Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

niedziela, 24 marca 2013

Dla recenzentów





"Jeśli człowiek musi karmić drugiego kłamstwami na temat jego talentu tylko dlatego, że siedzi on naprzeciwko, staje się to najbardziej niewybaczalnym kłamstwem, ponieważ zachęca go do dalszej twórczości, a w ostatecznym rozrachunku jest to najgorszy sposób zmarnowania sobie życia przez człowieka pozbawionego talentu."

Charles Bukowski Kobiety

sobota, 23 marca 2013

Samokrytyka





"To, że na dziesięć lat porzuciłem pisanie, było chyba jednym z najszczęśliwszych zdarzeń w moim życiu. Przypuszczam, że część krytyków dodałaby, że było to również jedno z najszczęśliwszych zdarzeń dla czytelników."

Charles Bukowski Kobiety

piątek, 22 marca 2013

Droga




Droga

(oryg. The Road)

Cormac McCarthy

tłumaczenie: Robert Sudół
Wydawnictwo Literackie 2008

Cormac McCarty jest uważany za jednego z najlepszych współczesnych amerykańskich pisarzy, więc sięgając po Drogę miałem nadzieję na świetną lekturę. Powieść rozpoczyna się mocnym wejściem – wejściem w świat po apokalipsie. Towarzyszymy ojcu i synowi, którzy pieszo przemierzają pustkowia dawnej Ameryki zniszczonej, jak cała Ziemia, przez bliżej nieokreślony kataklizm. Jak w Biblii; Ojciec, Syn i Duch Święty, tak tutaj; ojciec, syn i człowieczeństwo, a raczej jego resztki. Wędrują przez spaloną krainę, pełną ciemności, pod ledwo widocznym, zasłoniętym przez dymy i pył, słońcem. Uciekają przed zimnem i głodem, przed bandami kanibali, przed złem. Starają się być dobrymi ludźmi. Czy im się to uda i jak się zakończy ich odyseja, oczywiście zdradzać Wam nie będę.

Trzeba przyznać iż Cormac McCarty ma pióro! Rozumiem zachwyty wielu czytelników i krytyków, gdyż klimat tej powieści jest niesamowity. Niestety, ja tej powieści arcydziełem bym nie nazwał. Przeczytawszy, iż Droga przyniosła pisarzowi Nagrodę Pulitzera, oczekiwałem czegoś na miarę Zabić Drozda, o której niedawno pisałem, ale tym razem się zawiodłem. Sam klimat to naprawdę za mało.

Od początku, pomijając już mieszane odczucia co do mało przekonujących sylwetek głównych bohaterów, a zwłaszcza tego młodszego, miałem uczucie nierzeczywistości, nieautentyczności świata Drogi. Nie przeszkadzało mi, iż nie znałem przyczyn kataklizmu, ani jego natury. Brak mi było podstawowej logiki i elementarnej wiedzy w kreacji tej postapokaliptycznej rzeczywistości. Jeszcze żyją ludzie, jeszcze nie wszyscy umarli. Nie ma już żadnych roślin – powiedzmy. Ale nie ma już żadnych zwierząt? To tak naciągane, że aż bije w oczy. Szczury na pewno przetrwają dłużej niż ludzie, podobnie jak wiele innych gatunków, że o owadach nie wspomnę. Tymczasem wędrowcy spotykają tylko ludzi! Żadnych śladów innego życia. Nawet robaków w ludzkich zwłokach! To, że krytycy z reguły są humanistami, nie usprawiedliwia ślepoty, która nie pozwala zauważyć błędów podobnego kalibru. Dla mnie osobiście niespójność wykreowanego świata już wystarczająco znacząco obniża wartość powieści, a jeśli do tego dodamy wadliwe sylwetki głównych postaci… Wielki zawód. No i takie drobiazgi jak ciąganie dobytku w wózku sklepowym poprzez całe Stany. Jakby nie było wózków dziecinnych o dużo lepszych własnościach transportowych, co już dawno zauważyli nasi bezdomni i złomiarze. Oczywiście, mimo tych wad, powieść czyta się świetnie i nikogo nie będę od zamiaru jej poznania odwodził, ale między jej klasą, a takimi powieściami jak choćby wspomniana krewna po Pulitzerze, czyli Zabić drozda, jest cała przepaść. Piszę to ze smutkiem, gdyż z taką umiejętnością budowania nastroju grozy, beznadziei i nicości, można było stworzyć arcydzieło. Niestety nie wyszło. Udała się bardzo dobra klimatyczna powieść z podtekstami moralnymi, lecz niestety nic więcej.

