Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

poniedziałek, 28 lipca 2014

O umiłowaniu historii




Ktoś kiedyś powiedział, że Polacy kochają swoją historię. To nieprawda. Polacy kochają swoje wyobrażenia o historii. A więc mity stworzone dla potomnych ku pokrzepieniu serc.



Piotr Zychowicz

z notki na okładce książki Mariana Zacharskiego Krwawiąca granica

sobota, 26 lipca 2014

Eileen Chang "Gorzkie spotkanie" - Kwitnąca róża, ciekawe czasy

Gorzkie spotkanie

Eileen Chang 

Tytuł oryginału: Xiao Tuanyuan
Tłumaczenie: Katarzyna Kulpa
Wydawnictwo: W.A.B.
Seria: Nowy Kanon
Liczba stron: 336
 
 
 
 
 

Obyś żył w ciekawych czasach – to jedna ze starożytnych chińskich klątw, rzucana pod adresem wyjątkowo nielubianych osobników. Cóż może być bowiem gorszego od egzystencji w tym wycinku historii, w którym dzieje się wyjątkowo dużo? Wojny, zarazy, przewroty na szczytach władzy, knowania, intrygi, rewolucje, insurekcje, monumentalne bitwy, klęski żywiołowe, skandale, afery – wszystko to prezentuje się całkiem nieźle, tj. intrygująco, ale jedynie z odpowiednio dalekiej perspektywy, np. historycznej. Sprawy przybierają natomiast zupełnie innego obrotu, kiedy sami znajdujemy się w epicentrum przemian, diametralnie zmieniających wizerunek kraju, narodu, całego kontynentu czy też świata. Potęga działających ponad naszymi głowami sił, na które nie mamy niemal żadnego wpływu idealnie unaocznia naszą niemoc, miałkość. Jesteśmy niczym kurz, który na wzburzonym wietrze historii wznosi się po to, by za chwilę opaść i gęsto zaścielić ziemię. Nikt jednak nie wybiera pory, w jakiej przychodzi mu bytować na tym łez padole, za to każdy stara się dźwigać brzemię losu, jakie przypadło mu w udziale. O tym jak prezentowało się życie Eileen Chang w czasach, które niewątpliwie zasługują na miano interesujących, możemy przekonać się za sprawą lektury Gorzkie spotkanie.

piątek, 25 lipca 2014

Pierwszy dzień pracy



Kilka dni temu wszystkie ogólnokrajowe media obiegał temat, który zapoczątkował bodajże Dziennik Polski. Państwowa Inspekcja Pracy poinformowała, że w naszym kraju firmy znalazły nowy sposób na okradanie państwa i własnych pracowników, bo czymże innym jest zatrudnianie ludzi na czarno. Patent polega na tym, że w razie kontroli informuje się inspektorów Państwowej Inspekcji Pracy, iż cała załoga jest pierwszy dzień w pracy i dlatego pracuje bez umów, ubezpieczeń, itd., itp.

Państwowa Inspekcja Pracy alarmuje, że zjawisko stało się powszechne, bo sprzyja mu przestarzały Kodeks pracy, a szczególnie art. 29, który pozwala zawrzeć umowę o pracę w dniu podjęcia pracy, a nie przed, czyli przez jeden dzień można pracować bez umowy, a podpisać ją dopiero pod koniec szychty lub po jej zakończeniu. Na zgłoszenie do ZUS jest jeszcze więcej czasu, gdyż aż dni siedem. Rewelacje te potwierdziła swym autorytetem rzeczniczka Okręgowej Inspekcji Pracy w Krakowie Anna Majerek oraz wiceszef małopolskiej "Solidarności" Adam Lach*.

Dlaczego czekałem z podjęciem tego tematu tak długo? Postanowiłem być bardziej wyrozumiały niż Pan w rozmowie z Abrahamem i dać Polsce, zanim jej kondycję zmieszam z błotem, większą szansę niż otrzymała Sodoma. Nie czekałem na dziesięciu sprawiedliwych, ale chociaż na jednego. I się nie doczekałem. Może gdzieś się tam odezwał, na jakimś blogu czy w gazecie, ale ani w telewizji, ani w mainstreamowym necie się nie objawił.

