Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

sobota, 5 lipca 2014

Sanktuarium plugastwa

Azyl

William Faulkner

Tytuł oryginału: Sanctuary
Tłumaczenie: Zofia Kierszys
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Liczba stron: 318







Po cichu zamykam za sobą drzwi, by nie zakłócić spokojnego snu, którego słodkawy zapach cały czas unosi się w powietrzu. Odrobinę drżąc z zimna rozglądam się uważnie po ogromnej łące, w poszukiwaniu nowych, jeszcze nie odkrytych gatunków. Czego właściwie szukam? Jeszcze nie wiem, ale cierpliwie czekam, aż mój wzrok zostanie pochwycony przez egzemplarz, który zahipnotyzuje mnie swoim pięknem, nie poznaną tajemnicą, obiecując długie godziny niespiesznej kontemplacji, pozwalając oderwać się od codziennej, niekiedy jakże nużącej rzeczywistości. Ostrożnie podchodzę do intrygującej mnie już od pewnego czasu kępki, ścinam delikatnie pierwsze kwiaty słów i upajam się ich aromatem. Jest ostry i wyrazisty, uparcie świdruje mi nozdrza, tak, że oczy zachodzą mi słonawą mgiełką. Azyl, William Faulkner. Jeszcze raz przeżuwam tytuł oraz nazwisko, a soki trawienne mojego mózgu poczynają z wolna atakować lekturę, która zapewnia ponowną wędrówkę na dalekie i upalne Głębokie Południe Stanów Zjednoczonych. Zaopatrzony w kilka kubków herbaty oraz okulary do czytania wyruszam na eksplorację legendarnego już hrabstwa Yoknapatawpha.

Faulkner to gość, którego od dawna chciałem poznać, ale zawsze coś stawało na przeszkodzie, by zawrzeć z nim znajomość. Na wstępie podkreślę, że rolę poślednią odegrała literacka Nagroda Nobla, którą pisarz odebrał w 1949 roku – w końcu ileż jest nazwisk, które nie mogą pochwalić się tym osiągnięciem, a mimo to zapadają w czytelniczej pamięci na całe lata. O wiele bardziej intrygował mnie styl, o którym można gdzieniegdzie przeczytać, że jest trudny, nieprzyjazny dla czytelnika, że wymaga koncentracji, że sprawia, iż żadna z lektur nie jest lekką książką na ciepłe popołudnia. Bardzo lubię, kiedy autor prowokuje czytelnika do odrobiny wysiłku intelektualnego, do skupienia, do wczytania się w poznawaną powieść, kiedy pogrywa sobie z odbiorcą jak zwykł do czynić choćby Nabokow. Tak więc długie zdania, wymyślna narracja, bogate portrety psychologiczne oraz sławetny strumień świadomości sprawiły, że postanowiłem poznać twórczość Faulknera, powieściopisarza i poety, żyjącego w latach 1897 – 1962. Fakt, iż autor urodził się w New Albany w stanie Missisipi również nie pozostawał bez znaczenia. Za sprawą Erskine’a Caldwella i jego Ostatniej nocy lata oraz Sługi bożego, wizytowałem już na Głębokim Południu i ciekawiło mnie ogromnie, jak na ten region spojrzy inny z autochtonów, który parał się pisarstwem.

Akcja powieści Azyl została osadzona w sławetnym hrabstwie Yoknapatawpha, położonym na południu Stanów Zjednoczonych. Fabuła utworu kręci się wokół dawnej, chylącej się ku upadkowi siedziby plantatora, w której nielegalnie produkuje się whisky. W tym okresie w USA panuje prohibicja, dlatego proceder pędzenia własnego bimbru oraz handlu nim jest w pełni nielegalny i surowo karany. Policja oraz lokalni, praworządni obywatele od dawna szukają haka, na który można by nadziać inicjatora całego przedsięwzięcia – Lee Goodwina, byłego plutonowego konnicy. Takowa okazja przydarza się, kiedy w zapuszczonym domostwie w niejasnych okolicznościach dochodzi do morderstwa – Goodwin, który osobiście telefonuje do szeryfa, informując go o odnalezieniu zwłok czarnoskórego pomocnika, z miejsca staje się głównym podejrzanym.

Jedną z ciekawszych bohaterek dramatu jest Temple Drake, długonoga, efemeryczna nimfetka o kwitnącej, ale ciągle nierozwiniętej cielesnej zmysłowości, która zdecydowanie nie jest już dzieckiem, ale której jeszcze nie można określić mianem kobiety. Dziewczyna, córka bogatego i wpływowego sędziego, uczęszcza na Uniwersytet Missisipi, ale od studiowana znacznie bardziej interesują ją chłopcy, z którymi namiętnie umawia się na randki. Wydaje się, że sama osoba partnera, z którym aktualnie przebywa nie ma dla niej większego znaczenia – bardziej liczy się sam fakt ślepej adoracji, zwierzęcego oddania, poczucie władzy, roztaczanej nad zniewolonym męskim sercem. Sytuacja ulega zmianie, kiedy na horyzoncie pojawia się Gowan Stevens, lokalny playboy, który uwielbia moczyć gębę w whisky. Wspomniana dwójka trafia do alkoholowego źródełka, domu Lee Goodwina, gdzie Temple ma sposobność poznać mroczniejsze strony charakteru swojego nowego wybranka. Opis nocy spędzonej w zaniedbanej siedzibie Starego Francuza to zdecydowanie najmocniejszy punkt utworu. Faulkner wybornie oddał strach, obawę, poczucie zagrożenia, zgrozę przed czyhającym w każdym cieniu niebezpieczeństwem – uczucia towarzyszące pannie Drake. Fantastycznie odmalowano również złość, wściekłość, wstyd, plugastwo, odrazę, upodlenie – stany emocjonalne oraz uczucia biorące swój początek w nielegalnie pędzonym bimbrze, działającym niczym katalizator, wyzwalający najgorsze męskie instynkty.

Równie intrygująca jest sylwetka Horace Benbowa, adwokata z Kinston, który zdecydował się na porzucenie swojej małżonki. Oryginalnie zaprezentowana została przemożna chęć zerwania się z łańcucha długoletniej rutyny, którego symbolem są uwielbiane przez żonę krewetki – to właśnie od niechęci do tych skorupiaków rozpoczyna się erozja dotychczas prowadzonej egzystencji, która w końcu rozsadza ramy nudnej i przewidywalnej codzienności. Benbow postanawia powrócić do rodzinnego Jefferson – po drodze, przebytej głównie autostopem, bohater zaplątuje się w długie macki domu Starego Francuza, gdzie poznaję żonę Goodwina, Ruby. Ciężko harująca kobieta, pełniąca wręcz rolę czarnoskórej posługaczki, po której znać jednak bardziej szczęśliwą i zamożną przeszłość, wywiera na Benbowie ogromne wrażenie. Kiedy Horace dowiaduje się, że Lee Goodwin wpadł w poważne kłopoty w związku z podejrzeniem o zabójstwo, wychodzi z inicjatywą pomocy – jako wprawny adwokat postanawia zająć się obroną bimbrownika oskarżonego o morderstwo. Ten wątek posłużył Faulknerowi do ukazania dwóch rzeczy. Pierwszą z nich jest niewiara w drugiego człowieka – ludność miasta Jefferson podejrzewa Benbowa, że chęć pomocy Goodwinowi wynika wyłącznie z fizycznej żądzy odczuwanej do małżonki bimbrownika. Takie abstrakcyjne pojęcia jak bezinteresowność, dobre intencje, miłosierdzie, litość czy altruizm w ogóle nie wchodzą w rachubę – pewnie też z tego powodu lokalna społeczność baptystów niemal siłą wyrzuca Ruby Goodwin z hotelu opłaconego przez Benbowa, unikając w ten sposób ewentualnych, gorszących scen. Druga sprawa dotyczy praw czarnoskórej mniejszości. W więzieniu, oprócz Lee Goodwina, przebywa także Murzyn, oskarżony o poderżnięcie gardła swojej małżonce – z miejsca zostaje on uznany za winnego i skazany na śmierć przez powieszenie. Jedynie na co może liczyć to pochówek, ale bez żadnych obrzędów pogrzebowych. Nie otrzymuje on adwokata, pozbawiony jest realnego prawa do obrony, możliwości wyjaśnienia kierujących nim motywów, usprawiedliwienia swojego postępowania. Na przeciwnym biegunie znajduje się Lee Goodwin, nad którym ciąży zarzut zabójstwa czarnoskórego pomocnika. Przebywa on w areszcie, ale ma możliwość opuszczenia więzienia – wystarczy uiścić kaucję. W perspektywie czeka go proces, w trakcie którego może liczyć na reprezentującego go prawnika. Ponadto można odnieść wrażenie, że zabójstwo stanowi jedynie pretekst do zniszczenia działalności bimbrownika. Gdyby Goodwin nie zalazł za skórę władzy, prawdopodobnie uczynek, o który jest posądzany, przeszedłby bez większego echa. W rezultacie trudno nie zgodzić się z trafną konstatacją, że Goodwin ma za sobą prawo, sprawiedliwość oraz cywilizację, podczas gdy czarnoskóry ma to wszystko przeciw sobie.

Jak widać o sile utworu decyduje barwna galeria osobliwych postaci, wśród których na uwagę zasługują jeszcze pani Reba Rivers, burdelmama z różańcem w jednej ręce i kuflem piwa w drugiej, siostra Benbowa, Narcissa, będąca młodą wdową, wciąż szukającą miłości, czy Wytrzeszcz, zawdzięczający swój pseudonim ogromnym wyłupiastym oczom, z którego jednak nie warto śmiać się w jego obecności, bowiem za pomocą rewolweru potrafi on odpalić zapałkę. Wszyscy bohaterowie wchodzą ze sobą w różne koincydencje, towarzyskie kombinacje, a czytelnik odkrywa kolejne związki, łączące poszczególnych osobników. Swoistą pointę tej geometrii stanowi fenomenalny fragment, w którym Faulkner portretuje skomplikowaną figurę wzajemnie podglądających się osób. Łańcuch obserwatorów jest ciągle wydłużany, tak, że umyśle czytelnika mogą zrodzić się wątpliwości, czy aby na pewno stanowi on ostatnie ogniwo.

Ogromnie podoba mi się także sam klimat utworu. Z nieba leje się żar, w powietrzu panuje skwar, ale w zakamarkach umysłów przedstawianych postaci dominuje półmrok, cień, psychologiczny chłód. W sposób mistrzowski nakreślono obraz siedziby Starego Francuza – zapuszczony trawnik obrastający w chwasty, walące się zabudowania gospodarcze, odłogi zamieniające się z wolna w pustynię, długa, wysypana piaskiem droga kojarzą się z zaniedbaniem, powolną agonią, marazmem. To odczucie wzmacnia przygaszone, zmartwiałe, wyczerpane światło, nacechowane chronicznym znużeniem – w panującym upale wszystko zdaje się z wolna rozkładać, nie mając siły do dalszej, żmudnej egzystencji, poprzestając na wnikliwym studium własnej zagłady. W powietrzu czuć trupio-mdlącą słodycz, a kwintesencję upadku stanowi zbutwiała drabina, której szczeble pozostają nie naprawione, ponieważ jak do tej pory jeszcze się nie rozleciały. Nietrudno o skojarzenie ze stopniami zepsucia prowadzącymi do moralnej degrengolady.

Reasumując, Azyl, mimo, że nie odnalazłem w nim spokoju, ani schronienia, okazał się ogromnie interesującą lekturą. Nie uraczyłem w nim co prawda zbyt wiele strumienia świadomości, ale autor wynagrodził to interesującą formą – trzecioosobowy narrator jest ogromnie precyzyjny w opisie świata przedstawionego, który buduje z drobiazgową pieczołowitością. Co jednak ciekawe, zdarza mu się pominąć istotny szczegół, przeoczyć bardzo ważny fakt, przemilczeć znaczące wydarzenie – w efekcie prezentowana opowieść w kilku momentach stanowi łamigłówkę. Historia jest niedopowiedziana, kilka scen nie zostało w pełni nakreślonych, tak, że czytelnik musi zdać się na domysł, własną wyobraźnię, by zacerować nimi odrobinę dziurawą fabułę. Część brakujących elementów pojawia się dopiero pod koniec utworu, rzucając nowe światło na postępowanie niektórych bohaterów, co wg mnie jest bardzo dobrym zabiegiem. Autor świetnie przedstawił jak ludzkie niedoskonałości, wady, ułomności, zarówno umysłowe jak i fizyczne, wpływają na nasze postępowanie, charakter, podejście do innych ludzi. Faulkner skoncentrował się na negatywnych cechach swoich bohaterów, którzy odmalowani są w różnych odcieniach szarości. Co ciekawe występujące w powieści czarne charaktery to na ogół istoty słabe, w znacznym stopniu skrzywdzone przez innych, tak, że w oczach czytelnika, mimo nagannego postępowania, bardziej zasługują na litość niż na potępienie. Na uwagę zasługuje także bogaty portret całej społeczności, czy środowisk osobników przeżartych zepsuciem i zgnilizną, którzy roszczą sobie jednak prawo do przyzwoitości, czy wręcz świętości. Faulkner ujawnia jakże pospolite dla ludzkiego gatunku dwulicowość, fałsz i obłudę – przejawiają się ona niemal w każdym aspekcie życia, począwszy od traktowania kobiet, czy czarnoskórych, na faryzejskiej moralności skończywszy. Ujmując rzecz w kilku słowach – książka okazała się mocna i soczysta, niczym dojrzały owoc. Bardzo wieloaspektowe dzieło intrygującego artysty, do którego z pewności jeszcze wrócę. 

Wasz Ambrose

piątek, 4 lipca 2014

O wymowie architektury



…w odróżnieniu od bardzo pozytywnych doznań, związanych z dawną architekturą sakralną, zdecydowanie nie przepadam za nowoczesną, komercyjną urbanistyką, z wyjątkiem zaledwie kilku budynków o przeznaczeniu użytkowym. Są dla mnie zbyt zimne, surowe, bezosobowe i po prostu brzydkie. Moim zdaniem giganty wypełniające tkankę centrów miast są budowane wyłącznie z myślą o funkcjonalności, z niemal całkowitym pominięciem kwestii estetycznych. W moich oczach stanowią one dobitny dowód na brak zainteresowania wielkich korporacji ludzkością jako taką: są przejawem pogardy dla praw natury.

czwartek, 3 lipca 2014

O polskiej administracji



Przyszedłem do panów, aby uczciwie pracować. Materiały, z którymi się zapoznałem, wystarczyłyby w innym kraju do natychmiastowego rozwiązania tego ministerstwa. W naszych warunkach nie zostanie ono rozwiązane…

Narutowicz o Ministerstwie Robót Pubicznych

przytoczył Sławomir Koper w książce Afery i skandale Drugiej Rzeczypospolitej 

środa, 2 lipca 2014

O pochodzeniu człowieka




…Darwin jednak się mylił i w rzeczywistości człowiek pochodzi od owadów, bo w ośmiu przypadkach na dziesięć człekokształtne to zwykłe mendy gotowe na wszystko za byle gówno…


Zafón Carlos Ruiz Więzień nieba (El Prisionero del Cielo)

poniedziałek, 30 czerwca 2014

Galimatias nominowany


Ignacy Karpowicz


Balladyny i romanse


Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o., 2011

stron 576

Lekturą obowiązkową w „moim” oddziale DKK* przewidzianą na czerwiec były Balladyny i romanse Ignacego Karpowicza. Książka gruba, nazwisko kompletnie mi nieznane. Oczywiście, z notatki reklamowej na okładce wiedziałem, że nominowany do nagrody, że powieść zakręcona i pornograficzna, ale.. Już dawno zauważyłem, iż nazbyt często nalepkę lub hasło „dobre bo Polskie” należy tłumaczyć w ten sposób, iż rodzime pochodzenie jest jedynym pozytywem. Pornografia – nie pamiętam, kiedy ostatnio czytałem coś naprawdę dobrego z tej branży, więc widoki marne, by zapowiedź okazała się uzasadniona. Nie żebym specjalnie kopał w tej tematyce, ale jednak. Moje szczęście, że zacząłem czytać dużo, dużo wcześniej przed terminem klubowego spotkania, inaczej bym nie zdążył. To jedna z lektur, które zabrały mi najwięcej czasu, być może nawet rekordowa. Przynajmniej jeśli pominiemy podręczniki. Jak do tego doszło? Wszak równie grube książki, które niedawno czytałem, wręcz połykałem?

Niebo dojrzewa do rewolucji. Nie jest to Niebo w znaczeniu katolickim, gdyż zamieszkane jest przez wszelkie bóstwa znane z historii, i nie tylko bóstwa. Rewolucja też nie taka w stylu radzieckim, czyli nie w rozumieniu walki o władzę. Raczej generalnej przebudowy. Piekło idzie do likwidacji, bogowie uśmiertelnieni mają zstąpić na ziemię. Na górze zostaną tylko Moiry i…

Oczywiście, skoro bogowie mają zstąpić, masowo i bez wyjątków, to muszą wybrać lokalizację. Mogłaby być cała Ziemia, losowo i równomiernie, ale nie. Pada na „kraj w promocji”, czyli Polskę.

Pomysł ciekawy, oryginalny i rodzący wielkie możliwości. Jak się okazało, możliwości wpadki również, niestety.

Lektura zaczęła się niezwykle przyjemnie. Na samym początku książki większa część treści dotyczy spraw i wydarzeń raczej po stronie ziemskiej, czyli polskiej, niż niebiańskiej. Poznajemy osoby, które będą występować w powieści jako przedstawiciele mieszkańców naszego kraju, dość reprezentatywni, więc dalecy od postulowanego obrazu dobrego i mądrego człowieka lub uczciwego obywatela. Nie, żeby byli w większości antypatyczni, zadeklarowani złu czy jakiejś niedobrej partii politycznej. Po prostu są tacy, jak większość, czyli nic dobrego. Są jednak, na początku, naturalni, realistycznie odmalowani, przekonujący i spójni zarówno wewnętrznie, jak i w odniesieniu do środowiska, w którym żyją. Potem wszystko się zmienia. Pod wpływem odprysków niebiańskiej przebudowy i oni doznają przeobrażeń. Bardzo interesujące, gdyż przeciwstawia się to mitowi obowiązującemu we wszystkich chyba wielkich religiach, iż człowiek jest panem siebie wyposażonym w wolną wolę. Szkoda tylko, że niezbyt podkreślono, iż taka przebudowa osobowości nie musi być wcale skutkiem boskiej ingerencji, a wystarczy cokolwiek; wiek, pęknięta żyłka w mózgu, nadmiar jakiegoś hormonu. Większości pewnie więc ten aspekt umknie.

Do tego momentu wszystko grało. Nie na skalę arcydzieła, ale fajnego czytadła. Jestem osobnikiem cierpiących na nadmiar niespodziewanych skojarzeń wszelkiego rodzaju, od słownych, przez sytuacyjne, po wszelkie inne możliwe. Z reguły mocno przekornych zresztą. Myślałem, że znalazłem w autorze pokrewną duszę, gdyż w tekście aż roi się od perełek tego typu. Niestety, w miarę postępów lektury zacząłem mieć wrażenie, że jest tego za dużo, że to robione na siłę. Równocześnie całość zaczęła się rozłazić, jakby wymknęła się autorowi spod kontroli. Fabuła, tylko zarysowana, rozmydliła się kompletnie, o akcji trudno nawet mówić. Brak szkieletu, który by ustabilizował potok skojarzeń. Zwłaszcza elementy warstwy niebiańskiej, boskiej i mitologicznej, których tym więcej, im bliżej końca, nużyły mnie coraz bardziej. W dodatku pojawiły się liczne a ewidentne błędy. Całość mogłaby jeszcze uratować jakaś mocna puenta, ale jej zabrakło.

Balladyny i romanse zebrały bardzo różne recenzje. Mam wrażenie, iż z reguły te lepsze pochodziły od „inteligencji”, czyli „humanistów”, którzy utracili kontakt z rzeczywistością i zapomnieli, że filozofia, to umiłowanie mądrości i w pierwotnym swym kształcie znaczyła zrównoważoną wiedzę, nawet raczej z dominacją nauk ścisłych, niż humanistycznych. Potwierdza to również Paszport Polityki 2010 dla tej książki. Jury, na pewno wykształcone i uważające się za mądre, nie zauważyło kardynalnych wręcz wpadek autora. Dlaczego? Humaniści nazbyt często uważają, że wykształcony, to taki, jak oni. Jeśli polonista, to miernikiem inteligencji, mądrości i wykształcenia jest oczytanie i wiedza o literaturze raz różnych aspektach języka. Jeśli lingwista, to języki obce. Jeśli filozof, to… i tak można wymieniać. Ich wspólną cechą jest z reguły całkowite negowanie nauk ścisłych, o których zresztą nie mają zielonego pojęcia, zwłaszcza jeśli chodzi o ich przydatność w banale życia codziennego i sztuce. Tymczasem, o ile w encyklopedii znajdziemy wiele osób z wykształceniem ścisłym czy politechnicznym, które osiągnęły sukcesy jako humaniści, to tych, którzy podążyli odwrotną drogą, jest jak na lekarstwo, o ile w ogóle są jacyś. To daje do myślenia, ale czy jest ważne?

Ignacy Karpowicz jedną z głównych postaci powieści obdarzył zawodem z dziedziny jak najbardziej ścisłej. Akademicki wykładowca statystyki. I wkłada w jego usta tezę, że statystyka nie ma niczego wspólnego z życiem, gdyż średnia arytmetyczna nie istnieje. Nie ma Kowalskiego, który by jej odpowiadał. Ten drobiazg ma ogromne znaczenie. Ludzie, którzy uważają się za oczytanych i wykształconych, nie znają matematyki (statystyki) nawet na poziomie szkoły średniej. Jedyna średnia, jaką znają, to arytmetyczna. To tak, jakby polski profesor matematyki nie wiedział, kto to Kmicic! Hańba! Hańba hańbą, ale to drugie przynajmniej nie jest szkodliwe, a to pierwsze… Władza od zawsze posługuje się tylko i wyłącznie średnią arytmetyczną oraz PKB. Właśnie dlatego, że one nic nie mówią o zwykłym Kowalskim, a za to są idealnym narzędziem do manipulacji. Słusznie mówi Karpowiczowy statystyk, że średniej arytmetycznej nikt nie widział, a brutto nikt się nie naje (to drugie moje). Ale są inne narzędzia statystyczne, które mówią jak wygląda ten Kowalski, którego można spotkać, które pokazują, ile zje i co jeszcze ważniejsze, ilu Kowalskich w danej sytuacji wybierze A, a ilu B. To bardzo komfortowa dla władzy i szkodliwa dla społeczeństwa sytuacja, gdy nie tylko ciemne masy, ale i większość inteligencji, postrzega świat w sposób fałszywy, a wynikający z niewiedzy. W dodatku widać nową, coraz popularniejszą modę, czyli niewiedzę o granicach własnej wiedzy. Gdyby autor miał świadomość, że nie wie, nie tykałby statystyki i zastąpił ją czymkolwiek, choćby teologią. Ale on nie wie nawet tego, co wie, a czego nie wie. Jeszcze kilka lat temu takie osoby były ciekawostką, kuriozum, a teraz można je obserwować coraz łatwiej, nie tylko w teleturniejach, ale jak widać i wśród twórców aspirujących do wyższej inteligencji.

Jakby tego było mało, w tekście sporo jest błędów typowo „humanistycznych”. Dziw, że nikt ich nie zauważył. Wielokrotnie, trudniejsze słowa, z reguły obcego pochodzenia, zostały użyte niezgodnie ze swoim rzeczywistym znaczeniem. Być może, gdyby autor trochę zatroszczył się o czytelnika i dodał odnośniki do wyrażeń, które dla większości Polaków są całkowicie niezrozumiałe, sam by w trakcie tej czynności zauważył, iż w słowniku stoi napisane inaczej, niż mu się wydaje. A tak wyszło jak wyszło. Wielu czytelników pewnie ślizga się po tekście pomijając wyrazy i wyrażenia, które nie powszechnie zrozumiałe. Kto będzie czytał ze słownikiem w drugiej ręce? Jurorzy i zachwyceni recenzenci pewnie też się nie wysilali, no bo jak to wyjaśnić? Nawet owa pornografia, słowo zdawałoby się o powszechnie znanym znaczeniu, wydaje się wielką wpadką. Pojawia się w wielu recenzjach i w notce na okładce powieści. Przypominam – pornografia to nie goła baba albo bzykanko, a coś, co ma wywołać podniecenie seksualne. Ktoś mi powie, co go seksualnie podnieciło w tej książce? Ja tam niczego takiego nie znalazłem.

Przy okazji. Pamiętacie ostatnią z cyklicznie pojawiających się akcji mającą zwalczać obcojęzyczne zapożyczenia w języku polskim? Co pewien czas nawiedzeni poloniści optują za tym, by podejmować próby zastępowania importowanych terminów ich odpowiednikami o rodzimym pochodzeniu. Zapominają, że od wieków większość słów dotyczących techniki nie ma odpowiednika polskiego pochodzenia, choć synonimów o obcej proweniencji jest zwykle kilka do wyboru, co jest zresztą odbiciem braku naszego wkładu w rewolucję naukowo-przemysłową. Nie wkładu Polaków, a wkładu Polski oczywiście. Zwróćcie uwagę – w języku potocznym mamy ograniczać obcojęzyczne zapożyczenia, choć nie ma takiej możliwości, natomiast w literaturze… W Balladynach i romansach jest tak wiele wstawek obcojęzycznych, wyrazów obcych, że czasami wręcz sprawiają wrażenie, jakby autor starał się w ten sposób zrobić wrażenie na czytelniku oraz krytykach i pisał wsparty jedną ręką o słownik wyrazów obcych, drugą o słownik synonimów i w dodatku wpatrzony w ekran, na którym pomocą służy Google. Oczywiście jest to tylko wrażenie, gdyż korzystając ze słowników nie poślizgnąłby się na znaczeniach. I to się podnosi jako „bogactwo języka”. Proponuję wrócić do Sienkiewicza i przypomnieć sobie, jak to bogactwo powinno wyglądać. Zdania powinny płynąć jak muzyka, słowa powinny malować obrazy, a nie walić niczym pusta reklama telewizyjna.

Reasumując - dobry pomysł, który został skopany. A szkoda. Nie tylko samej koncepcji. Są dobre skojarzenia, jest sporo dobrych obserwacji i przemyśleń. Niestety jest i sporo całkowicie błędnych. Nie tylko z zakresu statystyki. Są świetne sceny, jak choćby spotkanie homoseksualnej boskiej rodzinki z narodowcami i kibolami z Białegostoku, ale giną w nieukierunkowanym potoku miałkości. Taki melanż oryginalności i tandety, sztuki i kiczu, mądrości i głupoty. Mogę się tylko domyślać, że gdyby autor nie pokusił się o stworzenie Dzieła, gdyby dał skromniejszy tytuł (wszak tytuł zobowiązuje) i skromniejszą objętość zamierzył, część śmiecia by odpadła i całość prezentowałaby się dużo lepiej. A tak wyszło jak wyszło. Szkoda, wielka szkoda.

Właśnie ze względu na niejednorodność, na to pomieszanie z poplątaniem, trudno tę książkę jednoznacznie ocenić, niemożliwe wystawić jej jedną cenzurkę oddającą rzeczywistą wartość. Wszystko zależy od tego, co dla nas ważniejsze, a nawet, jestem o tym przekonany, od nastroju czytelnika w chwili, gdy się zabierze do lektury. Z tego względu nie odradzam, ale i polecać absolutnie nie mam odwagi. Jeśli chcecie, czytajcie, ale na własną odpowiedzialność i ryzyko. Ja nie żałuję spotkania z Balladynami i romansami, ale wracać do nich też nie zamierzam.


Wasz Andrew


* Dyskusyjny Klub Książki

Balladyny i romanse [Ignacy Karpowicz]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE


sobota, 28 czerwca 2014

" Pożegnanie z Matiorą" Walentin Rasputin - Jakże smutno jest odchodzić

Pożegnanie z Matiorą

Walentin Rasputin

Tytuł oryginału: Proszczanije s Matioroj
Tłumaczenie: Jerzy Litwiniuk 
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Seria: Współczesna Proza Światowa
Liczba stron: 197
 
 
 
 
 
Zuchwałość człowieka radzieckiego, który to ośmielił się chwycić za bary z matką naturą i zawzięcie z nią mocować, jest już nieomal legendarna. Wydaje się, że okresie Republiki Rad nie było rzeczy niemożliwej, czy technicznie niewykonalnej. W latach 1930 – 1933 powstał  Białomorsko-Bałtycki, kanał od długości 227 km łączący Morze Bałtyckie i Morze Białe, do budowy którego użyto głównie drewna oraz siły rozkułaczanych, nieposłusznych chłopów (wg ostrożnych szacunków przy całym przedsięwzięciu życie straciło ok. 25 tys. ludzi). Także w latach 30’ XX wieku rozpoczęto wcielenie w życie idei hodowli białego złota. Na pustynnych terenach Azji Środkowej postanowiono uprawiać bawełnę, stosowaną wówczas do produkcji mundurów oraz materiałów wybuchowych. W latach 60’ udało się zmienić bieg rzek Amu-daria oraz Syr-daria, zasilających jezioro Aralskie, kierując ich wody do sieci kanałów irygacyjnych, służących do nawadniania pól bawełny. W efekcie do dnia dzisiejszego Uzbekistan jest jednym z największych eksporterów bawełny na świecie, ale nie można zapominać o fakcie, że całe przedsięwzięcie doczekało się miana katastrofy ekologicznej – od kilkunastu lat poziom wody w jeziorze Aralskim systematycznie spada, przy równocześnie rosnącym stopniu zasolenia. Morze Aralskie zanika, a wraz z nim giną przedstawiciele wielu gatunków lokalnej fauny i flory. O kilku innych ciekawych, chociaż fikcyjnych projektach, świadczących o nieograniczonej wręcz fantazji radzieckiej myśli technicznej, możemy dowiedzieć się także za sprawą lektury książki Astronauci, genialnego polskiego pisarza, Stanisława Lema. Czytamy tam m.in.:
W roku 2003 zakończone zostało częściowe przelewanie Morza Śródziemnego w głąb Sahary i gibraltarskie elektrownie wodne dały po raz pierwszy prąd do sieci północoafrykańskiej. Wiele już lat minęło od upadku ostatniego państwa kapitalistycznego. Kończył się trudny, bolesny i wielki okres sprawiedliwego przetwarzania świata. Nędza, chaos gospodarczy i wojny nie zagrażały już wielkim planom mieszkańców Ziemi.
 
Nieskrępowane przebiegiem granic rosły kontynentalne sieci wysokiego napięcia, powstawały elektrownie atomowe, bezludne fabryki automaty i transmutatory fotochemiczne, w których energia słońca przetwarzała dwutlenek węgla i wodę w cukier. Proces ten od miliarda lat uprawiany przez rośliny stał się własnością człowieka.
 
Nauka nigdy już nie miała wytwarzać środków zniszczenia. W służbie komunizmu była najpotężniejszym z wszystkich narzędzi świata.
W zupełnie innym, zdecydowanie bardziej melancholijnym tonie utrzymana jest powieść Pożegnanie z Matiorą, autorstwa Walentina Rasputina, która również zahacza o tematykę korygowania dokonań natury. Walentin Grigorjewicz Rasputin to rosyjski oraz radziecki pisarz, dramaturg, dziennikarz, działacz polityczny i społeczny. Artysta urodził się w 1937 roku w Atałance, niewielkiej wsi, leżącej w obwodzie irkuckim. Ogrom twórczości Rasputina poświęcony jest Wschodniej Syberii, gdzie autor spędził dzieciństwo oraz niemałą część swojego dorosłego życia.
Pożegnanie z Matiorą to historia traktująca o mieszkańcach wsi Matiora, położonej na niewielkiej wyspie, przecinającej nurt rzeki Angary. W związku z budową olbrzymiej elektrowni wodnej, ogromne rzesze terenu, w tym cała wyspa, mają wkrótce znaleźć się pod wodą. W chwili rozpoczęcia akcji, trwają już ostatnie przygotowania, zmierzające do oczyszczenia terenu oraz przesiedlenia mieszkańców. Właśnie w tym newralgicznym momencie, który dla większości wiejskiej społeczności oznacza kres dotychczasowego, dobrze znanego życia, na wyspę zaproszony zostaje czytelnik, zyskując sposobność obserwacji całej różnorodności pożegnań z Matiorą.

piątek, 27 czerwca 2014

Magia barowa

Dawno już nie wrzucałem żadnego filmiku, ale ponieważ ostatnia lektura (wrażenia opiszę niebawem) nieco mnie zmęczyła, więc dziś jako przerywnik sympatyczny magik barowy. Nie jest tak szokujący jak Warriors of Goja, ani tak doskonały jak magik z SHOWTIME, ale taka chwila rozrywki przed weekendem też się nada.