poniedziałek, 30 czerwca 2014

Galimatias nominowany


Ignacy Karpowicz


Balladyny i romanse


Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o., 2011

stron 576

Lekturą obowiązkową w „moim” oddziale DKK* przewidzianą na czerwiec były Balladyny i romanse Ignacego Karpowicza. Książka gruba, nazwisko kompletnie mi nieznane. Oczywiście, z notatki reklamowej na okładce wiedziałem, że nominowany do nagrody, że powieść zakręcona i pornograficzna, ale.. Już dawno zauważyłem, iż nazbyt często nalepkę lub hasło „dobre bo Polskie” należy tłumaczyć w ten sposób, iż rodzime pochodzenie jest jedynym pozytywem. Pornografia – nie pamiętam, kiedy ostatnio czytałem coś naprawdę dobrego z tej branży, więc widoki marne, by zapowiedź okazała się uzasadniona. Nie żebym specjalnie kopał w tej tematyce, ale jednak. Moje szczęście, że zacząłem czytać dużo, dużo wcześniej przed terminem klubowego spotkania, inaczej bym nie zdążył. To jedna z lektur, które zabrały mi najwięcej czasu, być może nawet rekordowa. Przynajmniej jeśli pominiemy podręczniki. Jak do tego doszło? Wszak równie grube książki, które niedawno czytałem, wręcz połykałem?

Niebo dojrzewa do rewolucji. Nie jest to Niebo w znaczeniu katolickim, gdyż zamieszkane jest przez wszelkie bóstwa znane z historii, i nie tylko bóstwa. Rewolucja też nie taka w stylu radzieckim, czyli nie w rozumieniu walki o władzę. Raczej generalnej przebudowy. Piekło idzie do likwidacji, bogowie uśmiertelnieni mają zstąpić na ziemię. Na górze zostaną tylko Moiry i…

Oczywiście, skoro bogowie mają zstąpić, masowo i bez wyjątków, to muszą wybrać lokalizację. Mogłaby być cała Ziemia, losowo i równomiernie, ale nie. Pada na „kraj w promocji”, czyli Polskę.

Pomysł ciekawy, oryginalny i rodzący wielkie możliwości. Jak się okazało, możliwości wpadki również, niestety.

Lektura zaczęła się niezwykle przyjemnie. Na samym początku książki większa część treści dotyczy spraw i wydarzeń raczej po stronie ziemskiej, czyli polskiej, niż niebiańskiej. Poznajemy osoby, które będą występować w powieści jako przedstawiciele mieszkańców naszego kraju, dość reprezentatywni, więc dalecy od postulowanego obrazu dobrego i mądrego człowieka lub uczciwego obywatela. Nie, żeby byli w większości antypatyczni, zadeklarowani złu czy jakiejś niedobrej partii politycznej. Po prostu są tacy, jak większość, czyli nic dobrego. Są jednak, na początku, naturalni, realistycznie odmalowani, przekonujący i spójni zarówno wewnętrznie, jak i w odniesieniu do środowiska, w którym żyją. Potem wszystko się zmienia. Pod wpływem odprysków niebiańskiej przebudowy i oni doznają przeobrażeń. Bardzo interesujące, gdyż przeciwstawia się to mitowi obowiązującemu we wszystkich chyba wielkich religiach, iż człowiek jest panem siebie wyposażonym w wolną wolę. Szkoda tylko, że niezbyt podkreślono, iż taka przebudowa osobowości nie musi być wcale skutkiem boskiej ingerencji, a wystarczy cokolwiek; wiek, pęknięta żyłka w mózgu, nadmiar jakiegoś hormonu. Większości pewnie więc ten aspekt umknie.

Do tego momentu wszystko grało. Nie na skalę arcydzieła, ale fajnego czytadła. Jestem osobnikiem cierpiących na nadmiar niespodziewanych skojarzeń wszelkiego rodzaju, od słownych, przez sytuacyjne, po wszelkie inne możliwe. Z reguły mocno przekornych zresztą. Myślałem, że znalazłem w autorze pokrewną duszę, gdyż w tekście aż roi się od perełek tego typu. Niestety, w miarę postępów lektury zacząłem mieć wrażenie, że jest tego za dużo, że to robione na siłę. Równocześnie całość zaczęła się rozłazić, jakby wymknęła się autorowi spod kontroli. Fabuła, tylko zarysowana, rozmydliła się kompletnie, o akcji trudno nawet mówić. Brak szkieletu, który by ustabilizował potok skojarzeń. Zwłaszcza elementy warstwy niebiańskiej, boskiej i mitologicznej, których tym więcej, im bliżej końca, nużyły mnie coraz bardziej. W dodatku pojawiły się liczne a ewidentne błędy. Całość mogłaby jeszcze uratować jakaś mocna puenta, ale jej zabrakło.

Balladyny i romanse zebrały bardzo różne recenzje. Mam wrażenie, iż z reguły te lepsze pochodziły od „inteligencji”, czyli „humanistów”, którzy utracili kontakt z rzeczywistością i zapomnieli, że filozofia, to umiłowanie mądrości i w pierwotnym swym kształcie znaczyła zrównoważoną wiedzę, nawet raczej z dominacją nauk ścisłych, niż humanistycznych. Potwierdza to również Paszport Polityki 2010 dla tej książki. Jury, na pewno wykształcone i uważające się za mądre, nie zauważyło kardynalnych wręcz wpadek autora. Dlaczego? Humaniści nazbyt często uważają, że wykształcony, to taki, jak oni. Jeśli polonista, to miernikiem inteligencji, mądrości i wykształcenia jest oczytanie i wiedza o literaturze raz różnych aspektach języka. Jeśli lingwista, to języki obce. Jeśli filozof, to… i tak można wymieniać. Ich wspólną cechą jest z reguły całkowite negowanie nauk ścisłych, o których zresztą nie mają zielonego pojęcia, zwłaszcza jeśli chodzi o ich przydatność w banale życia codziennego i sztuce. Tymczasem, o ile w encyklopedii znajdziemy wiele osób z wykształceniem ścisłym czy politechnicznym, które osiągnęły sukcesy jako humaniści, to tych, którzy podążyli odwrotną drogą, jest jak na lekarstwo, o ile w ogóle są jacyś. To daje do myślenia, ale czy jest ważne?

Ignacy Karpowicz jedną z głównych postaci powieści obdarzył zawodem z dziedziny jak najbardziej ścisłej. Akademicki wykładowca statystyki. I wkłada w jego usta tezę, że statystyka nie ma niczego wspólnego z życiem, gdyż średnia arytmetyczna nie istnieje. Nie ma Kowalskiego, który by jej odpowiadał. Ten drobiazg ma ogromne znaczenie. Ludzie, którzy uważają się za oczytanych i wykształconych, nie znają matematyki (statystyki) nawet na poziomie szkoły średniej. Jedyna średnia, jaką znają, to arytmetyczna. To tak, jakby polski profesor matematyki nie wiedział, kto to Kmicic! Hańba! Hańba hańbą, ale to drugie przynajmniej nie jest szkodliwe, a to pierwsze… Władza od zawsze posługuje się tylko i wyłącznie średnią arytmetyczną oraz PKB. Właśnie dlatego, że one nic nie mówią o zwykłym Kowalskim, a za to są idealnym narzędziem do manipulacji. Słusznie mówi Karpowiczowy statystyk, że średniej arytmetycznej nikt nie widział, a brutto nikt się nie naje (to drugie moje). Ale są inne narzędzia statystyczne, które mówią jak wygląda ten Kowalski, którego można spotkać, które pokazują, ile zje i co jeszcze ważniejsze, ilu Kowalskich w danej sytuacji wybierze A, a ilu B. To bardzo komfortowa dla władzy i szkodliwa dla społeczeństwa sytuacja, gdy nie tylko ciemne masy, ale i większość inteligencji, postrzega świat w sposób fałszywy, a wynikający z niewiedzy. W dodatku widać nową, coraz popularniejszą modę, czyli niewiedzę o granicach własnej wiedzy. Gdyby autor miał świadomość, że nie wie, nie tykałby statystyki i zastąpił ją czymkolwiek, choćby teologią. Ale on nie wie nawet tego, co wie, a czego nie wie. Jeszcze kilka lat temu takie osoby były ciekawostką, kuriozum, a teraz można je obserwować coraz łatwiej, nie tylko w teleturniejach, ale jak widać i wśród twórców aspirujących do wyższej inteligencji.