Parafrazując Sienkiewicza muszę więc zawołać, - czy tylko głupi i zdemoralizowani tę ziemię (Polskę) zamieszkują? Nie trzeba być geniuszem ani znawcą prawa, by wiedzieć, że ten odkrywczy trick pracodawców z pierwszym dniem pracy jest g… warty. Pomijając już takie „drobiazgi”, których się można czepiać, jak szkolenia BHP i badania lekarskie, które pracownik musi mieć zanim stanie do pracy, nawet na przyuczenie. Jest bowiem prosta metoda na walkę z owym „genialnym” wykrętem. I do jej wymyślenia nie potrzeba żadnej kompletnie wiedzy. Tylko chęć. Wystarczy po prostu przeprowadzić dwie kontrole w pewnym okresie czasu. Za pierwszym razem spisać nazwiska i wrócić choćby nazajutrz, czy za tydzień. Dwa razy ruszyć zza biurka cztery litery.

Jak to jest, że w całej armii urzędników nie znalazł się ani jeden, który by na to wpadł? Ani w całej rzeczy związkowców? Nie będę pisał, gdyż każdy wie o co chodzi, a ja na pewno zaraz zostałbym pozwany za zniesławienie powagi urzędów i związków, gdybym napisał to, co każdy od razu pomyślał.

To, że cały aparat państwowy i z nim związane instytucje są kompletnie niewydolne i z każdym rokiem stają się większą parodią samych siebie, wie każdy, kto miał z nimi do czynienia. W normalnych krajach nadzieją na okiełznanie korupcji, nepotymzu, nieróbstwa i zwykłej głupoty, owym regulatorem demokracji, jest czwarta władza, czyli media. Przekleństwem Polski jest to, że u nas absolutnie nie spełniają one swej roli. Skoro w tak prostej sprawie, jak ta, bezkrytycznie, niczym objawienie, powtarzają bzdury opowiadane przez urzędników i związkowców, jakby same były na garnuszku pazernych kapitalistów bezczelnie łamiących prawa pracownicze, skoro nie znalazł się ani jeden dziennikarz uczciwy na tyle, by te bzdury ośmieszyć, to jak można mieć nadzieję, że jest w stanie rozgryźć jakieś afery i zrobić cokolwiek innego, niż powtarzać rzeczy, które ktoś im podrzuci by zwalczać konkurentów?

O powszechnej ponad światową miarę polskiej pogardzie dla prawa pracy pisałem już w poście Po osiemnastej. Nie napisałem jednak wtedy, iż o kuriozalnym przypadku Muzeum Czynu Niepodległościowego i Związku Legionistów Polskich opisanym w tym tekście powiadomiłem PiP. I otrzymałem odpowiedź, że się tym zajmą. A było to w… kwietniu. Od tego czasu cisza. I dość o tym.

Casus pierwszego dnia w pracy to kolejny objaw sepsy toczącej Polskę. Nie jest ważne to, że gdzieś jakiś urzędas może wziął w łapę, albo po prostu nawet mu się nie chciało. To się zdarza wszędzie. W każdym kraju. Dużo gorsze jest to, że takie zachowania ukazujące kompletną dysfunkcjonalność podnosi się rangi jedynego możliwego sposobu postępowania i w ich uświęcaniu biorą udział wszyscy, którzy w tym kraju mają jakąkolwiek władzę. Najgorsze jest jednak to, co odbiera wszelką nadzieję – umoczeni są wszyscy. To jedyne wytłumaczenie faktu, że nawet opozycja gra w tej samej tonacji. Zmiana władzy nic nie da. Jak z więzieniami CIA – postkomuniści wdepnęli, PiS ich krył (od kiedy tak zachowuje się prawdziwa opozycja), a PO kryło i jednych i drugich. W takim kraju, gdzie każdy, kto się liczy, wie, co ma mówić i kiedy, nie ma szans, by znalazł się ktoś znaczący, kto krzyknie, iż król jest nagi. I tak by powiedziano, że „sra we własne gniazdo”, czyli zrobiono by z niego zdrajcę i Polakożercę. „Patrioci” trzymają się razem. Niezależnie od tego, jakie kanalie są wśród nich.

