odeszliśmy daleko od piekła XIX wieku, to nie aż tak daleko, jak nam się na co dzień wydaje, a nawet ostatnio zaczęliśmy się cofać. I dlatego może ta książka nie wszystkim się podoba. Jak na kryminał za dużo w nim informacji i za dużo daje do myślenia. Jak na thriller za dużo prawdy. Jak na romans za mało szczęścia. Dla mnie jednak właśnie taka literatura jest wartościowa. Pod wabikiem łatwego w odbiorze, wciągającego gatunku przemycić trochę wiedzy, trochę pytań bez odpowiedzi, kilka tematów do refleksji. A przy tym dać dużą porcję wspaniałej rozrywki. I to się pani Gerritsen jak najbardziej udało o czym szczerze Was zapewniam i zachęcam do lektury


Wasz Andrew



* Fan to dla mnie słowo pejoratywne, podobnie jak fundamentalista, fanatyk i oszołom. Jak można słuchać tylko jednego gatunku muzyki albo tylko jednego zespołu? Czyż to nie dowód ograniczenia umysłowego? To tak jakby jeść całe życie tylko schabowe, bo są najlepsze. Niczego więcej nie spróbować i jeszcze się z takim dziwactwem obnosić.
** Chirurg (The Surgeon), Grawitacja (Gravity), Grzesznik (The Sinner)

piątek, 16 marca 2012

Zimny pokój



Czy można czytać cykle powieściowe nie po kolei? Oczywiście, że można, przynajmniej niektóre. Zwłaszcza wtedy, gdy odstęp czasowy między kolejnymi powieściami jest znaczny i wypełniony innymi ciekawymi lekturami. Taki właśnie los spotyka w moim przypadku serię o bezwzględnym szkockim policjancie Loganie McRae. Znajomość z tym twardzielem stworzonym przez Stuarta MacBride rozpocząłem od Otwartych ran, trzecich w kolejności*, a teraz w łapki wpadła mi powieść szósta, czyli Zimny pokój (oryg. Dark Blood). Skąd taki tytuł? Polska wersja nijak się ma do treści, a przynajmniej wydźwięk jest całkowicie inny, niż tytuł oryginału, który budzi wyraźne, choć niezbyt apetyczne, skojarzenia. Denerwuje mnie już to wymyślanie na siłę polskich tytułów różniących się od oryginałów. Czy jeśli się nie ma dobrego pomysłu, jak to zrobić, nie lepiej pozostawić tytuł w oryginalnym brzmieniu?


Od pierwszych stron rozpoznałem urzekający i niepowtarzalny styl, który urzekł mnie w poprzednio poznanej książce z cyklu. Prawdziwy tartan noir. Pięknie oddana charakterystyka klimatu, w którym zmuszona jest działać grampiańska** policja. Specyfika samego Aberdeen, które leży ponad dwa stopnie dalej na północ niż Moskwa, i choć jest cieplejsze, to za to mroczniejsze, bardziej wilgotne i depresyjne, została oddana po mistrzowsku, podobnie jak obraz regionu, który jest słabo zaludniony i kontrastuje z innymi częściami Wielkiej Brytanii. Malowniczy język, jeśli malownicze może być coś, co pokazuje szarość, pleśń i zimno. Wyraziste postacie i relacje między nimi. Podkreślone grubą kreską wady ludzi, przedmiotów i wszystkiego, co tylko się nawinie. Brutalność, realizm stapiający się w jedno z cynizmem. Nawet osoba głównego czarnego bohatera jest jakby dopełnieniem kanonu gatunku; podstarzały homoseksualista lubujący się w brutalnym analnym gwałceniu starców.

Fabuła jest ciekawie pomyślana, wielowątkowa, z niebanalnym zakończeniem, niestety aż nazbyt realistycznym. Tutaj muszę wspomnieć o rzeczy, która woła o pomstę do nieba. NIE CZYTAJCIE NOTKI WYDAWCY umieszczonej na okładce książki, dopóki nie skończycie lektury powieści! Zdradza ona zdecydowanie zbyt wiele, wymieniając zdarzenia, które będą miały miejsce dopiero pod koniec. KARYGODNE!!!

