Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

czwartek, 24 kwietnia 2014

Czytnik czy papier



Przysłuchując się dyskusjom na temat wyższości czytników e-booków nad książką tradycyjną, wydawaną na papierze, lub odwrotnie, i czytając ich odpowiedniki na forach internetowych, zauważyłem, iż aktywność zwolenników wersji elektronicznej wyraźnie większa jest w internecie niż w realu, a ponieważ dodatkowo spostrzegłem, iż niektóre osoby udzielają się w tym temacie na różnych forach jednocześnie, powtarzając te same argumenty, więc mam dość silne przeczucie, iż część tych głosów jest sponsorowana. Dotąd jednak nie wypowiadałem się zdecydowanie na ten temat, zwracając co najwyżej uwagę na różne aspekty obu rozwiązań, gdyż sam czytnika nie posiadałem i nabywać nie zamierzałem. I tak nie starczyłoby mi życia na przeczytanie wszystkich wartościowych książek dostępnych choćby w okolicznych bibliotekach. Jakiś czas temu tak się jednak zdarzyło, iż taki czytnik znalazł się w moim posiadaniu. Poużywałem go przez czas jakiś i postanowiłem opisać moje wrażenia, by tym, którzy się wahają, czy warto zainwestować w ten w końcu nie taki tani gadżet, ułatwić decyzję.


Od razu trzeba stwierdzić, że najgłośniejsi krzykacze z grona reklamującego e-booki nie czytują chyba innych książek niż literatura piękna. Nie wyobrażam sobie czytania podręcznika z jakiejkolwiek dziedziny wymagającej rysunku, wykresu czy tabeli na czytniku o przekątnej 6 cali. Nawet typowy format książki beletrystycznej zbliżony do formatu A-5 nie bardzo się sprawdza i nie bez powodu wiele podręczników akademickich, i nie tylko, wydawanych jest w formacie zbliżonym do A-4 lub nawet czasami większym (atlasy). Ktoś marzy o czytniku takiej wielkości? A kolor? Nie wszystkie informacje można przekazać w wersji black & white. Wyobrażacie sobie atlas ptaków w takiej wersji? Wolę kolor.

Oczy. Czytniki, przynajmniej te lepsze, oparte o technologię papieru elektronicznego, są reklamowane jako przyjazne dla oka. Nie ulega wątpliwości, iż bez porównania mniej męczą wzrok niż choćby monitory komputerowe, które muszą świecić, by działać. Podobno dobre czytniki kontrast mają porównywalny z tradycyjną książką. Jednak niestety nie jest aż tak różowo. Spodobało mi się powiedzenie często formułowane, niezależnie od siebie, przez wiele osób, które pierwszy raz widziały czytnik w akcji. „Jakby książka, tylko za szybką”. No właśnie. Na dłuższą metę ta szybka jednak trochę przeszkadza. Może nie zawsze, ale jednak. No i rozmiar tej szybki. Pracuję osiem godzin dziennie przy komputerze, a potem jeszcze następnych kilka zdarza mi się przy nim spędzić na rozrywce i innych zajęciach. Wzrok siada i gdy czytam, preferuję duże czcionki. Podzielcie książkę formatu pomiędzy A5 i A4 mającą kilkaset stron na kawałki wielkości prostokąta o przekątnej 6 cali i zachowajcie ten sam fizyczny rozmiar czcionki oraz wymiary odstępów między znakami i wierszami. Ile takich kartek będzie miała wersja 6-cio calowa i jaka będzie płynność czytania? Czytnik niestety przegrywa.

Ergonomia, czyli co lepiej leży w ręce. Nie widzę tutaj wielkiej różnicy. Książka odpowiednia rozmiarem do dłoni będzie w niej leżeć równie dobrze, jak czytnik i też można ją „obsługiwać” jedną ręką. Z jednej strony książkę łatwiej zabrudzić i nie można jej wyczyścić, ale z drugiej strony chyba tylko samobójca weźmie czytnik do wanny albo choćby poleje go kawą. Znów czytnik jest do tyłu, choć tym razem niewiele.

Ekonomia. Książki są darmowe. Biblioteki są ich pełne. Czytnik kosztuje, i to dość sporo, a w dodatku jego żywotność jest ograniczona. Nikt mnie nie przekona, że czytnik jest tańszą formą dostępu do książki.

Ekologia. To jeden z argumentów za e-bookami. Nie jestem przekonany. Jeśli będę korzystał tylko z bibliotek i antykwariatów nie obciążam środowiska w żaden wymierny sposób. Zresztą książka papierowa i tak sama w sobie jest dość ekologiczna – powstaje z materiału odnawialnego i nie trzeba jej nawet jakoś specjalnie utylizować – jest świetnym surowcem wtórnym. W przeciwieństwie do czytników. Wiele materiałów do nich użytych jest wybitnie trudnych w utylizacji. W dodatku każdy z takich wytworów nowoczesnej techniki potrzebuje specyficznych surowców, jak choćby metali ziem rzadkich, których wyczerpanie może spowodować kres naszej cywilizacji, gdyż są do jej istnienia niezbędne, a problem jest tak ważki, iż wiele krajów utajnia dane o wydobyciu i obrocie wybranymi materiałami.

Ile książek rocznie czyta przeciętny Polak tak naprawdę nikt nie wie. Kupuje podobno półtora, ale czy je czyta? Przyjmijmy jednak, że dwie książki rocznie. Nie wiem, czy dwie książki rocznie to większe obciążenie dla środowiska, niż czytnik. Książki posłużą pokoleniom lub pójdą na przemiał, a więc też będzie to rozwiązanie ekologiczne. Na pewno lepsze niż czytnik mający zastąpić owe dwie książki, który posłuży… No właśnie – jak długo? Kindle daje na swój czytnik aż rok gwarancji, choć nasze przepisy takiej opcji nie przewidują. Boi się, że statystycznie dwóch lat nie wytrzyma? Jak by nie było, czy to będzie rok, dwa, czy pięć, stwierdzenie, iż czytnik jest bardziej ekologiczny niż książka, jest dla mnie tylko reklamą czyli legendą nieprawdziwą.

