Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

wtorek, 17 czerwca 2014

Świat jutra





Duch Epoki: Idąc Naprzód

(oryg. Zeitgeist: Moving Forward )



Kiedy kolega przesłał mi link do trzeciej odsłony filmu Zeitgeist w reżyserii Amerykanina Petera Josepha, nie paliłem się do jego oglądania. Linki do filmów, które zwykle otrzymuję w poczcie elektronicznej, to albo jakieś infantylne teorie spiskowe, albo śmiesznostki. Choć ten akurat znajomy jest specjalistą od humorków, to tytuł nie wyglądał na coś wesołego, a długość filmu wręcz zaprzeczała temu, by była to komedia. Czy można zrobić coś, co będzie śmieszyć przez dwie godziny i czterdzieści minut? W dodatku jako produkcję niekomercyjną? Poprzednich filmów Josepha (kojarzy się, choć było to imię, nieprawdaż?) nie oglądałem i ten też czekał długo. W końcu, w obliczu rozterki między kolejną powtórką Czterech Pancernych i Ojca Mateusza, wybrałem wyjście awaryjne. Zeitgeits.



Duch Epoki to film popularnonaukowy. Od razu powiem, iż seans wciągnął mnie od pierwszych sekund.

W chwili obecnej wszystkie mainstreamowe media aż zachłystują się postępem. „Więcej wszystkiego” ma być receptą na szczęście i niech diabli porwą koszty! Od zawsze budzi to mój sprzeciw, gdyż rozwój w sensie wzrostu jest jedyną pewną drogą do śmierci. Udowodnił to już dawno na gruncie cybernetyki nasz wielki i zapomniany rodak Marian Mazur. Cóż z tego, skoro „mieć więcej” idealnie wpisuje się w poziom umysłowy i moralny tłuszczy, czyli większości społeczeństw zwanej elektoratem. A naczelną zasadą demokracji (czy ochlokracji, jak ją nazywał Jan Paweł II), jest władza większości. Dokładniej tych nielicznych, którzy nią manipulują, ale oni też wyznają te same zasady, więc na jedno wychodzi. I nie zdołał nakłonić do odejścia od tej manii posiadania ani Jezus i papieże, ani Allach i jego kapłani, ani Dalai Lama. Zapisane w wielkich religiach pochwały ubóstwa i rozsądku to tylko martwe zapisy ponaginane tak, by nie stały w sprzeczności z pożądaniem posiadania. Prawdziwych, gorliwych wyznawców łatwiej znajdują tacy jak Hitler czy Stalin, którzy obiecują więcej i więcej. Więcej bogactw, więcej ziemi, więcej władzy, więcej dzieci. Co kto chce, byle więcej. I tak w każdej kampanii wyborczej na całym świecie. A to droga w jedną stronę.

Zeitgeist zaskoczył mnie tym, iż podjął temat zbliżającej się katastrofy nie od strony przeludnienia, nie wprost od strony wyczerpania się któregoś z kluczowych dla gospodarki świata zasobów, ale z samej definicji pieniądza. Tak jak komunizm miał zapisaną w samej swej istocie nieuchronną walkę z kapitalizmem, co sprawiało, że musiał albo zwyciężyć militarnie, albo powolnie zdechnąć, gdyby się wygrać w starciu nie dało, tak pieniądz, zwłaszcza ten nowy, wirtualny, kreowany przez systemy finansowe, ma w sobie zapisane swe przeznaczenie. Musi przeć do zniszczenia świata i uda mu się to, chyba że ludzie zeń zrezygnują. Teza na pozór karkołomna, ale po obejrzeniu filmu już się Wam taką przestanie wydawać. Zwłaszcza, że współgra z osiągnięciami i nauk społecznych, i ścisłych.


Jakkolwiek jestem pesymistą i nie wierzę, by dało się ten bieg rzeczy, którego jesteśmy świadkami, odwrócić bez globalnej tragedii, której rozmiary trudno przewidzieć, i optymistyczne wątki filmu mnie nie przekonują, to warto się z nim zapoznać nie tylko dlatego, iż prezentuje piękną i bardzo przekonującą hipotezę. W filmie występują uczeni z rożnych dziedzin nauki i wypowiadają się dość swobodnie, w związku z czym dowiadujemy się wielu bardzo ciekawych rzeczy na tematy dość luźno związane z głównym wątkiem. Są to więc jakby dwa filmy w jednym. Pierwszy poświęcony zagładzie, ku której zmierza nasz świat o ile niczego z tym nie zrobimy, a moim zdaniem nie zrobimy. Drugi jest jakby spotkaniem uczonych opowiadających o rzeczach, które mogą się nam przydać już teraz. Dziś, jutro, kiedyś. Niezależnie od tego, jak długo potrwa nasz świat taki, jaki znamy, te wątki są bardzo wartościowe. Truizmem byłoby stwierdzenie, iż rzecz daje do myślenia i zmienia sposób patrzenia na wiele spraw. Pominę więc ten wątek. Pytanie natomiast, jaki procent populacji jest zainteresowany taką tematyką na tyle, by choćby obejrzeć ten film do końca. Pytania ilu z tych nielicznych zechce to przemyśleć i zmienić cokolwiek w swoim życiu nawet nie warto stawiać. Pozostaje robić to, co się uważa za słuszne, bez oglądania się na resztę. Jak Zimbardo.

Skoro jest okazja obejrzeć, więc nie ma sensu się dłużej rozpisywać. Zapraszam na seans:








Wasz Andrew

poniedziałek, 16 czerwca 2014

O kryzysie ideologii




Koran pozostał ostatnią szansą na wyzwolenie. W Ameryce Południowej dawni rewolucjoniści, czciciele Tupaca Amaru i Che Guevary, zostali demokratycznymi prezydentami i premierami, ale liczba faweli wcale się przez to nie zmniejszyła. Chrystus z karabinem na ramieniu strzeże teraz już tylko pól kokainowych.



Vincent V. Severski Niewierni

sobota, 14 czerwca 2014

Kolorowa pocztówka z nazistowskiego reżimu

 

W moim obcym kraju. Dziennik więzienny 1944

Hans Fallada

Tytuł oryginału: In meinem fremden Land: Gefängnistagebuch 1944
Tłumaczenie: Bogdan Baran
Wydawnictwo: Czytelnik
Liczba stron: 242
 
 
 
 
 
 
 

Nieznośna i niemal niemożliwa do zwalczenia ludzka tendencja do upraszczania dostrzegalna jest w każdym aspekcie człowieczego żywota. Cenione są klarowne schematy, do których, po delikatnych korektach, można wszystko przyłożyć, bardzo dobrze mają się stereotypy, nawet te najbardziej krzywdzące, cały czas ogromną popularnością cieszy się historia, której karty utrzymane są w biało-czarnej konwencji. Z tego też powodu w naszej narodowej mentalności, obraz Niemca z okresu II wojny światowej to w dominującej większości portret złego do szpiku kości osobnika, który z furią w oczach morduje swoich wrogów, z upodobaniem pozbawiając życia znienawidzonych Żydów oraz Polaków. Postać hitlerowskiego oprawcy przedstawiana jest w najmroczniejszych barwach, które skutecznie zasłaniają ludzkie oblicze podłej istoty, wstrętnej kreatury, nie zasługującej na miano człowieka. Wydaje się jednak, że usilne dehumanizowanie nazistów to w dużej mierze odruch samoobrony – odmawiając im ludzkich przymiotów, niszcząc ich stricte człowieczy rodowód stwierdzamy niejako, że stanowili oni odrębne istoty, które nie mają z nami nic wspólnego. Ergo, nieważne w jak skrajnych warunkach byłoby egzaminowane nasze człowieczeństwo, nigdy nie dopuścimy się zbrodni, okrucieństw, podłości, które stały się udziałem hitlerowskich bandytów. W moim mniemaniu takie przeświadczenie jest zarówno mylące jak i zgubne. Niestety, ale doświadczenie pokazuje, że ludzka kreatywność niemal zawsze zdoła stworzyć środowisko, w którym nawet najwięksi herosi i altruiści zapominają o cudzej godności, czy zwykłym prawie do życia. Można przekonać się o tym na podstawie całej gamy lektur, zawierających wspomnienia z okresu wojny. Wyjątku nie stanowi utwór W moim obcym kraju. Dziennik więzienny 1944, autorstwa Hansa Fallady, który jest jednocześnie znakomitym dowodem na to, że zło tkwi praktycznie w każdym człowieku.
Hans Fallada to pseudonim literacki Rudolfa Ditzena, żyjącego w latach 1893 – 1947 niemieckiego pisarza oraz dziennikarza. Ten niepokorny typ, który zmagał się z uzależnieniem od alkoholu, toczył zaciekłe boje, by wyrwać się spod skrzydeł morfiny, regularnie walczył z depresją, urodził się w bardzo feralnym czasie oraz w równie pechowym miejscu. Okres jego literackiej działalności zbiegł się z funkcjonowaniem III Rzeszy Niemieckiej, znajdującej się pod rządami NSDAP, czyli Narodowosocjalistycznej Niemieckiej Partii Robotników, na czele której stał Adolf Hitler. Egzystencja Fallady w kraju, w którym władzę sprawowali naziści, nie należała do najłatwiejszych, jako, że pisarz nie zaliczał się do gorących zwolenników nowego ładu. Jako jednostka niepokorna, nie dająca się manipulować, bardzo szybko zaskarbił sobie statusy persona non grata. Z tego powodu jego żywot stał się jeszcze bardziej skomplikowany, ale mimo wszelkich przeciwności losu, który waliły się na kark Fallady w ilościach wręcz hurtowych, autor nie zdecydował się na opuszczenie Niemiec. Ciężko jednoznacznie stwierdzić, czy pisarz żałował tego wyboru. Pewnym jest natomiast, że gdyby wybrał emigrację, czytelnik nie miałbym okazji zapoznania się dziełem W moim obcym kraju. Dziennik więzienny 1944, będącym znakomitym dokumentem, wnikliwie obrazującym panoramę społeczną nazistowskich Niemiec.
Ogromnie interesujące są same okoliczności powstania utworu. Autor spłodził go przebywając w więzieniu dla psychicznie chorych przestępców kryminalnych, gdzie został osadzony pod zarzutem próby zabójstwa swojej byłej małżonki (z którą rozwiódł się niecałe 2 miesiące wcześniej, ale z którą cały czas mieszkał). Warto przy tym dodać, że nie była to pierwsza wizyta Fallady w areszcie – za kratki trafiał on w roku 1923 oraz 1926, w obu przypadkach odbywając karę za przeprowadzone defraudacje, które związane były z narkotykowym uzależnieniem. Tym razem więzienie wydawało się gwoździem przybitym do trumny – blask chwały Fallady dawno już zmatowiał, alkohol wyciągał po niego swoje długie szpony, a psychika, umęczona ciągłymi problemami wynikającymi z zapiekłej nienawiści do nazistów, znajdowała się w niemal kompletnej rozsypce. Przymusowa izolacja okazała się jednak doskonałą terapią antyuzależnieniową – autor zdołał wyprosić przybory, niezbędne do pracy każdego pisarza, następnie poświęcił się działalności literackiej. W ten oto sposób powstało kilka opowiadań, powieść Pijak oraz omawiany W moim obcym kraju. Dziennik więzienny 1944.
Dzieło Fallady rozpoczyna się wspomnieniami dotyczącymi wydarzeń z lutowej nocy 1933 roku, kiedy to spłonął gmach Reichstagu – pożar okazał się symbolicznym punktem zwrotnym w historii Niemiec. Incydent został skrzętnie wykorzystany przez NSDAP, która wkrótce doprowadziła do przekształcenia republiki parlamentarnej w monopartyjne państwo totalitarne. Akcja dzienników toczy się aż do ówczesnej teraźniejszości Fallady, czyli do roku 1944. Należy przy tym zaznaczyć, że czas nie biegnie tutaj linearnie. Autor swobodnie surfuje po jego powierzchni, by za chwilę głęboko zanurkować w jego przepastnej toni. Fallada często koncentruje się na pojedynczych przypadkach, pieczołowicie rozbierając je na czynniki pierwsze – czytelnik poznaje zarówno przyczyny oraz okoliczności zajścia danego zdarzenia, jak i jego następstwa oraz skutki, które wywarło w przyszłości. W efekcie Fallada serwuje sinusoidalną podróż w czasie, powtarzającą się cyklicznie niemal w każdym z rozdziałów, na które składają się zapiski z kolejnych dni odbywania kary. Jednocześnie pisarz konsekwentnie unika opisu tu i teraz, sporadycznie wspominając o więziennej rzeczywistości. Można wręcz odnieść wrażenie, że za sprawą literatury, Fallada znajdował się w szczelnej enklawie własnego umysłu, gdzie pogrążony w medytacjach oraz wspomnieniach tworzył świadectwo, dokumentujące realia, panujące w nazistowskich Niemczech. Więzienna cela stała się swoistym sanatorium, w którym Fallada podratował swoją słabą kondycję psychiczną oraz biblijną ziemią Uz, na której autor oddał się rozważaniom, kontemplacji, próbom zrozumienia wszystkiego, co zaszło w III Rzeszy Niemieckiej.
Największą zaletą książki jest bardzo drobiazgowy obraz niemieckiej społeczności, która przeszła ogromną metamorfozę w ciągu 12 lat, kiedy to kraj znajdował się pod rządami Hitlera oraz jego zwolenników. Jako, że autor nie cieszył się zbytnią estymą u nowych władców, w okresie nazizmu nigdy nie doczekał się on statusu literackiej gwiazdy, a wszelkie objawy zagrażającej mu sławy były szybko i należycie zwalczane. Dzięki temu Fallada pozostawał dość mocno zakorzeniony w codzienności szarych, zwykłych ludzi, którą skrzętnie opisał. Z doświadczeń autora, który sam naiwnie wątpił w możliwość wprowadzenia w życie wszystkich zamierzeń nazistów, wynika, że jeszcze dość długo po objęciu władzy przez Hitlera, zarówno on i jego partia nie byli traktowani zbyt poważnie. NSDAP oraz jej wódz często stawali się obiektem żartów, kpin, a większość społeczeństwa patrzyła niechętnym, albo co najmniej sceptycznym okiem na poczynania nowego ugrupowania. Fallada świetnie ukazał jak to kpiarskie lekceważenie połączone z grzechem zaniechania i obojętności powoli, aczkolwiek sukcesywnie i nieubłaganie poczęło przekształcać się w strach, obawę, a wreszcie przymus współdziałania. Na oczach czytelnika Hitler przedzierzga się z ekspresyjnego, durnowatego karzełka ze zabawnym wąsem w szalonego boga wojny, decydującego o losach milionów. Fallada dobitnie uzmysławia jak niebezpieczne jest bagatelizowanie skrajnych ideologii, jak źle może skończyć się pobłażanie połączone z kpiarskim uśmiechem pogardy. Autor ciekawie przedstawił także powolne, ale regularne sączenie się jadu nazistowskiej ideologii do niemieckiego społeczeństwa. Na przestrzeni kilkunastu lat w pełni widoczny staje się ogrom deprawacji, jaka dokonała się pośród obywateli III Rzeszy Niemieckiej – akceptacja powszechnego antysemityzmu, praca na rzecz reżimu w zamian za pewność artystycznego bytu, donosicielstwo na osoby zatrudniające obywateli żydowskiego chodzenia, czy denuncjacja za nie stosowanie pozdrowienia Heil Hitler to tylko niektóre z objawów toczącej naród zgnilizny moralnej.
Warto zauważyć, że Fallada kładzie ogromny nacisk na ukazanie fatalnego wpływu nazistów na całe społeczeństwo niemieckie. Ale jednocześnie zdaniem pisarza za sam fakt przejęcia sterów przez Hitlera w ogromnej mierze odpowiadali Alianci, którzy w trakcie ustalania warunków traktatu wersalskiego, nałożyli na niemieckie państwo ogromne grzywny oraz kary, niemal niemożliwe do podźwignięcia, torując w ten sposób nazistom drogę do władzy. Kraj osłabiony licznymi wojennymi stratami, pozbawiony ważnych ośrodków przemysłowych w Alzacji oraz Lotaryngii, z armią zredukowaną do skromnej liczby 100 tysięcy żołnierzy oraz przytłoczony wysokimi kontrybucjami, które miały stanowić wojenne reperacje, niejako musiał stać się wylęgarnią frustracji, złości oraz skrajnych ideologii narodowościowych.
Znamienny pozostaje styl, w jakim Fallada opisuje członków NSDAP. Śmiało można rzec, że autor odczłowiecza hitlerowców – określa ich mianem nazistów, brunatnych koszul, etc. (metodycznie unikając wyrażeń typu osobnik, persona), prezentując ich jako bezwładną masę, składających się z niemal identycznych elementów. Pisarz niemal wcale nie poświęca miejsca na charakterystykę pojedynczych jednostek, nie doszukuje się u ich cech, znamionujących indywidualizm. W zamian za to Fallada serwuje całą litanię pejoratywnych wyrażeń, które mają stanowić definicję typowego nazisty – w oczach pisarza hitlerowcy przypominają nieokrzesane hordy, odznaczające się chamstwem, prostactwem, prymitywnością, sztywnością, śmiertelną powagą oraz ślepym zacietrzewieniem w swoim nacjonalistycznym myśleniu. Bandy NSDAP składają się bezimiennych, zlewających się w jedno twarzy, na których maluje się bezmyślność, brak litości, gdzie trudno znaleźć oznaki współczucia. W mniemaniu autora większość nazistów była podstępnymi tchórzami – Fallada w swoim utworze kilkakrotnie zwraca uwagę, że całe zastępy wiernych oraz prominentnych członków NSDAP spędziły wojnę na bezpiecznych stanowiskach, trzymając się z daleka od linii frontu, unikając bezpośredniej walki za umiłowanego Führera. Przy okazji artysta przywołuje przykłady znajomych oraz sąsiadów, próbując pokazać jak trudna była sytuacja szarego obywatela III Rzeszy, który niekoniecznie pałał sympatią do naczelnego wodza. Fallada twierdzi, że wielu oddanych żołnierzy niemieckich walczyło z poczucia obowiązku służby ojczyźnie, narodowi. Autor czyni ciekawe spostrzeżenie, że w momencie rozpętania wojny, kiedy pojawił się jasno określony wróg, zagrażający rodzimej ziemi, walka stawała się celem nadrzędnym, skutecznie przysłaniającym zasadność samego konfliktu oraz konieczność działania z pogardzanymi, czy nielubianymi hitlerowcami. Wydaje się, że właśnie na tym polegał największy dramat ludzi, którzy nie popierali ideologii głoszonej przez NSDAP – w momencie objęcia władzy przez Führera, jako obywatele miłujący swój kraj, nie zdecydowali się go opuścić, nawet jeśli przeczuwali oni nadciągające godziny biedy i nędzy, za co później przyszło im słono zapłacić. Widać wyraźnie, że Fallada balansuje na bardzo cienkiej linie – autor z jednej strony stara się przynajmniej częściowo usprawiedliwić, albo choćby racjonalnie wytłumaczyć postępowanie zwykłych Niemców, którzy wcale nie optowali zarówno za Hitlerem jak i głoszoną przez niego ideologią, z drugiej zaś prezentuje nazistów, członków NSDAP w skrajnie negatywnym świetle, zrzucając na nich głównych ciężar win za wszystkie nieszczęścia, jakie miały miejsce w trakcie II wojny światowej. Trudno jednak zaakceptować migoczącą w oddali tezę, że niemieckie społeczeństwo zostało zmanipulowane przez garstkę podstępnych i przebiegłych hitlerowców – w ostatnim roku wojny partia NSDAP liczyła 8,5 miliona członków, co stanowiło ponad 10% całego społeczeństwa (niecałe 70 mln mieszkańców). W moim odczuciu to jeden z niewielu negatywów całego dzieła – Fallada niejednokrotnie podkreśla jak zmieniła się ludność III Rzeszy od 1933 roku (gdy wówczas zeszło się w Niemczech trzech ludzi, jeden na pewno był donosicielem; każdy może być szpiclem, mieszka tu bratobójstwo), ale jednocześnie trudno oprzeć się wrażeniu, że naziści to niejako obcy element w tkance społecznej Niemiec, osobnicy, którzy w kraju pojawili się ab extra.
Reasumując, lektura dzieła W moim obcym kraju. Dziennik więzienny 1944, okazała się ogromnie zajmująca oraz piekielnie interesująca. Hans Fallada, zdeterminowany, by dać ujście zżerające go nienawiści względem nazistów, za sprawą sprawnego pióra oraz charakteryzującego dobrych artystów zmysłu obserwacji, snuje niejedną frapującą opowieść, rozgrywającą się w samym sercu hitlerowskich Niemiec. Autor porusza intrygujące tematy, nierzadko podchodząc do nich dość nowatorsko, patrząc na nie z perspektywy obywatela państwa, w którym władze sprawuje bezwzględny reżim. Fallada podejmuje także bardzo ostrą polemikę z emigracyjnymi artystami, traktując ich wzniosłe hasła nawołujące do bojkotu nazistowskich zarządzeń, do jawnego wypowiadania posłuszeństwa władzy, etc., jako łabędzi śpiew, słany tym łatwiej, w im bezpieczniejszej przystani znajdował się ich nadawca. Fallada wyraźnie stara się przekonać czytelnika, że świadome pozostanie w ojczyźnie, w której władzę przejął bezwzględny reżim było aktem bohaterstwa – to zdecydowanie przeciwstawna postawa do tej, którą zajmował Tomasz Mann, twierdzący już po zakończonej wojnie, że książki drukowane w Niemczech w latach 1933 – 1945 są mniej niż bezwartościowe i nie należy brać ich do ręki. Ponadto Fallada jako twórca płodzący z większym, a za sprawą hitlerowców najczęściej z mniejszym powodzeniem, świetnie unaocznia jak wyglądało życie zawodowe ludzi związanych z szeroko rozumianą kulturą w III Rzeszy. Przeraża stopniowe kurczenie się artystycznej niezależności, która w niedługim czasie niemal zupełnie została zahamowana, a następnie stłamszona przez konieczność przypodobania się rządzącej monopartii, stanowiącej wyrocznię, decydującą o fakcie, czy dane dzieło jest zgodne z duchem panującej ideologii. Smutne są również opisy kolejnych kompromisów moralnych, zawieranych przez całe rzesze artystów – sam Fallada ugiął się pod naciskiem faszystowskiej władzy, przerabiając zakończenie jednej ze swoich powieści, zgodnie z wizją ministra propagandy, Josepha Goebbelsa oraz przyjmując zlecenie na napisanie antysemickiej powieści (której jednak nigdy nie stworzył). W moim obcym kraju. Dziennik więzienny 1944 jest zatem świadectwem zwykłego człowieka, który nie raz załamał się w chwili słabości, który do końca próbował uciec od otaczającej go wojennej rzeczywistości, dla którego własny kraj z biegiem czasu stawał się coraz bardziej nieznany i obcy. Jednocześnie zaskakująca okazuje się lekkomyślność oraz zuchwałość Fallady, który kilka razy zagrał na nosie nazistom, ryzykując życie zarówno swoje, bliskich jak i współpracowników, nawet nie zdając sobie w pełni sprawy z rozmiarów grożącego mu niebezpieczeństwa. Ale właśnie te absurdalne w swojej bezczelności wybryki (np. słanie listów do Izby Piśmiennictwa Rzeszy, decydującej o literackim bycie pisarzy z pensjonatu, powszechnie znanego jako żydowski) sprawiają, że książka skrzy się niemal wszystkimi barwami emocji – począwszy od gorzkiego zwątpienia w ludzkość, na rzadkich, ale stricte humorystycznych wstawkach skończywszy.
P.S. Książka do nabycia w sieci Dedalus za 12 zł.

Wasz Ambrose

czwartek, 12 czerwca 2014

O wyzwalaniu






Zdarzało się, że oczyszczając budynki, przypadkowo zabijaliśmy całe rodziny: gdy rzucasz granat, nie masz czasu pytać, kto jest w piwnicy. To było przerażające doświadczenie. Na dodatek czasami jakieś dziecko wybiegało z jedną lub dwoma urwanymi rączkami, krzycząc histerycznie i dziko ze strachu.


Alfred T. Whitehead 2 batalion 38 pułku piechoty 2 DP

przytoczył Charles Glass w książce Dezerterzy. Ostatnia nieopowiedziana historia II wojny światowej

środa, 11 czerwca 2014

O nieustraszonych




W każdej armii jest garstka ludzi, którzy nie znają strachu – ale tylko garstka. Ci ludzie jednak nie są normalni.

Psychologia dla żołnierzy opracowana przez żołnierzy Komitet Narodowej Rady Badań Naukowych we współpracy ze Służbą Naukową, jako wkład w wysiłek wojenny The Infantry Journal, Washington DC 1943

wtorek, 10 czerwca 2014

Niech żyje wojna!




Wojna była rajem dla bandytów. To były najbardziej ekscytujące i dochodowe czasy w moim życiu. Jak Hitler się poddał [sic!], to myślałem, że mi serce pęknie.



„Szalony” („Mad”) Frankie Fraser, nastoletni dezerter i gangster

przytoczył Charles Glass w książce Dezerterzy. Ostatnia nieopowiedziana historia II wojny światowej

poniedziałek, 9 czerwca 2014

Naprawdę zapomniani

Charles Glass

Dezerterzy. Ostatnia nieopowiedziana historia II wojny światowej

tytuł oryginału: Deserter. The Last Untold Story of the Second World War

tłumaczenie: Tomasz Fiedorek

wydawnictwo: Dom Wydawniczy REBIS 2013

liczba stron: 464


Nie dalej jak kilka dni temu, mogliśmy w migawkach telewizyjnych oglądać inscenizacje z okazji kolejnej rocznicy Dnia D, czyli inwazji w Normandii. Znów politycy, czyli ci, którzy z odwagą mają chyba najmniej ze wszystkich wspólnego, grzali się przy wspomnieniach chwały dawnych bohaterów. Znów historycy klepali te same bajeczki, które się opowiada przy podobnych rocznicach. Tylko tym razem pewnie ich myśli krążyły wokół czego innego. Oto ktoś, nawet nie będący formalnie historykiem, sprzątnął im sprzed nosa temat, który czekał od wieków na kogoś, kto będzie miał odwagę go poruszyć. Odważnemu obiecywał, że od razu jego nazwisko na zawsze zapisze się w annałach historii. Ten temat to dezerterzy. Teraz wszyscy historycy plują sobie w brodę, iż sami poń nie sięgnęli. Może nie tylko odwagi im brakło. Każde szkolenie, nie tylko wojskowe, ale również akademickie, zwane zdobywaniem wykształcenia, odciska na swych adeptach piętno, które doświadczony obserwator jest w stanie odczytać. Wpływa ono również na percepcję rzeczywistości i trzeba wybitnie niezależnego umysłu, by zachować na zawsze, mimo usilnych prób społeczeństwa, które usiłuje to zniszczyć, dziecięcą ciekawość, oryginalność myślenia, nieschematyczność, by pozostać umysłowym outsiderem, prawdziwie wolnym, prawdziwie niezależnym. Takie osoby są rzadkimi wyjątkami, zwłaszcza w nowoczesnych, medialnych społeczeństwach, piorących mózgi swych obywateli przez okrągłą dobę, napełniających ich umysły komercyjną papką. To chyba nawet ważniejsza przyczyna faktu, niż brak cywilnej odwagi, że dopiero teraz znalazł się ten pierwszy, który od razu stał się obiektem zazdrości wszystkich kolegów po fachu. Zbiegiem okoliczności akurat w rocznicę D-Day, w czasie blokady wszystkich mediów przez newsy o przebiegu obchodów tego święta, zakończyłem lekturę, która rzuca całkiem nowe światło na całą wojnę aliantów, również na sam D-Day.

Charles Glass był dotąd osobą dla mnie całkowicie nieznaną. Nazwisko to nic mi nie mówiło, choć powinno. Ten urodzony w 1951 roku Amerykanin jest znanym i uznanym pisarzem, dziennikarzem prasowym i telewizyjnym. Wystarczy wspomnieć, iż współpracuje z takimi pismami jak The Spectator, Newsweek czy The Obserwer oraz stacjami klasy ABC News, by wiedzieć, iż nie jest to ktoś, kto zajmuje się ploteczkami i propagandowymi newsami politycznymi. Markę wyrobił sobie jako specjalista od spraw przemocy na Bliskim Wschodzie. Ostatnio jednak, w książce Americans in Paris: Life and Death Under the Nazi Occupation, 1940-1944 (2009) dał wyraz swej fascynacji historią II Wojny Światowej. Najnowszą jego książką jest Deserter: The Last Untold Story of the Second World War opublikowana w 2013. Kiedy tylko dowiedziałem się, iż ukazała się w Polsce pod tytułem Dezerterzy: Ostatnia nieopowiedziana historia II wojny światowej, zagiąłem na nią parol. Nie ze względu na dotychczasowe osiągnięcia autora, gdyż jak wspomniałem do niedawna niczego o nim nie wiedziałem, nie ze względu na recenzje – żadnych nie czytałem, a z powodu odwagi. Pierwszy raz trafiłem na kogoś podejmującego ten temat dla niego samego.

Niech płaczą historycy, którzy przed Glassem nie wpadli na ten pomysł albo nie mieli odwagi na jego realizację. Jestem przekonany, że z czasem to opracowanie stanie się obowiązkową pozycją dla każdego, kto interesuje się wojskowością, historią, psychologią i w ogóle zalicza się do tych, którzy lubią wiedzieć.

Książka zaczyna się mocną opowieścią o pierwszym Amerykaninie, na którym wykonano wyrok śmierci za dezercję podczas II wojny światowej, a stało się to… Nie zdradzę, gdyż już ten jeden zaskakujący epizod daje do myślenia.

Dotychczas jednym z głównych synonimów słowa „dezerter” był „tchórz”. Nawet w słowniku PWN (internetowym, ale jednak PWN) w rozwinięciu hasła „dezercja” czytamy „odejście skądś lub rezygnacja z czegoś z braku odwagi, by stawić czoła trudnościom”. Nigdy się z tym nie zgadzałem, podobnie jak wielu psychologów, psychiatrów i weteranów, ale ponieważ taki właśnie stereotyp jest na rękę wszystkim władzom we wszystkich miejscach na świecie, więc dotąd miał się dobrze. Chwała Glassowi, iż przypomina w swej pracy wszystkich tych, którzy już wieki przed Zimbardo publicznie udowadniali, że dezerter, za wyjątkiem szczególnych przypadków, to nie tchórz ani dekownik, tylko taka sama pozycja na liście strat wojennych, jak ranny czy zabity. Taka sama również z tego powodu, iż nikt z tych, którzy wyruszają na wojnę, nie wie, czy to nie właśnie on „załapie się” do którejś z tych trzech kategorii. Jak powiedziała nasza genialna poetka* – „Tyle wiemy o sobie ile nas sprawdzono”.

Świetnym wprowadzeniem do lektury jest sama okładka ozdobiona zdjęciem wykonanym jakby wprost na zamówienie do tej publikacji. Nie można przejść koło niego obojętnie, a miłośnik starych i dobrych fotografii może się w nie wpatrywać bez końca. Mam wrażenie, iż jest ono nawet lepsze niż świetny fotogram zdobiący okładkę wydania oryginalnego. Na papierze te obrazy wyglądają nieporównanie lepiej niż poniżej, na Waszych monitorach.






Dezercja, zwłaszcza wśród „naszych” to wątek niemal wykreślony z opowieści o wojnie. U nas mówi się tylko o bohaterstwie (naszym), o krwi i śmierci, o okrucieństwie (ze strony przeciwnika). Dezercja w obrazie II Wojny Światowej w naszej świadomości społecznej w ogóle nie występuje. Tymczasem Glass pokazuje, że skala jej w szeregach zachodnich aliantów, bo nimi właśnie autor się zajmuje, była wręcz szokująca. Do Anzio 1/3 wszystkich przypadków wracających do USA zza oceanu stanowiły przypadki neuropsychiatryczne. Około 10 tysięcy ludzi miesięcznie było zwalnianych z wojska z przyczyn psychicznych. Dla porównania trzeba za autorem podkreślić, że nawet gdy w szczytowym okresie w Europie były ponad 3 miliony amerykańskich żołnierzy, to w walce uczestniczyło naraz nie więcej niż 325 tysięcy z nich. Po D-Day było jeszcze gorzej. Straty z powodu traumy bitewnej wynoszące u Brytyjczyków w pierwszym tygodniu inwazji około 3 procent, w następnym tygodniu wzrosły do 13 procent. Po miesiącu niemal co czwarty ranny był nie skutkiem urazów fizycznych, a psychicznych.

Ci ludzie, te prawdziwe masy ludzkie, gdzieś musiały się podziać, z czegoś musiały żyć. Łączna liczba dezerterów alianckich jednocześnie przebywających na europejskim teatrze działań sięgała w przeliczeniu na związki taktyczne 10 dywizji. Tworzyli uzbrojone bandy zagrażające alianckim liniom dostaw, a przez to i działaniom na froncie. Opanowali czarny rynek w całej Europie. Ilość dezerterów i bandy napadające na transporty momentami były większym problemem niż sami hitlerowcy. Żołnierz nie może walczyć bez amunicji, jedzenia, a im bardziej nowoczesna wojna, tym większe są ilości i różnorodność materiałów, bez których nie można jej prowadzić. Problem jeszcze się komplikuje, gdy uzupełnienia ludzkie traktuje się tak samo jak dostawy paliwa, amunicji czy części zamiennych. Jakie to rodzi implikacje nie będę opowiadał. Przeczytajcie sami.

O czym są Dezerterzy? Nie tylko o dezerterach, co może sugerować tytuł, ale o wojnie w ogóle, o tym, czym jest dla wszystkich, których dotyka. A dla każdego jest czym innym. U nas w ogóle się nie wspomina, iż wojna powoduje zdeprawowanie i dewaluację wszelkich wartości. Nie tylko w wymiarze jednostkowym, ale całych społeczeństw, i to po obu stronach frontu. Nie mówi się też u nas, iż wojna niszczy dziedzictwo kulturalne, największy skarb ludzkości. Amerykanie, choć są najmłodszym narodem na świecie, a może właśnie dlatego, jakoś to zauważają.

Glass w swym opracowaniu opiera się na ogromie materiału dokumentalnego, również oficjalnego, wojskowego. W równiej mierze korzysta też ze wspomnień weteranów, co bardzo korzystnie wpływa na całość. Przy okazji wynikają bowiem całkiem inne wątki, poszerzające tematykę i wyraźnie zwiększające wartość książki. Miejscami polskiego czytelnika, przyzwyczajonego do autocenzury, stereotypów i dętego patriotyzmu, pewne fragmenty mogą wręcz porazić. Mordowanie jeńców przez aliantów, nie zorganizowane, na modłę niemiecką, ale samodzielne, indywidualne i zabijanie, bez premedytacji, ale nie do końca nieumyślnie, własnej ludności cywilnej, to prawdziwe realia wojny, których jednak nasi autorzy raczej nie ukazują. A rabowanie trupów, również tych, którzy jeszcze przed chwilą byli kumplami, towarzyszami broni, to inny z takich obrazków. Dotychczas tylko Clint Eastwood tak jawnie pokazał rabowanie zwłok, ale wrogów. Zaś rabowanie swoich, w biały dzień i na masową skalę? A przecież wiara, że tak nie było, jest infantylna. Skoro żołnierz zabierał trupowi jego amunicję, lepsze buty, racje żywnościowe i inne niezbędne rzeczy, których wciąż brakowało, to czy można wierzyć, że nie zabrał rzeczy cenniejszych, by zostawić je dekownikom ze służb tyłowych?

Niesamowitym motywem powtarzającym się i we wspomnieniach dezerterów, i w danych oficjalnych, był rozkład sympatii i antypatii wobec AWOL*. Prawdziwi weterani z pierwszej linii, otrzaskani w ogniu, z reguły okazywali im nie tylko sympatię, ale i każdą możliwą w danej chwili pomoc. Im zaś mniej miał ktoś wspólnego z prawdziwą wojną, tym bardziej wrogi miał wobec „tchórzy” stosunek. W szczególności nienawiścią wykazywali się ci, którzy w ogóle prochu nie wąchali – wszelkiej maści gaciowi, logistycy, żandarmi jednostek tyłowych i ci z oficerów liniowych, którzy nigdy w walce udziału nie brali i uważali, iż im to nie zagraża.

To mi przypomina dyskusję z jedną z blogerek, której ksywkę litościwie pominę, która u siebie wypisywała pochwały na rzecz „dobrych wojen” i posuwała się nawet do takich określeń, jak „wojna może być piękna”. Gdy po dłuższej wymianie komentarzy zauważyła, że sama sobie zaczyna przeczyć, że sama się ośmiesza, jako właścicielka bloga skasowała zarówno moje, jak i swoje wypowiedzi, by nikt nie wiedział o czym była mowa. Piszę o tym, gdyż u nas te infantylne przekonania o pięknych wojnach są wyjątkowo powszechne, zwłaszcza wśród ludzi, którym się wydaje, że skoro przeszli jakieś dziecinne szkolenie strzeleckie lub „wojskowe”, to coś wiedzą. Glass przez to, że otwiera oczy czytelnika na wiele aspektów wojny, jest tym cenniejszy dla polskiego odbiorcy, niszczy bowiem wiele złudzeń na ten temat.

Wracając do dezercji i jej konsekwencji, zwrócić należy uwagę, iż z reguły najsurowiej byli karani szeregowi piechoty, którzy jednocześnie byli najbardziej zagrożeni i mieli do dezercji największe powody. Im wyżej w hierarchii służbowej, tym kary mniejsze, aż do bezkarności całkowitej.

Ciekawostką jest też, iż zbyt realistyczne filmy dokumentalne, nawet zamówione przez wojsko u znanych reżyserów, cenzurowano. Choć płacono za nie spore pieniądze, nigdy ich nie publikowano.

Wątków, które nie przystają do popularnego obrazu wojny, jest mnóstwo. Jak choćby to, iż były momenty, że w Anglii wojskowe obozy jednostek alianckich były lepiej strzeżone przed ucieczkami niż mieszczące się w Wielkiej Brytanii obozy jenieckie, a do piechoty, by uzupełnić straty, werbowano nie tylko złapanych dezerterów, ale nawet zwykłych kryminalistów, którym obiecywano darowanie więzienia i zatarcie wyroków.

Wielką zasługą autora jest, iż nie tylko podaje fakty, często takie, które mogą szokować, nie tylko szuka prawidłowości i wniosków, ale równie wielką wagę przykłada do poszukiwania przyczyn takiego, a nie innego stanu rzeczy. I jest w tym bardzo dobry. Między innymi wyraźnie ukazuje negatywną selekcję do piechoty (dostawała ochłapy pozostałe po wszelkich innych rodzajach wojsk, a nawet po przemyśle, który był ważniejszy).

Ciekawym wątkiem, który mnie uderzył, nie pierwszy raz zresztą, były tematy damsko-męskie. Burdel wydaje się nieodzownym elementem i wojny, i pokoju, tymczasem w naszym, polskim obrazie świata, jakby nie istniał. Może dlatego, że uwiedzenie niewinnej dziewczyny czy namówienie mężatki do zdrady uważa się za coś lepszego, niż odwiedziny w domu publicznym. Jeszcze ciekawsza sprawa, to rzecz, która szokowała wielu Amerykanów, czyli polsko-francuski zwyczaj znęcania się nad kobietami, które świadczyły usługi seksualne żołnierzom państw Osi. Te „wyroki”, w rzeczywistości prawdziwe samosądy, to najgorsza parodia sprawiedliwości, a ich wykonawcy… Takie litościwe niedomówienie. Raz, że te w większości biedne kobiety nie miały innego wyjścia i Bóg wie jak bardzo zostały skrzywdzone przez los. Dwa, to analogia. Co myśleć o bojownikach, którym nie starczyło siły, by karać tych, którzy naprawdę wspierali faszystów, czyli właścicieli i pracowników wszelkich firm działających pod okupacją? Fabryki, rolnictwo, usługi... Od milionera do przysłowiowego szewca, każdy pod okupacją świadczył usługi okupantom. A znęcano się tylko nad dziwkami. Wielce wymowne.

Jedynym naprawdę wielkim minusem naszego wydania jest tragiczny spis treści, który uwzględnia tylko spis ksiąg, ale rozdziałów już nie. Inna sprawa, do której można się przyczepić, to miejscami nienadzwyczajny styl***. Daleko tutaj do precyzji, klarowności i płynności, które była taką frajdą przy poprzedniej mojej lekturze faktu – Wyspie Klucz. Czasami zdarzają się też sformułowania wynikające z założenia, iż czytelnik już ma pewną wiedzę na omawiany temat, co sprawia, że nieobeznany będzie musiał przerwać lekturę i sięgnąć choćby do internetu. A wystarczyłoby jedno lub dwa zadania objaśnienia.

Nie są to jednak wady istotne wobec wymowy tej przełomowej książki i wielkiej wartości, jaką jest ona dla skierowania świadomości społecznej na tory normalności i prawdy. Prawdopodobnie, gdybym miał wybrać jedną, jedyną książkę o froncie zachodnim, by pokazać prawdziwy obraz tej wojny, to byłaby to właśnie ta.


Zdecydowanie i absolutnie polecam


Wasz Andrew


* Wisława Szymborska
** AWOL - Absent WithOut Leave, nieobecny bez usprawiedliwienia
*** Oczywiście nie wypowiadam się, kto za to odpowiada – tłumacz czy autor. Nie czytałem oryginału.

sobota, 7 czerwca 2014

Szybując pośród bocianów wojny

 

Podniebny front

Nguyen Dinh Thi

Tytuł oryginału: Mặt trận trên cao
Tłumaczenie (z j. francuskiego): Ewa Fiszer
Wydawnictwo: Książka i Wiedza
Liczba stron: 164
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Wojna oglądana oczami jej ofiar, w szczególności cywili, którzy wcale nie wykazywali chęci, by znaleźć się w samym centrum jej działań, to najczęściej piekielny chaos, krwawa rzeźnia, nieustanna udręka, ból i cierpienie. Przeraża rozmiar i bezsens okrucieństwa oraz ogromna cena, jaką musi zostać okupione zwycięstwo. Konflikt śledzony za sprawą relacji polityków oraz dyplomatów jawi się bardziej jako zaciekły spór przeciwstawnych idei, próba przedłożenia własnej racji ponad rację cudzą, głównie przy pomocy argumentów siłowych. Wydaje się, że w miarę rozwoju ludzkiej cywilizacji, człowiek, czy naród prowadzący zbrojne potyczki, właśnie do aspektu racjonalizacji swojego postępowania zaczął przykładać coraz większą wagę. Istotny jest pretekst, którym najczęściej jest wyimaginowany szczytny cel – za jego przyczyną zasadne staje się wycinanie w pień wrogiej nacji, budowanie obozów pracy dla pojmanych jeńców, czy eliminacja gatunku, sklasyfikowanego jako podludzie. Bardzo często areną starć, na której każda ze stron zaangażowanych w konflikt stara się uzasadnić słuszność podejmowanych akcji jest literatura. Z tego względu jej głosu nie mogło zabraknąć w trakcie toczonej w latach 1957 – 1975 II wojny indochińskiej, znanej też jako wojna wietnamska. Na księgarskim rynku nie brakuje powieści, pisanych w oparciu o wspomnienia amerykańskich żołnierzy, biorących udział w zbrojnej interwencji, którzy ze zgrozą wspominają piekło przeżyte w Wietnamie. Polski czytelnik, jako, że za czasów PRLu Wietnam Północny stanowił naszą bratnią republikę, otoczoną opiekuńczymi radzieckimi skrzydłami, ma również sposobność poznać ten konflikt przez pryzmat twórczości pisarzy północnowietnamskich. Wiedziony ciekawością, postanowiłem wykorzystać nadarzającą się możliwość wyprawy na Półwysep Indochiński i w takich oto okolicznościach, zagłębiłem się w lekturę Podniebnego frontu, pióra Nguyena Dinh Thi.
Żyjący w latach 1924 – 2003 Nguyen Dinh Thi to wietnamski literat oraz kompozytor. Artysta urodził się w Louangphrabang, jako syn urzędnika pocztowego, który wyemigrował do Laosu w poszukiwaniu pracy. W 1931 Nguyen Dinh Thi wrócił do ojczyzny, by podjąć studia w Hajfongu oraz Hanoi. Wkrótce przystąpił do podziemnej organizacji niepodległościowej, aktywnie walcząc z francuską okupacją. W latach 1947 – 1954 Nguyen Dinh Thi bił się na różnych frontach, zajmując się jednocześnie pisaniem oraz publikowaniem. Jest autorem esejów poświęconych filozofii, poezji, muzyce, dramatowi. Od 1955 roku piastował stanowisko sekretarza generalnego Związku Pisarzy Wietnamskich, z którego ustąpił w 1989 roku. Co interesujące w tym okresie (1966) zdołał jeszcze odbyć ponowną służbę wojskową – właśnie w trakcie wojennej zawieruchy Nguyen Dinh Thi napisał opowiadanie Vao Lua oraz króciutki utwór prozatorski Podniebny front.
Druga pozycja to cieniutka książeczka, opowiadająca o bardzo ciekawym wycinku historii ówczesnego Wietnamu Północnego, niepokornego, komunistycznego państwa, który przy wymiernym wsparciu ZSSR oraz Komunistycznej Republiki Chin, ośmielił się zadrzeć z potęgą Stanów Zjednoczonych. Powieść koncentruje się na losach pilotów należących do eskadry myśliwców, którzy toczyli podniebne boje w Północnym Wietnamie, broniąc Hanoi oraz okolicznych miast przed amerykańskimi nalotami. Nguyen Dinh Thi raczy czytelnika krótkim utworem, strojącym się w szaty rapsodii, sławiącym odwagę, hart ducha oraz ogromne umiejętności północnowietnamskich lotników, którzy stawiali skuteczny opór amerykańskim oponentom. W tym miejscu warto dodać, że Wietnam Północny dopiero w roku 1956 zaczął formować swoją podniebną armię – 110 kadetów zostało wysłanych na szkolenie do zaprzyjaźnionych krajów (ZSRR oraz Chin) w celu zyskania umiejętności pilotowania samolotów. W 1959 roku utworzono pierwszą jednostkę lotnictwa północnowietnamskiego – w jej skład wchodziły samoloty transportowe. Dopiero w roku 1964 powołano do życia pierwszą jednostkę bojową, która złożona była głównie z rosyjskich MiGów. Fabuła utworu rozgrywa się w 1966 roku, gdy północnowietnamskie lotnictwo nadal właściwie dopiero raczkowało, a mimo to zdołało osiągnąć kilka znaczących sukcesów, o których autor skwapliwie wspomina.
Głównym bohaterem jest młody lotnik Luong, którego dzieje stanowią kanwę utworu. Razem z nim czytelnik ma okazję przekonać się, jak wygląda codzienna rzeczywistość wietnamskiego pilota, spędzającego większość czasu w koszarach, w oczekiwaniu na alarm, oznajmiający przybycie amerykańskiego najeźdźcy, będącego sygnałem, że pora znów wzbić się w przestworza i podjąć kolejną próbę unieszkodliwienia przeciwnika. Autor kładzie duży nacisk na ukazanie serdecznych, przyjacielskich relacji, które rozkwitają pomiędzy towarzyszami walki. Wielu wojaków pełni służbę praktycznie bez żadnych przerw, tak, że koszary zastępują dom. Wojenni towarzysze stają się najbardziej zaufanymi osobnikami, na których pomoc zawsze można liczyć, którym można opowiedzieć o gryzących żalach, czy rodzinnych problemach. Ponadto Nguyen Dinh Thi bardzo silnie akcentuje narodową świadomość Wietnamczyków, którzy niemal bez wyjątku są gotowi wyrzec się osobistego szczęścia, byle tylko przyszłe pokolenia mogły egzystować w wolnym i niepodległym kraju. W mojej opinii, to właśnie w utrzymanej w tym podniosłym i uroczystym tonie apoteozie niezwykłości narodu wietnamskiego, należy upatrywać największych wad utworu – stwierdzenia typu Ale kto zgodziłby się odejść z frontu, kiedy wróg atakuje?; Bo [Amerykanie] nie są w stanie zrozumieć, że w każdej takiej stercie rozbitych cegieł i dachówek żyje niezwalczony duch, twardszy od ich nowoczesnej stali!, czy Każda bomba zrzucona przez wroga przyprawia lotnika o jeszcze większe cierpienia niż innych jego współziomków, rażą sztucznością, są przepełnione zupełnie zbędnym, ogromnie rozdmuchanym patosem. Na szczęście dość siermiężne sformułowania nie pojawiają się zbyt często, nie psując zbyt mocno przyjemności obcowania z lekturą. A krótką indoktrynację polityczną w pełni rekompensują zalety utworu.
Bardzo ciekawy jest język, którym operuje Nguyen Dinh Thi. Uderza jego obrazowość oraz poetyckość. Prozę autora znaczą liczne metafory oraz wyszukane porównania, które pojawiają się szczególnie często przy relacjach z prowadzonych walk powietrznych oraz przy opisie podniebnych maszyn. To interesujące, ale językowa plastyczność została w pewnym stopniu wymuszona, bowiem od momentu odzyskania niepodległości w roku 1954, w Wietnamie doszło do technicznej rewolucji. Stosunkowo młody język wietnamski, który jeszcze na początku XX wieku zapisywany był głównie za pomocą chińskich znaków (alfabet łaciński został wprowadzony przez Francuzów w okresie, gdy Wietnam stanowił francuską kolonię), niemal zupełnie pozbawiony był terminologii naukowej. Pojęcia z dziedziny matematyki, chemii, fizyki, czy mechaniki praktycznie nie istniały i musiały dopiero zostać zrodzone. Komunistyczny rząd, pragnąć podkreślić narodową jedność społeczeństwa zdecydował się na tworzenie niezbędnych neologizmów, które posiadałyby oparcie w wietnamskim źródłosłowie, a nie stanowiły wyłącznie fonetycznej transkrypcji obcojęzycznych wyrazów. Pomny na zalecenia partii, Nguyen Dinh Thi konstruuje opowiadaną historię za pomocą prostych i zwięzłych słów, których często używa do animizacji obcych i ciągle słabo znanych samolotów, czy innych maszyn. W ten sposób na kartach książki pojawiają się cysterny, powłóczące swoimi długimi trąbami, czy bociany walki wzbijające się w przestworza.
Literacką formę Nguyena Dinh Thi wyróżnia także zwięzłość oraz oszczędność. Konstruowane zdania są krótkie, zdawkowe, w pełni uproszczone, pozbawione zbędnych ozdobników. Przekazywana treść jest maksymalnie wypełniona informacją, a sceneria, w której w danym momencie rozgrywa się akcja, zostaje nakreślona niczym zgrabny szkic, za pomocą kilku wprawnych ruchów pióra. Tę lakoniczność przy kreowaniu świata przedstawionego łatwo wyjaśnić faktem, że Nguyen Dinh Thi w trakcie pisania Podniebnego frontu znajdował się w ogniu walki, służąc w jednostce artylerii przeciwlotniczej. Proza pisarza może kojarzyć się z wojskową manierą – jest rzeczowa, ale do bólu minimalistyczna, co jednak wcale nie odbiera jej uroku. Autor koncentruje się na najważniejszych elementach fabuły, pozwalając czytelnikowi dopełnić brakującą część scenerii własną wyobraźnią. Tak jakby każde słowo zostało dokładnie przemyślane i zważone, zanim autor zadecydował, że warto poświęć mu niewielką przestrzeń podręcznego notesu.
Reasumując krótko, Podniebny front okazał się całkiem przyjemną lekturą, za sprawą której miałem okazję spojrzeć na wojnę wietnamską z nieco innej perspektywy. Tyle, że jeśli utwór porównać z amerykańskimi powieściami, poświęconymi II wojnie indochińskiej (choćby z bardzo dobrym Drzewem dymu Denisa Johnsona) widać diametralną różnicę w stylu. Drzewo dymu stanowiło historię mocno opartą na faktach, koncentrującą się na wszystkich okrucieństwach, związanych z prowadzonym konfliktem. Autor nie omieszkał wspomnieć o licznych ofiarach wśród cywili, o licznych przypadkach załamania nerwowego wśród amerykańskich żołnierzy, o bezwzględnym traktowaniu jeńców przez obie strony. Na tle Drzewa dymu, Podniebny front jawi się bardziej jako baśń, idealistyczna opowieść o dzielnej walce Wietnamczyków ze złym i bezwzględnym okupantem, który musi ponieść klęskę z uwagi na intencje, które kierują jego postępowaniem – chciwość, żądza stłamszenia niepokornego narodu, etc. z góry skazują działania Amerykanów na niepowodzenie. Ponadto wojna oglądana oczami narratora wykreowanego przez Nguyena Dinh Thi kojarzy się z przygodą, wzywaniem, walką, która z pewnością zakończy się sukcesem. Śmierć gości na łamach utworu bardzo rzadko, pozwalając dominować miłości, przyjaźni oraz poczuciu braterstwa. Ciekawi mnie jeszcze, jak maluje się krwawy wietnamski konflikt z punktu widzenia obywatela nieistniejącego już Południowego Wietnamu, który Amerykanów traktował jako sojuszników w słusznej walce z komunistyczną zarazą. Liczę, że uda mi się w przyszłości odnaleźć tego typu lekturę.

Wasz Ambrose