Moda na segregację odpadów jest w założeniach jak najbardziej pozytywnym trendem, ale jak zwykle diabeł tkwi w szczegółach. Wszystko, co posegregowane, pakujemy w worki foliowe. Nawet odpady biodegradowalne, jak skoszona trawa, liście i resztki warzyw oraz owoców, które wystarczyłoby skompostować, pakujemy w co? W plastikowe worki. Kubeł wielokrotnego użytku jest tylko na śmieci nieposegregowane. Ciekawe, czy ktoś policzył ile worków plastikowych w skali kraju zostanie wyprodukowane tylko po to, by realizować segregację śmieci?
Druga rzecz – po co segregować śmieci, jeśli i tak zostaną spalone w jednym wielkim ognisku na wysypisku?
Nie chodzi mi o nielegalne składowiska i wysypiska. To osobny problem. Myślę o legalnie działających wysypiskach, które po pożarze nadal działają tak jak przed pożarem. Czemu podmioty zlecające odbiór segregowanych odpadów nie żądają na drodze cywilnej odszkodowania (choćby zwrotu opłat) w przypadku pożaru na śmietnisku? Przecież w coraz większych opłatach, jakie uiszczamy za śmieci, jest nie tylko ich wywózka, ale i prawidłowe składowanie a potem utylizacja. Gdyby raz i drugi firma, która miała utylizować odpady, musiała zwrócić choć część haraczu, który zdarła ze swych klientów, to mogłoby się okazać, że pożary się nagle skończyły. Niestety – prawo cywilne, które w krajach prawdziwego Zachodu jest chyba jeszcze ważniejszym regulatorem niż prawo karne, u nas praktycznie takiej roli nie spełnia. Ale to osobny temat, temat rzeka zresztą...
Wasz Andrew