Jedyną tak naprawdę wielką zaletą czytnika jest to, iż jeśli ktoś ma potrzebę, by mieć częsty i szybki dostęp do wielu książek, które już przeczytał, a nie ma w pobliżu biblioteki, to właśnie dla takich osób jest to rozwiązanie idealne. Pod warunkiem, że to nie książki z zakresu nauk ścisłych. Ile jednak jest takich przypadków? Znam trochę ludzi posiadających znaczące ilościowo księgozbiory, ale nie tylko, że raczej nie wracają do swych skarbów, to często nie przeczytali ich nawet raz. Hasła reklamowe typu „w czytniku wielkości notesu zmieścisz tysiące książek” celują nie w potrzebę wiedzy, dostępu do informacji, a w najniższe instynkty odziedziczone po niepiśmiennych przodkach – mieć więcej, więcej niż inni, mieć! Nie wiedzieć, nie rozumieć, nie przeżyć, a mieć!

Wolny dostęp do wiedzy. Dotąd myślałem o tym tylko w jednym aspekcie. Kontroli. Wyobraźmy sobie, że nie ma już książek papierowych. Marzenie władzy, kapitalistów i służb specjalnych. Można wprowadzić cenzurę o skuteczności stuprocentowej. Można śledzić kto jakie lektury czyta, kiedy i gdzie. Wreszcie koniec z darmowymi bibliotekami dla biedaków – kto chce czytać, niech kupi czytnik. Pisząc jednak tekst o końcu świata skojarzyło mi się coś, co zauważyli już mistrzowie fotografii. W fotografii analogowej jesteś niezależny od postępu lub upadku cywilizacji. Póki masz swój negatyw i wiesz, jak wyprodukować odczynniki, zawsze możesz wykonać nowe odbitki. W fotografii cyfrowej jesteś zależny od dostępnego oprogramowania. Na pewno z czasem stare formaty zapisu przestaną być wspierane przez nowe rozwiązania. W razie upadku cywilizacji nie będzie z nich najmniejszego pożytku. Podobna jest sytuacja w realiach książka papierowa vs. elektroniczna. Dopóki będziesz umiał czytać, wiedza z klasycznej biblioteki zawsze będzie dla ciebie dostępna. Wersja elektroniczna jest zależna od sprzętu, oprogramowania i dostaw energii.

Jakie z tego wyciągnąć wnioski, każdy musi ocenić sam. Jednak na pewno, jeśli nie będziesz musiał często mieć natychmiastowego dostępu do swego księgozbioru, kupo czytnika jest tak samo ekologiczne jak kupno nowszej komórki czy samochodu tylko dlatego, że cię na to stać. Jeśli masz zaledwie kilka lub kilkanaście ulubionych lektur, do których ciągle wracasz, lepiej mieć je na półce w wersji papierowej. Jeśli zaś w ogóle nie wracasz do raz przeczytanych książek, lub robisz to sporadycznie, to przyznaj sam przed sobą, że kupujesz czytnik dla własnego kaprysu i masz gdzieś ekologię, przyszłość ludzkości i wszystko poza własnymi zachciankami.


Wasz Andrew

środa, 23 kwietnia 2014

Nowe czy stare?

czyli moto bajania o ekologii


Sprzedawcy nowych samochodów i opłacane przez nich lobby wciąż krzyczą, że nowe samochody są bardziej ekologiczne od starych. Wtórują im siedzący w kieszeniach koncernów politycy, komentatorzy, sportowcy i „eksperci”. Porównajmy dwa samochody:


This file is licensed under the Creative Commons Attribution-Share Alike 3.0 Unported, 2.5 Generic, 2.0 Generic and 1.0 Generic license. Autor Ruizo




Citroёn 2CV produkowany w latach 1948-1990 i Toyota Prius produkowana od 1996 roku. Pierwsza konstrukcja, stary złom wyposażony w silnik spalinowy, druga wielce nowoczesny pojazd z silnikiem hybrydowym (spalinowy+elektryczny). Problem w tym, że… spalanie paliwa jest wnich takie samo. Postęp w tej dziedzinie żaden, za to w innych… Cytrynka była tania, a Japończyk do takich nie należy. Cytrynkę byle kowal naprawił, a Japoniec… Takie litościwe niedomówienie. Silnik Cytrynki praktycznie niezniszczalny, w porównaniu do nowych konstrukcji można powiedzieć, że wieczny, a Toyotka… Cóż, wszystkie nowe modele każdej marki mają resurs silnika z reguły co najmniej o połowę krótszy niż modele sprzed 20 lub trzydziestu lat. A utylizacja? Cytrynka wyrzucona na łono przyrody zmienia się z biegiem lat w kupkę rdzy, ale można ją przecież wcześniej przetopić na złom. A utylizacja choćby samych akumulatorów z Japońca… Jedyne, co różni tak naprawdę te dwie konstrukcje to komfort. Tylko gdzie tu ekologia? Niszczenie planety i zniszczenie ludzkości, by nieco wygodniej wozić cztery litery... Nawet wątpliwe, czy wygodniej, gdyż biorąc pod uwagę różnicę cen tych konstrukcji trzeba zauważyć, że na nowe autko trzeba się wielokrotnie więcej naharować niż na stare, a tyranie na samochód nie jest niczym wygodnym w porównaniu do lenistwa.

Oczywiście były i dawniej samochody, które paliły jak smoki i obciążały środowisko nad miarę nie bacząc na rozsądek i przyzwoitość. Znamienne jest jednak, że zamiast kontynuować linię rozwojową naprawdę ekologicznych konstrukcji, tworzy się wciąż nowe zbrodnicze dla planety technologie. Rozwiązania, które tak naprawdę zaspokajają najniższe instynkty i potrzeby z epoki kamienia łupanego – mieć więcej niż inni. Więcej luksusu, większą moc, większe przyspieszenie. Pisałem o tym niedawno w poście Koniec świata... Mieć cokolwiek, co sprawi, że poczuję się lepszy, skoro dobry ani mądry poczuć się nie mogę. A że zegar zagłady tyka i tylko go podkręcam? Nieważne. Po mnie choćby potop. Co tak naprawdę obchodzi mnie, co zostawię dzieciom i wnukom. Ważne, bym mógł myśleć, że coś im zostawiam, póki ja żyję. A potem… Niech się same martwią. Może też zdążą jeszcze pożyć nim nastąpi koniec świata.