Wiem, wiem – gdy mówię, że Polska upada, wielu pomyśli, że jestem nawiedzony. Ja nie twierdzę, że upada Polska kolesi, oszustów, układowiczów i ludzi bez sumienia. Nie, ona ma się wręcz coraz lepiej, pod płaszczykiem wartości, których nikt inny nie posiada. Upada Polska ludzi prawych. O ile kiedykolwiek istniała. Na pewno zaś upadają nadzieje na nią. Każda taka sprawa w mediach, to sygnał dla cwaniaków z całego świata – przyjeżdżajcie tutaj. To idealne miejsce do robienia „interesów”. I zawsze znajdzie się odpowiednia liczba ludzi, którzy będą głośno krzyczeć, że jest coraz lepiej. Im. A że równocześnie wielu porządnych wybędzie, więc to samonapędzające się sprzężenie nabiera podwójnego rozpędu.

Po co to piszę, skoro nie ma w mojej ocenie szans na poprawę? By ci, zwłaszcza młodzi, którzy na razie mają nadzieję, podsycaną optymizmem wylewającym się z telewizora, mieli szansę szybciej przejrzeć na oczy i podjąć odpowiednie decyzje, zanim dojdą do punktu, w którym będzie za późno.


Wasz Andrew


* http://www.wprost.pl/ar/458496/Czesty-sposob-na-omijanie-prawa-pracy-Zaloga-jest-pierwszy-dzien/

czwartek, 24 lipca 2014

Inna twarz wywiadu II RP


Marian Zacharski


Krwawiąca granica


Wydawnictwo Zysk i Ska 2014

Wydanie I

Krwawiąca granica Mariana Zacharskiego, będąca kolejną pozycją w cyklu Kulisy Wywiadu II RP, jest zarazem moim drugim, po Rotmistrzu, spotkaniem i z tą serią wydawniczą, i z twórczością generała*. O autorze nie będę opowiadał, gdyż zainteresowani mogą sobie bez trudności o nim poczytać gdzie indziej. Pytanie, które się nasuwa, to czym jest owa tytułowa krwawiąca granica? Oczywiście granica przedwojenna polsko-niemiecka. Rejon, gdzie zdarzały się incydenty powodujące utratę życia czy rany. Wiąże się to określenie również z przedwojenną niemiecką nomenklaturą, w której nielegalne przekroczenie granicy nazywano jej zranieniem oraz z manierą prasy, zarówno polskiej jak i niemieckiej, godną najgorszych trendów dzisiejszych mediów, określaną jako sang à la une czyli krew na pierwszej stronie, w myśl której każde zdarzenie prezentuje się w agresywny sposób powodujący u odbiorcy poczucie zagrożenia, a zdarzenia na tej granicy właśnie do takich należały.

W polskiej świadomości społecznej, która w sferze historii, zwłaszcza własnej, opiera się bardziej na propagandzie i mitach, niż na wiedzy, graniczny konflikt pomiędzy Niemcami a Polską międzywojenną liczyć należy od dojścia do władzy Adolfa Hitlera, jeśli nie jeszcze od późniejszego okresu, a cała wina za tę sytuację, za wszelkie prowokacje, napaści i zbrodnie, leży po stronie niemieckiej. Marian Zacharski przeciwstawia się tej legendzie i w Krwawiącej granicy ukazuje, że konflikt graniczny w fazie ostrej znajdował się niemal od początku istnienia II Rzeczpospolitej, a niektóre formy bandyckich wręcz zachowań, nie będących wcześniej stałym elementem walki wywiadów, jak na przykład porwanie osoby z terenu innego kraju, były polską innowacją. Zresztą w tym ostatnim wypadku pierwsza akcja tego typu w polskim wykonaniu była kompletnym blamażem.

