Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

czwartek, 8 maja 2014

O szczytnych tradycjach



...napad w Bezdanach był ewenementem na skalę światową – w napadzie na pociąg wzięło udział czterech przyszłych premierów odrodzonego państwa polskiego (Piłsudski, Sławek, Prystor, Arciszewski).”

środa, 7 maja 2014

Żebracy naszych czasów



Kilka dni temu moja mama poszła na cmentarz złożyć kwiaty na grobie znajomego, który niedawno odszedł do lepszego świata. Akurat by wypadały jego urodziny. Na cmentarzu zaczepił ją młody człowiek i zapytał, czy może od niej dostać jakieś pieniądze na chleb. Spojrzała na niego, wyglądał porządnie, ale nauczona smutnym doświadczeniem, iż większość pieniędzy z żebrów idzie na wódkę i inne patologie, powiedziała, że nie może mu dać pieniędzy. Widząc jego załamaną minę dodała, iż akurat idzie do niedalekiego supermarketu i jeśli mu zależy, to może z nią iść, a ona mu kupi bochenek chleba. O dziwo poszedł. Po drodze opowiedział, że był brukarzem, układał kostkę i pracował na czarno, a gdy przyszedł dzień wypłaty, prywaciarz zadzwonił, że zbankrutował i więcej się nie pojawił. Wszyscy robotnicy zostali bez wypłaty.


Gdy doszli na miejsce, żebrak został przed sklepem. Mama myślała, że pewnie się zmyje nim ona skończy zakupy, ale na wszelki wypadek do swojej listy sprawunków dodała jeszcze jeden dodatkowy chleb i paczkę białego sera. Jakież było jej zdziwienie, gdy się okazało, że chłopak nie tylko na nią czekał, ale bardzo grzecznie i gorąco podziękował za chleb i ser, a przed odejściem pocałował ją w rękę.

Pamiętam, że żebracy byli zawsze. Chyba są wszędzie i w każdym ustroju, nawet w najbogatszych społeczeństwach. No może poza „,mniej cywilizowanymi” społecznościami. Byli nawet za komuny, kiedy trzeba było się mocno natrudzić, by wymigać się od pracy, zwłaszcza, gdy się było zdrowym, a nawet można było za to trafić za kraty. Ale nie żebrali zdrowi i pracujący. Takie sytuacje były nie do pomyślenia jeszcze kilkanaście lat temu. To chyba znak naszych czasów i tego, że coś w tym kraju jest nie tak.

wtorek, 6 maja 2014

Diabelska komedia


Jan Drda



Igraszki z diabłem


(oryg. Hrátky s čertem)

Teatr i telewizja (kino) to dwa różne światy, które wymagają od twórców diametralnie innego podejścia, a od aktorów kompletnie odmiennej gry, podobnie jak i inne wymagania stawiają przed wszystkimi, którzy uczestniczą w realizacji spektaklu teatralnego czy też filmu. Dla widza są też jakby przeciwstawnymi sposobami realizacji tego samego celu – zapewnienia mu godnego widowiska. To co jest zaletą jednej ze sztuk, dla drugiej jest piętą achillesową i odwrotnie. Siłą kina jest powtarzalność. Każdy film można odtwarzać wielokrotnie, by zwrócić uwagę na rzeczy, które z tych czy innych powodów uciekły nam przy pierwszej emisji. Można go nawet zatrzymać w dowolnym miejscu i przewinąć w innym albo w kółko delektować się ulubionym obrazem. Teatr jest ulotny, jednorazowy i niepowtarzalny. Nigdy nie da się dwa razy obejrzeć tej samej sztuki. Za każdym razem gra aktorów jest nieco inna. Czasami ważną rolę pełnią jeszcze inne niepowtarzalne elementy, jak choćby reakcja publiczności. Nawet nagranie sztuki przy pomocy kamery nie zachowa i nie umożliwi odtworzenia wrażeń ze spektaklu. Kamera, podobnie jak obiektyw fotograficzny, działa na zupełnie innej zasadzie niż oko ludzkie, i nawet samego obrazu nie jest w stanie przekazać widzowi w sposób, w jaki odbiera go bezpośredni obserwator. A co dopiero mówić o bezpośredniej więzi aktora z widzem. Od czasu powstania przepaści miedzy sztuką filmową i teatralną próbuje się ją jednak zasypywać właśnie przez rejestrowanie wydarzeń scenicznych kamerą. W moim odczuciu z reguły są to przedsięwzięcia nie do końca udane. Z teatru biorą siermiężność scenografii, a z filmu brak here and now, czyli szczególnego skupienia, poczucia bycia tu i teraz, w tym wypadku w świecie wykreowanym w sztuce, w kontakcie z działającymi w nim postaciami z krwi i kości. Są jednak wyjątki, głównie w przypadkach, gdy sztuka teatralna od początku nie jest realizowana z zamiarem wystawienia na deskach teatru i przed żywym widzem, a przed okiem kamery, z uwzględnieniem jej odmienności w porównaniu do ludzkiego sposobu percepcji.

