Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

środa, 28 grudnia 2011

Symfonia śmierci



Jakiś czas temu sięgnąłem, w celu złapania oddechu od wszechobecnej w mediach polityki i wiary, po powieść Symfonia śmierci (tytuł oryginału Orchestrated Death), której autorką jest Cynthia Harrod Eagles. Trochę się obawiałem, że znów będzie to jakiś sensacyjny bestseller, w złym znaczeniu tego słowa, które kojarzy mi się ze sztampową, kiczowatą i bezsensowną taśmową produkcją skierowaną do nieuważnego, niewymagającego, ale za to masowego czytelnika, który tak się ma do prawdziwego miłośnika wiedzy, myślenia i książek, jak wielbiciel mp3 do melomana. Nie żebym nie widział zalet formatu mp3, albo z nich nie korzystał, ale muzę wolę w klasycznym audio jeśli mnie tylko na to stać. Podobnie z książkami. Czytuję różne rzeczy niskich lotów, sensację w której nie odróżnia się rewolweru od pistoletu, fantasy, gdzie nie odróżnia się szabli od rapiera, ale tylko dlatego, że za każdym razem mam nadzieję na coś dobrego, a dopiero w trakcie lektury objawia się mierność wiedzy autora.
Symfonia śmierci to typowy kryminał, którego bohaterem jest Bill Slider, stary glina z dochodzeniówki. Akcja może nie jest niesamowicie porywająca, może nie ma takiego napięcia jak u Alexa Kavy, może klimat nie jest tak mroczny jak u Tami Hoag, a ciąg myślowy prowadzący do rozwiązania może nie wymaga takich fajerwerkowych ciekawostek jak u Dana Browna, ale powieść ta ma jedną wielką zaletę, którą dziś naprawdę ciężko spotkać – jest prawdziwa. Nie – nie jest pewnie oparta na faktach. Jest prawdziwa w tym sensie, że wszystko mogło się wydarzyć i dokładnie tak by wyglądało, gdyby się zdarzyło. Prawdziwi bohaterowie, którzy przeszliby nawet konfrontację z cybernetyczną oceną charakteru profesora Mazura, którzy są tak realni, że aż coś człowieka w środku ściska. Prawdziwe realia, gdzie policja łapie tylko głupich, brzydkich albo biednych, bo tych bogatych, ustawionych i mądrych złapać nie może. Nie dlatego nawet, że jest nieudolna, niedouczona, przepracowana i skorumpowana. Po prostu od takich spraw są inni. Główny bohater jest jak stary kumpel z policji, którego myśli znamy od podszewki. Pięknie odmalowana osobowość, jej problemy i jej siła będąca zarazem słabością. Rewelacyjne odmalowane studium rozpadu związku małżeńskiego człowieka kierującego się w życiu własnymi przekonaniami, wartościami i uczciwością z kobietą przeciętną, jakich w świecie jest większość, marzących o majątku i wysokiej pozycji społecznej. Idealnie pokazana katastrofa, jaką kończy się zawsze związek indywidualności, choćby tylko wewnętrznie odmiennej a na zewnątrz utajonej za szarością i brakiem ambicji, z miernotą aspirującą do zewnętrznych oznak indywidualności. Czyta się to świetnie, język ładny i dynamiczny, czujemy się, jakbyśmy byli w skórze głównego bohatera i w jego głowie. Pomimo braku typowych wodotrysków  jak pościgi, strzelaniny, okaleczone w dziwaczny sposób zwłoki czy tajemnicze technologie przyszłości, akcja jest szybka, wciągająca i idealnie się łączy w jedną całość z wewnętrznym życiem detektywa Slidera.
No no no. Ale się rozpędziłem w tych pochwałach. Niestety, jak zwykle, trafiłem i na łyżkę dziegciu. Największa wpadka, nie wiem czy autora, czy tłumaczki (Joanna Grabarek), to następujący cytat:
Slider przypomniał sobie, jak uczono go, że fala dźwiękowa nigdy nie zanika, lecz wędruje w nieskończoność w eterze.
No comments... Mimo jednak tej wpadki jest to książka, którą absolutnie polecam każdemu, kto lubi dobre kryminały, indywidualistów za bohaterów, prawdziwe charaktery, prawdziwe zbrodnie i prawdziwe, czyli realistyczne zakończenia. Tutaj nie ma infantylnego happy endu, choć zakończenie jest szczęśliwe (dla niektórych). To wszystko mogło albo może się zdarzyć, tutaj albo tam, albo nigdzie, albo gdziekolwiek. Czas ani kraj nie ma znaczenia. Zdecydowanie polecam tę lekturę, nie tylko miłośnikom kryminałów ale i kobietom, które nie mogą zrozumieć jak porządny, do bólu uczciwy i całkiem nie rozrywkowy facet może zdradzić. Jak taki ktoś może rzucić i nigdy więcej nie wrócić. Dlaczego mówi, że mu żal, ale to robi. Bye bye...

