Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

piątek, 9 grudnia 2011

Torquemada




Jakiś czas temu wpadła mi w ręce książka

TORQUEMADA

Jerzy Cepik

Opowieść o Tomaszu Torquemadzie jest pierwszą większą pracą w naszej literaturze na temat Wielkiego Inkwizytora Hiszpanii. Postać ta, otoczona ponurą legendą, jest prawie nieznana współczesnemu czytelnikowi. Autor pokusił się o pokazanie hiszpańskiej inkwizycji na tle piętnastowiecznej Hiszpanii i mimo stosunkowej izolacji tego kraju - na tle ówczesnej Europy, w kontraście z włoskim i europejskim Odrodzeniem. Analizując postać głównego bohatera, autor opowieści skupił się na psychologicznych uwarunkowaniach jego dążenia do absolutnej władzy w państwie, na mechanizmach zdobywania tej władzy, na roli ideologii w tym procesie. Obraz piętnastowiecznej Hiszpanii z płonącymi stosami, wyjeżdżającym za Ocean Kolumbem, z ostatnimi twierdzami Maurów i wypędzanymi z kraju Żydami - jest dla dzisiejszego czytelnika, nawet rozczytującego się w literaturze historycznej, tak daleki i obcy, że aż egzotyczny i przez to fascynujący.
Tyle notka wydawcy. Dodam tylko, że od czasu pierwszego wydania (1986 bodajże) wiele miejsc na świecie upodobniło się nieco do świata Torquemady. Ja polecam tę książkę każdemu, kto nie boi się myśleć. Choć nie jest może ona do końca wierna prawdzie historycznej, to jednak świetnie pokazuje, co człowiek może zrobić człowiekowi pod hasłem szczytnych idei i jak ze zbrodniarza zrobić świętego. Nie ma znaczenia, czy na sztandarze jest Bóg, czy czerwona gwiazda, czy cokolwiek innego. Metody i skutki są te same...

Wasz Andrew

środa, 7 grudnia 2011

OSTATNIA REPUBLIKA




Jakiś czas temu wpadła w ręce książka Wiktora Suworowa

OSTATNIA REPUBLIKA

(ПОСЛЕДНЯЯ РЕСПУБЛИКА)

Świetna rzecz dla każdego, kto interesuje się historią Polski, Europy i świata, polityką i wojskowością. Obowiązkowa pozycja dla każdego, kto uważa się za polskiego patriotę. Czyta się bardzo dobrze, przewartościowuje wiele sądów i zmusza do krytycznego myślenia. Historia bowiem to nie daty i suche fakty, bo z tego nie wynika żadna nauka na przyszłość, ale tych dat i faktów kojarzenie, uzupełnianie ich braku teoriami tak, by stworzyć logiczne związki przyczynowo-skutkowe, nadać ludzkim działaniom sens i odkryć brakujące motywy. Nie będę streszczał ani opisywał o czym książka traktuje, by każdy mógł przystąpić do krytycznej lektury nieskażony moimi sugestiami, niemniej zdecydowanie polecam

Wasz Andrew

Ostatnia republika [Wiktor Suworow]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