Głównym wątkiem książki jest rola polskiej Straży Granicznej w systemie wywiadu II RP na kierunku niemieckim. Nie jest to opracowanie kompleksowe, przekrojowe, a raczej rzucenie tematu dotąd szerszemu ogółowi kompletnie obcego, za pomocą na tyle szczegółowego, na ile to obecnie możliwe, zreferowania kilku głośnych wówczas operacji szpiegowskich. Jak wynika z samej definicji tajnych operacji, głośnych - a więc zakończonych wpadką. Prawdziwie udane akcje wywiadowcze prawie nigdy nie trafiają na pierwsze strony gazet, a przynajmniej nie przed upływem dziesięcioleci od ich zakończenia.

Wielką zasługą autora jest, iż odważył się ukazać, że obie strony konfliktu granicznego miały swoje racje i obie ponosiły zań winę. Co prawda jeszcze daleko nam do tego, by większość zauważyła, iż jesteśmy jedynym chyba krajem z uczestniczących w II wojnie, który do dziś twierdzi, że jego żołnierze nigdy nie zabijali jeńców ani cywilów, że to się nie zdarzało, ale książka gen. Zacharskiego to krok w dobrym kierunku. W kierunku odbrązowienia naszej wizji historii tak wybielanej przez dziesięciolecia, że aż infantylnej.

Cała społeczna świadomość polska w temacie naszego międzywojennego wywiadu opiera się na propagandzie mielącej w kółko kilka udanych akcji, a przynajmniej akcji, w których się nie ośmieszyliśmy. Pokazuje się kilka postaci, które były wybitne i pasują do obrazu polskiego rycerza bez skazy (przynajmniej jeśli się zbyt głęboko nie sięga). Krwawiąca granica ukazuje drugą stronę medalu – oficerów wywiadu, których poziom moralny i umysłowy trudno opisać, gdyż w słowniku ludzi cywilizowanych nie ma słów wystarczająco obelżywych. W 1930 wydano oficjalne wytyczne, że oficerom wywiadu nie wolno zabierać w teren tajnych materiałów, gdyż jeden z naszych orłów przeszedł do Niemiec, gdzie wpadł, wraz z najlepszymi kąskami ze swego biura, które powinny leżeć w jego biurze w szafie pancernej o ewidencjonowanym dostępie. Autor tego nie robi, ale każdy czytelnik może sam prowadzić dalsze rozumowanie. Wniosek nasuwa się sam – przez 12 lat istnienia II RP, kto chciał, chodził z tajnościami gdzie chciał, nawet na teren wroga. Gdyby tak nie było, gdyby były odpowiednie szkolenia i procedury, a tylko jeden głąb by się do nich nie zastosował, nie byłoby sensu wydawać takiego rozkazu. Zresztą dotyczył on – kolejne kuriozum - tylko wywiadowców, więc z tego można wysnuć wniosek, że inni oficerowie mogli dalej tak postępować. Zaletą tej książki jest bowiem możliwość snucia własnych przemyśleń na tematy niejednokrotnie zaledwie w niej poruszone.

Jedną z najdziwniejszych rzeczy, które wynikają z przebiegu operacji przedstawionych w Krwawiącej granicy jest refleksja, która równie dobrze mogłaby być wynikiem obserwacji dzisiejszej polskiej sytuacji - naród jak żaden inny doświadczony przez mistrza prowokacji, przez carską Ochranę**, jak żaden inny był i jest na takie działania podatny. Z czego to wynika, ta nieumiejętność uczenia się na błędach, nie tylko cudzych, ale nawet swoich? Zimbardo miałby tu wiele do powiedzenia. Takich pytań, wniosków i skojarzeń, materiał zawarty w książce może spowodować wiele. Nie sposób o wszystkich wspomnieć i na pewno każdy uważny czytelnik będzie miał swoje osobiste, na które tylko on wpadnie, a o których autorowi nawet się nie śniło. To urok historii.