Wasz Andrew


* cykl Bill Slider:


  1. Orchestrated Death (1991) Symfonia śmierci
  2. Death Watch (1992) Ognisty anioł
  3. Necrochip (1993) aka Death to Go Martwy cel
  4. Dead End (1994) aka Grave Music Ślepy zaułek
  5. Blood Lines (1996)
  6. Killing Time (1996)
  7. Shallow Grave (1998)
  8. Blood Sinister (1999)
  9. Gone Tomorrow (2001)
  10. Dear Departed (2004)
  11. Game Over (2008)
  12. Fell Purpose (2009)
  13. Body Line (2011)
  14. Kill My Darling (2011)
  15. Blood Never Dies (2012)
  16. Hard Going (2013)
  17. Star Fall (2014)
  18. One Under (2015)
  19. Old Bones (2016)

wtorek, 27 grudnia 2011

Kompleks winy



Kiedy w moje ręce, trochę przypadkowo, wpadł Kompleks winy* (oryg. Extreme Denial), którego autorem jest David Morrell, miałem bardzo ambiwalentne uczucia, jak zawsze w przypadku kolejnej, nowej powieści tego autora.
Są pisarze, który prezentują równy poziom w swojej twórczości, są gwiazdy wschodzące (które o ile nie umrą młodo, wcześniej czy później zaczną loty obniżać) i są supernowe strzelające arcydziełem, by później świecić już tylko słabnącym wciąż blaskiem pierwszego objawu geniuszu. Są też narowiste konie, które w nieprzewidywalnym rytmie płodzą rzeczy przeciętne, gnioty i prawdziwe cuda. Nigdy nie wiadomo, co akurat wyjdzie spod ich pióra. Do tej ostatniej kategorii należy David Morrell. Jest on autorem zarówno całkowicie dennych powieści, że wspomnę choćby Totem, jak i perełek powieści w klimatach tajnych służb i bractw, takich jak Trylogia Bractwa.
W świetle powyższego jest zrozumiałe, iż sięgając po książkę byłem pewien po równo obaw i nadziei. Tylko przez kilka sekund jednak. Powieść jest napisana, jak to zwykle u tego autora, językiem dynamicznym, obrazowym i łatwym w odbiorze. Wciąga od pierwszych stron i nie odpuszcza do samego końca. Szybkości czytania sprzyja też podział na rozdziały i podrozdziały o małej objętości; często nawet jednostronicowe. Schemat jest bardzo ograny, ale zawsze gwarantujący sukces; on – mężczyzna po przejściach, ona – kobieta z przeszłością. Spotkanie, gorący wybuch wielkiego uczucia, niespodziewane i potężne przeciwności z którymi trzeba stanąć do walki. Oczywiście wszystko w typowych dla Morrella realiach; głównym bohaterem jest Steve Decker, jeden z super agentów amerykańskich, który postanowił się wycofać po wpadce spowodowanej przez kogo innego, za którą jego obciążono i w której zginęło 23 cywilów amerykańskich. Nasz heros przenosi się do Santa Fe, kupuje dom i rozpoczyna pracę jako agent biura nieruchomości. Poznaje piękną kobietę z sąsiedztwa, zakochuje się i, jak łatwo się domyśleć, nagle sprawy się komplikują. Oczywiście im dalej tym lepiej; trup pada gęsto, a zapach spalonego kordytu** i świeżej krwi przenika wszystko. Jest to dość schematyczna wariacja o damie w opałach wyglądającej swego rycerza w srebrnej zbroi. Na ile schematyczna nie będę zdradzał, podobnie jak nie przybliżę Wam fabuły. Nie lubię psuć nikomu zabawy. A lektura Kompleksu jest naprawdę niezłą frajdą. Mimo wspomnianej sztampowości, która jednak mieści się w ramach kanonu, powieść jest pierwszej klasy. Błyskawiczne zwroty akcji, wielka miłość, walka na śmierć i życie, przyjaźń i nienawiść aż po grób, jednym słowem; wszystko to, co miłośnicy gatunku lubią najbardziej. Dodatkowym walorem są piękne opisy niesamowitych dla nas okolic Nowego Meksyku, tak odmiennych od wszystkiego, co znamy.
Książka nie jest może tak powalająca jak moja ulubiona, wspomniana już, Trylogia Bractwa i po przeczytaniu nie zapałałem chęcią natychmiastowego nabycia Kompleksu Winy, niemniej gustującym w sensacji, i nie tylko, mogę ją z pełnym przekonaniem polecić. Kawał prześwietnej rozrywki, z odpowiednią dozą napięcia, bez żadnych głębszych przemyśleń, ale za to wciągającej i pozwalającej całkowicie oderwać się od świata. James Bond wymięka, o czym Was z pełnym przekonaniem zapewniam

Wasz Andrew



* Moim zdaniem tłumaczenie tytułu jest dość niefortunne; nie oddaje ani tytułu oryginalnego, ani zawartości książki, podobnie jak tytuł innego polskiego wydania, czyli Ostre cięcie. Radosna twórczość naszych tłumaczy, zwłaszcza w sferze tytułów powieści, to jednak temat rzeka i nie będę go tutaj rozwijał.
** Słowo kordyt (rodzaj prochu nitroglierynowego) używane jest w omawianym polskim wydaniu. W rzeczywistości kordytu od dawna już się w broni strzeleckiej nie używa.

sobota, 24 grudnia 2011

Boże Narodzenie



wszystkim, którzy czekają na Święta, życzę, by przy Wigilijnym Stole i pod Choinką znaleźli szczęście

Wasz Andrew

piątek, 23 grudnia 2011

Hard Target



Jakiś czas temu w poszukiwaniu rozrywki w stylu Polowania na Czerwony Październik sięgnąłem po RD-74 (Hard Target). Autorem powieści jest James Adams.
Z początku lektura zapowiadała się obiecująco. Główny bohater, David Nash, pracownik brytyjskiego wywiadu. zostaje skierowany do Rosji, by wspólnie ze specjalną jednostką Federalnej Służby Bezpieczeństwa zwalczyć przemyt narkotyków, który po rozpadzie ZSRR osiągnął gigantyczne rozmiary. Po przybyciu na miejsce dowiaduje się, że rosyjska mafia w porozumieniu z japońską yakuzą weszły w posiadanie broni biologicznej nowej generacji... W aferę zamieszane jest też GRU i CIA... Miałem więc nadzieję na techno-thriller, który przeczytam z zapartym tchem zapominając o dziennikach, polityce i newsach. Niestety; autor wyraźnie przedobrzył. Film byłby może z tego i nienajgorszy, bo akcja jest, i to nawet dynamiczna, ale w książce wychodzi jak szydło z worka nierealność części założeń i niespójność charakterologiczna niektórych postaci. Czytamy do końca bez zmuszania się, nawet z pewną dozą przyjemności i zaciekawienia, ale po skończeniu lektury jednoznacznie stwierdzamy, że mieliśmy nadzieję na coś więcej...
Reasumując: jeśli wsiadacie w pociąg i nie macie nic innego pod ręką, to ta książka może umilić Wam podróż. Jeśli jesteście w bibliotece, wybierzcie coś innego. Po prostu czwóreczka w starej skali ocen...

Wasz Andrew

czwartek, 22 grudnia 2011

007 w służbie Piłsudskiego



Rotmistrz  to opowieść o wielkim przedwojennym asie polskiego wywiadu, ulubieńcu Marszałka, Jerzym Sosnowskim von Nałęcz. Opowieść z wielu względów niezwykła.
Autorem książki również jest legenda naszych tajnych służb, tyle że kojarzona raczej z PRL-em; generał Marian Zacharski. Taki temat, taki autor! Już to wystarczyło, by pobudzić mój czytelniczy apetyt do granic.
Wbrew początkowym obawom błyskawicznie się przekonałem, iż autor stanął na wysokości zadania. Forma przypomina książki historyczne Suworowa i jest czymś pośrednim pomiędzy „prawdziwą” pracą historyczną a beletrystyką, stąd nazywam ją po prostu opowieścią. Inna sprawa, że więcej w niej umocowania w źródłach, niż w niejednej książce zaliczanej do historycznych. Widać też, iż autor wie o czym pisze, w przeciwieństwie do uczonych historyków, i jest taka forma na pewno bardziej wiarygodna, niż gdy piszą o narażaniu życia ludzie, którzy nigdy w życiu spoza biurka nie wyszli. Łatwo jest wymądrzać się, jakie błędy zrobił choćby Napoleon, gdy się ma wiedzę, której on nie posiadał. Trudniej zaś o uczciwość w ocenach, zwłaszcza gdy nie potrafi się samemu przed sobą przyznać, że na miejscu krytykowanego nie wygrałoby się nawet pierwszej bitwy. Książka Zacharskiego tchnie autentyzmem z każdej kartki i jest to jej niewątpliwym atutem, co w połączeniu z dobrym stylem, okraszonym autentyczną sympatią do bohatera opowieści, nie pozbawioną jednak obiektywnego krytycyzmu, sprawia, iż lektura daje nam przeżycia nie tylko poznawcze. Odczuwamy klimat międzywojennych lat szalonego, wyzwolonego seksualnie Berlina równie prawdziwie, co nastroje naszej Ojczyzny, gdzie patriotyzm wielu zatruwany był bezinteresowną zawiścią innych.
Rotmistrz to pozycja bezcenna. Przybliża nam postać, która powinna być znana każdemu Polakowi, a tymczasem dotąd nawet wielu miłośników historii Polski w ogóle o niej nie słyszało. Dlaczego? Ano pewnie dlatego, iż niełatwo majora Sosnowskiego pobrązowić. Jego losy, w dużej mierze zbieżne są z życiorysami innych niezwykłych postaci tego okresu, jak choćby Kazimierza Leskiego czy Jerzego Dąmbrowskiego. Gdyby to była Ameryka, każda z ich historii zostałaby sfilmowana, a że są bardziej niesamowite niż fikcja, więc zakasowałyby wyczyny 007. Polska to jednak nie Stany. Tutaj nie powstałby Gwiaździsty Sztandar. My nie kalamy swoich świętości. Muszą być co najmniej z brązu, jeśli nie ze złota. Broń Boże z krwi i kości, że o błocie nie wspomnę. W 1939 wśród naszych nie było głupich, tchórzliwych ani zdrajców. Bezmyślni Niemcy i dzicy Sowieci pokonali nas tylko liczbą i sprzętem. Historia sukcesów i upadku von Nałęcza pokazuje z całą ostrością nasze największe chyba wady narodowe; bezinteresowną zawiść i nienawiść wobec lepszych od siebie, to słynne polskie piekło. Pokazuje w tragikomiczny sposób, w najbardziej jaskrawy z możliwych. Nie dziwi więc, że dotąd o Jerzym Sosnowskim było cicho i chwała Marianowi Zacharskiemu za pracę włożoną w przywrócenie naszej świadomości narodowej tej fascynującej postaci. Nie ma się jednak co łudzić; Polacy filmu o nim nie zrobią. Trzeba by pokazać nie tylko jego sukcesy, ale i małość ludzi, którzy zamiast go w kraju nagrodzić, zgotowali mu piekło.
Tajne służby, a wywiad ofensywny w szczególności, to teren gdzie wszystko uchodzi. Nawet poświęcanie własnych agentów mniejszego formatu w imię sukcesu tych lepszych. Miara niegodziwości jakich doznał od swoich nasz najlepszy chyba szpieg przedwojenny przekracza jednak wszelkie granice i absolutnie nie koresponduje z obrazem patriotycznej i moralnej II Rzeczpospolitej, z wizją mesjasza narodów. A takich rzeczy, zwłaszcza prawdziwych, to my nie lubimy.
Profesjonalni historycy zarzucają autorom takim jak Zacharski, Suworow czy Wołoszański, że są nawiedzeni, że są niewiarygodni. To jednak właśnie tacy autorzy pierwsi mówili o sprawczej roli ZSRR w wybuchu II Wojny Światowej i o wielu innych rzeczach najważniejszych dla historii Polski. Podobnie jak mój nauczyciel polskiego, który w szkole jawnie mówił o Katyniu na wiele lat przed upadkiem komuny. Co robili w tym czasie profesjonalni historycy? To, za co im płacono. Ówcześni, komunistyczni, doktorzy nauk historycznych są dziś profesorami, a magistrowie doktorami, i powinniśmy o tym pamiętać. I sami sobie odpowiedzieć, która wiarygodność jest prawdziwsza. Czy ważniejszy jest tytuł i idąca za nim płaca, która zobowiązuje do określonych poglądów, czy argumenty, fakty i dowody.
Opowieść o Nałęczu, podobnie jak wiele innych, pokazuje, iż nie ma jednej „prawdziwej” historii. Warto ją przeczytać, by poznać z nowej strony tą arcyciekawą postać, ale nie tylko po to. Książka jest perełką, która pozwoli nam zachłysnąć się autentycznym klimatem międzywojennego Berlina, trudnych dla Polaków czasów międzywojennych oraz niemieckich i polskich tajnych służb opisanych przez, bądź co bądź, znawcę tematu. Rzecz, niezależnie od oceny jej wiarygodności, daje wiele, bardzo wiele do myślenia, a jednocześnie czyta się ją łatwo, wręcz połyka. Jest to zarazem prawdziwie sensacyjna opowieść o męskim demonie seksu, na którego widok kobiety wręcz mdlały. Zdecydowanie i absolutnie polecam*