Wasz Andrew

wtorek, 22 kwietnia 2014

Koniec Belle époque

Jan Guillou

Bracia z Vestland

tytuł oryginału: Brobyggarna

tłumaczenie: Anna Krochmal, Robert Kędzierski

wydawnictwo: Sonia Draga 2013

trylogia: Złoty wiek (Det stora århundradet)

liczba stron: 560


Chyba nie jestem typem fana. Chyba nie potrafię się w nikogo ani w nic zapatrzeć do końca i bezkrytycznie. Na pewno jednak Jan Guillou, najprawdopodobniej najpopularniejszy pisarz szwedzki, jest od dawna moim ulubionym autorem, choć w naszym kraju nie od razu zdobył poczytność. Cykl książek o szwedzkim super agencie Carlu Hamiltonie rozpoczynający się powieścią Coq Rouge od razu podbił me serce i tak już pozostało – wszystkie u nas wydane odsłony tej serii uważam za niezwykle udane. Gdy Guillou zmienił totalnie profil swej twórczości wydając czteropowieściowy cykl Krzyżowcy, byłem w szoku, gdyż pomimo diametralnej zmiany czasu, w którym osadził nowe powieści, i oryginalnych, odpowiednich do nich rysów psychologicznych postaci, jednym słowem totalnie nowego pola do popisu, podbił mnie ponownie. Krzyżowcy trafili na półkę z ulubionymi książkami obok wyczynów hrabiego Hamiltona i niezwykle oryginalnej powieści Zło.


Gdy dowiedziałem się, że Jan Guillou w najnowszej powieści Bracia z Vestland znów podjął wyzwanie, jakim niewątpliwie jest kolejna zmiana epoki, w której osadza się utwór literacki, byłem pełen niepewności, czy i tym razem podoła. Tak więc, gdy tylko egzemplarz Braci, pierwszej powieści składającej się na trylogię Złoty wiek, wpadł w moje ręce, zabrałem się do lektury, by jak najprędzej rozstrzygnąć co było uzasadnione - obawy czy nadzieja.

Książka w wersji z twardą okładka oraz szytym grzbietem prezentuje się bardzo solidnie i można liczyć na to, że będzie długo służyć. Wewnątrz brak jakichkolwiek ilustracji, co moim zdaniem jest zaletą przy lekturze odwołującej się do wyobraźni czytelnika. Szata graficzna okładki nawiązuje zarówno do polskiego tytułu, jak i oryginalnej wersji językowej (Brobyggarna czyli Remont mostów – za automatycznym tłumaczem Google). Symptomatyczne jest, iż nasi rodzimi marketingowcy uznali, że tytuł wiążący się z mostami i remontami w naszym kraju nie będzie chwytliwy, najprawdopodobniej całkiem słusznie zresztą, w Szwecji zaś nie przeszkodził w zajęciu pierwszych miejsc na listach popularności. Daje do myślenia.

Szkoda, że w pierwszym wydaniu znalazło się kilka literówek i innych błędów, najzupełniej niepotrzebnie trochę psujących lekturę, nawet takich, których na chochlika drukarskiego zrzucić nie można, jak choćby pomylenie menażki z manierką. Muszę też wspomnieć o jakiejś mętności stylu, która mnie zastanawiała w pierwszych rozdziałach książki, a za którą, jak przypuszczam, ponosi winę któryś z tłumaczy. Proza Guillou zawsze charakteryzowała się wyjątkową jasnością, klarownością i jednoznacznością, a tu takie coś. Na szczęście ten niewielki dyskomfort mija w trakcie dalszej lektury – styl wyraźnie się poprawia. Szkoda jeszcze, że w książce, o pokaźnej przecież objętości, nie znalazło się miejsce na tłumaczenie obcojęzycznych wstawek czy coś tak banalnego, ale jednak przydatnego, jak spis treści.

Uwielbiam klimaty skandynawskich sag takich jak niegdyś wielce popularny Rudy Orm. Nawet Krystyna córka Lavransa urzekła mnie, choć kilka razy przy niej usnąłem. Guillou wielce mnie zachwycił Krzyżowcami, w których cudownie ożenił klimat rodem z legend o Wikingach z opowieścią o powstaniu państwa szwedzkiego. Tym razem, w Braciach z Vestland, zafundował nam sagę o biednej rodzinie norweskich rybaków, którą okrutne morze nagle pozbawia głowy, czyli ojca i żywiciela. Saga ta jednak nie rozpoczyna się w zamierzchłych czasach, a… Na początku wieku XX! Co najdziwniejsze, jakoś w te całkiem nowożytne przecież czasy udało się wpleść to coś, co stanowi o specyfice opowiadań o skandynawskich herosach. Jak się potoczą losy trójki młodych chłopców półsierot i ich matki nie będę oczywiście zdradzał. Powiem tylko, że poznamy wymagające wielkiego hartu ciała i ducha warunki budowy pierwszych kolei w Afryce i mroźnej Norwegii. Zobaczymy jak wyglądały realia świata przed I wojną światową w oczach Skandynawów z północy, jak funkcjonowało społeczeństwo Norwegii, Niemiec i Niemieckiej Afryki z tamtych czasów. Przygody i wielkie miłości, jakie spotkają trójkę naszych bohaterów, już same w sobie wystarczyłyby na solidną powieść. Nie jest to jednak pozycja godna polecenia osobom szukającym lekkiej, bezmyślnej lektury pełnej tylko i wyłącznie przygód. Ci mogą się nawet poczuć znudzeni, gdyż wielką zaletą, którą z kolei docenią wszyscy inny, jest rys pokrewny szwedzkiej szkole kryminału społecznego, czyli ukazanie problemów i patologii ówczesnego społeczeństwa. Nie bez aluzji do czasów dzisiejszych.

Początek wieku XX był czasem wielkich nadziei, w głównej mierze związanych z gwałtownie przyspieszającym rozwojem nauki i techniki. Pewna pozorna naiwność tych wyobrażeń jutra widziana oczami ówczesnych ludzi jest oddana tak wspaniale, iż może nawet śmieszyć. Do czasu, gdy najdzie nas refleksja, iż niewiele się w tej materii nauczyliśmy i nic się tak naprawdę nie zmieniło. Widać wyraźnie, i w powieści, i dzisiaj, że nadzieje na ulepszenie świata zawiodły, gdyż tylko nieliczni dorośli do rewolucji w nauce, technice i technologii, a rozwój społeczny też nie nadążył za tymi zmianami. Rozdźwięk między najbiedniejszymi a najbogatszymi zamiast się zmniejszyć, wciąż rośnie.