Jan Drda, nieżyjący już czeski dziennikarz, prozaik i dramaturg (1915-1970) pochodził z rodziny robotniczej, ale zdobył maturę i studiował filologię klasyczną oraz slawistykę na uniwersytecie w Pradze, choć ich nie ukończył. Zaczął publikować już przed wojną. Brał udział w podziemnej walce z okupantem hitlerowskim, a po wyzwoleniu został świadomym twórcą zaangażowanym, członkiem Komunistycznej Partii Czech. Wydaje się jednak, że cały czas był człowiekiem kierującym się własną oceną tego, co moralne, a co nie, za co zapłacił odpowiednią cenę, gdy w 1968 przeciwstawił się bratniej pomocy, jakiej Czechosłowacji postanowiły udzielić czołgi państw Układu Warszawskiego.

W Polsce dorobek Drdy jest szerszemu ogółowi praktycznie nieznany, więc tym bardziej warto przypomnieć sztukę w dziewięciu obrazach pod tytułem Igraszki z diabłem napisaną jeszcze w czasie niemieckiej okupacji, a po raz pierwszy wydaną w Czechach w 1946 , zaś nad Wisłą w 1949. Premiera u sąsiadów odbyła się w Pradze w Stavovskim divadle w 1945, a u nas w 1948 w Teatrze Wojska Polskiego w Łodzi w reżyserii Leona Schillera. Był to wielki sukces i w ciągu 60 lat doczekała się na deskach polskich teatrów ponad pięćdziesięciu wystawień.

Są to niestety przeżycia poza naszym zasięgiem – uleciały raz na zawsze w momencie, gdy kurtyny zapadały po ostatnich oklaskach. Na szczęście Igraszki z diabłem pokazano również w Teatrze Telewizji – po raz pierwszy w 1966 r. w reż. Władysława Jaremy, a drugi w wersji nagranej w 1979 r. w reżyserii Tadeusza Lisa. Właśnie tą ostatnią, w dodatku niezwykle udaną, możemy w każdej chwili się delektować. Można ją oglądać online, w telewizji, kupić na płytce. A jest co podziwiać.

Obsada jest prawdziwie doborowa:
  • Marian Kociniak jako Marcin Kabat
  • Jerzy Kamas jako diabeł Solfernus
  • Jan Kociniak jako anioł Teofil
  • Wojciech Pokora jako pustelnik Scholastyk
  • Magdalena Zawadzka jako Kasia
  • Krzysztof Kowalewski jako zbój Sarka-Farka
  • Janusz Gajos jako diabeł Omnimor
  • Barbara Wrzesińska jako królewna Disperanda
  • Tadeusz Kondrat jako diabeł Belzebub
  • Marek Kondrat jako diabeł Lucjusz
  • Andrzej Fedorowicz jako łowczy
  • Zdzisław Wardejn jako diabeł Belial
  • Jan Prochyra jako diabeł Karborund
  • Jan Jurewicz jako diabeł
  • Janusz Rewiński jako diabeł
  • Maciej Szary jako diabeł
Utwór zrealizowany jest w konwencji komedii z dodatkami przedstawienia dla dzieci podkreślonymi prostą scenografią oraz licznymi elementami ludowymi. Główną postacią jest weteran wojenny Marcin Kabat, który po wieloletniej służbie powraca w rodzinne strony. Po drodze spotka strasznego rozbójnika, kandydata na świętego, napaloną pyskatą dziewoję i naiwną królewnę, diabły i anioły. Fabuły oczywiście nie będę zdradzał. Nie jest szczególnie skomplikowana, ale miło zaskakująca. Całość suto okraszona humorem, miejscami ironiczna, przypomina stare czeskie komedie z połowy XIX wieku (jak twierdzą znawcy).