Książka rozpoczyna się bardzo interesującym trickiem stylistycznym. Poznajemy przebieg pierwszej z omawianych akcji, zakończonych śmiercią polskiego oficera, poprzez sprzeczne relacje prasowe z tego okresu pochodzące z obu stron granicy. I mamy wrażenie, że to ci wredni Niemcy znowu wszystko zaczęli i wina jest tylko po ich stronie. Podświadomość każdego dzisiejszego Polaka, wypełniona wsysaną od urodzenia propagandową papką zwaną patriotyzmem, sprawia, że wierzymy bardziej prasie polskiej, a nie niemieckiej, choć wiemy, że każda mogła kłamać. A potem, gdy poznajemy rekonstrukcję wydarzeń… I tak zdradziłem za dużo, choć to nie powieść przecież.

Niestety, po świetnym początku, dalej nie jest już tak różowo. Nie tylko styl jest bardzo nierówny i obok fragmentów, które czyta się z przyjemnością, są takie, które powodują lekki niesmak, ale miejscami nawet zwykła polszczyzna bardzo kuleje. Oszczędzano na korekcie? Na szczęście treść ratuje całość.

Niestety nie jest to pozycja, o czym już wspomniałem, budząca pozytywne refleksje. Jak na dłoni widać obecne już wówczas wady ówczesnej i dzisiejszej Polski, choćby wymiaru sprawiedliwości, które niektórzy zakłamani i zaprzedani propagatorzy nowego porządku chcą przypisać zdeprawowaniu „komuną”: fałszowanie i podrzucanie dowodów, przekupność (oczywiście w imię wyższego dobra) nie tylko policjantów czy prokuratorów, ale nawet sędziów, arogancja władz wszystkich szczebli wobec tych, którzy są niżej… Na tym tle Niemcy, przynajmniej w opisanych wydarzeniach, czyli przed nastaniem Hitlera, jawią się jako dużo bardziej prawi i moralni.

Książka zawiera sporo ilustracji, a wśród nich dużo kopii dokumentów, co bardzo podnosi jej wartość. Niestety tym większym dysonansem, zupełnie niepotrzebnie psującym wrażenie, jest brak rzeczy tak podstawowej, jak podanie źródeł, z których autor korzystał poza tymi, których kopie zamieścił. Jest bowiem oczywiste, że nie wszystkie tezy autora da się wywieść z załączonych materiałów.

Dla mnie bardzo interesujące było podanie wyroków w omawianych sprawach. Zauważyłem, iż z reguły okres pozbawienia praw publicznych był zbliżony do czasu pozbawienia wolności, a czasem nawet dłuższy. To coś całkowicie odmiennego w stosunku do dzisiejszych zwyczajów, zgodnie z którymi pozbawienie praw jest wielokrotnie krótsze, niż wolności. I nasunęło mi się pytanie – jaki cel ma dzisiejsze państwo w takiej praktyce? Czy to dobrze, że złodzieje i inni siedzący w więzieniach przestępcy, skoro nie zostali pozbawieni praw, wybierają tych, którzy mają nami rządzić? Czy naprawdę wyższy wskaźnik frekwencji w wyborach jest tego warty i co ta praktyka sądownicza mówi o dzisiejszej Polsce?

Mam wrażenie, że publikacja w założeniu jest skierowana do miłośników historii, zwłaszcza zainteresowanych wywiadem, wojskowością i polityką. W rzeczywistości jednak może bardzo zaciekawić każdego, gdyż wnioski, jakie z niej wypływają i przemyślenia, które wywołuje, zdecydowanie wybiegają poza dwudziestolecie międzywojenne i narzucającą się w pierwszej chwili ocenę tematyki. Z tego powodu, pomimo mizernych wartości literackich, zdecydowanie polecam każdemu, nie tylko rodakom.


Wasz Andrew


* Stopień generalski nadał Zacharskiemu Prezydent RP Lech Wałęsa w 1995
** Ochrana (ros. Отделение по охранению порядка и общественной безопасности, Otdielenije po ochranieniju poriadka i obszczestwiennoj biezopasnosti, Oddział ochrony porządku i bezpieczeństwa publicznego) – tajna policja polityczna w imperium rosyjskim, powstała po zabójstwie cara Aleksandra II, na mocyukazu Aleksandra III z 14 sierpnia 1881 roku. Zlikwidowana w czasie rewolucji lutowej w 1917 roku. (za Wiki)

Krwawiąca granica [Marian Zacharski]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

środa, 23 lipca 2014

O potrzebach



Tak naprawdę mamy nadwyżkę tak wielu rzeczy, że musimy dbać o to, by stawały się „modne”, żeby zwiększyć ich pożądanie, utrzymując tym samym popyt na sztucznym poziomie.


wtorek, 22 lipca 2014

Inny wymiar wyzwalania



Oczywiście żaden czarny rynek nie mógłby wyrosnąć w żadnym wyzwolonym kraju bez współpracy amerykańskiego personelu wojskowego. Chciwość nie jest wyłączną domeną ludzi innych nacji.

z oficjalnego opracowania armii amerykańskiej - przytoczył Charless Glass w książce Dezerterzy. Ostatnia nieopowiedziana historia II wojny światowej (Deserter. The Last Untold Story of the Second World War)

poniedziałek, 21 lipca 2014

O nadziei transcendentalnej





A jeśli sprawia to właśnie oko twojej wiary, jeśli na przyszłą jasność spoglądasz przez kolorowe witraże swoich wyobrażeń? Jakżeż przedziwne są obrazy przyszłości, które ludzkość maluje, korzystając z pędzla wiary i wielobarwnego pigmentu wyobraźni. A jeszcze dziwniejsze jest to, że tak kompletnie się ze sobą nie zgadzają!


sobota, 19 lipca 2014

Kaikō Takeshi "Japońska opera za trzy grosze" - Apacze z wysp japońskich

Japońska opera za trzy grosze

Kaikō Takeshi

Tytuł oryginału: Nihon Sanmon Opera
Tłumaczenie (z j. niemieckiego): Zuzanna Melicka
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Seria: Klub Interesującej Książki
Liczba stron: 232
 
 
 
 
 
 
 
Wojna, czyli konflikt zbrojny, toczony pomiędzy zwaśnionymi narodami, państwami, czy grupami etnicznymi to piętno, kroczące za człowiekiem od momentu narodzin cywilizacji. Ponieważ oparta jest na przemocy, działając ponadto niczym katalizator wyzwalający najgorsze ludzkie instynkty, prowadzi ona do spustoszenia oraz ogromnych zniszczeń. Dewastacji ulega zarówno ludzka psychika, moralność, cierpi także świat materialny, począwszy od zabudowań, architektury, na przyrodzie skończywszy. Niemal niemożliwym do uniknięcia następstwem wojennej zawieruchy jest chaos, któremu towarzyszą głód, ubóstwo oraz nędza. Społeczeństwo boleśnie przekonuje się wówczas, że proces budowy, tworzenia jest o wiele bardziej mozolny i trudniejszy od błyskawicznie postępującego burzenia, ślepego demolowania. W kraju, który dopiero powoli odradza się, stając na nogi po przebytych walkach brakuje podstawowych towarów, artykułów pierwszej potrzeby, bez których niemożliwa jest codzienna egzystencja. Państwo, które dopiero odzyskuje swój pierwotny kształt często nie jest w stanie zapewnić swoim obywatelom godziwych warunków, nie potrafi także poradzić sobie z działalnością czarnego rynku, który powstaje i funkcjonuje w każdych okolicznościach, będąc odpowiedzą na potrzeby konsumenckie. Szara strefa budzi raczej negatywne konotacje, ale ludzi z nią związanych oceniać jest raczej trudno, o czym najlepiej świadczy sylwetka Kaiko Takeshiego.