Pomimo tego, iż popełniłem ten błąd i zacząłem od przeczytania wspomnianej reklamy, już od pierwszej strony zostałem wciągnięty przez Zimny pokój, który nie wypuścił mnie z tego potrzasku, jakim staje się fantastyczna lektura, aż do samego końca. Jak wspomniałem, powieść jest wielowątkowa. Dzielny Logan jest dosłownie zasypany ilością postępowań, które musi prowadzić, choć tak naprawdę czasu wystarcza mu ledwie na część. W dodatku wielu przełożonych to lenie bądź idioci. Sam też zresztą nie jest całkiem bez winy, gdyż ma kłopoty z dogadaniem się z wieloma kolegami w pracy. Ta sytuacja świetnie pokazuje prawdziwy obraz brytyjskiej policji, nie wolnej również od korupcji oraz różnego rodzaju innych szwindli i zarazem podkreśla tym ogólną atmosferę przytłoczenia, będącą jednym z wyznaczników szkockiego kanonu kryminałów. Inna sprawa, że daleko Szkotom do tak złej sytuacji w policji, jaka ma miejsce u nas.

Pozornie w powieści nie znajdziemy problemów społecznych. Pozornie. Ograniczenia wymiaru sprawiedliwości, które wnikliwie i prawdziwie przedstawiono, też są takim problemem, podobnie jak przenikanie zorganizowanej przestępczości w coraz to nowe dziedziny życia, czy zalewanie rynku podrabianymi towarami, co zresztą się jedno z drugim wiąże.

Właśnie. Z powieści dowiadujemy się, jaką wagę w Wielkiej Brytanii przywiązuje się do ścigania wszelkiej maści fałszywek. Bynajmniej nie tylko papierosów i alkoholu, ale wszystkiego; od i-podów i filmów począwszy, a na suszarkach do włosów skończywszy. Są do tego wydzielone specjalne służby, które mają uprawnienia analogiczne do policji kryminalnej, i są to realnie działające instytucje, a nie tak magiczne twory, jak polski dzielnicowy, którego niejeden przez całe życie nie widział. Kary przewidziane za taki proceder też są podobne do tych za poważne przestępstwa. Kontrast w porównaniu do sytuacji w Polsce jest ogromny, co pokazują choćby ostatnie afery; solna i jajeczna. Chciałbym zobaczyć minę naszego rodzimego policjanta, zwłaszcza z małej miejscowości, do którego zgłosiłby się ktoś, by sprawdzić, czy świeżo nabyta w sklepie prostownica do włosów jest oryginalna. Dobrze by było, jakby petent nie obudził się na dołku albo w wariatkowie.

To była tylko taka dygresja, od której nie mogłem się powstrzymać, gdyż temat jest coraz bardziej aktualny, problem coraz poważniejszy. Jeszcze innym zagrożeniem, na które wprost wskazuje MacBride, jest wypaczenie elitarnych i tajnych służb, które tym bardziej czują się bezkarne, im większą mają osłonę w swej tajności. Które, co staje się normą, zamiast tym bardziej dbać o czystość swych szeregów, kryją czarne owce w swym stadzie i zamiatają wszystko pod dywan.

Ciekawostką dla polskiego czytelnika jest też brytyjski sposób i forma nadzoru nad zwolnionymi z zakładów karnych dewiantami seksualnymi, który ma się tak do polskiego braku wszelkiego nadzoru, jak dzień do nocy.

Wydźwięk powieści w głównym nurcie fabuły też nie jest optymistyczny. Podważa on wiarygodność badań psychiatrycznych i psychologicznych mających decydować o dalszym postępowaniu z przestępcami. Całkowicie zgadzam się z autorem, iż ktoś choćby tylko średnio inteligentny, po przeczytaniu kilku odpowiednich książek, może wywieść w pole takich specjalistów, a jeśli badany jest bardziej inteligentny od badających, co pewnie zdarza się nader często, to szkoda słów. Podpisuję się obiema rękami pod tezą autora, iż stopień resocjalizacji może zweryfikować tylko czas dany przestępcy na wolności. Nie dokona tego żaden lekarz ani urzędnik. Tylko czy w przypadku niektórych rodzajów zbrodniarzy nie jest to zbyt ryzykowny eksperyment?