Zdaje się, że konwencja nieco już archaiczna nie nadaje się do stworzenia niczego odkrywczego, ale Igraszki z diabłem okazują się prawdziwie ponadczasowe. Choć od prapremiery minęły już pokolenia, sztuka pozostaje wciąż świeża i nawet z tą pewną prymitywnością naszego Teatru Telewizji można mieć wrażenie, iż została zrealizowana wczoraj, a wszystko jest celowym zabiegiem.

Pomimo pierwszego wrażenia sugerującego zwykłą bajeczkę dla dzieci szybko przekonujemy się, iż w sztuce ukryto wyraźną warstwę moralizatorską, skierowaną do odbiorcy w każdym wieku. Na szczęście całość do końca łączy przesłanie moralne z komediową lekkością i po zakończeniu spektaklu nie pozostawia widza z żadnymi negatywnymi emocjami. Sam nie wiem komu to w dzisiejszej rzeczywistości bardziej potrzebne – znerwicowanym dzieciom czy jeszcze bardziej zestresowanym dorosłym, ale i jednym i drugim ta lekkość wyjdzie na zdrowie. A morał gdzieś tam przemycony pewnie kiedyś wykiełkuje.

Wszystkich, którzy jeszcze Igraszek nie znają, zapraszam do obejrzenia, a tym, którzy oglądali, do przypomnienia sobie i polecenia bliskim


Wasz Andrew

poniedziałek, 5 maja 2014

Inne oblicze IIRP



Afery i skandale Drugiej Rzeczypospolitej


Sławomir Koper


wydawnictwo: Bellona Spółka Akcyjna 2013

liczba stron: 360

Szczerze mówiąc, sam pewnie nieprędko bym po tę książkę sięgnął, gdyż afer mamy w naszym kraju obfitość o dowolnej porze dnia i nocy, a skandale pozostawiam miłośnikom mediów w rodzaju Pomponika . Dla mnie wystarczającym skandalem jest obraz dzisiejszej Polski. Tak się jednak złożyło, że komórka DKK*, do której mam przyjemność należeć, zafundowała sobie tę pozycję na lekturę kwietnia, w związku z czym musiałem się z nią zmierzyć. I dzięki Bogu!

Sławomir Koper jest z wykształcenia historykiem i w swoich książkach przedstawia głównie fakty mniej znane, przez co w moim odczuciu wcale nie mniej ważne, albowiem diabeł, również w historii, tkwi zwykle w szczegółach. Drobiazgi i konkrety, przez swą namacalność i obrazowość, częstokroć przeciwstawiają się lansowanym powszechnie sądom i dają szansę na wyrobienie sobie własnego zdania oraz zerwanie ze stereotypami. Nie wspomnę o Efekcie Motyla, którego piękne są w historii przykłady, a który podkreśla wagę drobnostek i faktów odległych od wielkich wydarzeń zarówno w czasie jaki i przestrzeni.

W niniejszej publikacji pisarz bierze na tapetę dwudziestolecie międzywojenne. Nie jest to praca przekrojowa, raczej migawki z tego okresu, za to przedstawione maksymalnie namacalnie, konkretnie i szczegółowo. Wiele mniej znanych faktów, ciekawostek, niejednokrotnie dla większości czytelników wręcz szokujących.