wtorek, 6 grudnia 2011

Córka Boga




Kiedy wpadła mi w ręce powieść Córka Boga (Daughter of God) Lewisa Perdue, miałem nadzieję na świetną rozrywkę w stylu co najmniej Kodu Leonarda. Tego się przynajmniej spodziewałem po górnolotnych peanach, jakie można było przeczytać w recenzjach i notce o autorze na okładce. Niestety, było to jedno wielkie nieporozumienie.
Książkę popełniło wydawnictwo Philip Wilson Warszawa 2006, przekładu dopuścił się Cezary Murawski, a korekty Małgorzata Pośnik. Tego w ogóle nie da się czytać! Gdy tylko czytelnik zaczyna wpadać w rytm, gdy tylko zacznie mieć nadzieję, że akcja go wciągnie, zaraz wykoleja się na jakimś błędzie, od których aż się roi. Zamiast "za podjazdem" jest "za pojazdem" i miast odczuwać narastające napięcie szukasz tego idiotycznego pojazdu. Jednak napięcie nigdy nie zdąży narosnąć, bo zaraz masz "mieści się potężnym" zamiast "mieści się z potężnym", "na spotka" zamiast "nie spotka", "położył na boku" zamiast "położył się na boku". Nim zaskoczy cię niespodziewany zwrot akcji, już czujesz się zaskoczony, ale przez tłumacza: "zjawiali się, wręczyli mu nowe dyktafony i odjeżdżali" czy "podmuchy ciepłego powietrza, który topił śnieg". Można dostać migotania komór od tych końcówków i odmianów, które atakują co chwila. Nie lepiej jest z językami obcymi: Banhfostrasse to nowa wersja Bahnhofstrasse, a składnia jest nieraz wręcz kuriozalna "Podobnie jak zdesperowane zwierzę, schwytane we wnyki, odgryza uwięzioną łapę, postąpił podobnie". Przykłady można mnożyć jeszcze długo. Złota czcionka!
Wyobraźcie sobie, że macie dokonać degustacji specjalności kuchni w renomowanej restauracji. Kucharz wnosi wykwintne na pierwszy rzut oka, rozreklamowane danie. Próbujecie pierwszą łyżkę zupy, a tu w ustach zgrzyta piasek. Drugie podejście – to samo. No to drugie danie. Pachnie znakomicie! Pierwszy kęs na widelcu. Chyba będzie dobre. Drugi – to chyba gwóźdź w kotlecie! Tak właśnie wygląda lektura Córki Boga. Ciężko ocenić jej wartość, skoro nie da się jej czytać w zaprezentowanym przez Philipa Wilsona wydaniu. Trochę ciekawostek historycznych dla okrasy jest, ale wiedza autora o realiach, w których obracają się jego bohaterowie, jest znikoma. Pisarz myśli, że pistolety używane przez SS miały większy kaliber niż dzisiejsze, a tymczasem 9mm para to jeden z najbardziej popularnych do dzisiaj typów amunicji. W dodatku obecnie produkowana amunicja tego samego kalibru ma lepsze parametry niż ta z czasów wojny. Jeśli ktoś myśli, że strzał z dziewiątki jest w stanie unieść dorosłego mężczyznę i odrzucić do tyłu albo wyrzucić przez okno, to niech lepiej zacznie pisać romanse.
Ufff! Ale pojechałem. Mimo wszystko i tak byłem delikatny. Jeśli chcecie się pośmiać z błędów, to spoko, ale jeśli szukacie dobrej powieści sensacyjnej z tłem historyczno-religijnym, to poszukajcie sobie czegoś innego, gdyż Córka Boga nie jest warta waszego czasu, o czym z żalem Was informuję i ostrzegam