Te pesymistyczne przemyślenia idealnie wbijają się w schemat gatunku, podobnie jak nasz główny bohater, który mimo wszystko, bez uśmiechu i radości, ale z zimnym, zaciekłym uporem, idzie naprzód, by co dzień od nowa robić swoje. Dla miłośników kryminałków, a w szczególności tartan noir, lektura jest więc prawdziwą ucztą. Innym również polecam Zimny pokój z pełnym przekonaniem, choć radzę nie zabierać się do pierwszego kontaktu z tym kanonem, jeśli akurat jesteśmy w dołku psychicznym


Wasz Andrew


* Cykl o Loganie McRae:
  1. Chłód Granitu (Cold Granite)
  2. Zamierające Światło (Dying Light)
  3. Otwarte Rany (Broken Skin)
  4. Dom krwi (Flesh House)
  5. Ślepy zaułek (Blinde Eye)
  6. Zimny pokój (Dark Blood)
  7. Połamać kości (Shatter the Bones)
** Grampiany – góry w Szkocji, region Grampian – region, którego centrum jest Aberdeen

czwartek, 15 marca 2012

Otwarte rany




STUART MACBRIDE
OTWARTE RANY
(Broken Skin)

Całkiem przypadkiem sięgnąłem po kolejną, po przeszywającej serce i umysł książce Pole krwi (The Field of Blood), której autorką jest Denise Mina, powieść kryminalną rodem ze Szkocji. Autor, Stuart MacBride, nie był mi dotąd znany, więc rozpocząłem lekturę ciekaw, czy rzecz będzie podobna do twórczości Miny, czy Szkoci wytworzyli własną szkołę kryminału, podobnie jak Szwedzi. Szkołę odmienną i bardzo pozytywnie odstającą od amerykańskiej sztampy zalewającej cały świat i , niestety, powielanej przez rodzimych pisarzy w większości krajów Europy.

Okazuje się, iż Otwarte rany są bodajże trzecią* pozycją w cyklu Logan McRae. Chyba często mi się to zdarza, by nie zaczynać cyklu powieściowego od początku. To chyba jednak nic złego, gdyż dobre i tak się obroni, a złego nie warto żałować. Przejdźmy jednak do meritum.

Akcja rusza z kopyta już od pierwszego akapitu. Fajna laska, lub jak wolą inni wstrętna suka, idzie w środku nocy ciemną ulicą. Ubrana w mini, chociaż luty w Aberdeen jest cholernie zimny. Zgrabne, długie i seksowne nogi w wysokich szpilkach dla fetyszystów. Krok chwiejny i niepewny; najwyraźniej zdrowo narąbana. Za nią skrada się uzbrojony w nóż seryjny gwałciciel... Co dalej nie będę zdradzał. Fabuła jest dość skomplikowana i przyjemnie wielowątkowa więc nie zamierzam psuć nikomu zabawy w detektywa i samodzielnego odkrywania rozwiązań zagadek, jakie staną przed Loganem McRae, detektywem z Wydziału Kryminalnego** w Aberdeen.

Ta wielość przenikających się tropów jest rewelacyjną odmianą od najlepszych nawet bestsellerów w stylu made in USA, gdzie, poza nielicznymi wyjątkami, detektyw zajmuje się jednocześnie tylko jedną sprawą aż do jej szczęśliwego (obowiązkowo) zakończenia. Urzekła mnie ta deprymująca i przytłaczająca prowadzącego sprawę mnogość fałszywych poszlak, lipnych informacji i dętych alibi. Jak z tego galimatiasu wyłuskać okruchy prawdy? W dodatku to ciągłe odrywanie do innych zajęć. Ciągłe rozgrywki z przełożonymi i podwładnymi. Niezliczone nadgodziny. Ciągłe chlanie z kolektywem. Kiedy się wyspać? Jak być bystrym i dociekliwym, kiedy oczy się kleją z niewyspania, a jak nie, to łeb napierdala od kaca?