Guillou świetnie oddaje realia epoki i ukazuje, że rzeczy, które wydają się nam oczywiste od zawsze, nie zawsze takimi były. Szokuje choćby opis szeregowych latryn stojących na podwórkach miejskich kamienic i przypominających dzisiejsze szeregowe garaże, z tym, że z garaży korzysta jeden samochód, a z każdego z tych kibelków korzystały wspólnie dwie rodziny. Z drugiej strony powieść ukazuje nam, iż pośród mnóstwa rzeczy, które się zmieniły, są i takie, które zmianom nie uległy, i zwłaszcza do tych ostatnich pasuje słówko niestety. Z tej kategorii szczególnie pięknie wytknięte są stare jak świat warunki wejścia do kręgów władzy i wielkiego biznesu, czyli znajomość mechanizmów robienia pieniędzy i kultywowanie wielowymiarowej obłudy.

Jedną z rzeczy, które uwielbiam u skandynawskich pisarzy jest to, iż w ich twórczości widać, jak w żadnej innej, że Europa wcale nie jest jednolita. Nawet w sferze stereotypów. Finlandia w której uważa się Niemców za naród drobnych hotelowych złodziei (Anioły Śniegu pióra Thompsona Jamesa) jest bardzo oryginalna, ale i Szwecja niewiele jej ustępuje. Już kilkakrotnie w powieściach szwedzkich autorów znalazłem wplecione dygresje o zdecydowanie negatywnej ocenie amerykańskiej wersji demokracji i Guillou również nie zostawia na nich suchej nitki uważając Amerykanów za naród prymitywny i gotowy do każdej podłości. W dodatku wszystkie zarzuty, jakie stawia ich dorobkowi i wkładowi w historię ludzkości niestety są prawdziwe. Dużo bardziej szokujące dla polskiego czytelnika mogą być jednak notki, jakie wystawia innym nacjom - Anglikom, a zwłaszcza najpodlejszym z podłych, czyli Belgom.

Przy okazji tego wątku zrodziło się we mnie przekorne pytanie – refleksja. Dlaczego komunizm i faszyzm są zakazane i potępiane, a monarchia nie? Wszak Leopold II władca Belgii, mając do dyspozycji nieporównywalnie mniejsze środki niż Stalin i Hitler zdołał wymordować porównywalną liczbę ludzi. I nikt nie wypomina Belgom tej historii tak jak Niemcom czy Rosjanom.

Jak przystało na prawdziwego skandynawskiego mistrza pióra społecznego, mamy tych wątków społecznych i socjologicznych całe mnóstwo. Piękne jest choćby podkreślenie, iż są różne rodzaje inteligencji i mądrości, a człowiek wybitny w jednych dziedzinach może być wręcz infantylny w innych, o naiwności młodości nie wspominając.

Dla mnie osobiście nie brak smutnych refleksji z tej lektury. Ogólnych, jak choćby przemiana uczciwych, dobrych ludzi w bezduszne maszynki do zabijania i zarabiania pieniędzy, dokonująca się pod wpływem Sytuacji i Systemu, jak by to określił Zimbardo, czy szczególnych, polskich, jak choćby to, że już od wieków społeczeństwa takie jak skandynawskie były skłonne do planowania i inwestowania na wiele lat naprzód w oczekiwaniu na odroczone gratyfikacje, co u nas niestety jest dalej domeną literatury science fiction.

Przemyśleń o czasie jest więcej. Szczególne trafne jest ukazanie, jak warunki wpływają na jego postrzeganie. Perełką jest porównanie, dosłownie, życia norweskich robotników kolejowych do życia w więzieniu, ze względu na ich mentalne uwięzienie w czasie teraźniejszym.

Ciekawe jest też spojrzenie na moralność różnych nacji z ich punktów widzenia. Jak choćby to, że w Niemczech normalne było, iż studenci korzystają z burdeli, u nas zaś było to, i jest, zdecydowanie naganne, odwrotnie niż uwiedzenie porządnej panny czy mężatki, co mężczyźnie przydaje nawet pewnego rodzaju powodu do dumy.

Sposób, w jaki autor przenosi nas w klimaty norweskiej północy i niemieckiej Afryki przywodzi na myśl najlepsze pozycje literatury podróżniczo-awanturniczej. Klasa sama w sobie. A dla mnie subiektywnie prawdziwą perełką i dowodem na wyjątkową wszechstronność pisarza jest opis cesarskich regat w Kilonii. Wątki marynistyczne są wyjątkowo zdradliwe dla wszystkich autorów spoza tego gatunku, a to, co zaserwował Guillou jest wręcz porywające, zwłaszcza dla każdego, kto posmakował, w realu lub choćby literaturze, co to atmosfera regat, wycie wiatru w sztormie i trzask dartych przez szkwał żagli.

Jak już pewnie się zorientowaliście, kolejna książka trafiła na moją półkę z ulubionymi, do których systematycznie powracam. Polecam gorąco każdemu, choć pewnie nie każdemu musi się spodobać. Jeszcze takiej nie napisano. Warto jednak, by każdy sam się przekonał i ocenił po swojemu


Wasz Andrew

* Dotąd wydane powieści serii Det stora århundradet (The Great Century) polski tytuł Złoty wiek:

  1. Brobyggarna (The Bridge Builders) (2011) tytuł polskiego wydania Bracia z Vestland (2013)
  2. Dandy (2012) polski tytuł Dandys (2014)
  3. Mellan rött och svart (2013) polski tytuł Pomiędzy czerwienią a czernią (2015)
  4. Att inte vilja se (Not Wanting to See) (2014)
  5. Blå stjärnan (2105)


Bracia z Vestland [Jan Guillou]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

niedziela, 20 kwietnia 2014

Henry James "Daisy Miller" - Nieroztropna, nierozważna, wyemancypowana

Daisy Miller

Henry James

Tytuł oryginału: Daisy Miller
Tłumaczenie: Jadwiga Olędzka
Wydawnictwo: Książka i Wiedza
Seria: Koliber
Liczba stron: 116






Sentencja irlandzkiego biskupa oraz filozofa George’a Berkeleya Esse est percipi (z łac. Być, znaczy być postrzeganym), którą przytoczyłem niedawno w nawiązaniu do twórczości Philipa K. Dicka okazuje się zaskakująco pojemna. Myśl ta miała stanowić fundamentalny dowód potwierdzający istnienie Boga, bowiem to właśnie On jest wiecznym obserwatorem swojego dzieła, a poprzez nieustanne dostrzeganie świata, świat może istnieć. Sprawa jest o tyle interesująca, że jeśli ideę pozbawić teologicznych pierwiastków oraz potraktować nieco bardziej metaforycznie, jawi się ona jako niezwykle aktualna oraz możliwa do przyłożenia także do szarej, ludzkiej codzienności, która z racji przesiąknięcia człowieczą jakże ułomną naturą, z boską doskonałością ma niewiele wspólnego. Nie jest żadną tajemnicą, że egzystencja fizyczna, którą możemy stwierdzić na podstawie funkcji życiowych organizmu nie jest równoznaczna z egzystencją towarzyską. Kultura ludzka to od zarania dziejów sieć skomplikowanych rytuałów, wierzeń, przesądów, praktyk oraz przyzwyczajeń. Każde społeczeństwo posiada własne zasady, wzorce zachowań, tradycje, które definiują daną cywilizację, ale cechą wspólną, charakteryzującą niemal wszystkie ludzkie zbiorowości jest podział na istoty bardziej wartościowe oraz zdecydowanie mniej cenne. Żywot niejednego człowieka to uporczywe dążenie do tego, by zostać zaklasyfikowanym do pierwszej ze wspomnianych grup, do której najłatwiej trafić albo z racji więzów krwi albo poprzez odpowiednio wysoki majątek. Ludzie, którzy zaczynają cieszyć się estymą otoczenia z racji zarobionych szybko i w znacznych ilościach pieniędzy określani są mianem nowobogackich, a sposób ich postrzegania, a więc swoistego formułowania ich egzystencjalnych ram, jest kwestią na tyle intrygującą, że zajęła się nią także literatura. Dobrym przykładem na potwierdzenie tej tezy jest książka Daisy Miller, autorstwa Henry’ego Jamesa.

sobota, 19 kwietnia 2014

Wielkanocne życzenia


Wesołych Świąt!


 

Czołem!

Jeśli mimo całej świątecznej krzątaniny związanej ze święceniem pokarmów, przyjmowaniem gości, czy spędzaniem wolnego czasu z rodziną, znaleźliście jeszcze chwilę, by tutaj zajrzeć, chcielibyśmy życzyć Wam wszystkiego co najlepsze. Szczęścia, bo ono zawsze w życiu jest potrzebne, zdrowia, bo to chyba fundament oraz niejednej chwili wolnego czasu, którą moglibyście spożytkować na krótką refleksję, czy lekturę dobrej książki.



Wesołego Alleluja życzą
Ambrose i Andrew

piątek, 18 kwietnia 2014

Chleb dla leniwych




Po kolejnych, pozamiatanych pod dywan aferach związanych z rynkiem artykułów spożywczych, zacząłem rozmyślać nad samodzielnym wypiekiem chleba. Tym bardziej, iż w Polsce konsumencki nadzór rynku w ogóle nie istnieje i informacje choćby o polskich piekarniach wykorzystujących sól drogową zamiast spożywczej łatwiej wyszukać za granicą, niż w kraju. Tak naprawdę w ogóle nie wiemy, ani nie mamy możliwości kontrolować, co jemy. Mięsa z padliny staram się unikać choćby przez częstsze spożywanie ryb słonowodnych. O chlebie myślałem i myślałem, ale odrzucały mnie te zabawy z zaczynem, o których czytałem w wypowiedziach osób dyskutujących o domowym wypieku chleba. Nie mam czasu o tym pamiętać, a szczerze mówiąc mi się nie chce. Na szczęście trafiłem na przepis na chleb, który można robić „od ręki”, bez żadnych wcześniejszych przygotowań. Wypróbowałem, sprawdził się, więc polecam.


Składniki:
  • otręby pszenne lub żytnie
  • mąka żytnia razowa
  • mąka pszenna
  • 10 dag drożdży
  • ziarna słonecznika
  • 1 litr wody przegotowanej ciepłej
  • 1 łyżka soli

Do wody dodajemy pokruszone drożdże i czekamy około kwadransa. Potem dodajemy sól, ¾ szklanki otrębów, ¼ szklanki słonecznika (można dodać też pestki dyni lub inne dodatki według uznania). Mieszamy łyżką drewnianą dodając 25 dag mąki żytniej razowej i 75 dag pszennej. Ciasto mieszamy łyżką około 5 minut, aż do wyrobienia w jednolitą masę. Nakładamy ciasto do dwóch blaszanych foremek (wąskich podłużnych) wysmarowanych masłem lub margaryną i posypanych mąką żytnią. Po nałożeniu ciasto z góry wygładzamy łyżką zmoczoną wcześniej we wrzątku. Na koniec można je polakierować jajkiem.

Pieczemy w temperaturze +200 stopni około godziny (1,5 godziny w piecyku elektrycznym do ciasta bez termostatu).


Może przyda się do świątecznego jajka. Ja jutro piekę kolejną partię.



Smacznego i zdrowego


Wasz Andrew

czwartek, 17 kwietnia 2014

Wzburzone wody codzienności

Niespokojne morze

Edward Bochnak

Wydawnictwo: Firma Fotograficzno-Poligraficzna AGNI
Liczba stron: 295









 

Starość to zmierzch naszej ludzkiej egzystencji. Na ogół kojarzona jest ona jako okres mało przyjemny. Człowiek, po przeżytych trudach, przepracowanych godzinach, otrzymuje wreszcie zasłużony czas wolny, którym może dysponować do woli. Ironia przewrotnego losu polega jednak na tym, że najczęściej brakuje już sił, energii, witalności, by spożytkować go w pełni tak, jak to sobie wymarzyliśmy jeszcze kilka lat wcześniej. Postępujący rozkład komórek, choroby związane z wiekiem, czy wcale nierzadkie zmęczenie i znużenie ludzką egzystencją, która napiętnowana jest gęsto cierpieniem oraz niepowodzeniem odbierają zapał do twórczej działalności, czy urzeczywistniania zamierzonych planów. Być może z tego powodu w naszym kraju nie brakuje ludzi zgorzkniałych, rozczarowanych oraz zwyczajnie smutnych, którzy ostatnie dnie pędzą w milczącej złości, wegetując na granicy społecznej świadomości. Oczywiście kreślony przeze mnie obraz jest na wskroś pesymistyczny i na szczęście nie dotyczy wszystkich. Najlepszym przykładem na to, że starość może stanowić etap naszego żywota, w którym zaczynamy realizować swoje pasje jest historia mojego dziadka wujecznego (brata mojej babci), Edwarda Bochnaka. Przez długie lata służył on jako marynarz, błąkając się po niezliczonej ilości portów, rozsianych po całym globie. Karierę na morzu przerwała mu ciężka choroba, z którą zmaga się do dzisiaj. Ale nie dość, że nie poddał się dysfunkcjom swojego organizmu, to odniósł ogromny sukces, spełniając swoje marzenia o tym, by zostać pisarzem. Na swoim literackim koncie Edward Bochnak posiada już dwie wydane powieści. Dzisiaj chciałbym przedstawić wam jego najnowsze dzieło, utwór zatytułowany Niespokojne morze, który podobnie jak debiut, W szponach Orientu, znalazł się w szerokim gronie nominowanych do Nagrody Literackiej Europy Środkowej „Angelus”.
Niespokojne morze to zgodnie z tytułem powieść o ludziach, którzy swój żywot w mniejszym bądź większym stopniu związali z bezmiarem wód. Główną bohaterką utworu jest Magda, żona kapitana statku. To elegancka oraz wciąż atrakcyjna czterdziestoletnia kobieta, która tęsknotę za mężem koi w odpowiedzialnej pracy w morskiej spedycji. Na co dzień jest to osoba ułożona, dystyngowana oraz pewna siebie, w dodatku profesjonalistka w każdym calu, która w wybranym przez siebie zawodzie regularnie święci tryumfy, ciesząc się opinią uznanej specjalistki. Tyle że, jak przekonamy się w trakcie lektury, silna osobowość to tylko jedno z oblicz Magdy, które pomaga jej maskować ból, wywołany długimi i częstymi rozłąkami z ukochanym. Wraz z kolejnymi kartami powieści wyłania się obraz kobiety pozostawionej samej sobie, borykającej się z bieżącymi kłopotami w szarzyźnie codzienności. Na jej barkach spoczywa obowiązek troski o ciepło domowego ogniska, ale bezustanna samotność zaczyna przekraczać jej wytrzymałość. Ciągłym pożegnaniom przed kolejnym rejsem towarzyszy w dodatku silny stres, związany z obawą o życie małżonka. Nie jest to przy tym jedyna sprzeczność, którą nosi w sobie Magda.
Portret silnej i niezależnej kobiety doskonale radzącej sobie w wymagającej pracy, śmiało rozwijającej własną karierę mocno koliduje z wizerunkiem męczennicy, której szaty często przywdziewa bohaterka. Magda w pełni zdaje sobie sprawę, że jej mąż łagodzi żal wywołany nieobecnością ukochanej, szukając pocieszenia w ramionach innych kobiet. Mimo to cierpliwie, niemal potulnie znosi ona kolejne zdrady małżonka, przymykając oczy na jego niewierność, tłumacząc sobie, że to tylko chwilowe, dziecięce wybryki, na które w gruncie rzeczy nie można się zrzynać. Odkrywając kolejne rysy charakterologiczne Magdy można zauważyć sporo podobieństw do Matsuko, bohaterki znakomitej japońskiej powieści zatytułowanej Zimowa kwatera, autorstwa Tomojiego Abe. Obie panie to katoliczki, żarliwie wyznające swoją wiarę, czerpiące z niej niespożyte pokłady sił duchowych, pozwalające mierzyć się z wszelkimi przeciwnościami losu. Zaskakująca, ale przecież tak często spotykana, jest ponadto chęć dochowania przysięgi złożonej przed obliczem Boga i wytrwania przy rozpustnym małżonku. Podejmowane przez te kobiety działania niekiedy przywodzą wręcz na myśl chęć autodestrukcji, która może wynikać z domniemanej winy, jaką stanowi niemożność nawrócenia niepokornego ukochanego. Sprawa jest o tyle interesująca, że całkiem zbliżony fresk został nakreślony przez przedstawicieli dwóch zupełnie odmiennych cywilizacji – Wschodu i Zachodu.
Ale intrygująca i niejednoznaczna bohaterka to niejedna zaleta utworu. Przyznaję, że pozytywnie zaskoczyła mnie złożoność wykreowanej fabuły. Poszczególne wątki zostały zgrabnie połączone, nie brakuje przy tym zaskakujących zwrotów akcji. Na scenie pojawiają się niespodziewani aktorzy, których przypisana w odgrywanym dramacie rola zostaje odkrywana stopniowa, w taki sposób, że niełatwo jest przewidzieć dalszy rozwój wypadków oraz samo zakończenie powieści. Wydarzenia rozgrywają się w Gdyni oraz Rotterdamie, dwóch portowych miastach. Warto przy tym nadmienić, że obie lokalizacje zostały starannie odmalowane przez Bochnaka. Tło utworu jest wyraziste, a wydarzenia możemy łatwo umiejscowić w konkretnych lokalizacjach, które zostały bardzo dokładnie odtworzone. Razem z bohaterką przyjdzie nam spacerować po gdyńskiej plaży, błąkać się po dzielnicach tego portowego miasta, czy spędzać czas delektując się urokami Rotterdamu.
Książka nie jest niestety idealna, a decyduje o tym głównie styl, który nie przypadł mi zbytnio do gustu. Co prawda zdania sklejane są z dobrego jakościowo surowca – stosowany język jest bardzo bogaty oraz plastyczny, tyle, że słownej materii zastosowano zbyt wiele. W konsekwencji misternie lepiona literacka bryła zwyczajnie rozłazi się i pęka w szwach. Wiele zdań jest zbyt długich, przegadanych, sporo sentencji pozostaje jałowych, niezbyt wiele wnosząc do samego utworu za to skutecznie rozciągając fabułę, rozwlekając ją do granic możliwości. Kwieciste i egzaltowane wypowiedzi zbyt często przeradzają się w tyrady, wygłaszane przez kolejnych bohaterów. W efekcie niektóre dialogi rażą sztucznością.
Oprócz drażniącego stylu, przynajmniej na pierwszy rzut oka może irytować pozorna przyczynowość świata wykreowanego przez Bochnaka. Śledząc dość zawiłe losy bohaterów początkowo odniosłem usilne wrażenie, że z każdego uczynku zostali oni solennie rozliczeni. Wszelka małość, podłość, niegodziwość, zwątpienie, niewierność zostały w mniejszym bądź większym stopniu napiętnowane oraz należycie odpokutowane. Dokładnie tak jakby pokrętne dzieje swoich wyrodnych dzieci obserwował Ojciec Niebieski, będący sędzią sprawiedliwym, przykładnie każącym za najdrobniejsze wykroczenia przeciw boskiemu prawu. Taki obraz rzeczywistości, tj. boskiego interwencjonizmu na każdym kroku ludzkiego bytowania na ziemskim padole, jest dość mocno rozpowszechniony w polskiej mentalności, ale wydaje mi się, że jest on równie fałszywy, co szkodliwy. W moim mniemaniu jest on w dodatku sprzeczny z samym chrześcijańskim nauczaniem, które przecież podkreśla wyraźnie, że człowiek posiada wolną wolę, a jego postępowanie zostanie ocenione dopiero w trakcie sądu ostatecznego. Tyle, że swoiste kupowanie bożej przychylności jest rozwiązaniem o wiele prostszym niż żywot pędzony zgodnie z jezusowym nauczaniem. Z tego powodu nie do końca mogę zaakceptować wizję, wedle której chciwiec śmiertelnie zachłystuje się swoim bogactwem, a rozpustna kobieta z takim samym skutkiem zatraca się w cielesnym pożądaniu. Ale i w tej materii dałem się zaskoczyć autorowi, a przyjęta przeze mnie teza o srogim kreatorze co rusz poprawiającym swoje dzieło, okazała się bardzo łatwa do obalenia. Otóż książkowe czarne charaktery, które zarysowane są w dość wyraźnej opozycji do reszty bohaterów (pozostających ludźmi upadającymi, błądzącymi, ale jednak kierującymi się w swoim postępowaniu moralnością), wiodą swój żywot napiętnowany złem i występkiem bez żadnych wyraźnych wstrząsów. Jedyną karą, jaką zdaje się ich spotykać jest egzystencjalna pustka, którą bez wyraźnego efektu próbują wypełnić m.in. hedonizmem. Ostatecznie książka prezentuje smutną, ale chyba odwieczną prawdę, z którą całkiem spora rzesza osobników do dziś nie może się pogodzić, że wielu szubrawców, bezwzględnych oprawców, pospolitych bandytów, czy wyrafinowanych morderców nie doczekuje się należnej im kary jeszcze za swojej ziemskiej bytności. Płazem uchodzą im popełniane czyny, nawet te najbardziej okrutne i bestialskie, a ich gorszącego żywota nie ucina boska ręka.
Bohaterowie samej powieści, a w szczególności Magda jawią się jako ludzie z krwi i kości, którzy na co dzień prowadzą zmagania z własnymi słabościami charakteru, ułomnością wpisaną w ludzką naturę. Na podstawie książki można wręcz stwierdzić, że człowiecza istota to arena odwiecznych i wyczerpujących zmagań pomiędzy tym, co cielesne, fizyczne, a więc kojarzone z pierwotnymi instynktami a tym, co duchowe, niewypowiedziane, transcendentne (mocno uogólniając złożoność konfliktu można odwołać się również to starcia dobra ze złem). Konieczność podejmowania niejednoznacznych, nie poddających się łatwiej ocenie działań, przymus dokonywania wyborów pomiędzy mniejszym a większym złem rodzą skłaniające do refleksji pytania. Czy miłość można zupełnie odseparować od fizycznego pożądania? Czy kierowanie się seksualnym popędem, zawsze i w każdych okolicznościach jest oznaką zezwierzęcenia, bądź uprzedmiotowienia? Czy wdowa ma prawo darzyć uczuciem innych mężczyzn, czy do końca swojego żywota powinna pielęgnować żal oraz wyczekiwać wieści o zaginionym małżonku? Książka stawia oczywiście znacznie większe ilości pytań oraz co ważne nie serwuje gotowych odpowiedzi, do których czytelnik musi dotrzeć samodzielnie. Powieść zdaje się także uzmysławiać, nawiązując jeszcze do postulowanej, a jednak złudnej przyczynowości, że również człowiek w ogromnej mierze jest siłą sprawczą w otaczającej nas rzeczywistości. Bohaterowie o silnie rozwiniętym aparacie moralnym, kierujący się w swoim życiu sumieniem, czy zwykłą przyzwoitością zdecydowanie częściej cierpią, znacznie dotkliwiej odczuwają trudy prowadzonej egzystencji, są o wiele bardziej narażeni na przeciwności losu, które chyba w pewnej mierze sami prowokują (czy wręcz prokurują). Być może to zdecydowane i uporczywe wybieranie najtrudniejszych życiowych ścieżek (które przecież można traktować jako podświadomą wolę samozniszczenia) to swoista forma ekspiacji za własną słabość, za niemożliwą do pokonania niemoc w dążeniach do osiągnięcia ideału. Ale czy właśnie w tym nie zawiera się esencja naszego człowieczeństwa?
Reasumując Niespokojne morze okazało się całkiem frapującą lekturą. Prezentowana proza jest bardzo dojrzała, ale trudno się temu dziwić, zważywszy na fakt, że tworzy ją ponad siedemdziesięcioletni autor. Uwzględniając wiek artysty zaskakiwać może świeżość spojrzenia na tematy aktualne, mocno powiązane z moralnością, które nie są trywializowane poprzez prezentowanie ich w czarno-białej konwencji. Bardzo ciekawym jest również fakt, że człowiek morza, były marynarz osadza akcję swojego utwory przede wszystkim na lądzie, ukazując głównie jak trudna oraz pełna wyrzeczeń jest egzystencja żon, ukochanych, matek ludzi powiązanych z morskim żywiołem. Prezentowane kobiety są na ogół o wiele dojrzalsze oraz odpowiedzialniejsze od mężczyzn, spośród których wielu przypomina dzieci w skórze dorosłego człowieka. Ten sposób ujęcia tematu, czyli zastosowanie odwróconej perspektywy potraktowałbym jako piękny hołd złożony wszystkim kobietom, które cierpliwie i pełne nadziei czekają na przybycie swojego ukochanego. Natomiast samą książkę oraz jej niezwykle trudne losy na rynku wydawniczym traktuję jako swoisty dowód, potwierdzający fakt, że w naszym kraju debiutanci, czy autorzy bez wyrobionego i uznanego nazwiska muszą prowadzić bardzo ciężkie batalie, by ich dzieła w ogóle mogły ujrzeć światło dzienne. Brak odpowiedniego zaplecza finansowego oraz medialnego wsparcia okazują się ogromną przeszkodą, której nie sposób przeskoczyć nawet gdy pisarz może poszczycić się wyróżnieniami czy nagrodami za prowadzoną działalność literacką. Smutne ale prawdziwe.

Wasz Ambrose

środa, 16 kwietnia 2014

Wstyd mi, że jestem Polakiem


Nie dalej jak wczoraj pisałem o zaślepieniu większości gatunku ludzkiego, które raczej wcześniej niż później sprowadzi na nas zagładę. Niszczymy naszą Ziemię nie tylko wtedy, gdy musimy, ale nawet wtedy, gdy nie ma takiej potrzeby. A tu proszę:

Hołowczyc jest zdania, że głównym winowajcą śmierci na drogach nie jest pijaństwo, czy brawura, lecz przydrożna zieleń.”*

W słowniku ludzi cywilizowanych nie ma słów dostatecznie dosadnych i obelżywych, by ocenić tę wypowiedź. Byłaby karygodna nawet w ustach wiejskiego głupka, ale jej autor to przecież reprezentant naszego narodu (poseł do Parlamentu Europejskiego). Jakby mało było jego mądrości, „dziennikarze” zaraz wsparli je takimi choćby słowami:

Trudno odmówić racji wybitnemu kierowcy rajdowemu. W obecnej sytuacji jazda po polskich drogach jest niczym stąpanie po polu minowym. Każdy, nawet najmniejszy, błąd może skończyć się śmiercią na drzewie. Szkoda (podkreślenie A.V), że Hołowczycowi nie udało się nic z tym problemem zrobić, kiedy był posłem do Parlamentu Europejskiego z ramienia Platformy Obywatelskiej...

Kiedyś już pisałem na temat wycinki drzew przydrożnych w poście Wytnijmy wszystkie drzewa, więc nie będę się powtarzał i powiem krótko - Niemcy to chyba jest naród debili, gdyż przy ich drogach rośnie dużo więcej drzew, dużo większych i dużo bliżej jezdni niż u nas. W dodatku zamiast je wycinać, co się u nas w niektórych rejonach przeradza już w prawdziwą rzeź, to sadzą nowe, a stare pielęgnują.



Wjazd do Niemiec od strony Świnoujścia. Widać za planszą informacyjną drzewa rosnące przy samej krawędzi jezdni i nikomu to nie przeszkadza. Kliknij aby powiększyć.


Policja twierdzi, że główną przyczyną wypadków na polskich drogach są brawura i alkohol. Ktoś jest podłym kłamcą. Albo nasz mistrz kierownicy, albo nasza szanowna policja.

Dobrze, że Anglicy nie mają za posłów podobnych geniuszy, gdyż po śmierci księżnej Diany pewnie by padło hasło, aby zlikwidować wszystkie betonowe filary. My z kolei jednak mamy szczęście, że Hołowczyc nie jest lotnikiem. Po Smoleńsku pewnie kazałby wyciąć wszystkie brzozy w kraju.

Głupota jest rzeczą, z którą człowiek się rodzi i z którą umiera. Przez nią pewnie zresztą zginie nasz gatunek, a na pewno cywilizacja. Nasz mistrz kierownicy idzie jednak jeszcze dalej i objawia nie tylko owoce wytężonej pracy swego mózgu, ale i swoją moralność:

Nie piszcie też, że pewnie byli pijani, młodzi, głupi. Każdy może popełnić błąd, ale nie może być za to karany śmiercią!

Cóż, dla mnie ktoś, kto siada pijany za kółko to po prostu zbrodniarz, a ktoś, kto go usprawiedliwia, to… Kto siada po pijaku za kółko, tak jakby strzelał na oślep za siebie albo rzucał granaty za okno. Ma szczęście - nikogo nie trafi, nie ma - pozabija. Ale nazywać takie zachowanie błędem?

Nie powiem, żeby nie było, iż plamię honor polskiego i europejskiego parlamentarzysty, ale ręki to ja komuś propagującemu takie tezy w życiu bym nie podał. W moich oczach, co zdobył pracą rąk, na której lepiej by było, żeby poprzestał, stracił „pracą” swego mózgu.

Moim zdaniem powinniśmy się cieszyć, ilekroć jakiś pijak albo drogowy wariat zginie na drzewie. Gdyby nie ono, mógłby przekazać swe geny dalej. Gdyby nie ono, mógłby jeździć dłużej i zabić kogoś jadącego z naprzeciwka albo nawet pieszych na chodniku, czego ostatnio były liczne przypadki. Mistrz o tych głośnych niedawnych wydarzeniach nie pamięta? Może mistrza trzeba skierować na badania? Z amnezją nie można posiadać prawa jazdy.

Po raz pierwszy w życiu naprawdę wstyd mi, że jestem Polakiem. Co to za naród, który na swych reprezentantów wybiera takich ludzi i którego czwarta władza prezentuje taki poziom? Nie mógł pozostać nasz mistrz przy kręceniu fajerą i dziennikarstwie polegającym na antyekologicznym nakręcaniu popytu na wyroby przemysłu motoryzacyjnego? I co to za naród, który łyka takie hasła niczym karmny gąsior gałki?

I to wszystkie dzieje się w kraju, w którym na środku ścieżek rowerowych stawia się, często w miejscach dla rowerzystów niewidocznych do ostatniej chwili (zakręty zasłonięte filarami wiaduktów, itp.), słupy i latarnie, a gdy dochodzi do wypadków śmiertelnych, sprawy się umarza stwierdzając, iż skoro wjechali na słup, to musieli mieć „złą technikę jazdy”!

Czy naprawdę w tym kraju już wszystkim, z wyjątkiem nielicznych, których głos ginie w tłumie, rozum już odebrało?


Wasz Andrew


* cytaty za sport.fakt.pl