Wasz Andrew

poniedziałek, 5 grudnia 2011

Dyscyplina




Paco Ahlgren
Dyscyplina
(Discipline)
Dogłębne przeżywanie, a nawet tworzenie, rewelacyjnych dzieł literatury pięknej przez umysły profesjonalnie zajmujące się naukami ścisłymi jest bardzo interesującym zjawiskiem, zwłaszcza w świetle tego, iż odwrotne tendencje są znacznie rzadsze. Nie słyszałem, by jakikolwiek zawodowy poeta czy powieściopisarz spłodził, czy choćby zrozumiał, dzieło znaczące w najnowszej historii matematyki lub fizyki. Mam wrażenie, iż od czasu podziału mędrców na humanistów i umysły ścisłe, tylko ci drudzy są w stanie pojąć tych pierwszych. Z wielką więc ciekawością sięgnąłem po Dyscyplinę, opasłą powieść z gatunku science fiction, z bardzo niewielkim dodatkiem pierwszego składnika, napisaną przez Paco Ahlgrena; miłośnika fizyki, w dodatku kwantowej, a po profesji analityka finansowego.
Powieść, jak już wspomniałem, ma słuszną objętość. Czyta się ją jednak szybko, gdyż dynamiczny, plastyczny język od pierwszych stron wciąga nas w dzieje Douglasa Cola nazywanego też przez niektórych Uzdrowicielem. Od samego prawie początku dowiadujemy się, iż coś, lub ktoś, prześladuje naszego bohatera. Z drugiej strony, inne siły starają się go chronić. Co jest motorem tej walki i jakie zadanie stoi przed Douglasem nie będę zdradzał. Kto zechce, przekona się sam.
W całej powieści widać fascynację autora nową fizyką i implikacjami wynikającymi z niej dla naszego postrzegania świata, dla filozofii. Zmieniają one nasze przekonania o rzeczywistości, bycie i percepcji, o przyczynowości i przeznaczeniu. Zmieniają w podobnie gruntownym stopniu, jak kiedyś uczyniły to implikacje wizji układu słonecznego spopularyzowanego przez naszego wielkiego rodaka Mikołaja Kopernika. Jego dzieło było jednak jak jednorazowe tąpnięcie. Tak potężne, iż wyrzuciło Człowieka i Ziemię z centrum wszechświata, za co zresztą było zwalczane przez Kościół, ale jednak jednorazowe. Ówcześni zdawali sobie sprawę ze światopoglądowych następstw systemu kopernikańskiego, lecz teraz mamy sytuację odmienną. Najnowsze kierunki rozwoju matematyki i fizyki, a za nimi i innych dziedzin, powodują powstawanie nowych dróg dostępnych dla filozofii w takim tempie, iż nie nadążamy z  rozważaniem ich wpływu na nasz system myślenia. Kiedyś systemy filozoficzne wyprzedzały odkrycia, żeby wspomnieć choćby teorię atomu i przytoczony już system heliocentryczny. Teraz jest odwrotnie. Matematyka i inne nauki ścisłe pokazują nam rzeczy, o których nie wiemy co myśleć. Rzeczy, które dzieją się bez czasu, światy prostopadłe i inne cuda. Filozofowie mają z tym problemy, tym bardziej iż świat nauk ścisłych jest z reguły dla nich zamknięty z braku odpowiedniego wykształcenia w tym kierunku. Dyscyplina jest przyczynkiem, który zmusza nas do zastanowienia się nad różnymi problemami, które wynikają z takiego stanu rzeczy, od walutowych i politycznych, po społeczne i filozoficzne.
Przez cały czas lektury zastanawiałem się, jak tę książkę ocenić. Skończyłem czytać i nadal nie wiem; czy jest dobra, czy zła. Chyba nie można jej mierzyć w tych kategoriach. Jest inna; odmienna od pozostałych powieści, jakie zwykle wpadają nam w ręce. Nie nazwę jej bardzo wartościową, gdyż dla kogoś z zacięciem filozoficznym i zamiłowaniem do nauk ścisłych nie wnosi ona niczego nowego. Z drugiej strony, czyta się ją dobrze i czytelnicy, którzy nie przepadali dotąd za takimi tematami, mogą się nimi zainteresować. Dyscyplinanie zachwyciła mnie na tyle, bym kiedykolwiek chciał do niej wrócić. Jednak ze względu na jej oryginalność mam świadomość, iż ilu czytelników, tyle różnych wrażeń wywrze. Warto więc po nią sięgnąć, by zmierzyć się z tym nowym i przekonać się, jakie odczucia w Was wzbudzi

Wasz Andrew

piątek, 2 grudnia 2011

KOD LEONARDA DA VINCI




Jakiś czas temu wpadła mi w ręce powieść Dana Browna KOD LEONARDA DA VINCI  wydana przez Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz & Wydawnictwo Sonia Draga 2004 w przekładzie Krzysztofa Mazurka. Nie jest to żadna nowość i wiele już na ten temat napisano, jednak nie mogę się powstrzymać, by nie dorzucić tutaj kilku słów od siebie.
Zwykle, jeśli chodzi o powieści, wolę wydania bez ilustracji, co ułatwia zadanie mojej wyobraźni. Zwłaszcza rażą mnie dysonanse pomiędzy ilustracjami, a wizją, jaka rodzi się w mojej głowie w czasie dobrej lektury. Ja sobie wyobrażam przykładowo piękną, zmysłową kobietę o jakiej pisze autor i jej przystojnego, męskiego bohatera, a tu na obrazku jakiś brzydal i brzydula. O nastroju, napięciu i emocjach, które dużo trudniej oddać obrazem niż pisanym słowem, nawet nie muszę wspominać. Kod Leonarda stanowił dla mnie szokujące wręcz zaskoczenie w tej kwestii. Ilustracje pokazujące architekturę, dzieła sztuki i zabytki są idealnie dobrane i, co bardzo ważne, umieszczone na ogół w miejscach, gdzie w tekście po raz pierwszy mowa o tych ciekawych obiektach. W porównaniu do innych wydawnictw, gdzie irytuje szukanie ilustracji po całej książce lub na wkładce z tyłu, tutaj czytelnik ma sytuację wręcz komfortową.
Poziom tłumaczenia i korekty nie odbiega od wizualnej formy wydawnictwa. Tłumaczenie bardzo udane, bez błędów, co sprawia, że powieść połyka się błyskawicznie. Nie będę tu opisywał założeń fabuły, by nie psuć przyjemności tym, co jeszcze po tę pozycję nie sięgnęli. Stwierdzę tylko, że jeśli ktoś szuka świetnej powieści sensacyjnej powiązanej z dużą dawką historii oraz ciekawostkami z dziejów chrześcijaństwa, to na pewno się nie zawiedzie. Fakty historyczne zawarte w fabule powieści nawet komuś orientującemu się w temacie nie tak łatwo oddzielić od tego, co jest tylko hipotezą czy wręcz fantazją.
Reasumując – po kilku miesiącach pewnie zapomnicie, tak jak i ja, o co chodziło z tym kodem, ale pozostanie wspomnienie wspaniałej lektury i trochę wiedzy, o której nie mówi się specjalnie w naszym kraju, który ostatnio zaczyna mi coś przypominać. Kiedyś było już ein Volk, ein Reich, ein Fuhrer, a my wciąż mamy ciągotki by zrobić u nas jedną religię, jedną historię i jedną Polskę. Nie napiszę, że książkę tę powinien przeczytać każdy, bo takie rzeczy były możliwe tylko w czasach starożytnych. Teraz jest tyle rzeczy, które powinno się przeczytać, że nie tylko życia, ale i tysiąca żywotów by na to nie starczyło. Kto jednak sięgnie po Kod, nie poczuje się zawiedziony o czym Was szczerze zapewniam

Wasz Andrew

Kod Leonarda da Vinci [Dan Brown]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

czwartek, 1 grudnia 2011

KGB Z WATYKANU





MARK AARONS, JOHN LOFTUS

AKCJA OCALENIEWATYKAŃSKA PRZYSTAŃ NAZISTÓW


Tytuł oryginalny: Ratlines: How the Vaticans Nazi networks betrayed western intelligence to the Soviets

Książka bardzo trudna w odbiorze, czyta się ją ciężko. Wielką jej zaletą jest fakt, że jest niezwykle bogato udokumentowana. Myślę, że każdy, katolik czy nie, kto interesuje się historią, polityką, a także po prostu sensem takich pojęć jak patriotyzm, wiara i ojczyzna, powinien tę książkę przeczytać. Lektura Akcji „Ocalenie” skłania do wielu przemyśleń zarówno historycznych, jak i dotyczących naszej, dzisiejszej rzeczywistości. Dotąd tego nie robiłem, niemniej jednak tym razem pozwolę sobie zacytować notkę wydawcy:


W ROKU 1944 WEWNĄTRZ WATYKANU ZA SPRAWĄ TAJNEJ KOTERII PRAWICOWYCH KSIĘŻY ZOSTAŁA POWOŁANA DO ŻYCIA SIATKA, KTÓREJ CELEM BYŁO WYWOŻENIE Z EUROPY NAZISTOWSKICH ZBRODNIARZY. POD POZOREM WALKI Z KOMUNIZMEM ROZSYŁANO PO CAŁYM ŚWIECIE ZBIEGŁYCH PRZESTĘPSCÓW WOJENNYCH, KTÓRZY NASTĘPNIE ZATRUDNIANI BYLI JAKO „BOJOWNICY WOLNOŚCI” ORAZ AGENCI W SŁUŻBACH WYWIADÓW AUSTRII, WIELKIEJ BRYTANII, KANADY, NIEMIEC ZACHODNICH I STANÓW ZJEDNOCZONYCH.


W SWYCH NIEZWYKLE ROZLEGŁYCH DOCIEKANIACH MARK AARONS I JOHN LOFTUS STARALI SIĘ UKAZAĆ WIELKĄ KOMPROMITACJĘ WSPIERAJĄCEGO ZBRODNIARZY WOJENNYCH I CAŁKOWICIE SPENETROWANEGO PRZEZ KGB WATYKANU.


AKCJA „OCALENIE” TO WSTRZĄSAJĄCA HISTORIA OPERACJI WYWIADOWCZYCH PROWADZONYCH PRZEZ KOŚCIÓŁ RZYMSKOKATOLICKI.


Resztę przeczytajcie sami. Zdecydowanie i absolutnie polecam. Piątka w starej skali ocen.

Wasz Andrew

środa, 30 listopada 2011

Shutter Island




DENNIS LEHANE
WYSPA SKAZAŃCÓW
(SHUTTER ISLAND)

Wyspa skazańców (wydana w Polsce również pod innym, też nieco odległym od oryginału tytułem: Wyspa tajemnic*) jest drugą powieścią Dennisa Lehane, która wpadła w moje ręce, po Ciemności, weź mnie za rękę. Książka wydana w twardej, lakierowanej okładce o ergonomicznych proporcjach i wielkości, co jest dziś rzadkością. Sprawia, iż czyta się ją z przyjemnością, trzymając ją w jednej ręce i leżąc wygodnie w łóżeczku. Drobiazg ale ważny. Poziom edytorski dobry i choć zdarzają się różne błędy tu i ówdzie, to nie są ani tak rażące, ani tak liczne, by wpływać na odbiór treści.
Jest rok 1954. Szeryf federalny Teddy Daniels i jego partner Chuck Aule przybywają do Ashecliffe, szpitala dla obłąkanych znajdującego się na wyspie w Zatoce Bostońskiej, z którego znikła jedna z pensjonariuszek. Nie jest to zwykły szpital. Jego pacjenci to w znaczącej części najgroźniejsi przestępcy, którzy dokonali okrutnych i odrażających zbrodni. Wielokrotne zabójstwa to norma w kartotekach wielu z nich. Poziom zabezpieczeń w szpitalu przewyższa ten z więzień o najcięższym rygorze, a w dodatku wyspa jest odizolowana od świata; jedyna możliwość dotarcia do niej, lub z niej się wydostania, to prom. Jakby tego było mało, nadchodzi huragan, więc niedługo i ta jedyna droga zostanie odcięta. Na szczęście Daniels też nie jest pierwszym lepszym szeryfem. To bohater wojenny mający na swym sumieniu wiele istnień ludzkich. Nie tylko jest maszyną do zabijania i mistrzem przetrwania na polu walki, ale posiada również bystry intelekt.
Od prologu poczynając, aż do ostatniej strony, lektura Shutter Islandjest istną ucztą dla czytelnika. Niezwykle obrazowy język pozwalający całkowicie przenieść się na tajemniczą wyspę momentalnie odrywa nas od rzeczywistości. Plastyczne opisy malują nam miejsce akcji z niezwykłym mistrzostwem, a klimat wciąga nie mniej niż niedoścignione Lśnienie Stephena Kinga. Napięcie rośnie nie tyle za sprawą wydarzeń, co z powodu procesów przebiegających w umyśle głównego bohatera. Lektura przenosi nas bowiem nie tylko na wyspę, ale wprost wciela nas w jego postać; w szczególności w mózg. Każda znaleziona odpowiedź mająca zmierzać do wyjaśnienia zagadki rodzi nowe pytania i my, usiłując przewidzieć dalszy ciąg, próbujemy myśleć tak jak Teddy. Jego umysłem. Z potworami w nim się rodzącymi, z pasją i odwagą. Próbujemy rozwikłać sprawę zaginięcia Rachel Solano i wyszukać nić prawdy w kłębku kłamstw. Niestety, wszystko plącze się coraz bardziej. Nie wiadomo komu i w czym można wierzyć. Wydaje się, iż każdy, począwszy od strażników i lekarzy, a na więźniach skończywszy, prowadzi własną grę i nie wiadomo co jest prawdą, a co fałszem. Postacie, szczególnie w wymiarze psychicznym, są wyczarowane z niespotykanym mistrzostwem i momentami wydaje się, iż to, co dzieje się w umysłach, jest ważniejsze niż rzeczywistość.
Nie będę zdradzał fabuły, gdyż tą powieść trzeba smakować od początku do końca we wszystkich aspektach. Nie wiem czemu Wyspa skazańców określana jest jako kryminał. Dla mnie to raczej dreszczowiec psychologiczny. Czyta się go z coraz większym napięciem aż do samego końca. Nie znajdziemy w nim spadku napięcia tak charakterystycznego pod koniec prawie wszystkich kryminałów, thrillerów i horrorów. Jest wielu mistrzów potrafiących pięknie budować napięcie, ale niezwykle rzadko udaje się komukolwiek płynnie zakończyć akcję zanim opadną emocje. Lehane tym razem przeszedł samego siebie. Zamiast zakończyć w klasyczny sposób okazał się niedoścignionym mistrzem suspensu. Trzyma w napięciu do ostatnich linijek ostatniej strony i dopiero wtedy dowiadujemy się wszystkiego. Nie ma tu żadnych wyczynów godnych nieśmiertelnych herosów rodem z licznych amerykańskich bestsellerów, naginania rzeczywistości i logiki będącego dzisiejszym deus ex machina, bez którego ingerencji nie potrafi się obyć zdecydowana większość topowych powieściopisarzy z pokrewnych gatunków literackich, że o nadprzyrodzonych ingerencjach nie wspomnę. Nie ma mowy o tych bolączkach wspólnych dla wszystkich, którzy potrafią namotać, ale potem sami nie wiedzą jak rozwiązać. Tym razem u Dennisa wszystko dzieje się dokładnie tak jak trzeba; realnie aż do bólu, logicznie i spójnie. Powieść doskonała pod każdym względem, choć trudno ją porównać z czymkolwiek. Jest jak oaza wśród piasku, wyspa bezludna na oceanie, gwiazda w pustce kosmosu. Jest odmienna, inna, wspaniała. Potencjalnie jest takich wiele, ale w pobliżu nie ma żadnej podobnej.
Nie wiem, czy jeszcze kiedyś sięgnę po Wyspę Skazańców. Może tak, może nie. Na razie bym jej nie kupił. Wiem jednak, iż jest to jedna z najlepszych książek jakie ostatnio miałem w ręku. Daje do myślenia, a przy tym jest prawdziwym oderwaniem od wszystkiego. Rozrywka z najwyższej półki. Zdecydowanie polecam

Wasz Andrew


* Shutter Island nie tłumaczy się ani jako Wyspa skazańców, ani jako Wyspa tajemnic. Shutter to migawka fotograficzna, okiennica, żaluzja lub inne urządzenie do zamykania i otwierania, ale nie drzwi czy brama. Trudno znaleźć odpowiednie marketingowo i zarazem wierne tłumaczenie tego idiomu. Moim zdaniem lepsze byłoby pozostawienie tytułu w oryginalnej formie. Niniejsza recenzja dotyczy Wyspy skazańców w tłumaczeniu Sławomira Studniarza Wydawca: ŚWIAT KSIĄŻKI Rok wydania: 2004 

wtorek, 29 listopada 2011

BATALION CZOŁGÓW




Leo Kessler
Batalion czołgów
BATALION SZTURMOWY SS
Rok 1940. Zdobycie belgijskiej twierdzy Eben-Emael jest kluczowe dla powodzenia całej hitlerowskiej inwazji na Belgię, Holandię i Francję. Batalion Szturmowy SS Wotan otrzymuje rozkaz wspomóc oddziały spadochronowe. Zadanie nie jest łatwe, gdyż fortyfikacja przypomina olbrzymią betonową ścianę najeżoną lufami armat. Wydaje się nie do zdobycia. Jednak niemieckie dowództwo jest zdeterminowane aby wkroczyć do Belgii i błyskawicznie zaatakować Francję. Straty w ludziach nie mają najmniejszego znaczenia.
Tyle notka na okładce książki.
Po powieść Leo Kesslera* Batalion czołgów (Panzer Batalion) z serii Batalion szturmowy SS sięgnąłem przypadkiem. Wypożyczył ją syn, a ja akurat nie miałem co czytać. Skusiła mnie przytoczona wyżej notka wydawcy, zamieszczona na tylnej okładce książki wraz z fragmentem treści.
Batalion czołgów czyta się świetnie; prawdziwie jednym tchem. Akcja dynamiczna jak może być tylko w powieści wojennej. Krew się leje strumieniami, trupów jak much w wiejskim wychodku, a wszystko to okraszone scenkami z prymitywnym seksem. Pozytywnie?
No właśnie. Fakt, iż rzecz cała, mimo brutalności krwawych scen, jest napisana dynamicznym, szybkim i łatwym w odbiorze językiem, predestynowałby Batalion do wysokiej oceny, gdyby nie... No właśnie.
Batalion czołgów jest książką bardzo zdradliwą i mogącą poczynić wiele szkód. Zarówno opatrzenie wydania mapkami, planami fortu, notką wydawcy angielskiego stwierdzającą, iż jest oparta na faktach, jak i notką tłumacza tego w najmniejszym stopniu nie dementującą, wprowadzają w błąd. Tymczasem jest to powieść nawet gorsza niż fikcja literacka. Uważam, że dopuszczalne jest uzupełnianie brakujących faktów czymkolwiek, w powieściach osnutych na rzeczywistych wydarzeniach. W końcu nikt nie udowodni, że tak nie było. Nie mam też niczego przeciwko całkowicie zmyślonej fabule i wydarzeniom, które nigdy nie miały miejsca, jeśli znajduje się je w beletrystyce. Nawet jednak utwory science-fiction, że o zwykłych powieściach nie wspomnę, nie powinny kłócić się ze zdrowym rozsądkiem, logiką i rzetelną wiedzą**. Tymczasem Batalion jest po prostu chory.



 Eben Emael-Bunker Kanal Nord od strony południowej, fot. Scargill
Książka pozuje na prozę prawdy, i to tak dokładnie, iż nawet jako tako obyty czytelnik może się nabrać. Ba – wiele podsumowań w internecie świadczy o tym, że nawet recenzenci zostali wyprowadzeni w pole. Poczynając od samego batalionu, przez miejsce akcji, a na ogólnej wymowie kończąc – wszystko to blaga. Nie wspomnę o tym, iż polski tytuł jest bezsensowny***.
Batalion Szturmowy SS WOTAN najprawdopodobniej nigdy nie istniał a na pewno nie jako samodzielna jednostka w tym miejscu i czasie, w jakim umieszcza go Kessler. Fort Eben-Emael nie przypominał, wbrew opisom i rysunkom zamieszonym w powieści, wielkiej żelbetowej fortecy w stylu gotyckiej twierdzy. Była to nowoczesna twierdza artyleryjska składająca się z żelbetowych stanowisk artylerii i broni maszynowej rozproszonych na sporym obszarze o kształcie trójkąta. W ataku na nią nie brały żadne jednostki SS, a jedynie spadochroniarze. Atakujący, wbrew krwawym opisom Kesslera, nie ponieśli prawie żadnych strat****.



Fort Eben Emael
Nie wiem jaki cel miały te wszystkie dziwaczne zabiegi autora, który przecież jest historykiem. Rzeczywista historia upadku Eben-Emael jest chyba jeszcze bardziej fascynująca niż ta zmyślona. A może chodziło o pokazanie SS-manów jako psychopatów?
W Batalionie czołgów widzimy, jak cyniczni oficerowie prowadzą na śmierć ogłupionych propagandą żołnierzy i za cenę niesamowitych strat osiągają zwycięstwo. Prawie wszyscy odbiegają od tego, co uznajemy za normalność.




 Główna brama Eben Emael, fot. Zbigniew Strucki (zstrucki@o2.pl)
Propaganda sowiecka, dobrze zaimplementowana w polskiej świadomości, przedstawiała żołnierzy hitlerowskich jako sadystów i innych zboczeńców, którzy najchętniej dokonywali zbrodni wojennych, a znacznie mniej nadawali się do walki. Kessler pokazuje ich już w nieco lepszym świetle, ale dalej zdecydowanie negatywnym. Nie dziwne; przecież to syn dumnego Albionu poniżonego przez Adolfa, który sprawił mu chyba największe w historii lanie. W dodatku Leo był brytyjskim pancerniakiem, a wiadomo jak Alianci obawiali się spotkania z niemiecką bronią pancerną od początku do końca wojny. Prawda zaś jest taka, że oddziały pancerne SS wykazywały się nie tylko szaleńczą odwagą i fanatyzmem, ale i świetną znajomością żołnierskiego rzemiosła. Wystarczy prześledzić losy ciężkich batalionów pancernych SS, by się o tym przekonać. Przy tym morale tych oddziałów (wynikające z fanatyzmu, ale to nie zmienia faktu) było w większości bardzo wysokie – potrafili kontynuować natarcie przy poziomie strat prowadzącym w innych armiach do nieodwracalnej ucieczki zakończonej masowymi dezercjami. Batalion czołgów jest więc książką bardzo niebezpieczną, gdyż wypacza zarówno obraz samej bitwy o Eben-Emael, jak i wojny w ogóle. Nie ma bowiem mądrych w walce. Cwaniacy siedzą daleko od przelatujących kul. Brzuchy mają syte, a gęby pełne haseł, za które umierają młodzi i głupi. Nie jest ważne, jak brzmią te hasła, zawsze skutek jest taki sam. Oficerowie ryzykujący na pierwszej linii życie dla awansu i kariery nie są wcale wiele mądrzejsi od swoich podwładnych, których na śmierć wysyłają. Śmierć w walce nie wybiera między dobrymi a złymi, głupimi i inteligentnymi. Prawdziwie mądrzy robią wszystko, by nigdy nie iść na wojnę, a cwaniacy jeszcze na niej zarabiają, choć w niej życia nie ryzykują. Siedzą w mundurach lub garniturach daleko od tych, którzy giną, i tylko podjudzają. Dlatego właśnie wojna jest zła. Nie ma w niej niczego dobrego, a giną zawsze najlepsi: honorowi, uczciwi, normalni. Przeżywają cwaniacy i kombinatorzy gotowi poświęcić każdego i wszystko, byle tylko siebie ocalić. Tego jednak w powieści Kesslera nie znajdziecie, bo nie ma w niej żadnych prawd. Są tylko kłamstwa ubrane w pozę prawdy.



 Niemieccy spadochroniarze w Eben Emael
Jak się łatwo zorientować nie polecam tej książki w ogóle. Batalion czołgów, pomimo porywającej akcji i wciągającego, łatwego w odbiorze stylu, beznadziejnie wypacza obraz wszystkiego o czym traktuje. Nie jest to w żadnym wypadku książka dla ludzi mało obeznanych z tematem, gdyż wyrobi w nich fałszywy obraz historii. Maniaków wojskowości odsyłam zaś jeśli nie do książek historycznych, to do powieści opartych na prawdzie, których wiele jest w tej tematyce.

Wasz Andrew

* Właściwie Charles Whiting ur. 18-12-1926 zm. 24-07-2007, brytyjski pisarz i historyk, napisał około 350 książek pod pseudonimami Leo Kessler, Duncan Harding, John Kerrigan i Klaus Konrad.
** Oczywiście nie dotyczy to w całej rozciągłości pewnych szczególnych konwencji, choćby fantasy, ale w takich wypadkach właśnie stosowana konwencja określa zakres dozwolonych odstępstw od „normalności”.
*** oryg. Panzer Batalion można tłumaczyć jako Batalion Pancerny (analogicznie jak Grenadierzy Pancerni) co przekłada się na nasze jako piechota zmechanizowana, a więc jednostka uzbrojona w BWP (Bojowe Wozy Piechoty) i transportery opancerzone. Batalion Czołgów ma za główne wyposażenie czołgi, a Wotan, jak można sprawdzić w treści, ani jednego czołgu na stanie nie miał. Była to zwykła piechota SS na transporterach i tytuł pasuje jak wół do karety.
**** Grupa szturmowa Wittiga straciła 5 zabitych zaś 20 żołnierzy było rannych z ogólnego stanu 84 ludzi. Do niewoli trafia 1185 belgijskich żołnierzy, a straty obrońców wyniosły 200 żołnierzy (różne źródła podają nieco odmienne liczby).