Otwarte rany to nie jest pozycja dla ludzi pragnących cukierkowego słownictwa. Choć napisana pięknym, obrazowym i niewiarygodnie plastycznym językiem, nie stroni również momentami, ale tylko w uzasadnionych momentach, od wulgaryzmów i drastycznych opisów. Przenosi nas w realia zarobionych*** policjantów i w świat BDSM****, który dla niektórych może być ciężki do strawienia. Jednocześnie jednak pokazuje, iż niezależnie od preferencji seksualnych, każdy powinien mieć takie same prawa. I takie same obowiązki. Nie powinno się nikogo gorzej traktować za to kim jest. Fetyszystą, masochistą czy innym oryginałem. Dopóki ktoś nie popełni przestępstwa, powinien być szanowany i ochraniany przez prawo niezależnie od statusu społecznego, a gdy złamie prawo, powinien ponieść karę, również niezależnie od swej pozycji i majątku.

McRae jest uczciwym człowiekiem. Choć lata pracy w policji mocno go zmieniły i z pozoru jest zgorzkniały, wypalony, cyniczny i bezwzględny, to w głębi serca (lub jak kto woli duszy) jest człowiekiem prawym. Wbrew niektórym recenzentom i notce na okładce książki, Logan nie jest człowiekiem bez sentymentów, bez skrupułów. Chce kochać i być kochanym. Jest wierny tym, których kocha i swoim zasadom. Zdarza mu się łamać regulaminy, a nawet prawo, ale stara się być wierny prawu moralnemu, które tkwi w nim. Nie może ścierpieć, gdy niewinny zostaje obciążony winą. Uważa, że każdemu należy się sprawiedliwość. I ofierze, i sprawcy. Robi wszystko, by dotrzeć do prawdy, a jeśli regulamin czy prawo stoi w kolizji z jego sumieniem, to ma poważny problem.

Kryminał Stuarta MacBride jest czarny jak dżdżysta noc październikowa, a jednak czyta się go z przyjemnością. Nie jest to klasyczny, zupełny tartan noir , tak pełny beznadziei jak choćby wspomniane już Pole krwi. Choć atmosfera zarobienia przytłacza, to jednak, jak widać po Loganie, w każdej sytuacji można pozostać człowiekiem. Wielu czytelników, nie tylko ze służb, odnajdzie w tej powieści mnóstwo ze znajomych dylematów moralnych. Czy można wrobić kogoś, kto według nas na pewno jest winny, lecz brak nam na to dowodów? A może lepiej by winny uniknął kary? A co jeśli jednak, pomimo całej pewności, dokonując samosądu się pomylimy? Czy w ogóle samosąd jest dopuszczalny? Gdzie są granice lojalności w miłości czy pracy?

Te i wiele innych problemów, jakie odnajdziemy w umyśle głównego bohatera, stawiają Otwarte rany na równi ze szwedzką szkołą kryminału społecznego*****. Jeśli do tego dodamy świetną, porywającą akcję, mało znane środowisko spod znaku pejczy i kajdan, w którym się rozgrywa znaczna jej część, a z drugiej strony niezwykle przekonujący obraz środowiska policjantów od zabójstw, to otrzymamy lekturę wciągającą i zarazem wartościową. Do tego bardzo celne, wręcz błyskotliwe i spójne psychologicznie sylwetki postaci idealnie korespondujące z podejmowanymi przez nie działaniami i wyborami. Niezwykle klimatyczne opisy policyjnej nocnej rzeczywistości tworzą unikalną jakość w połączeniu z dynamiczną psychiką głównej postaci. W dodatku Stuart MacBride pokazuje się w Broken Skin jako prawdziwy mistrz suspensu. Akcja zwija się niczym wąż i raz po raz przeskakuje z wątku na wątek niczym iskra w pęku pozbawionych izolacji kabli. Napięcie nie opada do samego końca, a komplet informacji zdobywamy dopiero na ostatniej stronie. Prawdziwa maestria, o czym gorąco Was zapewniam i zachęcam do lektury


Andrew Vysotsky


* Cykl Logan McRae składa się w kolejności z powieści: Chłód granitu (Cold Granite), Zamierające światło (Dying Light), Otwarte rany (Broken Skin), Dom krwi (Flesh House), Zimny pokój (Dark Blood).
** W Polsce, odmiennie niż w krajach anglosaskich, Wydział Kryminalny zajmuje się tylko pracą operacyjną. Za przesłuchania świadków i podejrzanych, oględziny i całą pracę procesową odpowiada Wydział Dochodzeniowy. WK pisze legendy, a WD wersję oficjalną. To szkoła zza Buga. W Szkocji detektyw prowadzący śledztwo prowadzi zarówno działania operacyjne jak i procesowe. W razie potrzeby korzysta ze wsparcia wyspecjalizowanych komórek; techniki operacyjnej, techników kryminalistyki, grup szturmowych. Jest to logiczne i oczywiste.
*** tutaj: totalnie przepracowanych
**** BDSM angielski skrót pochodzący od słów "związanie" i "dyscyplina" (bondage & discipline, B&D), "dominacja" i "uległość" (domination & submission, D&s, D/s) sadyzm i masochizm (sadism & masochism, S&M)

środa, 14 marca 2012

Skarby przeszłości



Nora Roberts

Skarby przeszłości

Po Skarby przeszłości (oryg. REMEMBER WHEN), ze względu na mało chwytliwy i nic nie mówiący polski tytuł, pewnie bym sam nie sięgnął, tym bardziej, iż to pierwszy mój kontakt z prozą Nory Roberts. Jednak moja ukochana małżonka wypożyczyła toto z biblioteki. Widząc wyraźne ukontentowanie jakie miała z tej lektury i ja się skusiłem.

Nora Roberts (właściwie Eleanor Marie Robertson) jest bardzo znaną, i uznaną, amerykańską pisarką; autorką ponad stu powieści, w tym kilkunastu napisanych pod pseudonimem J.D.Robb. Dowiedziałem się tego z notki na okładce oraz internetu i zacząłem czytać powieść z pewną dozą obaw spowodowanych wieloma przykrymi zawodami, jakich doznałem podczas lektury amerykańskich „bestsellerów”.

Fabuła Skarbów jest prosta jak większość kryminałów i sensacji made in USA. Próżno tu szukać wielowątkowości, wielopłaszczyznowości, nurtów równoległych. Nie grożą nam też żadne problemy społeczne i tematy do moralnych rozważań będące wyznacznikiem świetnej klasyki gatunku rodem ze Skandynawii. To jakby scenariusz pisany pod jednoodcinkowy film, no najwyżej mini serial. Mimo to rzecz jest ciekawa i wciąga od samego początku.

Nora zastosowała ciekawy manewr i całość podzieliła na dwie części. Pierwsza rozgrywa się w czasach mniej więcej nam współczesnych, a druga w przyszłości, jakieś pięćdziesiąt lat później. Główną postacią części pierwszej jest Laine, właścicielka sklepu z antykami na amerykańskim zadupiu, bardzo urokliwym zresztą. Jest kobietą w najlepszym momencie życia, czyli już dojrzałą, a jeszcze piękną, w dodatku w miarę majętną i do wzięcia. Na dokładkę wie czego pragną prawdziwi faceci (chyba podobnie jak autorka, która przez całe życie była otoczona mężczyznami). Niestety. W pogodnej duszy Laine kryje mroczną tajemnicę; to jej dzieciństwo. Dzieciństwo, któremu kształt nadał ojciec – notoryczny złodziej i nałogowy oszust. Kryminalista, ale kryminalista którego kochała i uwielbiała. I jak się łatwo domyślić, ta przeszłość da znać o sobie w sposób równie gwałtowny, co niespodziewany. Laine będzie musiała walczyć nie tylko o spokojny świat, który sobie stworzyła, ale i o życie.

Nie będę zdradzał więcej, gdyż uważam, iż nawet notka wydawcy zdradza za dużo. Nie chcę innym psuć przyjemności z przeżywania tej świeżości, którą czytelnik znajdzie w Skarbach przeszłości. Pomimo bowiem prostoty i hollywoodzkiego schematyzmu J.D. Robb zaskoczy nas wielokrotnie, i to w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Miłą niespodzianką było dla mnie również to, że Eleanor Robertson wykazała się dobrą znajomością ludzkich charakterów oraz różnic w sposobie myślenia i postrzegania pomiędzy mężczyznami a kobietami, miastowymi i prowincjuszami, normalnymi i psychopatami. Postacie wyczarowane jej piórem są żywe, wyraziste, tchną autentyzmem. Zaskakuje znajomość męskiego sposobu myślenia - w niektórych momentach ma się nawet wrażenie, iż autorem jest mężczyzna, nie kobieta.

Styl Nory Roberts jest lekki i prosty, konkretny i bezpośredni, bez żadnych kwiecistości i romantycznych opisów rodem z babskich powieści. Zarazem nie jest surowy ani prostacki. Akcja szybka, wciągająca od samego początku. To wszystko okraszone wielką miłością i odrobinką świetnego seksu. Całość sprawia, iż powieść czyta się błyskawicznie i aż żal, iż tak szybko się skończyła.

Podsumowując muszę stwierdzić, iż jest to lektura bezwzględnie warta polecenia nie tylko miłośnikom sensacji, kryminałów i pokrewnych gatunków. To dobra rozrywka dla każdego, kto pragnie odpoczynku przy lekturze nie wymagającej natężania umysłu i zarazem mającej siłę oderwać czytelnika od rzeczywistości, od której chce się odpocząć, od pracy, zmęczenia i problemów. Można nawet, co rzadko stwierdzam, oceniając większość powieści jako twory jednorazowego użytku, których nie warto kupować, Skarby przeszłości kupić i postawić na półce, by kiedyś do nich wrócić, zamiast oglądać kolejny odcinek jakiegoś beznadziejnego sitcomu. Innymi słowy – w starej skali ocen piąteczka!


Wasz Andrew

seria Oblicza śmierci:
1. Dotyk śmierci (Naked in Death)
2. Sława i śmierć (Glory in Death)
3. Kwiat nieśmiertelności (Immortal in Death)
4. Śmiertelna ekstaza (Rapture in Death)
5. Czarna ceremonia (Ceremony in Death)
6. Anioł zemsty (Vengeance in Death) (wznowienie jako Anioł śmierci)
7. Randka ze śmiercią (Holiday in Death) (wznowienie jako Święta ze śmiercią)
Śmierć o północy ze zbioru opowiadań Śmierć o północy (Midnight in Death;Silent Night Anthology)
8. Zabójczy spisek (Conspiracy in Death)
9. Aż po grób (Loyalty in Death)
10. Świadek śmierci (Witness in Death)
11. Zapłacisz krwią (Judgement in Death)
12. Srebrny błysk śmierci (Betrayal in Death)
Interludium w kosmosie ze zbioru opowiadań Śmierć o północy (Interlude in DeathOut of this World Anthology)
13. Wróg w płatkach róż (Seduction in Death)
14. W pogoni za śmiercią (Reunion in Death)
15. Wirus śmierci (Purity in Death)
16. Portret śmierci (Portrait in Death)
17. Powtórka ze śmierci (Imitation in Death)
18. Skarby przeszłości (Remember When)
19. Rozłączy ich śmierć (Divided in Death)
20. Wizje śmierci (Visions in Death)
21. O włos od śmierci (Survivor in Death)
22. Naznaczone śmiercią (Origin in Death)
23. Śmierć o tobie pamięta (Memory in Death)
Prześladowana przez śmierć ze zbioru opowiadań Śmierć o północy (Haunted in DeathBump in the Night Anthology)
24. Zrodzone ze śmierci (Born in Death)
25. Słodka śmierć (Innocent in Death)
Śmierć w mroku ze zbioru opowiadań Śmierć w mroku (Eternity in Death;Dead of Night Anthology)
26. Pieśń śmierci (Creation in Death)
27. Śmierć z obcej ręki (Strangers in Death)
28. Śmierć cię zbawi (Salvation in Death)
Ritual in DeathSuite 606 Anthology
29. Obietnica śmierci (Promises in Death)
30. Śmierć Cię pokocha (Kindred in Death)
Fałszywa śmierć ze zbioru opowiadań Fałszywa śmierć (Missing in Death;The Lost Anthology)
31. Śmiertelna fantazja (Fantasy in Death)
32. Pociąg do śmierci (Indulgence in Death)
Possession in DeathThe Other Side Anthology
33. Zdrada i śmierć (Treachery in Death)
34. Śmierć w Dallas (New York to Dallas)Chaos in DeathThe Unquiet Anthology
35. Celebryci i śmierć (Celebrity in Death)
36. Psychoza i śmierć (Delusion in Death)
37. Wyrachowanie i śmierć (Calculated in Death)
38. Niewdzięczność i śmierć (Thankless in Death)Taken in DeathMirror, Mirror Anthology39. Ukryta śmierć (Concealed in Death)40. Święta i śmierć(Festive in Death)41. Obsesja i śmierć (Obsession in Death)42. Pożądanie i śmierć (Devoted in Death)43. Bractwo śmierci (Brotherhood in Death)
44. Uczeń i śmierć

wtorek, 13 marca 2012

KROKI W NIEZNANE



Kroki w nieznane to cykl antologii opowiadań science fiction, które zaczęto wydawać w roku 1970. Co roku Iskry wydawały jeden tomik i przez sześć lat ta niezwykła seria książek przedstawiała polskim czytelnikom opowiadania s-f znanych autorów, głownie zagranicznych, w tym duży procent amerykańskich i brytyjskich. Był to ewenement na ówczesnym rynku wydawniczym zdominowanym przez twórczość demoludów i w roku 1976, po wydaniu szóstego tomu, seria została zamknięta z przyczyn politycznych.


W roku 2005 wydawnictwo Solaris zaczęło ponownie wydawać Kroki w nieznane w formule podobnej do tej z lat 70. Główną część każdego tomu stanowią opowiadania autorów ze Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii, uzupełniają je opowiadania pisarzy z innych krajów.

Dziś pragnę przybliżyć tomik 4 z 1973 roku, który przypadkiem wpadł w moje ręce.

Kroki w nieznane – tom 4, Iskry, Warszawa 1973

OPOWIADANIA

  • Brian W. Aldiss – ŚWIAT SCARFE’AScarfe’s World” (Przełożył Marek Wagner)
  • Isaac Asimov – MARTWA PRZESZŁOŚĆThe Dead Past” (Przełożyła Elżbieta Zychowicz)
  • Ray Bradbury – AUTOSTRADAThe Highway” (Przełożył Antoni Wolski)
  • Langdon Jones – KRÓTKA WIZYTATransient” (Przełożył Lech Jęczmyk)
  • Damon Knight – MASKIMasks” (Przełożył Lech Jęczmyk)
  • Tuli Kupferberg – TĘSKNOTAA Personal Touch” (Przełożył Lech Jęczmyk)
  • Keith Laumer – W KOLEJCEIn the Queue” (Przełożyła Janina Rowińska-Bloch)
  • David I. Masson – URLOPTraveller’s Rest” (Przełożył Marek Wagner)
  • Frederik Pohl – MONSTRUMThe Fiend” (Przełożyła Janina Rowińska-Bloch)
  • Frederik Pohl – TUNEL POD ŚWIATEMThe Tunnel under the World” (Przełożył Krzysztof Malinowski)
  • Bob Shaw – ŚWIATŁO MINIONYCH DNIThe Light of Other Days” (Przełożyła Elżbieta Zychowicz)
  • Robert Sheckley – SPY STORY, CZYLI HISTORIA SZPIEGOWSKASpy Story” (Przełożyła Izabella Wagner)
  • Henry Slesar – EGZAMINExamination Day” (Przełożył Lech Jęczmyk)
  • John Wyndham – DZIEWCZYNA Z INNEGO WYMIARURandom Quest” (Przełożyła Zofia Uhrynowska)
  • Władlen Bachnow – CZŁOWIEK, KTÓRY BYŁ GENIUSZEMCzełowiek, kotoryj był gienijem” (Przełożył Bolesław Baranowski)
  • Władlen Bachnow – TEN SAM BAŁABASZKINTot samyj Bałabaszkin” (Przełożył Bolesław Baranowski)
  • Dymitr Bilenkin – CIŚNIENIE ŻYCIADawlenije żyzni” (Przełożył Krzysztof Malinowski)
  • Dymitr Bilenkin – ZAKAZZapriet” (Przełożył Krzysztof Malinowskl)
  • Dymitr Bilenkin – CYROGRAFAdskij modern” (Przełożył Krzysztof Malinowski)
  • Dymitr Bilenkin – TŁOK W ETERZEKak na pożarie” (Przełożył Eligiusz Madejski)
  • Dymitr Bilenkin – CZŁOWIEK KATALIZATORCzełowiek, katoryj prisutstwował” (Przełożył Eligiusz Madejski)
  • Kirył Bułyczow – SKARBNICA MĄDROŚCIKładiez mudrosti” (Przełożył Eligiusz Madejski)
  • Kirył Bułyczow – AWARIA NA LINIIPołomka na linii” (Przełożył Bolesław Baranowski)
  • Aleksander Szalimow – WIREFAP "Brefanid" (Przełożył Krzysztof Malinowski
  • Andrzej Czechowski – NAJDALSZA PODRÓŻ PREZYDENTA
  • Tadeusz Gosk – UCIECZKA
  • Krzysztof Malinowski – TRANSFORMACJA
  • Janusz A. Zajdel – TOWARZYSZ PODRÓŻY
  • Wiktor Żwikiewicz – INSTAR OMNIUM

FAKTY, HIPOTEZY, ZAGADKI

  • ZAGADKI KSIĘŻYCA
  • Andrzej Trepka – GNIAZDA ŻYCIA POZA ZIEMIĄ

Od razu widać, iż jest co czytać, a wybór jest zróżnicowany zarówno pod względem przynależności państwowej autorów, jak i poruszanej tematyki. W zbiorku, poza opowiadaniami, znajdują się, umieszczone na końcu, dodatki; artykuł Zagadki księżyca i Gniazda życia poza Ziemią. Pierwszy, oparty na rewelacjach radzieckich uczonych, jawi nam się dzisiaj jako totalna bzdura. Felieton Andrzeja Trepki wypada w porównaniu z poprzednikiem bardzo korzystnie; pomimo ponad dwudziestu lat, jakie upłynęły od jego powstania czyta się go z przyjemnością, choć oczywiście myszką nieco trąci.

Wracając do sedna antologii, czyli do opowiadań, z dzisiejszej perspektywy są one nieco miernej klasy, choć oczywiście obok ewidentnych knotów są i perełki, a nawet diamenciki. Nie będę jednak sugerował, które są według mnie warte przeczytania. Myślę, że dla kogoś rozmiłowanego w fantastyce, wszystkie są godne poznania. Uważam zresztą, że tylko czytanie wszystkiego po kolei ma sens, jeśli mamy zamiar się zmierzyć z jakimkolwiek zbiorkiem opowiadań. Te krótkie formy, w przeciwieństwie do powieści, można ocenić dopiero po dotarciu do ich końca. Trzeba więc każdą przeczytać i samemu ocenić. Jednocześnie mniemam, iż dla czytelnika nieobeznanego z fantasyką, a zwłaszcza z jej stylem sprzed 40 z okładem lat, są Kroki w nieznane lekturą zbyt trudną jak na pierwszy kontakt z gatunkiem. Mogą zniechęcić i rozczarować. Tym bardziej że, jak już wspomniałem we wstępie, poziom tego akurat zbiorku nie zachwyca. Polecam go koneserom, starym wyjadaczom science-fiction, ale pozostałym czytelnikom poleciłbym poszukanie czegoś innego, choć oczywiście niekoniecznie nowszego. Wiele ponadczasowych dzieł sf powstało nawet dużo wcześniej, jak choćby niezrównana Diuna, więc nie bójmy się kopać wśród staroci


Wasz Andrew