Dla porządku trzeba też wspomnieć, iż w 2009 roku na podstawie powieści nakręcono film o tym samym tytule, z którego obraz został zresztą wykorzystany do ozdobienia okładki mojego wydania książki, ale nie zebrał tak entuzjastycznych opinii jak wersja drukowana. Nie poznałem go dotąd, więc dłużej nie będę się rozwodził. Czas poszukać nowych dróg na kartach nowych lektur


Wasz Andrew

Droga [Cormac McCarthy]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

czwartek, 21 marca 2013

Wyzwolony seks





"Ludzie pozbawieni zasad moralnych często uważają się za bardziej wyzwolonych, ale przeważnie nie potrafią odczuwać lub są niezdolni do miłości. Dlatego uciekają w rozwiązłość. Trupy spółkujące z trupami. W ich grach nie ma ani elementu ryzyka, ani poczucia humoru. To wielka orgia zwłok."

Charles Bukowski Kobiety

środa, 20 marca 2013

Podróże po umyśle amerykanofoba

Okładka książki Pamiętać, by pamiętać 

Pamiętać, by pamiętać

Henry Miller


Tytuł oryginału: Remember to remember
Tłumaczenie: Marek Cegieła 
Wydawnictwo: Oficyna Literacka Noir sur Blanc
Liczba stron: 400
 
 
 
 
 
Stany Zjednoczone Ameryki Północnej, to w skali ogólnoświatowej stosunkowo młode państwo. Mimo tego, jest to chyba kraj, który jak żaden inny, wzbudza niesamowite wulkany emocji. Z jednej strony USA jest bezbrzeżnie podziwiana, szczególnie przez państwa biedniejsze, uboższe zarówno w technologie jak i zielone dolary. Dla mieszkańców takowych krain ziemie kontynentu amerykańskiego jawią się jako spełnienie wszelakich marzeń, raj utracony, klucz do osiągnięcia sukcesu zarówno zawodowego i finansowego. Należy przyznać, że również i w Polsce, w mniejszym stopniu obecnie, a w zdecydowanie większym za czasów komuny, USA postrzegana była i jest jako światowy hegemon, w którym można znaleźć sposób na dostatnie i wygodne życie. Ileż to ludzi wyjechało za daleki ocean, by szukać tam szczęścia. Jednak, jak to często w życiu bywa, istnieją inne punkty widzenia, i nie inaczej jest w tej kwestii. Są ludzie, którym USA wcale nie jawi się w tak różowych barwach. Kraj Lincolna widziany jest bardziej jako rozpasany konsumpcyjnie do granic wszelakich możliwość kolos na glinianych nogach, w obrębie którego coraz mniej zaczyna znaczyć jednostka, a podziały klasowe stają coraz bardziej wyraźne. Dla wielu to ojczyzna fałszu i obłudy, wszechobecnego kłamstwa, przejawiającego się, czy to w sztucznej żywności, czy też pustych obietnicach i mitach o szczęśliwej egzystencji, zawartych w produkcjach rodem z Hollywood. Wydaje mi się, że śmiało można pokusić się o stwierdzenie, że jednym z najzagorzalszych krytyków USA, był Amerykanin Henry Miller. Swoją niechęć do własnej ojczyzny Miller przedstawił w książce Klimatyzowany koszmar. Niejaką kontynuacją owych zapisków zrodzonych pod wpływem podróży po Ameryce, jest pozycja Pamiętać, by pamiętać.