Historia jest nauką. Lecz słowem nauka określa się różne rzeczy. Od matematyki z jednej strony, po teologię z drugiej. Ba, są nawet kraje, gdzie można uzyskać stopnie naukowe z zakresu takich „nauk” jak astrologia. Przepaść pomiędzy najpoważniejszymi i najbardziej żenującymi jest tak olbrzymia, iż powinny istnieć osobne słowa na ich określenie, albowiem istniejące terminy „paranauka” czy „pseudonauka” nie oddają w pełni braku wiarygodności, nieweryfikowalności i podatności na manipulację pewnych dziedzin wiedzy określanych mianem nauki. Historia ma to do siebie, że czasami sprawia wrażenie, iż leży gdzieś w przepaści między naukami ścisłymi, a pseudonaukami. Matematyka jest jedna niezależnie od wyznania (choć Kościół nie byłby sobą, gdyby nie próbował nadawać jej kształtu dla niego pożądanego), narodowości czy obywatelstwa. Historia jest bliższa teologii – każda większa społeczność ma swoje spojrzenie na dzieje świata i niejednokrotnie poglądy te różnią się zasadniczo. Ba, można nawet pójść dalej i przytoczyć moje ulubione powiedzenie, iż „tyle jest historii, ilu ludzi”**. To wcale jednak nie znaczy, by historia była nieciekawa lub bez znaczenia. Wręcz przeciwnie, pomimo relatywności, niejednoznaczności, jest fascynująca i ma wielkie znaczenie zarówno dla jednostek, jak i całych społeczeństw. Skoro tak, to historia jest nauką, specyficzną, ale pełnoprawną.

Po co taki przydługi wstęp? No cóż. Matematykom czy fizykom nie przyszłoby do głowy w książce popularnonaukowej omawiać tabliczkę mnożenia, rachunek różniczkowy czy całki. Od tego są podręczniki. Niestety wielu historyków robi ten błąd i wciąż od nowa w kółko mieli te same informacje, które uważny uczeń powinien przyswoić jeszcze przed maturą. Szczególnie powtarzają się publikujący opracowania związane z II wojną światową. Na szczęście Sławomir Koper kroczy swoją własną drogą. Sięga do drobiazgów, do szczegółów, które nie tak łatwo byłoby odszukać samodzielnie bez poświęcenia na to większej ilości czasu i wplata je w obraz mniej lub bardziej znany, raczej jednak mniej, gdyż tym razem chodzi o dwudziestolecie międzywojenne. Okres, o którym wyobrażenia, stereotypy i propaganda zastępują wiedzę.

Szkoda, że literackich walorów trudno się w Aferach i skandalach Drugiej Rzeczypospolitej doszukać. To jednak częsta bolączka literatury popularnonaukowej i należy się cieszyć, iż poza kilkoma miejscami, gdzie warsztat wyraźnie szwankuje, da się to czytać z przyjemnością. Zanim przejdę do treści, uwaga o wydaniu, które miałem w ręce. Szata graficzna okładki i ilustracje (kultowa sepia) są idealnie dobrane do epoki, której rzecz dotyczy i ułatwiają dostrojenie się do atmosfery tamtych czasów. Niestety czcionka też jest w tym odcieniu. Mnie to specjalnie nie przeszkadzało, ale nietrudno sobie wyobrazić, że dla wielu osób z wadą wzroku będzie to znaczącym dyskomfortem. Inna sprawa, że i tak daleko książce do szaleństwa kolorowego druku znanego choćby z miesięcznika Wiedza i Życie, ale trzeba o tym wspomnieć, gdyż to moim zdaniem nieudany eksperyment.

Już po spisie treści widać, że opracowanie dotyka różnych aspektów rzeczywistości przedwojennej Polski. Mamy zabójstwa polityczne i inne aspekty patologii władzy – Zbrodnia w Zachęcie, Zaginięcie generała Zagórskiego, Brześć, Zamach na Pierackiego i Bereza Kartuska oraz Ostatni zajazd na Litwie. Jest rozdział typowo kryminalny Sprawa Gorgonowej. Biznesowa Afera Żyrardowska i bardziej obyczajowe Kampanie Boya-Żeleńskiego, Małżeństwo prezydenta i Samobójstwo premiera. Jednak ten podział tematyczny jest pozorny. W aferze biznesowej mamy publiczne zabójstwo, w tle przemocy politycznej jest biznes i nawet w wątku kryminalnym dominuje polityka. Są to bowiem różne emanacje tego samego problemu – podwójnej moralności. Kraju, gdzie co innego się publicznie mówi i wyznaje, a co innego robi.