Wasz Adrew



* Jedynym mankamentem dla osób dociekliwych i nie znających języka niemieckiego jest fakt, iż wiele oryginalnych tekstów nie zostało dosłownie przetłumaczonych, ale cóż; albo się uczymy, albo korzystamy z tłumacza komputerowego, online, lub co tam kto ma. Nie umniejsza to jednak walorów książki, gdyż teksty o których mowa są źródłami, które nie warunkują odbioru, a przeznaczone są jedynie dla szczególnie zainteresowanych.

środa, 21 grudnia 2011

28 rocznica śmierci Mariana Mazura

 Marian Mazur na przełomie lat 70-80, zdjęcie Marek Banach.

Dziś właśnie przypada 28 rocznica śmierci genialnego polskiego uczonego - Mariana Mazura. Był twórcą polskiej szkoły cybernetyki, a jego teoria systemów autonomicznych i jakościowa teoria informacji do dziś urzekają prostotą, oryginalnością i uniwersalnością. Nie będę tutaj przypominał sylwetki naszego wielkiego rodaka. Jego życiorys można znaleźć choćby w Wikipedii. Pragnę z okazji tej rocznicy zwrócić uwagę na chyba najbardziej popularną książkę Mariana Mazura Cybernetyka i charakter. Pozycja w Polsce dużo mniej znana niż za granicą, podobnie jak sama sylwetka autora i jego teoria. To już chyba taka nasza narodowa tradycja, by cudze chwalić, a swego nie znać. Czasami mam wrażenie, że gdyby Kopernika za swego nie uznawały inne narody, a zwłaszcza Niemcy, co przez zazdrość mobilizuje naszą pamięć o nim, to byłby w kraju zupełnie zapomniany. Analogia tym bardziej uprawniona, iż Marian Mazur dokonał rewolucji na miarę kopernikańską, nie tyle w cybernetyce jako takiej, co choćby w psychologii przy pomocy tejże cybernetyki. By przeciwstawić się zapomnieniu, zapraszam do lektury mojej opinii, a potem samej książki, która wbrew tytułowi więcej rewolucjonizuje w wiedzy o nas samych, niż cybernetyce, której nowatorska teoria jest narzędziem również dla innych dziedzin. Gorąco polecam

Wasz Andrew

wtorek, 20 grudnia 2011

Rasa drapieżców



Jakiś czas temu, przyznaję ze skruchą, że niejako przypadkiem, sięgnąłem po książkę Rasa drapieżców teksty ostatnie Stanisława Lema. Kiedyś zaczytywałem się Lemem, ale od dłuższego czasu nie sięgałem po nic firmowanego jego nazwiskiem. Z tym większym zdziwieniem, w pozytywnym znaczeniu tego słowa, stwierdziłem, że rzecz warta jest przeczytania i głębszej nad nią refleksji.
Rasa drapieżców to ostatnia książka Mistrza, który zmarł 27 marca 2006 w Krakowie. Zawiera teksty publikowane przez niego w latach 2005 i 2006 na łamach Tygodnika Powszechnego. Wyboru dokonał i całość posłowiem opatrzył Konrad Fiałkowski. Ja osobiście czytałem je wszystkie z wielką przyjemnością. Jakkolwiek niektórzy zarzucają, iż w wybranych felietonach pewne argumenty się powtarzają, jakkolwiek inni podnoszą, że z drugiej strony można napotkać niekonsekwencje, jak w przypadku wyborów w Niemczech, gdzie Lem najpierw się Merkel obawia, a potem ją chwali i z nią symapatyzuje, to ja uważam, że ten zbiór jest jedną z cenniejszych pozycji w dorobku pisarza.
Czytając kolejne teksty zawarte w Rasie nie tylko możemy smakować świetne pióro, pełne ironii, dystansu, a zarazem zaangażowania. Możemy obcować z wybitną inteligencją Mistrza tak, jakbyśmy właśnie prowadzili z nim wywiad. A to, co niektórzy widzą jako mankamenty, moim zdaniem jest właśnie atutem. Widzimy poprzez taki właśnie wybór tekstów, z ich wzajemnymi sprzecznościami i niekonsekwencjami z jednej strony, a powtórzeniami z drugiej, iż wielki umysł wcale nie jest wszechwiedzący. Myli się, czepia się faktów, tez i motywów, które mu się wybitnie spodobały, zmienia oceny faktów i ludzi, jest taki jak my. Nie potrafi być prorokiem we własnym kraju, a jednak lektura jego słów skłania do wielu refleksji i głębokich przemyśleń. Te felietony, w specyficzny sposób osobiste, pokazują nam, że wielkość Lema leży nie tylko w ogromnej wiedzy i świetnym piórze. Jest także w niespotykanie udanym połączeniu zaangażowania z samokrytycyzmem, dystansem do własnej osoby i własnych przekonań, gotowością do błądzenia i odnajdywania. Wielki umysł wcale nie wie wszystkiego. Próbuje dociekać, często po drodze trafiając w ślepe uliczki. Tym różni się od miernot, że pomyłki i błędy traktuje jako jedyną drogę do prawdy. Obojętnie: naukowej, politycznej czy historycznej.
Choć polityczne przewidywania Mistrza raczej nie bywały trafione, to z jego tekstów widać wielką troskę o Polskę. Polskę dla każdego, Polskę w jakiej i ja chciałbym żyć. Może w dzisiejszych czasach powołaniem futurystów jest nie przewidywanie jak będzie, ale pokazywanie jak nie powinno być, czego mamy się obawiać i czego unikać? Może jak instruktor jazdy ma się koncentrować nie na pięknej drodze, która czeka za wzgórzem, ale na wskazywaniu zagrożeń czekających po drodze?
Reasumując; choć polityczne przewidywania Lema z dzisiejszej perspektywy wydają się nieaktualne, to Rasę drapieżców naprawdę warto przeczytać, o czym Was szczerze zapewniam

Wasz Andrew

piątek, 16 grudnia 2011

Cyfrowa Twierdza




Jakiś czas temu skończyłem czytać Cyfrową Twierdzę (Digital Fortress) Dana Browna. Tak, to ten od Kodu Leonarda Da Vinci.
Od razu zaznaczę, że jako powieść mająca dostarczyć rozrywki, Kod Leonarda podobał mi się bardziej. Może dzięki temu, że czytałem go w pięknie ilustrowanym wydaniu, gdzie zamieszczony materiał graficzny idealnie korespondował z treścią i nie tylko nie kolidował z pracującą na pełnych obrotach wyobraźnią generującą w umyśle świat wykreowany słowem pisanym, ale wręcz przeciwnie, uzupełniał tekst i dawał umysłowi nowe dane, by sobie pięknie całą rzecz w głowie odtworzyć.
Cyfrową Twierdzę określiłbym jako techno-thriller. Jest to powieść tak odmienna od Kodu Leonarda, że aż trudno je porównywać. Kod rozgrywa się w świecie historii, sztuki i wiary, a Twierdza to świat przyszłości (a może już nawet teraźniejszości), matematyki, szyfrów i informatyki. Świecie totalnej inwigilacji i poświęcania jednych wartości w imię innych. To ostatnie łączy obie wspomniane książki. W Kodzie Leonarda Kościół Katolicki poświęca prawdę, życie niewinnych ludzi i świadomie zniekształca Słowo Boże, by utrzymać jedność wiary i nie dopuścić do powstania kolejnych herezji. W Cyfrowej Twierdzy także morduje się ludzi i łamie wszelkie prawa właśnie po to, by tych łamanych praw bronić. Może z tego wynika większa rozrywkowość Kodu, że temat wiary nie dotyka on nas wszystkich. W końcu nikt nie musi być wierzącym, a i większość wierzących nie wierzy we wszystko, co im kapłani opowiadają. Nie wszędzie religia ma taki wpływ na życie państwa i narodu jak w Polsce. Cyfrowa Twierdza robi się poważniejsza od momentu, gdy uświadomimy sobie, że dylematy będące jej tłem dopadną nas zawsze i wszędzie, a problem będzie narastał.
Quis custodiet ipsos custodes to pytanie z Satyr Juwenala, które jest myślą przewodnią Cyfrowej Twierdzy. Kto będzie pilnował tych, którzy pilnują? Nikt na to odpowiedzi jeszcze nie dał i Dan Brown też jej nie zna. Pokazuje nam tylko, jakie niebezpieczeństwa pojawiają się, gdy ktoś w imię ochrony innych, lub dla innych ważnych wartości, otrzymuje specjalne uprawnienia, a co gorsze, i co coraz częściej dotyka naszej, europejsko-amerykańskiej demokracji, otrzymuje ciche przyzwolenie, by działać poza prawem, a nawet ewidentnie wbrew niemu. Kto zapewni, że takie możliwości dane komukolwiek nie zostaną przez niego wykorzystane do złych celów.
Kontrola. To nie tylko tytuł książki Wiktora Suworowa, którą też szczerze polecam. To problem nad którym biedzą się ludzie od starożytności. Kto ma kontrolować tych, którzy kontrolują? Nie rozwiązał go ani Stalin, ani inni dyktatorzy i, niestety, nie rozwiązała go też nasza demokracja. A problem ten narasta z każdym dniem i na naszych oczach dotyka coraz to większej ilości spraw, ludzi i zagrożonych swobód.
Terroryzm już wygrał wojnę z demokracją, gdyż zmusił nasze społeczeństwa do naruszania podstawowych zasad w imię tych właśnie zasad obrony. By chronić obywateli przez zagrożeniem właśnie tych obywateli, niejednokrotnie całkowicie niewinnych, podsłuchuje się, przegląda się korespondencję, czyta maile i włamuje do komputerów, więzi bezprawnie, a nawet torturuje. Kto zapewni, że koszty nie przewyższą zysków, kto będzie szukał czarnych owiec wśród tych, którzy ich szukają w społeczeństwie. Pedofile uwielbiają robić kariery w różnych rodzajach działalności i w zawodach związanych z dziećmi. Zbrodniarze, żadni władzy i krwi okrutnicy, zwykli sadyści, podglądacze i inni zboczeńcy od lat wkręcają się do armii i tajnych służb, gdzie tym bardziej stoją poza prawem, im bardziej służby są tajne i zaangażowane w walkę. Jaką, z kim, to nie jest ważne. Oni dobrze wiedzą, że tylko tam będą mogli bezkarnie dać upust swym żądzom. Nawet porządni niejednokrotnie schodzą na manowce, a nawet ci, którzy nigdy na nie nie zeszli dają się czasem innym wpędzić w maliny. W imię dobra popełniają błędy, które sprawiają, że ich czyny nie różnią się od zwykłych przestępstw i zbrodni. Kto ich będzie trzymał na wodzy, kto ich kontrolował? A kto skontroluje tych kontrolujących?
Jakiś czas temu w wiadomościach w TV, internecie i gazetach było głośno o skargach inspektorów skarbowych badających fundację prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego na CBA, które podobno próbowało ich zastraszyć. Takie doniesienia o walce różnych naszych służb między sobą pojawiają się coraz częściej. Widać wyraźnie, że niejednokrotnie tajne służby służą politykom do załatwiania ich partykularnych interesów, a nie do ochrony dobra państwa i obywateli.
Magiczne słowo. Kontrola. Tylko jak ma wyglądać jego realizacja. Tego nie wie nikt, a problem narasta. Kiedy rosyjski okupant (rozbiorowy, a nie ten po 1945) wprowadził obowiązek meldowania się w miejscu zamieszkania, Polacy uważali to za represję gorszą niż wywózka na Sybir. Gorszą, bo dotykającą wszystkich, od nowo narodzonych dzieci po umierających starców, od buntowniczych patriotów po sprzyjających Rosjanom biznesmenów i kolaborantów. Było to ograniczenie podstawowej wolności do bycia gdzie się chce i kiedy się chce bez informowania o tym kogokolwiek. Teraz śledzą nas z satelitów, podsłuchują komórki i telefony, czytają maile i analizują DNA. A nam to już wcale nie przeszkadza. Nie przeszkadza, bo mamy nadzieję, że nas to nie dotyczy, jeśli jesteśmy O.K. A co jeśli ktoś tam, wśród tych wybrańców, którzy nas kontrolują, ktoś nie jest O.K.? Co jeśli pamięta, że w szkole odbiliśmy mu dziewczynę albo daliśmy po gębie? Co jeśli ma do nas jakikolwiek żal i postanowi wykorzystać swoje możliwości pozaprawnego działania by się na nas odegrać? A co jeśli się po prostu pomyli albo ktoś zły, by zatrzeć za sobą ślad, rzuci podejrzenie na nas? Rosyjska mafia, jak czytamy w niedawnych newsach, okrada przez internet konta bankowe Polaków. Skoro te wszystkie nasze tajne służby nie są w stanie zapobiec takim prostackim, ogranym trickom, to czy możemy liczyć na to, że odeprą jakikolwiek poważny atak w cyberprzestrzeni? Czy warto im było dawać jakiekolwiek uprawnienia?
Janosik łupił bogatych i dawał biednym. Kiedyś napadano na banki z rewolwerem w ręku lub jak w Vabanku wkradano się doń przez komin. Kto jednak trzymał pieniądze w dużym banku nie był okradany. Koszty takiej imprezy ponosił głównie bank, który zresztą też był ubezpieczony. Teraz okrada się klientów banków, a nie banki. Systemy ochrony banków i wszystkie te służby tak naprawdę niczego nie potrafią zrobić, by temu zapobiec. Czy wszystko w tej branży będzie szło w tym kierunku? Bogaci będą bezpieczni, a szarzy, zwykli ludzie będą bezbronni?
Jeśli nie przeszkadzają Wam takie pytania, które mogą się zrodzić w trakcie lektury Cyfrowej Twierdzy, to namawiam do jej przeczytania. Akcja jest wciągająca i książkę, choć dość gruba, czyta się błyskawicznie. To klasa Polowania na Czerwony Październik, o czym Was niniejszym zapewniam, i choć specjaliści od kryptografii, komputerów i matematyki wynajdą w tej książce trochę błędów merytorycznych, to polecam ją jako świetną rozrywkę i nie tylko rozrywkę…
Wasz bez wosku (kto czytał, ten wie)

Andrew

Cyfrowa twierdza [Dan Brown]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE