Uczta dla wron, część 2: Sieć spisków
tytuł oryginału: A Feast for Crows: Web of Intrigues
George R. R. Martin
tłumaczenie: Michał Jakuszewski
seria/cykl wydawniczy: Pieśń Lodu i Ognia* (ang. A Song of Ice and Fire) powieść 4 część 2
wydawnictwo: Zysk i S-ka 2006
liczba stron: 528
Sieć spisków jest drugą z dwóch powieści składających się na Ucztę dla wron - czwartą część cyklu powieściowego Pieśń Lodu i Ognia pióra amerykańskiego pisarza Georga R. R. Martina. Jak pisać o powieści będącej częścią długiego cyklu, którego zaletą jest nieprzewidywalność? Cokolwiek napisze się o fabule, może okazać się za dużo, gdyż komuś, kto czyta dopiero wcześniejsze części, zdradzi za wiele i odbierze przyjemność z niepewności o losy bohaterów, która w Pieśni, jak w życiu, towarzyszy nam bez przerwy. Powiem więc tylko, iż w świecie wykreowanym przez Martina, którego centralną częścią, niczym jakiś starożytny Rzym na naszej dawnej Ziemi, jest kontynent Westeros, nadal trwa walka o tron, która rozgorzała po śmierci króla Roberta Baratheona. Walka o tron, który był symbolem władzy nad siedmioma królestwami stanowiącymi cywilizowaną część kontynentu oddzieloną od tajemniczej, zimnej i groźnej północy Wielkim Murem. Tak jak przy lekturze poprzednich powieści serii, znów będziemy drżeć o życie jednych postaci, tych, które polubiliśmy, i mieć nadzieję, iż ci uznani przez nas za złych zginą. Jedne nadzieje się spełnią, w innych wypadkach znów doznamy zawodu. Ta życiowa prawda, iż śmierć nie przebiera i kosi po równo dobrych oraz złych, jest chyba nierozerwalnie związana ze stylem Martina.
Po każdej kolejnej części cyklu obserwuję wśród czytelników te same reakcje. Oceny poszczególnych powieści są bardzo różne i sprzeczne ze sobą. Zachwyceni poprzednią narzekają na następną i odwrotnie. Czy naprawdę wartość powieści zależy od tego, czy nasze ulubione postacie przeżyją? Czy to źle, że Pieśn Lodu i Ognia, jak na prawdziwą sagę przystało, jest niczym sama historia? Ta prawdziwa – historia naszego świata? Przecież w niej też są okresy pozornego spokoju, gdy nie słychać szczęku mieczy, a tylko szmer tajnych knowań i przemykających się szpiegów. Czy te okresy nie są intrygujące i nie mniej bogate w konsekwencje niż jawne wojny? Mam wrażenie, iż Martin napisał cykl przeznaczony dla miłośników historii wiedzących, że rozpatrywanie wojen w oderwaniu od pokoju jest infantylne i nigdy nie prowadzi do prawdziwego poznania przyczyn i skutków. Polacy od dawna sprawiają wrażenie nawiedzonych przez epidemię historycznego daltonizmu, jeśli nie wręcz ślepoty i może dlatego te momenty, gdy nad mieczem zaczyna przeważać intryga i polityka, mają w naszym kraju zdecydowanie mniej zwolenników niż w innych państwach. A szkoda, bo w Pieśni Lodu i Ognia można zobaczyć te wszystkie mechanizmy, które są kołem zamachowym i historii całych narodów, i dziejów pojedynczych osób. Pożądanie władzy, pieniędzy, seksu i wszystkiego, czego można pożądać. Czynienie rzeczy najgorszych w imię dobra. Droga występku i droga cnoty oraz wszelki pośrednie ścieżki między nimi. Wpływ zmiany pozycji społecznej na przeobrażenie osoby, której ona dotyczy. Zło i kara, która za złe uczynki nadchodzi nieporówanie ospalej, niż nagroda za dobre, a często wręcz kara, która zmienia się w nagrodę i odwrotnie. Opowieść o losie dezerterów godna prawdziwie historycznej książki Dezerterzy, o której niedawno pisałem. Wszystko, czego brak w tradycyjnej fantasy, czego niedosyt w większości rycerskich opowieści, jest u Martina, ale…
No właśnie. Autor nie tylko po raz kolejny i konsekwentnie zrywa z tabu tradycyjnej powieści gatunku i ukazuje podłych rycerzy, rozwiązłe dziewice królowe, grzesznych świętych, powszechną ciemnotę i głupotę, krzywoprzysięstwa oraz wiele podobnych aspektów, ale co chyba jeszcze bardziej dla wielu niestrawne – pisze powieść jak życie. Nie wiąże początku, przebiegu, kulminacji i końca opowieści z jakąkolwiek dającą się wyodrębnić postacią lub grupą postaci, a przynajmniej na obecnym etapie nie da się takiej więzi wskazać. Podobnie ze zdarzeniami – nie wiemy, który wątek w końcowej ocenie okaże się najważniejszy i czy w ogóle któryś na to miano zasłuży. Czy zagrożenie z północy? Czy sprawa smoków? A może jeszcze co innego? Jak w rzeczywistości – kto wie, co było najważniejsze w dziejach ludzkości…
Jakby tego było mało, mając do wyboru powiedzieć trochę o dziejach każdej z głównych postaci znanych z poprzednich odsłon cyklu, albo powiedzieć wiele o niektórych i nic o pozostałych, Martin wybrał tę drugą opcję. Nie zobaczymy więc wielu bohaterów z pewnością zasługujących na miano wiodących w całej opowieści ani nawet terenów, na których rozgrywają się rzeczy, o których wiemy, iż mogą być decydujące. Co najwyżej wspomną o nich ci, których pisarz wybrał, by się objawili w Sieci spisków, a którzy w ten czy inni sposób o czymś się dowiedzieli. To ciekawy zabieg, który jeszcze wzmacnia poczucie przeniesienia się w świat sagi. Tradycyjnie każdy rozdział to opowieść o zdarzeniach widzianych z pozycji jednej osoby. A ponieważ tych osób jest w tej książce wyjątkowo niewiele, więc wrażenie bycia tam jest jeszcze wyraźniejsze - nie wiemy wszystkiego, nie wszędzie możemy spojrzeć. Wiemy i czujemy, że horyzont, i ten geograficzny, i ten zdarzeniowy, jak w dobrej grze strategicznej, przesłonięty jest mgłą wojny. To nieczęsto w literaturze spotykane odczucie i lektura wiele na tym zyskuje. Oczywiście miłośnicy literackich nawalanek, jak w świecie gier, raczej tego nie docenią. Jest to za to wielki plus dla polityków i strategów.
W mojej ocenie Sieć spisków jest godną kontynuatorką poprzednich powieści. Jest nieco odmienna od poprzednich części serii, podobnie jak i każda z nich nieco się różni od pozostałych, i jak jedna prawdziwa epoka historyczna różni się od poprzednich oraz następnych. Fascynujące jest jednak obserwować, iż mimo tych różnic, siły napędowe historii pozostają niezmienne. Niestety – chciałoby się dodać.
To naprawdę świetna rzecz, tak oblec prawdziwy szkielet mechanizmów społecznych w fikcyjne ciało powieści fantasy, iż nikt nie może powiedzieć, że jego uczucia religijne, narodowe czy inne, zostały obrażone. A wszystko to dla niepoznaki i jeszcze lepszego kamuflażu przykryte prześwietną warstwą przygodową, która sama w sobie by wystarczyła, aby zdobyć sobie spore grono czytelników. Już nie mogę się doczekać następnej części i gorąco polecam tym wszystkim, którzy jeszcze Martina nie próbowali. Oczywiście zacząć należy od Gry o tron – inaczej nie da się zapanować nad mnóstwem wątków i postaci Pieśni Lodu i Ognia
Wasz Andrew