Jak pisze Sławomir Koper „Każdy ustrój, każdy kraj i każda epoka miały swoje afery i skandale.” Nie będzie to jednak żadnym objawem polskocentryzmu, jeśli powiem, że nasze są w wielu wymiarach wyjątkowe, nawet na skalę światową, co na przestrzeni dziejów zauważyło mnóstwo znanych ludzi z kraju i zagranicy.

Część czytelników może stwierdzić, iż książka jest nieobiektywna, stronnicza. Ja się z tym absolutnie nie zgodzę. Historia zawsze jest nieobiektywna i stronnicza. Wiele zależy od tego, kto komu ją opowiada. A mimo tego autor, poza wyraźnie osobistym stosunkiem do bolszewików, stara się nie wypowiadać swoich własnych sądów. To wymowa faktów sprawia, iż czytelnik może czuć się zmuszony do wniosku, że ta sławiona przez media i polityków Polska przedwojenna wcale taka piękna nie była. Oczywiście publikacja jest opatrzona przypisami i bibliografią, lecz nie jest to tak porażający poziom udokumentowania jak w Akcji Ocalenie Marka Aaronsa i Johna Loftusa.

Może i dobrze, że autor powstrzymuje się od własnych wniosków i pozostawia to czytelnikowi. Tam bowiem, gdzie to robi, nie popisuje się wielką przenikliwością niestety. Jak przy sprawie Gorgonowej, gdzie kończy stwierdzeniem, iż przy dzisiejszej technice sprawa ta bez problemu zostałaby jednoznacznie wyjaśniona. Wypada więc przypomnieć, że przy najgłośniejszych sprawach kryminalnych naszej Polski popełniano błędy, które byłyby karygodnymi nawet w wykonaniu przedwojennego wsiowego stójkowego, co skutkowało tym samym, czym w przypadku Gorgonowej. Zabójstwo Papały czy Jaroszewiczów są najlepszymi przykładami.

Na szczęście, jak już wspomniałem, autor mało wnioskuje, a więcej podaje. I jest to wielce wartościowe danie, choć zaprawione goryczą.

Nie będę omawiał bliżej poruszanej tematyki, wspomnę tylko o kilku smaczkach.

Relatywizm historii. Jeśli ktoś, by nakarmić siebie i rodzinę, napada na banki i pociągi z pieniędzmi, jeśli ściąga haracz z restauracji i sklepów, to jest bandytą, mafiozem i zbrodniarzem. Jeśli to samo robi dla finansowania swej partii, to jest bohaterem, pod warunkiem oczywiście, że zdobędzie i utrzyma władzę. Ciekawe, czy ofiarom robi to różnicę?

Nasi okupanci to tytuł jednego z podrozdziałów książki nie bez kozery kojarzący mi się od razu z moim postem sprzed kilku lat Czarna okupacja, który wcale nie stracił na aktualności. Chwała panu Koprowi, że odważył się ukazać jak Kościół rządził się w Polsce przed wojną i unaocznienie, że o ile rola jego w czasach rozbiorów była dla Polaków nieoceniona, to po odzyskaniu niepodległości stała się haniebna. Na takie rzeczy, jakie Kościół wyprawiał w II Rzeczypospolitej nie mógł sobie pozwolić w żadnym innym kraju świata, a że w Polsce mógł, więc sobie pozwalał. Mieliśmy nawet osobny zestaw grzechów śmiertelnych. I czytelnik od razu zauważa, że sytuacja się powtarza. W czasach komuny Kościół był wsparciem, a teraz… Nie dalej jak przed tygodniem czy dwoma Abp Hozer stwierdził, że w Polsce wszyscy powinni płacić na Kościół. Oczywiście na katolicki, bo mu nawet do głowy nie przyszło, że są w Polsce jeszcze inne. Gdyby takie słowa padły w jakimkolwiek innym kraju, mielibyśmy nowego świętego, w dodatku męczennika, bo by go ukrzyżowano. A u nas? Всё нормально.

Historia Żyrardowa – fascynująca miniaturka i przepowiednia stylu przemian ustrojowych Polski, które nastąpiły prawie wiek później.

Wiara polityków. By w przedwojennej Polsce uzyskać rozwód (unieważnienie małżeństwa) trzeba było tak wiele zapłacić Kościołowi, że nie stać było na to nawet wielu znanych osobistości. Wystarczyło jednak zmienić wiarę. „Z tego powodu dwukrotnie zmieniał religię Józef Piłsudski, podobnie postąpili Bolesław Wieniawa-Długoszowski czy Józef Beck. W przypadku generała Gustawa Orlicza-Dreszera właściwie trudno ustalić, jakiego był wyznania w różnych okresach.” Mistrzem zaś był prezydent Mościcki, którego utrzymanie kosztowało państwo więcej niż utrzymanie prezydenta Francji czy nawet USA. Najpierw uzyskał zgodę Watykanu na poślubienie bliskiej krewnej (ich rodzice byli rodzeństwem), a po jej śmierci, przed upływem wymaganej przez Kościół żałoby, uzyskał zgodę na ślub kościelny z rozwódką. Ciekawe kto z nas szaraczków, nawet dziś, w XXI wieku, uzyskałby zgodę Kościoła na takie hece?

Bereza i obozy koncentracyjne. W naukach ścisłych, a nawet w kilku innych, zanim się o czymś zacznie rozmawiać, ustala się definicję. Historycy spierają się o to, czy była Bereza obozem, czy też nie, tylko definicji jednoznacznej zapomnieli stworzyć. Przy okazji naszła mnie refleksja o „polskich obozach koncentracyjnych”. Skoro fabryka Opla zbudowana przez Niemców, za ich pieniądze, będąca ich własnością i przez nich zarządzana, jest według naszych obecnych mediów i władz „polską fabryką samochodów" tylko dlatego, że się znajduje w Polsce i zatrudnia również Polaków, to czemu te same media i te same władze tak się oburzają na zwrot „polskie obozy koncentracyjne”?

Stop. Dosyć tego, bo zaraz wyjdzie druga książka na temat pierwszej. Prawie każdą ciekawostkę z Afer i skandali można rozwinąć, skomentować, wskazać na następstwa, analogie, różnice. Każdy to jednak musi to zrobić we własnym zakresie. Autor pozostawił to czytelnikowi i chwała mu za to. Jest to jednak zarazem przyczyna powodująca, iż nie jest to lektura dla każdego. Nie jest to lektura dla wierzących. Nie, nie mam na myśli wierzących w Boga. Tych, pomimo milionów składających publiczne zapewnienia, jest tak naprawdę niewielu. Mam na myśli wierzących w pewne schematy, stereotypy, w czarno-biały obraz świata. Wierzących zamiast myślących. Wierzących, że jak ktoś został uznany za świętego, to nie mógł być szują, że jak za męża opatrznościowego, którego dobre imię chronione jest ustawą, to nie był zwykłą mściwą kanalią, tyle, że obdarzoną pewnymi wyjątkowymi zdolnościami, itd.

A wrażenia całościowe? Z każdym nowym skrawkiem wiedzy o Polsce międzywojennej coraz bardziej dręczy mnie pytanie, czy gdyby nie było wojny, podwójnej okupacji i wszystkich jej skutków, czy wtedy przypadkiem Polska nie byłaby jeszcze gorszym krajem niż teraz? Ale to tylko takie moje rozmyślania. Na pewno w każdym czytelniku, który uważnie przeczyta całą książkę, wzbudzi ona inne myśli i inne refleksje. Dlatego polecam ją wszystkim. Demokracja to różnorodność, jedność to dyktatura. Afery i skandale Drugiej Rzeczypospolitej to wiedza i konkrety z tak minimalnym komentarzem autora, jak to tylko możliwe w historii, która przecież głównie na komentarzu stoi.