Jakby tego było mało, w tekście sporo jest błędów typowo „humanistycznych”. Dziw, że nikt ich nie zauważył. Wielokrotnie, trudniejsze słowa, z reguły obcego pochodzenia, zostały użyte niezgodnie ze swoim rzeczywistym znaczeniem. Być może, gdyby autor trochę zatroszczył się o czytelnika i dodał odnośniki do wyrażeń, które dla większości Polaków są całkowicie niezrozumiałe, sam by w trakcie tej czynności zauważył, iż w słowniku stoi napisane inaczej, niż mu się wydaje. A tak wyszło jak wyszło. Wielu czytelników pewnie ślizga się po tekście pomijając wyrazy i wyrażenia, które nie powszechnie zrozumiałe. Kto będzie czytał ze słownikiem w drugiej ręce? Jurorzy i zachwyceni recenzenci pewnie też się nie wysilali, no bo jak to wyjaśnić? Nawet owa pornografia, słowo zdawałoby się o powszechnie znanym znaczeniu, wydaje się wielką wpadką. Pojawia się w wielu recenzjach i w notce na okładce powieści. Przypominam – pornografia to nie goła baba albo bzykanko, a coś, co ma wywołać podniecenie seksualne. Ktoś mi powie, co go seksualnie podnieciło w tej książce? Ja tam niczego takiego nie znalazłem.

Przy okazji. Pamiętacie ostatnią z cyklicznie pojawiających się akcji mającą zwalczać obcojęzyczne zapożyczenia w języku polskim? Co pewien czas nawiedzeni poloniści optują za tym, by podejmować próby zastępowania importowanych terminów ich odpowiednikami o rodzimym pochodzeniu. Zapominają, że od wieków większość słów dotyczących techniki nie ma odpowiednika polskiego pochodzenia, choć synonimów o obcej proweniencji jest zwykle kilka do wyboru, co jest zresztą odbiciem braku naszego wkładu w rewolucję naukowo-przemysłową. Nie wkładu Polaków, a wkładu Polski oczywiście. Zwróćcie uwagę – w języku potocznym mamy ograniczać obcojęzyczne zapożyczenia, choć nie ma takiej możliwości, natomiast w literaturze… W Balladynach i romansach jest tak wiele wstawek obcojęzycznych, wyrazów obcych, że czasami wręcz sprawiają wrażenie, jakby autor starał się w ten sposób zrobić wrażenie na czytelniku oraz krytykach i pisał wsparty jedną ręką o słownik wyrazów obcych, drugą o słownik synonimów i w dodatku wpatrzony w ekran, na którym pomocą służy Google. Oczywiście jest to tylko wrażenie, gdyż korzystając ze słowników nie poślizgnąłby się na znaczeniach. I to się podnosi jako „bogactwo języka”. Proponuję wrócić do Sienkiewicza i przypomnieć sobie, jak to bogactwo powinno wyglądać. Zdania powinny płynąć jak muzyka, słowa powinny malować obrazy, a nie walić niczym pusta reklama telewizyjna.

Reasumując - dobry pomysł, który został skopany. A szkoda. Nie tylko samej koncepcji. Są dobre skojarzenia, jest sporo dobrych obserwacji i przemyśleń. Niestety jest i sporo całkowicie błędnych. Nie tylko z zakresu statystyki. Są świetne sceny, jak choćby spotkanie homoseksualnej boskiej rodzinki z narodowcami i kibolami z Białegostoku, ale giną w nieukierunkowanym potoku miałkości. Taki melanż oryginalności i tandety, sztuki i kiczu, mądrości i głupoty. Mogę się tylko domyślać, że gdyby autor nie pokusił się o stworzenie Dzieła, gdyby dał skromniejszy tytuł (wszak tytuł zobowiązuje) i skromniejszą objętość zamierzył, część śmiecia by odpadła i całość prezentowałaby się dużo lepiej. A tak wyszło jak wyszło. Szkoda, wielka szkoda.

Właśnie ze względu na niejednorodność, na to pomieszanie z poplątaniem, trudno tę książkę jednoznacznie ocenić, niemożliwe wystawić jej jedną cenzurkę oddającą rzeczywistą wartość. Wszystko zależy od tego, co dla nas ważniejsze, a nawet, jestem o tym przekonany, od nastroju czytelnika w chwili, gdy się zabierze do lektury. Z tego względu nie odradzam, ale i polecać absolutnie nie mam odwagi. Jeśli chcecie, czytajcie, ale na własną odpowiedzialność i ryzyko. Ja nie żałuję spotkania z Balladynami i romansami, ale wracać do nich też nie zamierzam.


Wasz Andrew


* Dyskusyjny Klub Książki

Balladyny i romanse [Ignacy Karpowicz]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE


24 komentarze:

  1. Poznałam jednego Karpowicza. Nie tego. "Cud". Rozmyślam teraz nad drugim, nad "Ośćmi". W tym, którego poznałam, autor w drugim wydaniu książki zmienił zakończenie swojej powieści. Tego typu zabiegi wzbudzają moją czujność, a moje wrażenia z lektury były w paru punktach zbieżne z Twoimi. Może to taki niechlujny styl zatem?

    Ale zaciekawiło mnie też to:
    "Jeśli polonista, to miernikiem inteligencji, mądrości i wykształcenia jest oczytanie i wiedza o literaturze raz różnych aspektach języka. Jeśli lingwista, to języki obce. Jeśli filozof, to…". A jeżeli czyta prawnik? (:

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z prawnikami to bardzo różnie :) Między dobrym a złym prawnikiem jest przepaść większa, niż między polonistą i matematykiem ;)

      Usuń
  2. Ostatnimi czasy blogosfera aż huczy od nazwiska tego autora, więc dzięki Andrew za przetarcie szlaków - moja wiedza o tym panu wzrosła o kolejną, interesującą recenzję, ale przyznaję, że wcale nie jestem bliższy tego, by sięgnąć po którąś z jego książek :)

    A co do statystyki, to nie wiem jak to wygląda za granicą, ale w naszym kraju jest ona bezpardonowo gwałcona na każdym kroku. Najlepiej widać to na przykładzie podawanych sondaży wyborczych - w wyborach do PE frekwencja wynosiła nieco ponad 20 %, a tymczasem media informowały o ponad 30 % poparciu wyborców dla PO oraz PIS :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja mam na tapecie "Sońkę" Karpowicza na kolejny klub książki. Podobno książka jest z tych, które zostają w człowieku na dłużej, a to dla mnie oznacza dobra literaturę.

      Jeśli chodzi o to 20 i 30% - to chyba był skrót myślowy, rozumiem, że z tych mizernych dwudziestu procent głosujących prawie jedna trzecia oddała głos na 'zwycięskie' partie. Czyli, licząc w głowie i biorąc poprawkę na humanistyczny deficyt biegłości matematycznej, trochę ponad 6% uprawnionych zagłosowało na te dwie partie. Szału nie ma.

      Usuń
    2. Właśnie jestem po lekturze "Sońki" tego autora. Jest napisana w zupełnie innym stylu, moim zdaniem znacznie lepsza od "Balladyn i romansów". Tę ostatnia za to cenię za sam pomysł na fabułę...

      Usuń
    3. Dominika - pomysł był świetny. Absolutnie się zgadzam. Tez się domyślam, że inne rzeczy autora mogą być lepsze, bo potencjał widać nawet w Balladynach. Ale na razie nie planuję sprawdzać ;)

      Ambrose, Iza - pamiętacie rozmowy pod postem „Tylko durny idzie do urny”? W świetle ostatnio ujawnionych nagrań politycy powinni się cieszyć, iż frekwencja jest aż taka. Przyjmując rozsądne założenie, że całe „elity” są mniej więcej takie same, niezależnie od aktualnej deklaracji politycznej, czy w ogóle warto głosować?

      Usuń
    4. To, że ci ludzie nie są warci naszych głosów to jedna sprawa. Druga, że zawsze te stanowiska będą obsadzone i nic tego faktu nie zmieni. W ostatnich wyborach oddałam swój głos na konkretna osobę, świadomie wybraną, która ostatecznie dostała się do PE. Natomiast w kolejnych będę miała duży problem.
      Bardzo ciekawi mnie twoje zdanie o ostatnich wydarzeniach, myślałeś o notce w rzeczonej sprawie?

      Usuń
    5. Nie wiem, które wydarzenia masz na myśli. Taśmy, odmowę aborcji czy coś jeszcze innego. Wiele jest do wyboru. Miałem zamiar napisać kilka tekstów, ale stwierdziłem się nie będę denerwował. Wszystko się sprowadza do tego, że państwo upada. Oczywiście państwo prawa i sprawiedliwości, bo państwo cwaniaków, złodziei i oszustów rozkwita. Nie potrafi poradzić sobie ani z piratem drogowym, ani z fanatykami religijnymi wręcz szczycącymi się tym, że łamią prawo, ani z korupcją. Mam wrażenie, że jesteśmy na równi pochyłej. Znów stają się aktualne słowa z Trylogii - w tym kraju niech kto ma tylko za sobą odpowiednie poparcie, może plwać na sądy i trybunały. Teraz zresztą sprawy nawet nie dochodzą do sądów. Czekam tylko aż jakiś żołnierz czy policjant odmówi strzelania i powie, że wiara mu zabrania, ale on dalej będzie żołnierzem. Albo lekarz przejdzie do Świadków Jehowy i powie, że mu wiara zabrania transfuzji robić. Szkoda tylko, że wiara nie zabrania lekarzom uczestniczyć w niespotykanej dotąd fali korupcji i ewidentnych oszustw, bo czym innym jest praca na dziesięciu czy dwudziestu etatach? I ta obraza uczuć religijnych! Masakra. Takiego oszołomstwa nigdy wcześniej nie było. Skoro ktoś składa do prokuratury zawiadomienie, że go obraża podważanie boskości Jezusa, to muzułmanie powinni codziennie składać zawiadomienie odwrotne, gdyż dla nich nie był bogiem, nie wspominając już o niewierzących. Korba dosłownie i ręce opadają. A to dopiero początek. Już zdarzyło mi się w towarzystwie być przeciw wszystkim, gdy stwierdziłem, że ktoś, kto chwali się, iż kupił rower od złodzieja, to kanalia. Wszyscy pozostali uważali, że zrobił dobry interes. Nie muszę dodawać, że byłem najmniej katolicki z całego towarzystwa.

      Usuń
    6. Co do głosowania, biorący w nim udział dają sygnał, że akceptują taką ordynację, więc legitymizują swym udziałem wszystkich wybranych, nie tylko tych, na których głosowali. Nawet takich, którzy potem wchodzą z list rezerwowych za zmarłych. Dlatego ja biorę udział tylko w wyborach bezpośrednich, gdzie biorę odpowiedzialność za swój udział w tych wyborach i za to, że w nich uczestniczę. Oczywiście każdy ma prawo do swego wyboru.

      Usuń
    7. Z drugiej strony zmiana prawa nie nastąpi w wyniku bojkotu władzy przez obywateli i ignorowania wyborów. Zaraz powiedzą, że społeczeństwo niedojrzałe i głupie. Myślisz, że najdzie ich refleksja i zmienią sposób sprawowania rządów, przestaną kombinować i kręcić wałki?

      Usuń
    8. Miałam na myśli taśmy, ale rzeczywiście tyle tego jest, że tomy można pisać.
      Ciekawe jak można wytłumaczyć sobie po katolicku, że kupno czegokolwiek od złodzieja jest ok.
      To pozostaje wnioskować do Niemiec o wchłonięcie sąsiada, albo znana z dawnych 'złych' czasów emigracja wewnętrzna.

      Usuń
    9. Nasz zachodni sąsiad zmądrzał po zjednoczeniu. Gdyby nas zajął, musiałby obywatelom zapewnić to i owo. A tak ma wszystko co chce (ustawa u nas kosztuje niedużo), a przede wszystkim praktycznie darmową siłę roboczą (montownie samochodów, itd.) i rynek zbytu bez ochrony konsumenta. Czego chcieć więcej?

      Co do wytłumaczenia po katolicku - pamiętam, że jeszcze nie tak dawno temu po spowiedzi trzeba było jeszcze zadośćuczynienie i pokutę odprawić. Teraz prosto z konfesjonału sznureczek do komunii zasuwa. Spowiedź się odbębni, a rower zostanie. Kiedyś samobójców nie chowało się w poświęconej ziemi, itede, itepe. Może to już nie ta wiara, w której mnie ochrzczono? Tylko czemu nazwa taka sama? Chwyt marketingowy jak Toyota Corolla?


      Inna sprawa, że od dawna nie słyszałem kazania na takie tematy. Słychać tylko, że większość lewacka uciska biednych katolickich wiernych. W kraju, gdzie ateiści nie stanowią nawet 1% społeczeństwa. I nikt nie widzi, że to bzdura, że całe zło wypominane z ambony to głównie robota ich własnych owieczek.

      A aborcja? Dlaczego w razie konfliktu między życiem matki, a życiem nienarodzonego, pierwszeństwo ma mieć z urzędu ten drugi? Jej ochrona życie nie obejmuje? Wariatkowo.

      Usuń
    10. Co do Twojej poprzedniej wypowiedzi, to jestem pesymistą. Polska sama się z tego nie wygrzebie. Nasze negatywne predyspozycje do samodzielnych rządów są powszechnie znane. Wspaniali w czasie wojny i zagrożenia, nikczemni w czasie pokoju. Społeczeństwa o całkiem nieakceptowalnych mechanizmach społecznych mogą funkcjonować bardzo długo i w czasach nowożytnych nie przypominam sobie żadnej rewolucji, która by się udała bez inspiracji i pomocy z zewnątrz. W dodatku teraz nikt z „przyjaciół” nie jest zainteresowany, by się u nas poprawiło. Raczej wręcz przeciwnie. Gdyby państwo mogło upaść, zbankrutować tak jak firma, byłaby pewna nadzieja, ale tak nie jest. Będzie funkcjonować. Tak jak Gomorra.

      Usuń
    11. Tak, nie mają żadnego interesu w aneksji. Nikt inny zresztą też nie ma, nawet Rosja jak podejrzewam.

      Wydaje mi się, że zadośćuczynienie grzechów nigdy poważnie nie było traktowane, wystarczyło mieć taki zamiar i szczere postanowienie poprawy. Chowanie samobójców na poświęconej ziemi uznałabym za oznakę postępu :)) a nie degrengolady wiary ;)
      Procent ateistów w Polsce jest dużo wyższy, ale że jest to słowo o bardzo pejoratywnym zabarwieniu, nazywają się oni eufemistycznie 'wierzącymi niepraktykującymi'. Siedzą po prostu cicho, 1% jest tych odważnych. Krzykaczy z drugiej strony jest o wiele więcej i są dobrze zorganizowani. Ze zgrozą przeczytałam wczoraj, ze chcą pikietować przeciwko jodze na świeżym powietrzu organizowanej w centrum Poznania...

      Porównanie z Gomorrą straszne, obawiam się, że prawdziwe.

      Usuń
  3. Jeśli chodzi o to, jak rozwija się akcja tej książki, mam podobne wrażenia do Ciebie - fajnie, fajnie, ale pod koniec coś się skiepściło. W każdym razie nawet to nieudane zakończenie nie przeszkodziło mi bardzo dobrze zapamiętać tą książkę :) Oprócz "Balladyn.." z Karpowicza czytałam także "Cud" - taka wprawka, krótsza forma utrzymana w tej samej konwencji oraz "Ości" - te są absolutnie najnajnajlepsze z Karpowicza! W "Ościach" nie ma niemal żadnych nadprzyrodzonych zjawisk, opisy podobne do "Balladyn", akcja trzyma się do samego końca - byłam zachwycona, pisałam o tej książce u siebie.

    Co do tych trudnych słów... Może nie pamiętam już dobrze tej lektury, ale wydawało mi się, że ich przewrotne użycie jest celowe ;) i znałam lub dotarłam do znaczenia wszystkich.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też odniosłem wrażenie, że inne dzieła autora mogą być lepsze, bo Balladyny wszak nie mają samych słabych stron, co starałem się przekazać w recenzji. Na pewno jednak nie jest to lektura godna polecenia przeciętnemu odbiorcy, który czyta jedną lub dwie książki rocznie, więc by zniechęcić do skazanych na niepowodzenie prób takich właśnie odbiorców starałem się też ukazać wszystko, co negatywne.

      Co do tych wpadek znaczeniowych, to wynotowałem sobie kilka i absolutnie nie znalazłem w nich przekornego ani przewrotnego użycia. Tak jak z tą statystyką czy kredytem hipotecznym przy zarobkach w okolicach średniej krajowej. Oczywiście, biorąc pod uwagę objętość książki, można te wpadki przegapić. Wystarczy chwila dekoncentracji.

      Usuń
  4. Planuję zapoznać się z twórczością Karpowicza. Jednak zacznę od jego innego utworu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że to dobry pomysł, to zaczęcie od innej książki Karpowicza. Pytanie jednak, czy nie ma rzeczy naprawdę bardziej interesujących? Na szczęście każdy ma trochę inny gust, a prawdziwe piękno i siła tkwi nie w jedności, lecz w odmienności :)

      Ja na razie z autorem Balladyn pasuję :)

      Usuń
  5. Warto czytać Karpowicza, bo nawet jeśli nie zawsze wychodzą mu niektóre rzeczy, to nadal ma magiczny styl. Polecam szczególnie najnowszą Sońkę, w której osiągnął autor szczyt formy i tych wymienionych w recenzji niedoróbek (nie wiem czy wymienionych słusznie, bo Balladyn nie miałem w rękach) nie ma.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może kiedyś się skuszę, ale wątpliwe - jest tyle innych rzeczy do wyboru...

      Usuń
  6. To jest zawsze mój dylemat przy wyborze następnych lektur. Czy warto poświęcić czas, który jest dla mnie bardzo cenny? Po ilu stronach spasować? Czy książka, którą trudno mi się czyta, jest warta wysiłku?
    Jest wiele książek, których nie wzięłabym do ręki gdyby nie klub książki, a które okazały się rewelacyjne. I bądź tu mądry(a).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie :) Choć ja staram się zawsze nie pasować przed końcem lektury, za wyjątkiem wyjątków, to z całą resztą się zgadzam :)

      Usuń
  7. Pisałam kiedyś o "Ościach". "Balladyny i romanse" czekają na mojej półce. Też byłam rozdarta przy "Ościach", ale jednak bardziej płonęłam w zachwytach, niż tonęłam w brudzie oczerniania go. Może ten autor/ten typ tak ma, że ciężko go zrozumieć i konkretniej ustosunkować się do jego literackich poczynań. Z tego co wiem, to wiele osób odnosiło podobne wrażenia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Według słownika, internetowego, ale jednak PWN, oczerniać to «rozgłosić o kimś nieprawdziwe informacje, przedstawiające go w niekorzystnym świetle». Nie wydaje mi się bym więc „tonął w brudach oczerniania” :) Starałem się zawrzeć w tekście zarówno swe pozytywne, jak i negatywne odczucia z lektury. W dodatku uważam to za uczciwe podejście. Zwłaszcza wobec pozycji budzącej tak ambiwalentne odczucia. Pozdrawiam :)

      Usuń

Czytamy wnikliwie każdy komentarz i za wszystkie jesteśmy wdzięczni. Zwłaszcza za te krytyczne. Jeśli chcesz o czymś porozmawiać, zapytać, zwrócić uwagę na błąd, pisz śmiało. Każda wypowiedź, zwłaszcza na temat, jest przez nas mile widziana. Nie odrzucamy komentarzy anonimowych, jeśli tylko nie naruszają prawa. Można zamieszczać linki do swoich blogów i inne, jeśli nie są ewidentnym spamem. KOMENTARZE UKAZUJĄ SIĘ DOPIERO PO ZATWIERDZENIU przez nas :)