O ile jednak Klimatyzowany koszmar był w dużej mierze relacją z odbytej wyprawy po bezkresie amerykańskiego kontynentu, z której to wynikały różne spostrzeżenia oraz refleksje, o tyle Pamiętać, by pamiętać pozbawiona zostaje niemal zupełnie wątków podróżniczych, ograniczając się bardziej do charakteru zbioru esejów o naprawdę różnorodnej tematyce, których orbita najczęściej skupia się wokół Stanów Zjednoczonych.
Początkowo można łudzić się, że być może Henry Miller wyczerpał cały swój zapas gniewu w Klimatyzowanym koszmarze i w kolejnej pozycji nieco łaskawszym okiem spojrzy na swoją ojczyznę. Nic bardziej mylnego. O tym, że fobia wobec Stanów systematycznie się zwiększa, zamiast maleć, można szybko przekonać się już od pierwszych kartek, w 30-stronnicowym wstępie, który błyskawicznie przekształca się w rozwodzenie nad słabością amerykańskiego społeczeństwa oraz klasy politycznej. Małpi świat na wysokich obcasach, zataczający się między stolikami barowymi. Miller po raz kolejny bezpardonowo i bez cienia litości krytykuje każdą rzecz, która z Ameryką ma jakikolwiek związek. Drażnić zdaje się go po prostu wszystko – począwszy od klimatu miast (Miejsca... Weźmy, na przykład, Main Street w Los Angeles. Wszelkie niesamowite, podejrzane, okropne i niewiarygodne rzeczy zawsze się z nią kojarzą), poprzez żywność (W Ameryce można przejechać wiele tysięcy kilometrów i ani razu nie zjeść kawałka dobrego chleba), na społeczeństwie skończywszy (W Ameryce jest mnóstwo lokali. Pustych lokali. I wszystkie te puste lokale są zatłoczone. Po prostu zapchane pustymi ludźmi).

Warto nadmienić, że oprócz zwykłego narzekania, momentami wręcz ględzenia, Miller raczy nas kilkoma naprawdę błyskotliwymi przemyśleniami. Jako, że pozycja ukazała się w 1947 roku, naturalne są refleksje na temat II Wojny Światowej, jednego z najbardziej traumatycznych przeżyć, którego doświadczyła ludzkość. Pisarz boleje zatem nad Ameryką, którą widzi jako kraj niewykorzystanych możliwości, kraj niespełnionych nadziei. W jego mniemaniu, jego ojczyzna posiada ogromny potencjał oraz środki odpowiednie ku temu, by stworzyć nowy lepszy świat, zdaje się jednak wszystko zaprzepaszczać i trwonić, by przypadkiem nie poprawić bytu człowieka. Bardzo trafne są pełne żalu i goryczy retoryczne pytania o naturę ludzką, skłonną do ogromnych poświęceń, by tworzyć kolejne bronie oraz maszyny, których jedynym celem jest niszczenie oraz zabijanie. Na dobrą sprawę, to naprawdę zaskakujące, że tak łatwo wyrzekamy wszelakich wygód, gdy tylko usłyszymy hasła typu: wojna, ojczyzna w niebezpieczeństwie, wróg u bram – jesteśmy w stanie przymierać głodem, byle posiąść pewność, że przeciwnik został zrównany z ziemią, że uległ totalnej destrukcji. Za to o wiele trudniej przychodzi nam okazanie pomocy w odbudowie zniszczeń, wysyłaniu żywności, etc. Przerażający jest fakt, że niemal naturalne wydaje się przeznaczanie naszych pieniędzy na trzymaniu w ciągłym pogotowiu całego arsenału służącego do niszczenia, zabijania. Miller ponadto usilnie przekonuje, że w zdecydowanej większości przypadków, prawdziwymi wrogami zwykłych, szarych obywateli, pragnących żyć w spokoju, są politycy, klasa rządząca czy biznesmeni, którzy na działaniach wojennych są w stanie zbić godziwy kapitał. Co ciekawe, mimo gorącej wiary w nieuchronność zbrojnego konfliktu oraz leżące na sercu dobro ojczyzny, owi zwolennicy siłowych rozwiązań najczęściej trzymają się od areny walki jak najdalej, zadowalając się wysyłaniem na śmierć kolejnych anonimowych mas.
Idąc dalej, Amerykanom, podobnie jak i w Klimatyzowanym koszmarze, obrywa się za konsumpcyjny styl życia, jaki prowadzą. Krytyce zostaje poddana bezrozumna pogoń za dobrami materialnymi, które stają się wyznacznikami sukcesu oraz spełnienia, plastikowa bezkultura masowa, czy bezideowa egzystencja, której jedynym głębszym celem zdaje się praca, służąca zarabianiu pieniędzy, potrzebnych z kolei do tego, by przeżyć jakoś następny dzień. Siedząc spokojnie, gdy temperatura spadała, gdy czynsz był od dawna niezapłacony i gdy zdawało się brakować wszystkiego, co jest potrzebne organizmowi, myślałem o wielkich białych artystach zawzięcie produkujących butelki do lekarstw, kołnierzyki i krawaty, futra, bransolety, higieniczne podkładki dla chorych białych kobiet i mężczyzn w tę i we w tę jeżdżących pod ziemią do pracy, odpoczywających po pracy albo umierających po pracy, czasami zabijających, by pracować, lub zabijających dla przyjemności, niemniej zabijających. Wielkie białe braterstwo wojny i pracy, przemocy i grabieży, głodowania i podatków, przesądów i bigoterii, melancholii i mizantropii. W ogóle naród amerykański w opinii Millera zdaje się staczać coraz niżej i niżej, z pokolenia na pokolenie. Ciekaw jestem, co pisarz miałby do powiedzenia na jego temat w czasach obecnych.

Makonde Figure - B. DeLaney
Na szczęście książka zawiera również momenty, pozbawione fragmentów, w których dominującą formą jest krytyka narodu amerykańskiego. Miller prezentuje nam kilka interesujących postaci, przedstawicieli świata sztuki. Wśród artystów przewiną się zarówno malarze, aktorzy teatralni jak i rzeźbiarze (Beauford DeLaney, Jasper Deeter, czy Beniamino Bufano). Trzeba przyznać, że Henry Miller potrafił złożyć godny i szczery hołd osobom, które mu szczerze zaimponowały oraz odcisnęły pięto na jego psychice i twórczości. Okazuje się, że Miller z taką samą zaciekłością i werwą potrafi chwalić i gloryfikować, co ganić i krytykować. Rozdziały poświęcone twórcom kultury są świetną przeciwwagą do bezustannych, momentami nużących, nieprzychylnych komentarzy pod adresem Amerykanów. Chociaż uczciwie trzeba przyznać, że pisząc o kulturze, Miller niejako przy okazji wali po łbach swoich rodaków za to, że nie potrafią docenić własnych twórców. W opinii Millera uwłaszczające jest, że budowniczym sztuki każe się tworzyć w trudnych, czasami wręcz ekstremalnych warunkach, że często nie mogą liczyć oni na powszechną aprobatę, ani tym bardziej finansowe wsparcie.

Całość książki uzupełniają wspomnienia Henry’ego Millera z pobytu w Europie, w których dominuje ukochana przez pisarza Francja. Opowieści o paryskich czasach pełne są nostalgii oraz żalu za bezpowrotnie utraconym szczęściem. Miller prezentuje piękne i wzruszające opisy przyjaźni, z czułością i pieczołowitością portretuje ludzi, którzy wyryli mu się w sercu. Pośród tego przewijają się hymny pochwalne pod adresem narodu francuskiego, których nie osłabiła nawet II Wojna Światowa – w opinii Millera Francuzi to najznakomitsi ludzie, których wielkość tkwi w indywidualnej sile jednostki – mieszkańcy Francji są dla autora uosobieniem potęgi, tradycji, swobody oraz kreatywności. Niekiedy to bezkrytyczne uwielbienie nieco razi i mierzwi, chociaż przyznać trzeba, że Miller wysuwa całkiem spore zastępy argumentów, mających na celu potwierdzenie swoich tez.

Pamiętać, by pamiętać to na pewno interesująca lektura. Henry Miller jawi się w niej niczym mityczny Odys, próbujący powrócić do Ameryki ze swoich snów i wspomnień. Ponownie spotkanie z ojczyzną wywołuje jednak tylko zgorzknienie i złość, bowiem kraj, z którym pisarz pragnie się pogodzić, jest jeszcze gorszy, niż gdy go opuszczał. Jednocześnie książka obrazuje, jakiej zaskakujące transformacji uległ Henry Miller na przestrzeni lat – z lekkoducha oraz miłośnika kobiet i dobrej zabawy, Miller przekształcił się w gniewnego proroka, wieszczącego niemal zupełną zagładę moralną swojemu ojczystemu krajowi.

Kobiety, wino i książki




Kobiety

(oryg. Women)

Charles Bukowski

tłumaczenie: Lesław Ludwig
wydawnictwo: Noir Sur Blanc 2010

Jakiś czas temu miałem przyjemność napisać dla Was o powieści Hollywood pióra Charlesa Bukowskiego, zmarłego w 1994 roku amerykańskiego pisarza, kobieciarza i alkoholika, jak sam o sobie mawiał. Choć jego twórczość budzi ostatnio w naszym kraju dość duże zainteresowanie, książka ta nie wzbudziła mojego zachwytu i myślałem, iż nigdy już moja droga czytelnicza nie przetnie się ze ścieżką jego dorobku literackiego. Jak się jednak okazało, słowa „nigdy nie mów nigdy” będące motywem z Jamesa Bonda zawierają w sobie głęboką prawdę i przekonałem się o tym, gdy doszły mnie wieści, iż lekturą mojego oddziału DKK na marzec ma być książka Kobiety tego samego autora.

Żwawo zabrałem się do lektury i, o dziwo, okazało się, iż tym razem opowieść jest lekkostrawna. Jak w Hollywood, która jest zresztą późniejszą w stosunku do Kobiet powieścią, tak i teraz, głównym bohaterem jest amerykański poeta i pisarz Henry Chinaski, jak łatwo się domyślić będący literackim odpowiednikiem samego Bukowskiego. Zgodnie z tytułem, rzecz dotyczy miłosnych historii Chinaskiego – Bukowskiego. Jest też oczywiście gorzała i hazard, ale to stałe elementy życia obu postaci, tej prawdziwej i tej fikcyjnej.

Wspomniałem, iż dla mnie powieść była bezstresową rozrywką, ale muszę od razu zaznaczyć, że ilu czytelników i czytelniczek, tyle reakcji na tę książkę. Styl prozy Bukowskiego i tym razem jest prosty, prawie ubogi. Próżno szukać tu sienkiewiczowskich klimatów. To po prostu opowieść pijaka o kobietach jego życia. A że pijak dość utalentowany i dość sławny, więc i kobiet sporo. Stosownie do środowiska, w którym obraca się Chinaski i z którego wywodzą się jego kochanki, język jest często prostacki i wulgarny, ale bez przesady. Dokładnie tyle, ile trzeba, by gładko wpasować się do opisywanych realiów. To wielki plus Chinaskiego w porównaniu do innych współczesnych powieściowych i filmowych bohaterów, którzy albo klną na potęgę, albo idą w bon ton, w obu wypadkach popadając w śmieszność.
Pióro Bukowskiego, a raczej jego maszyna do pisania, idealnie predysponowane było do realistycznych, naturalistycznych i wspomnieniowych książek udających powieści. Mam wrażenie, iż był on tego świadom od początku do końca, czemu niejednokrotnie daje wyraz w myślach i słowach Chinaskiego. Reakcje czytelników, kontrowersje wobec twórczości powieściowej Bukowskiego, w tym Kobiet, nie są więc chyba w samej rzeczy odbiciem reakcji na walory warsztatu, gdyż jego poziom odbiega od tego, co określamy mianem artyzmu, a raczej ukazują bardzo skomplikowane zależności między osobowościami czytelników i krytyków, a Chinaskim – Bukowskim. W opiniach i recenzjach znajdziemy wszystkie możliwe oceny, od najniższych do najwyższych. Ba – to co jednych odrzuca, innych wręcz przyciąga. Wszystko zależy od tego, jaka byłaby nasza reakcja na człowieka takiego jak Chinaski. Taka sama jest na lekturę Kobiet. A jaki jest Chinaski i jego kobiety?

Twórca świadom swej niejakiej mierności, ale rozumiejący, iż jednocześnie jest na tyle profesjonalny, że może ze swej twórczości wyżyć. Doceniający, iż opisywanie swego życia to lepsza praca niż fizyczna orka na pełnym etacie. Alkoholik świadom swego nałogu i leń świadom swego lenistwa. Człowiek, który chce przeżyć życie robiąc to, co lubi, czyli pijąc, uprawiając seks, nie krzywdząc nikogo, ale i nie litując się specjalnie nad nikim. Nie chce sukcesów, więc nie próbuje się wysilać. Chce zarabiać tyle, by móc się alkoholizować, łajdaczyć i lenić, i tego się trzyma. Podobnie wyglądają jego stosunki z kobietami. Zawsze stawia sprawę jasno i ten lansik zapewnia mu niezłe branie. Niezłe zwłaszcza ilościowo i jeśli chodzi o walory fizyczne niektórych kandydatek na romansik z pisarzem. Gorzej z zaletami umysłu. Ale to zgodne z realiami – im płytsza reklama, tym ma większe wzięcie w całej populacji. Jednym słowem realizm treści i naturalizm formy – aż po wyciskanie wągrów, ulubione zajęcie wielu kobiet, które jednak z niewiadomych powodów pomijane jest wstydliwie przez większość literatury traktującej o stosunkach damsko-męskich, podobnie jak problemy pojawiające się, gdy mężczyzna nie staje na wysokości zadania, albo gdy kobieta okazuje się mieć większe głębie, niż się z pozoru wydaje. Bukowski jest tutaj cennym wyjątkiem.

