Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

piątek, 25 lipca 2014

Pierwszy dzień pracy



Kilka dni temu wszystkie ogólnokrajowe media obiegał temat, który zapoczątkował bodajże Dziennik Polski. Państwowa Inspekcja Pracy poinformowała, że w naszym kraju firmy znalazły nowy sposób na okradanie państwa i własnych pracowników, bo czymże innym jest zatrudnianie ludzi na czarno. Patent polega na tym, że w razie kontroli informuje się inspektorów Państwowej Inspekcji Pracy, iż cała załoga jest pierwszy dzień w pracy i dlatego pracuje bez umów, ubezpieczeń, itd., itp.

Państwowa Inspekcja Pracy alarmuje, że zjawisko stało się powszechne, bo sprzyja mu przestarzały Kodeks pracy, a szczególnie art. 29, który pozwala zawrzeć umowę o pracę w dniu podjęcia pracy, a nie przed, czyli przez jeden dzień można pracować bez umowy, a podpisać ją dopiero pod koniec szychty lub po jej zakończeniu. Na zgłoszenie do ZUS jest jeszcze więcej czasu, gdyż aż dni siedem. Rewelacje te potwierdziła swym autorytetem rzeczniczka Okręgowej Inspekcji Pracy w Krakowie Anna Majerek oraz wiceszef małopolskiej "Solidarności" Adam Lach*.

Dlaczego czekałem z podjęciem tego tematu tak długo? Postanowiłem być bardziej wyrozumiały niż Pan w rozmowie z Abrahamem i dać Polsce, zanim jej kondycję zmieszam z błotem, większą szansę niż otrzymała Sodoma. Nie czekałem na dziesięciu sprawiedliwych, ale chociaż na jednego. I się nie doczekałem. Może gdzieś się tam odezwał, na jakimś blogu czy w gazecie, ale ani w telewizji, ani w mainstreamowym necie się nie objawił.

Parafrazując Sienkiewicza muszę więc zawołać, - czy tylko głupi i zdemoralizowani tę ziemię (Polskę) zamieszkują? Nie trzeba być geniuszem ani znawcą prawa, by wiedzieć, że ten odkrywczy trick pracodawców z pierwszym dniem pracy jest g… warty. Pomijając już takie „drobiazgi”, których się można czepiać, jak szkolenia BHP i badania lekarskie, które pracownik musi mieć zanim stanie do pracy, nawet na przyuczenie. Jest bowiem prosta metoda na walkę z owym „genialnym” wykrętem. I do jej wymyślenia nie potrzeba żadnej kompletnie wiedzy. Tylko chęć. Wystarczy po prostu przeprowadzić dwie kontrole w pewnym okresie czasu. Za pierwszym razem spisać nazwiska i wrócić choćby nazajutrz, czy za tydzień. Dwa razy ruszyć zza biurka cztery litery.

Jak to jest, że w całej armii urzędników nie znalazł się ani jeden, który by na to wpadł? Ani w całej rzeczy związkowców? Nie będę pisał, gdyż każdy wie o co chodzi, a ja na pewno zaraz zostałbym pozwany za zniesławienie powagi urzędów i związków, gdybym napisał to, co każdy od razu pomyślał.

To, że cały aparat państwowy i z nim związane instytucje są kompletnie niewydolne i z każdym rokiem stają się większą parodią samych siebie, wie każdy, kto miał z nimi do czynienia. W normalnych krajach nadzieją na okiełznanie korupcji, nepotymzu, nieróbstwa i zwykłej głupoty, owym regulatorem demokracji, jest czwarta władza, czyli media. Przekleństwem Polski jest to, że u nas absolutnie nie spełniają one swej roli. Skoro w tak prostej sprawie, jak ta, bezkrytycznie, niczym objawienie, powtarzają bzdury opowiadane przez urzędników i związkowców, jakby same były na garnuszku pazernych kapitalistów bezczelnie łamiących prawa pracownicze, skoro nie znalazł się ani jeden dziennikarz uczciwy na tyle, by te bzdury ośmieszyć, to jak można mieć nadzieję, że jest w stanie rozgryźć jakieś afery i zrobić cokolwiek innego, niż powtarzać rzeczy, które ktoś im podrzuci by zwalczać konkurentów?