Jaszcze raz polecam


Wasz Andrew


* Dyskusyjny Klub Książki

czwartek, 1 maja 2014

"Jednorożec" Martin Walser - Podwójnie nieuchwytny

 

Jednorożec

Martin Walser

Tytuł oryginału: Das Einhorn
Tłumaczenie: Krzysztof Radziwiłł i Janina Zelter
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Seria: Proza Współczesna
Liczba stron: 487






Ludzkość jako całość to stworzenie niesłychanie egoistyczne. Antropocentryzm to rzecz wręcz wrodzona, podświadomie zakodowana, ba, to immanentna część naszej osobowości. Nic zatem dziwnego, że jeśli pragniemy podkreślić doniosłość, wielkość, wyjątkowość, etc. danego przedmiotu, zjawiska, czy idei, stosujemy zabieg personifikacji, nadając owej rzeczy przymioty ludzkie, tak jakby metaforyczne obdarowanie człowieczą naturą było najwyższą formą uznania. W ten oto sposób miasta zyskują swoje przepastne trzewia, sprawiedliwość jest ślepa, a książki posiadają duszę. Jeśli i ja miałbym w ten sposób potraktować moją ostatnią lekturę, to z pewnością określiłbym ją mianem mojego dobrego druha. Spędziliśmy ze sobą całkiem sporo czasu, bowiem stronnice mojego kompana obfitowały w treść na tyle bogatą, że nie raz, nie dwa musiałem przysiąść, przemyśleć, zagłębić się w refleksji, by móc wyruszyć w dalszą drogę po labiryncie jego prozy. Jakby tego było mało, przejechaliśmy razem blisko 300 km w pociągowym wagonie, wspólnie przeżyliśmy śmierć wybitnego polskiego poety, Tadeusza Różewicza, kilka razy dzieliliśmy jedno łóżko (chociaż do niczego, co mogłoby zgorszyć prawowitego człowieka nie doszło). Doznane razem radości oraz smutki zbliżyły nas na tyle, że z żalem pożegnałem się, dobrnąwszy szczęśliwie do ostatniej stronnicy, mimo solennej obietnicy, że nie rozstajemy się na zawsze, że jeszcze kiedyś do siebie wrócimy.

środa, 30 kwietnia 2014

Dla zakochanych




Poznając nową osobę, nie dzielisz z nią przeszłości, natomiast wspólna przyszłość pozostaje na razie znikoma. Jedyne więc co wam zostaje, to teraźniejszość, co do której masz nadzieję, że okaże się dobrym miejscem. W takiej chwili szaleją w tobie nerwy, emocje i hormony. W miarę upływu czasu początkowa pasja słabnie; a przeszłość i przyszłość znów się wyłaniają. Dzieje się tak nie dlatego, że ty lub twój partner się zmieniliście. Wynika to z faktu, że dorobiliście się wspólnej przeszłości oraz przyszłości, które wymuszają przyjęcie nowych postaw w stosunku do czasu.

wtorek, 29 kwietnia 2014

Na Izbie Przyjęć



Czekam wczoraj w kolejce do Izby Przyjęć Szpitala w Skierniewicach. System eWUŚ oczywiście nie działa, więc wszyscy po kolei podchodzą wypełniać oświadczenia, iż są ubezpieczeni. Ponieważ mamy ustawę o ochronie danych osobowych, więc pani po kolei po nazwisku wywołuje kandydatów na pacjentów i zadaje publicznie wcale przecież nie osobiste pytanie – Jakie ma Pan/Pani nałogi? Na razie przyznał się tylko jeden. Że jest palaczem. Jako dziesiąty podchodzi starszy pan. Szlachetna, wyprostowana sylwetka, arystokratyczne rysy i siwe włosy. Zawiedzeni dotychczasowymi odpowiedziami obecni znów nadstawiają uszy. Pada sakramentalne:

- Jakieś nałogi?

Starszy pan patrzy na pielęgniarkę jak na ufoka i wali z piękną dykcją:

- Dzisiaj jeszcze nic nie brałem.