Jeśli więc spotkawszy takiego człowieka, który nie narzuca się nikomu ze swoim towarzystwem ani stylem bycia, bylibyście w stanie zrozumieć, iż jest to taki sam sposób na życie, jak inne i choć go nie akceptujecie, ani nie popieracie, bylibyście w stanie go tolerować, książkę odbierzecie pewnie jak ja – ani rewelacja, ani też porażka. Ot, zwykła opowieść o jakimś życiu; do poczytania. Nawet przyjemnego i budzącego pewne ciekawe refleksje poczytania, ale nic więcej. Jeśli zaś tkwią w Was jakieś kompleksy, jakaś potrzeba zwalczania żyjących inaczej, chęć zbawiania świata i bliźnich nawet wbrew ich woli lub cokolwiek innego, z czym jeszcze sami sobie nie poradziliście, pewnie zajmiecie któreś z licznych stanowisk; od zdecydowanego potępienia, przez odczuwanie zwykłej nudy, aż po fascynację i uwielbienie. Takie przynajmniej są moje odczucia i mam wrażenie, iż już teraz część z Was sama wie, czego się po tej lekturze spodziewać


Wasz Andrew

Kobiety [Charles Bukowski]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Kobiety [Charles Bukowski]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE



czwartek, 14 marca 2013

Waffen-SS in Combat



Waffen-SS in Combat

Tekst Robert Michulec

Edycja Tom Cockle

Plansze barwne Ronald Volstad

The Military Book Club


Po dwóch małych monografiach sprzętu pancernego, które ostatnio wam przedstawiłem, przyszedł dziś czas na książkę nietypową, lecz niezwykle interesującą. Waffen-SS in Combat poświęcona jest historii tej kontrowersyjnej, lecz niezwykle interesującej formacji. Temat atrakcyjny nie tylko dla historyków i miłośników militariów, ale chyba dla każdego. Tym bardziej, iż wydanie nie ma formy wykładu, a albumu złożonego ze świetnie dobranych fotografii. Każde zdjęcie jest szczegółowo opisane . Idąc od zdjęcia do zdjęcia śledzimy losy Waffen-SS , legendarnych legionów Hitlera, a rozpoczynamy między innymi od fotek z ataku na polską Pocztę Gdańską.

Mocną stroną opracowania jest brak zadęcia propagandowego i koncentracja na faktach. Pokazuje niedostatki uzbrojenia i innego wyposażenia przeciętnych jednostek zadające kłam propagandzie alianckiej upatrującej przyczyn przewagi niemieckiej głównie w sprzęcie. Nie jest to wyczerpująca rozprawa usiłująca dać całościowy obraz i ocenę tematu. To raczej zestaw informacji, które w połączeniu z innymi pozwalają myślącemu czytelnikowi, by sam sobie wyrobił o przedmiocie własne i indywidualne zdanie, by miał jeszcze jedno narzędzie do weryfikacji różnych wersji historii.

Jak wspomniałem, jest to niezbyt obszerny materiał (52 strony), ale usiłujący oddać ducha całej Waffen-SS. Stąd wiele zdjęć przedstawia zadziwiającą ubogość sprzętu, jak na elitarną bądź co bądź formację, choć sytuacja w niej i tak była lepsza niż w Wermachcie. Jeśli chcecie poczytać o tym, co najbardziej fascynuje miłośników broni pancernej, czyli o jednostkach wyposażonych w Tygrysy, jak choćby o legendarnym Schwere SS Panzer Abteilung 101, który do dziś rozpala wyobraźnię historią swych dokonań, musicie poszukać innej lektury. Tigery były zaledwie nielicznymi perełkami wśród morza pośledniejszego sprzętu i w tej książce znajdziemy tylko jedno zdjęcie tej legendarnej konstrukcji. To też pokazuje, jak świadomie autorzy dobrali ilustracje, powstrzymując się od tego, co na pewno zwiększyłoby liczbę czytelników, w imię oddania realiów i ducha czasu.

Można zrozumieć, dlaczego po wojnie propaganda zwycięzców robiła wszystko, by przedstawić Waffen-SS w możliwie najgorszym świetle. Coś przecież trzeba było zrobić z wizerunkiem fanatycznych żołnierzy zapatrzonych w człowieka, który o mało co nie podbił świata. Dlaczego jednak dzisiaj dalej jest wielu, którzy potępiają ich tak zaciekle? Były zbrodnie popełniane przez Waffen-SS? Były. Tego nie da się ukryć. Byli fanatykami? Byli. Na pewno nie wszyscy, ale jako całość na pewno. A czyż legiony rzymskie nie miały w swych kartach takich samych wyczynów i takiego samego fanatyzmu, przywiązania do osoby wodza? Czyż nie wyrzynali całych osad łącznie z kobietami i dziećmi? Czemu o tamtych nie mówi się zbrodniarze i ludobójcy? I czemu Rzymianom nie odmawia się prawa do rzetelnej oceny, a żołnierzom z Waffen-SS wielu nie chce przyznać nawet tego, czego liczne są dowody i przykłady, czyli wewnętrznego koleżeństwa, nawet braterstwa, heroicznej niejednokrotnie odwagi? W czasach świetności, morale ich było niezwykle wysokie. Potrafili prowadzić natarcie przy stratach własnych, przy których inne formacje, nawet w obronie, rzucały się do panicznej ucieczki, co było powodem zazdrości dowódców przeciwnej koalicji. Byli poniekąd przeciwieństwem Wermachtu, który górował nad przeciwnikami nie tyle odwagą i sprzętem, co umysłami dowódców i wyszkoleniem. Może między innymi tu leży pies pogrzebany?

Dzieje i ocena Waffen-SS są bardzo dobrym przykładem relatywizmu historii. Inaczej oceniają je Polacy, inaczej Niemcy, inaczej Anglicy. Znów mi się przypominają słowa Liz Murray: „Tyle jest historii, ilu jest ludzi”. I ta książka jest jedną z tych, które pomagają nam wypracować swoje własne widzenie spraw, bez mozolnego oddzielania propagandy od faktów. Nie zaprzecza popularnym sądom, ale pokazuje drugie oblicze przeszłości.

Zdecydowanie polecam, nie jako lekturę dającą odpowiedzi, ale jako dającą podstawy do stawiania pytań.


Wasz Andrew



środa, 13 marca 2013

Gdzie zjemy sól wypadową?


Wreszcie ujawniono listę firm, które karmiły nas solą wypadową w chlebku, bułeczkach i ciasteczkach.
Można zobaczyć pełną listę w formacie pdf albo piękną mapkę.

Jeśli chodzi o tych, którzy tę sól ww producentom dostarczali, GIW podaje do publicznej wiadomości nazwy jedynie trzech przedsiębiorców:

  • Amasol Sp. z o.o. , Chełmiczki 45, 88-121 Chełmce, gm., Kruszwica
  • PPHU Konsalt, Chełmiczki 45, 88-121 Chełmce
  • ZPS Łojewski Sp. z o.o., ul. 23 Stycznia 2, 63-130 Książ Wlkp.

 Wspomniana lista nie obejmuje jednak producentów m.in. wyrobów mięsnych, mleczarskich i przetwórstwa rybnego, których kontrola leży w kompetencji Głównego Inspektoratu Weterynarii. Na wniosek Fundacji Pro-Test w sprawie ujawnienia informacji publicznej GIW nie udostępnił bowiem listy producentów, u których stwierdzono sól wypadową. W związku z tym Fundacja Pro-Test skieruje przeciwko GIW sprawę do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego o ujawnienie tej listy, ponieważ nadrzędnym prawem konsumentów jest prawo do informacji.

Wasz Andrew za PRO-TEST