O powszechnej ponad światową miarę polskiej pogardzie dla prawa pracy pisałem już w poście Po osiemnastej. Nie napisałem jednak wtedy, iż o kuriozalnym przypadku Muzeum Czynu Niepodległościowego i Związku Legionistów Polskich opisanym w tym tekście powiadomiłem PiP. I otrzymałem odpowiedź, że się tym zajmą. A było to w… kwietniu. Od tego czasu cisza. I dość o tym.

Casus pierwszego dnia w pracy to kolejny objaw sepsy toczącej Polskę. Nie jest ważne to, że gdzieś jakiś urzędas może wziął w łapę, albo po prostu nawet mu się nie chciało. To się zdarza wszędzie. W każdym kraju. Dużo gorsze jest to, że takie zachowania ukazujące kompletną dysfunkcjonalność podnosi się rangi jedynego możliwego sposobu postępowania i w ich uświęcaniu biorą udział wszyscy, którzy w tym kraju mają jakąkolwiek władzę. Najgorsze jest jednak to, co odbiera wszelką nadzieję – umoczeni są wszyscy. To jedyne wytłumaczenie faktu, że nawet opozycja gra w tej samej tonacji. Zmiana władzy nic nie da. Jak z więzieniami CIA – postkomuniści wdepnęli, PiS ich krył (od kiedy tak zachowuje się prawdziwa opozycja), a PO kryło i jednych i drugich. W takim kraju, gdzie każdy, kto się liczy, wie, co ma mówić i kiedy, nie ma szans, by znalazł się ktoś znaczący, kto krzyknie, iż król jest nagi. I tak by powiedziano, że „sra we własne gniazdo”, czyli zrobiono by z niego zdrajcę i Polakożercę. „Patrioci” trzymają się razem. Niezależnie od tego, jakie kanalie są wśród nich.

Wiem, wiem – gdy mówię, że Polska upada, wielu pomyśli, że jestem nawiedzony. Ja nie twierdzę, że upada Polska kolesi, oszustów, układowiczów i ludzi bez sumienia. Nie, ona ma się wręcz coraz lepiej, pod płaszczykiem wartości, których nikt inny nie posiada. Upada Polska ludzi prawych. O ile kiedykolwiek istniała. Na pewno zaś upadają nadzieje na nią. Każda taka sprawa w mediach, to sygnał dla cwaniaków z całego świata – przyjeżdżajcie tutaj. To idealne miejsce do robienia „interesów”. I zawsze znajdzie się odpowiednia liczba ludzi, którzy będą głośno krzyczeć, że jest coraz lepiej. Im. A że równocześnie wielu porządnych wybędzie, więc to samonapędzające się sprzężenie nabiera podwójnego rozpędu.

Po co to piszę, skoro nie ma w mojej ocenie szans na poprawę? By ci, zwłaszcza młodzi, którzy na razie mają nadzieję, podsycaną optymizmem wylewającym się z telewizora, mieli szansę szybciej przejrzeć na oczy i podjąć odpowiednie decyzje, zanim dojdą do punktu, w którym będzie za późno.


Wasz Andrew


* http://www.wprost.pl/ar/458496/Czesty-sposob-na-omijanie-prawa-pracy-Zaloga-jest-pierwszy-dzien/

czwartek, 24 lipca 2014

Inna twarz wywiadu II RP


Marian Zacharski


Krwawiąca granica


Wydawnictwo Zysk i Ska 2014

Wydanie I

Krwawiąca granica Mariana Zacharskiego, będąca kolejną pozycją w cyklu Kulisy Wywiadu II RP, jest zarazem moim drugim, po Rotmistrzu, spotkaniem i z tą serią wydawniczą, i z twórczością generała*. O autorze nie będę opowiadał, gdyż zainteresowani mogą sobie bez trudności o nim poczytać gdzie indziej. Pytanie, które się nasuwa, to czym jest owa tytułowa krwawiąca granica? Oczywiście granica przedwojenna polsko-niemiecka. Rejon, gdzie zdarzały się incydenty powodujące utratę życia czy rany. Wiąże się to określenie również z przedwojenną niemiecką nomenklaturą, w której nielegalne przekroczenie granicy nazywano jej zranieniem oraz z manierą prasy, zarówno polskiej jak i niemieckiej, godną najgorszych trendów dzisiejszych mediów, określaną jako sang à la une czyli krew na pierwszej stronie, w myśl której każde zdarzenie prezentuje się w agresywny sposób powodujący u odbiorcy poczucie zagrożenia, a zdarzenia na tej granicy właśnie do takich należały.

W polskiej świadomości społecznej, która w sferze historii, zwłaszcza własnej, opiera się bardziej na propagandzie i mitach, niż na wiedzy, graniczny konflikt pomiędzy Niemcami a Polską międzywojenną liczyć należy od dojścia do władzy Adolfa Hitlera, jeśli nie jeszcze od późniejszego okresu, a cała wina za tę sytuację, za wszelkie prowokacje, napaści i zbrodnie, leży po stronie niemieckiej. Marian Zacharski przeciwstawia się tej legendzie i w Krwawiącej granicy ukazuje, że konflikt graniczny w fazie ostrej znajdował się niemal od początku istnienia II Rzeczpospolitej, a niektóre formy bandyckich wręcz zachowań, nie będących wcześniej stałym elementem walki wywiadów, jak na przykład porwanie osoby z terenu innego kraju, były polską innowacją. Zresztą w tym ostatnim wypadku pierwsza akcja tego typu w polskim wykonaniu była kompletnym blamażem.

Głównym wątkiem książki jest rola polskiej Straży Granicznej w systemie wywiadu II RP na kierunku niemieckim. Nie jest to opracowanie kompleksowe, przekrojowe, a raczej rzucenie tematu dotąd szerszemu ogółowi kompletnie obcego, za pomocą na tyle szczegółowego, na ile to obecnie możliwe, zreferowania kilku głośnych wówczas operacji szpiegowskich. Jak wynika z samej definicji tajnych operacji, głośnych - a więc zakończonych wpadką. Prawdziwie udane akcje wywiadowcze prawie nigdy nie trafiają na pierwsze strony gazet, a przynajmniej nie przed upływem dziesięcioleci od ich zakończenia.

Wielką zasługą autora jest, iż odważył się ukazać, że obie strony konfliktu granicznego miały swoje racje i obie ponosiły zań winę. Co prawda jeszcze daleko nam do tego, by większość zauważyła, iż jesteśmy jedynym chyba krajem z uczestniczących w II wojnie, który do dziś twierdzi, że jego żołnierze nigdy nie zabijali jeńców ani cywilów, że to się nie zdarzało, ale książka gen. Zacharskiego to krok w dobrym kierunku. W kierunku odbrązowienia naszej wizji historii tak wybielanej przez dziesięciolecia, że aż infantylnej.

Cała społeczna świadomość polska w temacie naszego międzywojennego wywiadu opiera się na propagandzie mielącej w kółko kilka udanych akcji, a przynajmniej akcji, w których się nie ośmieszyliśmy. Pokazuje się kilka postaci, które były wybitne i pasują do obrazu polskiego rycerza bez skazy (przynajmniej jeśli się zbyt głęboko nie sięga). Krwawiąca granica ukazuje drugą stronę medalu – oficerów wywiadu, których poziom moralny i umysłowy trudno opisać, gdyż w słowniku ludzi cywilizowanych nie ma słów wystarczająco obelżywych. W 1930 wydano oficjalne wytyczne, że oficerom wywiadu nie wolno zabierać w teren tajnych materiałów, gdyż jeden z naszych orłów przeszedł do Niemiec, gdzie wpadł, wraz z najlepszymi kąskami ze swego biura, które powinny leżeć w jego biurze w szafie pancernej o ewidencjonowanym dostępie. Autor tego nie robi, ale każdy czytelnik może sam prowadzić dalsze rozumowanie. Wniosek nasuwa się sam – przez 12 lat istnienia II RP, kto chciał, chodził z tajnościami gdzie chciał, nawet na teren wroga. Gdyby tak nie było, gdyby były odpowiednie szkolenia i procedury, a tylko jeden głąb by się do nich nie zastosował, nie byłoby sensu wydawać takiego rozkazu. Zresztą dotyczył on – kolejne kuriozum - tylko wywiadowców, więc z tego można wysnuć wniosek, że inni oficerowie mogli dalej tak postępować. Zaletą tej książki jest bowiem możliwość snucia własnych przemyśleń na tematy niejednokrotnie zaledwie w niej poruszone.

Jedną z najdziwniejszych rzeczy, które wynikają z przebiegu operacji przedstawionych w Krwawiącej granicy jest refleksja, która równie dobrze mogłaby być wynikiem obserwacji dzisiejszej polskiej sytuacji - naród jak żaden inny doświadczony przez mistrza prowokacji, przez carską Ochranę**, jak żaden inny był i jest na takie działania podatny. Z czego to wynika, ta nieumiejętność uczenia się na błędach, nie tylko cudzych, ale nawet swoich? Zimbardo miałby tu wiele do powiedzenia. Takich pytań, wniosków i skojarzeń, materiał zawarty w książce może spowodować wiele. Nie sposób o wszystkich wspomnieć i na pewno każdy uważny czytelnik będzie miał swoje osobiste, na które tylko on wpadnie, a o których autorowi nawet się nie śniło. To urok historii.

Książka rozpoczyna się bardzo interesującym trickiem stylistycznym. Poznajemy przebieg pierwszej z omawianych akcji, zakończonych śmiercią polskiego oficera, poprzez sprzeczne relacje prasowe z tego okresu pochodzące z obu stron granicy. I mamy wrażenie, że to ci wredni Niemcy znowu wszystko zaczęli i wina jest tylko po ich stronie. Podświadomość każdego dzisiejszego Polaka, wypełniona wsysaną od urodzenia propagandową papką zwaną patriotyzmem, sprawia, że wierzymy bardziej prasie polskiej, a nie niemieckiej, choć wiemy, że każda mogła kłamać. A potem, gdy poznajemy rekonstrukcję wydarzeń… I tak zdradziłem za dużo, choć to nie powieść przecież.

Niestety, po świetnym początku, dalej nie jest już tak różowo. Nie tylko styl jest bardzo nierówny i obok fragmentów, które czyta się z przyjemnością, są takie, które powodują lekki niesmak, ale miejscami nawet zwykła polszczyzna bardzo kuleje. Oszczędzano na korekcie? Na szczęście treść ratuje całość.

Niestety nie jest to pozycja, o czym już wspomniałem, budząca pozytywne refleksje. Jak na dłoni widać obecne już wówczas wady ówczesnej i dzisiejszej Polski, choćby wymiaru sprawiedliwości, które niektórzy zakłamani i zaprzedani propagatorzy nowego porządku chcą przypisać zdeprawowaniu „komuną”: fałszowanie i podrzucanie dowodów, przekupność (oczywiście w imię wyższego dobra) nie tylko policjantów czy prokuratorów, ale nawet sędziów, arogancja władz wszystkich szczebli wobec tych, którzy są niżej… Na tym tle Niemcy, przynajmniej w opisanych wydarzeniach, czyli przed nastaniem Hitlera, jawią się jako dużo bardziej prawi i moralni.

Książka zawiera sporo ilustracji, a wśród nich dużo kopii dokumentów, co bardzo podnosi jej wartość. Niestety tym większym dysonansem, zupełnie niepotrzebnie psującym wrażenie, jest brak rzeczy tak podstawowej, jak podanie źródeł, z których autor korzystał poza tymi, których kopie zamieścił. Jest bowiem oczywiste, że nie wszystkie tezy autora da się wywieść z załączonych materiałów.

Dla mnie bardzo interesujące było podanie wyroków w omawianych sprawach. Zauważyłem, iż z reguły okres pozbawienia praw publicznych był zbliżony do czasu pozbawienia wolności, a czasem nawet dłuższy. To coś całkowicie odmiennego w stosunku do dzisiejszych zwyczajów, zgodnie z którymi pozbawienie praw jest wielokrotnie krótsze, niż wolności. I nasunęło mi się pytanie – jaki cel ma dzisiejsze państwo w takiej praktyce? Czy to dobrze, że złodzieje i inni siedzący w więzieniach przestępcy, skoro nie zostali pozbawieni praw, wybierają tych, którzy mają nami rządzić? Czy naprawdę wyższy wskaźnik frekwencji w wyborach jest tego warty i co ta praktyka sądownicza mówi o dzisiejszej Polsce?

Mam wrażenie, że publikacja w założeniu jest skierowana do miłośników historii, zwłaszcza zainteresowanych wywiadem, wojskowością i polityką. W rzeczywistości jednak może bardzo zaciekawić każdego, gdyż wnioski, jakie z niej wypływają i przemyślenia, które wywołuje, zdecydowanie wybiegają poza dwudziestolecie międzywojenne i narzucającą się w pierwszej chwili ocenę tematyki. Z tego powodu, pomimo mizernych wartości literackich, zdecydowanie polecam każdemu, nie tylko rodakom.


Wasz Andrew


* Stopień generalski nadał Zacharskiemu Prezydent RP Lech Wałęsa w 1995
** Ochrana (ros. Отделение по охранению порядка и общественной безопасности, Otdielenije po ochranieniju poriadka i obszczestwiennoj biezopasnosti, Oddział ochrony porządku i bezpieczeństwa publicznego) – tajna policja polityczna w imperium rosyjskim, powstała po zabójstwie cara Aleksandra II, na mocyukazu Aleksandra III z 14 sierpnia 1881 roku. Zlikwidowana w czasie rewolucji lutowej w 1917 roku. (za Wiki)

Krwawiąca granica [Marian Zacharski]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

środa, 23 lipca 2014

O potrzebach



Tak naprawdę mamy nadwyżkę tak wielu rzeczy, że musimy dbać o to, by stawały się „modne”, żeby zwiększyć ich pożądanie, utrzymując tym samym popyt na sztucznym poziomie.


wtorek, 22 lipca 2014

Inny wymiar wyzwalania



Oczywiście żaden czarny rynek nie mógłby wyrosnąć w żadnym wyzwolonym kraju bez współpracy amerykańskiego personelu wojskowego. Chciwość nie jest wyłączną domeną ludzi innych nacji.

z oficjalnego opracowania armii amerykańskiej - przytoczył Charless Glass w książce Dezerterzy. Ostatnia nieopowiedziana historia II wojny światowej (Deserter. The Last Untold Story of the Second World War)

poniedziałek, 21 lipca 2014

O nadziei transcendentalnej





A jeśli sprawia to właśnie oko twojej wiary, jeśli na przyszłą jasność spoglądasz przez kolorowe witraże swoich wyobrażeń? Jakżeż przedziwne są obrazy przyszłości, które ludzkość maluje, korzystając z pędzla wiary i wielobarwnego pigmentu wyobraźni. A jeszcze dziwniejsze jest to, że tak kompletnie się ze sobą nie zgadzają!


sobota, 19 lipca 2014

Kaikō Takeshi "Japońska opera za trzy grosze" - Apacze z wysp japońskich

Japońska opera za trzy grosze

Kaikō Takeshi

Tytuł oryginału: Nihon Sanmon Opera
Tłumaczenie (z j. niemieckiego): Zuzanna Melicka
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Seria: Klub Interesującej Książki
Liczba stron: 232
 
 
 
 
 
 
 
Wojna, czyli konflikt zbrojny, toczony pomiędzy zwaśnionymi narodami, państwami, czy grupami etnicznymi to piętno, kroczące za człowiekiem od momentu narodzin cywilizacji. Ponieważ oparta jest na przemocy, działając ponadto niczym katalizator wyzwalający najgorsze ludzkie instynkty, prowadzi ona do spustoszenia oraz ogromnych zniszczeń. Dewastacji ulega zarówno ludzka psychika, moralność, cierpi także świat materialny, począwszy od zabudowań, architektury, na przyrodzie skończywszy. Niemal niemożliwym do uniknięcia następstwem wojennej zawieruchy jest chaos, któremu towarzyszą głód, ubóstwo oraz nędza. Społeczeństwo boleśnie przekonuje się wówczas, że proces budowy, tworzenia jest o wiele bardziej mozolny i trudniejszy od błyskawicznie postępującego burzenia, ślepego demolowania. W kraju, który dopiero powoli odradza się, stając na nogi po przebytych walkach brakuje podstawowych towarów, artykułów pierwszej potrzeby, bez których niemożliwa jest codzienna egzystencja. Państwo, które dopiero odzyskuje swój pierwotny kształt często nie jest w stanie zapewnić swoim obywatelom godziwych warunków, nie potrafi także poradzić sobie z działalnością czarnego rynku, który powstaje i funkcjonuje w każdych okolicznościach, będąc odpowiedzą na potrzeby konsumenckie. Szara strefa budzi raczej negatywne konotacje, ale ludzi z nią związanych oceniać jest raczej trudno, o czym najlepiej świadczy sylwetka Kaiko Takeshiego.

piątek, 18 lipca 2014

O religiach



Ludzie nieustannie zwracają się do niebios, aby im wyjaśniły, co ich czeka w przyszłości. Religie karmią się lękiem przed kresem, ową subtelniejszą formą egoizmu. (…) wszystkie religie gwarantują pomyślną przyszłość swoim wyznawcom, a przynajmniej tym z nich, którzy spełniają kryterium dobra.

… nadziei trzeba szukać w sobie, a nie na zewnątrz, (…). Człowiek istnieje tutaj, tu nosi w sobie tchnienie życia oraz poczucie dobra i zła – albowiem dobro i zło jemu się przydarzają. Na tym powinien budować (…), nie zaś padać na twarz przed wizerunkiem wyimaginowanej boskości ukształtowanej na jego ubogi obraz i żałosne podobieństwo, tyle że mającej większą moc sprawiania zła i bardziej dalekosiężną rękę.

czwartek, 17 lipca 2014

Druga młodość klasyka



Henry Rider Haggard



Ona. Dzieje niezwykłej przygody


tytuł oryginału: She: A History of Adventure*

tłumaczenie: Władysław Jerzyński

Wydawnictwo Zysk i S-ka 2014

liczba stron: 364


Henry Rider Haggard to angielski pisarz specjalizujący się w powieściach przygodowych, który znany jest obecnie szerszemu ogółowi głównie z Kopalni króla Salomona, pierwszej z liczącego osiemnaście części cyklu opowieści o afrykańskich przygodach Allana Quatermaina, awanturnika, poszukiwacza przygód i skarbów. Może nie tyle z samej powieści, co z filmów, gdyż była ona przenoszona na ekran wielokrotnie, a najnowsza ekranizacja powstała w 2004 roku.

Wbrew pozorom nie zawsze jest tak, iż najbardziej znane dzieło jest jednocześnie tym, które wywiera największy wpływ na przyszłość. Na przyszłość nie tylko literatury, ale i wielu innych dziedzin, nawet nauki. W przypadku Haggarda książką, która okazała się najbardziej inspirującą dla odbiorców, jest Ona. W swoim czasie była prawdziwym bestsellerem, dotąd przetłumaczono ją na 44 języki, a do wpływu, jaki na nich wywarła, przyznają się liczni pisarze, że wspomnieć choćby takie sławy jak Rudyard Kipling, Henry Miller, Graham Greene, Margaret Atwood czy J. R. R. Tolkien, choć zwłaszcza w przypadku tego ostatniego wydaje mi się dyskusyjne, czy wziął z Haggarda to, co najlepsze, czy to, co najgorsze. Wielkie zainteresowanie tą powieścią okazywali również Zygmunt Freud oraz Carl Jung i nasuwa się pytanie, na ile była ona przyczynkiem do ich rozważań, a na ile tylko zastrzykiem odwagi; potwierdzeniem, że myślących inaczej i wątpiących podobnie jak oni jest więcej. Inna sprawa, że Freud dzisiaj też nie pachnie już zbyt świeżo.

Fabuła powieści nie jest specjalnie skomplikowana, jak na nasze obecne kryteria. Narratorem i główną postacią, choć ani nie tytułową, ani kluczową dla intrygi, jest L. H. Holly, wykładowca w Cambridge, który przez umierającego przyjaciela Vinceya zostaje obarczony prośbą o opiekę nad jego synem Leo. Poza owym obowiązkiem testament Vinceya seniora przekazuje Holly’emu spory majątek oraz tajemniczą skrzynię, której otwarcie ma nastąpić dopiero w dniu dwudziestych piątych urodzin Leo Vinceya. Jej zawartość pchnie naszych bohaterów do niezwykłej wyprawy w głąb niezbadanych przez białego człowieka obszarów Czarnego Lądu, na których włada biała królowa Ayesha o władzy przekraczającej pojmowanie.

Zanim przejdziemy do oceny książki, musimy umiejscowić w czasie i miejscu zarówno ją, jak i jej autora. Haggard żył w latach 1856 – 1925. Urodził się i zmarł w Wielkiej Brytanii, choć przebywał przez pewien czas w Natalu i Transwalu (obecnie w RPA), skąd powrócił do ojczyzny w roku 1882. Przed nazwiskiem pisarza powinno się pisać Sir, więc nie był ani on, ani jego sposób postrzegania świata, typowym przedstawicielem ówczesnego społeczeństwa, bowiem Ich Lordowskie Moście zawsze stanowiły grupę żyjącą w nieco innej rzeczywistości, niż reszta Brytyjczyków. Ona ujrzała światło dzienne w roku 1887. Z reguły do osoby autora nie przykładam wagi, by wiedza o nim nie wpływała na odbiór dzieła, które powinno mówić samo za siebie. Lubię jednak już po lekturze dowiedzieć się co i jak, gdyż czasami rzuca to nowe światło na treść i sposób jej interpretacji. W tym przypadku osadzenie dzieła i twórcy w określonym punkcie historycznym, politycznym, geograficznym i społecznym jest nieodzowne dla całościowej oceny powieści. Narzuca się to odniesienie już od pierwszej strony lektury, niezależnie od tego, czy wiemy już coś o pisarzu, czy też niczego zgoła o nim nie słyszeliśmy. Uważny czytelnik na podstawie samego dzieła określi zarówno czasy, kiedy powstało, jak i pochodzenie, również społeczne, twórcy. To piękny dowód na to, jak nasza osobista historia, jeśli brak nam samokrytycyzmu, wpływa na nasz sposób widzenia wszelkich aspektów rzeczywistości, ale również to powód, by oceny Onej dokonywać uwzględniając wszelkie te czynniki.

W momencie wydania powieść zachwyciła oryginalnością świata wykreowanego przez Haggarda w bliżej nieznanym zakątku tajemniczej dla ówczesnych Afryki. Afryki, o której wiedza miejscami dość swobodnie mieszała się z fantazją. Ten właśnie aspekt stanowił impuls dla wielu późniejszych twórców różnych odmian fantastyki, a wpływów tych można doszukiwać się i w innych gatunkach, choćby horrorze. Bardziej wyrafinowanych czytelników zafascynowało bogactwo znaczeniowe; liczne pytania filozoficzne o kardynalnym znaczeniu, które wprost krzyczą z kart książki. Pytania, dodajmy, do dziś aktualne. Dobro i zło oraz ich odwieczna walka. Pytania o prawdę, o Boga, śmierć i czas, zbrodnię i karę. Wszystko, co zainteresowało Freuda i Junga, pozostaje aktualnym tematem i dzisiaj. Jest jednak jeszcze inna rzecz, która sprawia, że czas obszedł się z Oną wyjątkowo łagodnie.

Wiele książek, od opracowań popularnonaukowych po dzieła literatury pięknej, czas zamordował. Treści w nich zawarte się zdezaktualizowały, umarły niczym starożytne języki i religie, których ostatni kapłan skonał. W powieści Haggarda też widzimy wyraźnie wpływ mijających lat, lecz staje się on atutem. Pojawiają się przemyślenia i pytania, które na pewno nawet nie postały w głowie autorowi Onej.

Infantylnie wręcz, żeby nie użyć mocniejszego słowa, wypadają w świetle dzisiejszej wiedzy niezwykle seksistowskie tezy Haggarda dotyczące różnic między płciami. Szczególnie daje to do myślenia, gdy skonstatujemy, iż choćby Juliusz Verne, nawet nieco wcześniejszy niż Haggard twórca, nie ma aż tak zalatujących ciemnotą poglądów jak Sir Haggrad. Czy była to indywidualna różnica między umysłami tych dwóch sławnych prekursorów fantastyki, czy też może Francuzi w ogóle bardziej kochali i cenili kobiety, co wpływało na ich widzenie świata? I jak się poglądy Haggarda miały do tego, że to właśnie Królowe, które Boże chroń, były i są prawdziwymi władcami Albionu?

Samo założenie wyraźnego dualizmu damsko-męskiego rozciągniętego na wszelkie aspekty istnienia, podobnie jak koncepcja uniwersalnego kanonu damskiej czy męskiej urody w świetle dzisiejszej wiedzy wydaje się zdecydowanie żałosne, a takie są właśnie przekonania Haggarda. Podobnie archaiczne wydają się tezy o rozdzielności ducha i ciała, czy dziecinne w oczach dzisiejszego czytelnika rozważania o istocie władzy.

Najciekawsze, że to wszystko wcale nie działa na niekorzyść powieści! Ona, jak mało która lektura, ukazuje nam, jak wielki wpływ mogą mieć stereotypy, a szerzej mówiąc System, w którym żyjemy, na nasz sposób widzenia rzeczywistości, myślenia i oceniania. Na każdej stronie książki widać charakterystyczną nie tylko dla Anglików pychę i pogardę wobec innych. Wobec innych narodów, religii, wobec wszystkiego, co nie nasze. Ta przestroga, choć nie była na pewno zamierzeniem autora, jest jak najbardziej aktualna i dziś, i w Polsce. Choć nie nazywamy innych dzikusami, to nie brak nam brudasów i innych żydów. Pamiętajmy, by nasz sposób mówienia i myślenia o innych nie wypadł kiedyś w oczach uczciwych potomnych tak, jak wypowiedzi Haggarda brzmią dzisiaj w naszych. To samo dotyczy poglądów. Zresetujmy co pewien czas nasz umysł, oczyśćmy z papki stereotypów, które pompuje w nas społeczeństwo, byśmy postrzegali i myśleli raczej jak Verne, niż Haggard.

Bardzo cenną rzeczą dla interpretacji Onej jest maniera Ridera Haggarda by to, co uznaje za swoje własne, za pewne, wkładać w usta powieściowych postaci w formie pospolitych twierdzących wypowiedzi, a to, co uznaje za pytanie lub problem filozoficzny, moralny lub inny, ubierać w formę dyskusji międzypostaciowych lub monologów wyróżnionych wyraźnie spośród pospolitych rozmów.

Niestety, choć postrzegam Haggarda jako zdecydowanie twórczego, gdyż nie sposób nie oddać mu hołdu za wprowadzenie nowych prądów do literatury, to nie widzę go jako szczególnie mądrego. Są rzeczy, które dziś żenują, ale były nieodzownym atrybutem jego czasów i te można nawet cenić jako świadectwo wpływu epoki na umysłowość, ale są i inne, które przy pewnej dozie racjonalizmu powinien odrzucić, jak choćby muzułmanów pijących brandy, tezy o rozwijających aspektach podróży i ograniczających życia na uniwersytecie, uniwersalność gestów takich jak ściskanie ręki czy pogarda dla innych wyznań i ludzi. Na pewno nie był bystrym obserwatorem, gdyż przebywając w Afryce pewne rzeczy powinien zauważyć. Są nawet gorsze wpadki, jak choćby fragmenty marynistyczne tej powieści, które byłyby hańbą dla każdego pisarza uprawiającego ten gatunek, czy jego tezy o symbolicznym przedstawianiu kształtu kobiecej sylwetki w dawnych cywilizacjach będące dokładną odwrotnością stanu faktycznego.

To wszystko, a przecież wiele wątków pominąłem, sprawia, iż jest to powieść bardzo interesująca i ciekawa, ale nie w tym znaczeniu, jakie by się podobało autorowi, gdyby nadal był wśród nas. Cudowne jest to poznawanie, jak problemy dobra i zła, wiary i jej braku, pozostają wciąż aktualnymi tematami, ale jednocześnie jak wielki wpływ na nie ma stopień zależności człowieka od innych ludzi, od czasu, w którym żyje i wszystkich następstw z tym związanych.

Zalety typowo rozrywkowe, czyli klimat przygody, tajemnicy i zagrożenia podkreśla świetne tłumaczenie Władysława Jerzyńskiego, któremu udało się również oddać manierę językową autora, jego czasów i sfer, co jest dodatkowym, bezcennym smaczkiem.

Ze względu na wielość znaczeniową, na rozmach problemów i wagę stawianych pytań, jest to powieść wielce wymagająca dla czytelnika. Pomieszanie mądrości z infantylnością też nie pomaga. Absolutnie nie polecałbym jej rozpoczynającym podróż po świecie książek. Powiedziałbym nawet, iż niejeden oczytany na niej polegnie. Jak choćby z tym stwierdzeniem, które aż nazbyt często się pojawia w recenzjach, iż „poszukiwanie prawdy, której nie da się odnaleźć, gdyż każda odpowiedź rodzi nowe pytania, przedstawione jest jako dramat”. Okazuje się, iż „prości” ludzie, bez aspiracji do wielkiej mądrości, już dawno ten dylemat rozstrzygnęli w urzekającym stwierdzeniu, iż „nie jest ważne, by złapać króliczka, ale by gonić go”.

Jest więc Ona Haggarda książką wyjątkową, choć dziś w zupełnie innym znaczeniu niż w dniach swej pierwszej chwały. Polecam zdecydowanie i z pełnym przekonaniem, właśnie dla tych refleksji i przemyśleń, które może wzbudzić w dzisiejszym czytelniku, choć nie zaprzeczam, że i warstwa przygodowo-fantastyczna jest urokliwa. W tych ostatnich aspektach dzisiejsza literatura oferuje jednak dużo więcej, więc miłośnikom takiej rozrywki polecałbym raczej choćby George R. R. Martina, a Oną ludziom z zacięciem do łamania głowy nad istotą rzeczy


Wasz Andrew


* do pobrania w oryginale >>tutaj<<



Ona [H. Rider Haggard]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE