Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

sobota, 5 kwietnia 2014

Dziwna, surowa, naga, samotna

Haori

Yasushi Inoue

Tytuł oryginału: Ryōju
Tłumaczenie (z j. francuskiego): Anna Gostyńska
Wydawnictwo: Czytelnik
Liczba stron: 65
 
 
 
 
 
 
 

Przypuszczam, że niemal każdy czytelnik, który regularnie oddaje się wyszukanej przyjemności wędrowania po literackich światach, nie raz, nie dwa doświadczył tego, co roboczo nazywam literacką magią. W moim prywatnym słowniku pojęć oraz idei, pod tym hasłem skrywają się wszelkie wydarzenia, które noszą znamiona niecodzienności, niezwykłości, niespotykalności, rzadkości, a wskutek tego – wyjątkowości, są przy tym unikatowe, fantastyczne oraz co ważne, trudne do wytłumaczenia wyłącznie za sprawą chłodnych i bezdusznych narzędzi statystycznych, pozostające jednocześnie w bardziej lub mniej ścisłych koneksjach z literaturą. Ujmując rzecz odrobinę precyzyjniej, chodzi o przeżycia oraz doświadczenia, będące wynikiem swoistej dyfuzji, tj. przenikania świata literackiej fikcji do otaczającej nas rzeczywistości, które na wskroś analityczny umysł byłby pewnie w stanie wyjaśnić, obficie posiłkując się rolą przypadku w człowieczej egzystencji. Obiektywnie rzecz ujmując są to sploty (szczęśliwe bądź nie) wypadków, ale ponieważ przytrafiają się nam, a ponadto cechują się pewną (może nieco kulawą, ale jednak) regularnością, nabierają dla nas wartości szczególnej oraz niepowtarzalnej. Logiczne wyjaśnienie, że ojcem całego niespotykanego zajścia był kpiarski los, ułomny, bo ślepy traf są niezadowalające, szczególnie dla chłonnego niczym gąbka umysłu, łasego na wszelkie rewelacje. Znakomitym obserwatorem, który z wprawą i maestrią godną podziwu wychwytywał takie starcia fikcji z rzeczywistością był choćby Julio Cortázar. Zdolnych artystów nie mogło zabraknąć także na wyspach, na których rozpościera się Kraj Kwitnącej Wiśni, gdzie ostatnio całkiem często goszczę. Nieco z przypadku (a jakże!), kiedy błąkałem się niedawno pośród bibliotecznych półek, w moje ręce wpadła cieniutka książeczka, skrywająca w sobie krótką nowelkę Haori, autorstwa Yasushiego Inoue, w której główny bohater przekonuje się, że literatura nie jest wyłącznie narzędziem, służącym do tworzenia literackiej fikcji.

Yasushi Inoue to japoński poeta oraz prozaik, autor esejów, powieści oraz noweli. Żyjący w latach 1907 – 1991, pochodzący z Hokkaido artysta uważany jest za jednego z ważniejszych współczesnych twórców. O jego znakomitym warsztacie mogą świadczyć liczne nagrody, których jest laureatem oraz fakt, że kilka razy kandydował do Nobla w dziedzinie literatury. Mimo to, głównie z racji bardzo skromnej ilości dzieł przetłumaczonych na język polski, Yasushi Inoue pozostaje słabo znanym autorem w naszym kraju. Po lekturze Haori wiem już, że warto by zmienić ten fatalny stan rzeczy.

Pierwszoosobowy narrator, poeta hobbysta, snuje fascynującą historię, która ma związek z napisanym przez niego wierszem, umieszczonym (nieco z przypadku!) w skromnym czasopiśmie Poradnik Myśliwego, wydawanym przez Japoński Związek Łowiecki. Krótki, ale bardzo interesujący utwór zatytułowany Broń myśliwska, który zostaje przytoczony w całości, powstał na skutek impresji, wywołanej spotkaniem samotnego myśliwego, snującego się u podnóża góry Amagi. Przelotne spojrzenie, krótkotrwałe wrażenie dojmującej samotności stają się potężnym bodźcem, katalizującym narodziny skromnego, ale wymownego dzieła. Po pewnym czasie narrator otrzymuje wiadomość od swojej muzy, czy raczej osobnika, twierdzącego, że to właśnie on stanowił natchnienie do napisania Broni myśliwskiej. Enigmatyczny łowczy, który nie zdradza swoich prawdziwych personaliów, będąc pod wrażeniem ogromnej przenikliwości narratora, zachwycony faktem, jak trafnie udało mu się odgadnąć jego własny nastrój oraz stan ducha, postanawia zwierzyć się i wyjaśnić przyczyny tej potężnej, że aż emanującej smutnym blaskiem samotności. Człek ów jest jednak na tyle przewrotny, że nie decyduje się opowiedzieć o swojej sytuacji własnymi słowami. Zamiast zawiłych tłumaczeń, potoku słów, pamięciowego ekshibicjonizmu, myśliwy przekazuje trzy listy, mające stanowić wytłumaczenie dla jego obecnej izolacji.

Yasushi Inoue serwuje czytelnikowi intrygującą powieść szkatułkową, której trzon stanowi tragiczna, miłosna historia, zrelacjonowana z trzech różnych perspektyw, za sprawą trójki bohaterów. Japoński artysta, podobnie jak jego rodak i kolega po piórze, Yukio Mishima, zdecydował się wziąć na literacki warsztat temat dość mocno popularny, wręcz wyświechtany, czyli miłość. Krok dosyć ryzykowny, szczególnie zważywszy na fakt, jak łatwo jest popaść w banał, płodząc dzieło, w którym dominuje kicz i łzawy ton. Na szczęście Inoue z wprawą godną literackiego marynarza zgrabnie ominął wszelkie mielizny, na których mogłaby osiąść jego nowela. Uwagę zwraca już sam język, jakim raczy nas autor. Ewoluuje on wraz z autorami kolejnych, prezentowanych listów, pozostając równocześnie niezmiennie starannym i precyzyjnym, dokładnie wyłuszczając istotę całego nieszczęśliwego romansu, a to dopiero przedsmak kunsztu, jakim może pochwalić się pisarz.

Miłość przedstawiana przez Inoue różni się od powszechnych wyobrażeń na temat tego uczucia. W Haori czytelnik ma do czynienia z jej zwyrodniałą formą – okazuje się ona zła, grzeszna, zbrukana, splugawiona, niegodna. Jest także destrukcyjna, działając wyniszczająco na wszystkich, którzy znaleźli się w jej przeklętym kręgu. To emocja, która dzieli, skłóca, izoluje, raniąc przy tym kolejne ofiary. Momentami sprawia ona wrażenie ogromnego, nienasyconego i bezwzględnego zwierza, który łapczywie pochłania umysły nieszczęśliwych kochanków. Inoue odziera z wielkości uczucie, często określane mianem szlachetnego, czy wzniosłego. Można odnieść wrażenie, że japoński artysta pragnie odmalować również to drugie, znacznie mroczniejsze oblicze miłosnego uniesienia, walcząc tym samym z jednowymiarowym stereotypem. Co interesujące, w żadnym wypadku nie możemy mówić o degradacji miłości do fizycznego pożądania, nienasycenia ciał – to w dalszym ciągu uczucie bardziej platoniczne, które potrafi obejść się bez materialnej otoczki. Tym bardziej przeraża jego siła oraz potęga, która zmusza do bezustannego życia w kłamstwie, fałszu, obłudzie, hipokryzji. Ale czy potężny płomień namiętności okaże się na tyle silny, by znieść wszelkie przeciwności i sztormy, na wzburzonym morzu życia?

Króciutki utwór aż skrzy się od bogatej symboliki, którą został przyozdobiony. Okładkę polskiego wydania zdobi wąż, mogący uchodzić za tę część naszej osobowości, która rzadko ogląda światło dzienne, z istnienia której tylko my sami zdajemy sobie sprawę. To nasza ukryta, prawdziwa natura, ale to także nasz egoizm, małość, czy zazdrość, które pielęgnujemy w skrytości własnego serca. Tytułowe haori, czyli rodzaj płaszcza z długimi rękawami, można odczytywać jako znak piekących, nierozwiązanych problemów z przeszłości, które pozostawione samopas przyjmują coraz wyraźniejsze kontury nieuchronnego nieszczęścia. Bardzo oryginalne jest również spojrzenie na instytucję małżeństwa, które przecież wcale nie tak rzadko zamiast ogniska domowego, bardziej przypomina arenę starć dwóch osobowości, które okopują się niczym twierdze, raniąc się po cichu w nadziei, że to ta druga strona wykrwawi się jako pierwsza i zrezygnuje z całego cyrku, odgrywanego w imię społecznych konwenansów. Nie bez znaczenia pozostaje także myśliwska broń (tytuł angielskiego wydania książki to The Hunting Gun, podobnie można tłumaczyć również oryginalny tytuł), która stanowi symbol chłodu, jaki skrywa w sobie ludzka dusza, cichej bezwzględności, która prowadzi w ramiona absolutnej samotności.

Krótka, bo licząca nieco ponad 60 stron nowela wywarła na mnie bardzo dobre wrażenie. Utwór okazał się całkiem pojemny w treść, którą upleciono głównie z listów. Lektura w intrygujący sposób pokazuje niemożność porozumienia ludzkich jednostek, sprawiających wrażenie planet, których orbity rzadko się krzyżują. Oprócz interesująco podanego tematu miłosnego, Inoue uświadamia czytelnikowi, że świat ludzi dorosłych to często świat przepełniony smutkiem, grozą oraz przygnębiającą, ślepą samotnością. To także kolejny literat, który ukazuje, że przeszłość może okazać się prawdziwym rumowiskiem, na którym nie sposób zbudować szczęścia w życiu teraźniejszym. Wreszcie na króciutka lektura to dosyć gorzka lekcja na temat miłości – Inoue udowadnia, że na to dziwne uczucie nie składa się wyłącznie tęsknota, by być kochanym. My również musimy przyjąć aktywną postawę, tj. starać się pokochać, nie pozostając jedynie obiektem uniesień i adoracji.

piątek, 4 kwietnia 2014

Homo homini lupus*



George R. R. Martin

Starcie królów

tłumaczenie: Michał Jakuszewski

tytuł oryginału: A Clash of Kings

seria/cykl wydawniczy: Pieśń lodu i ognia (ang. A Song of Ice and Fire) tom 2

wydawnictwo: Zysk i S-ka 2012


Zacznijmy od rzeczy najważniejszej. Jeśli nie poznaliście pierwszej części Pieśni lodu i ognia, czyli Gry o tron, od razu porzućcie myśl o rozpoczęciu przygody z prozą Martina od Starcia królów. Czemu?

Są dwa rodzaje cykli powieściowych, niezależnie od tego, jak ze względów marketingowych nazwie je wydawca. Objętość też nie ma tu nic do rzeczy. Pierwszy to prawdziwe serie powieściowe, w których poszczególne książki połączone sa mniej lub bardziej luźno, gdzie każda część stanowi zamkniętą całość. Pewne wątki kończą się definitywnie wraz z każdą kolejną powieścią cyklu, wręcz umierają, często razem z bohaterami, których dotyczą, inne odżywają w następnych książkach, choć z reguły w innej formie. Ponieważ jednak każda część cyklu jest całością sama dla siebie, powieścią właśnie, więc można je czytać na wyrywki bez wielkiej szkody dla percepcji. Pięknym przykładem jest tutaj nasza Trylogia. Drugi gatunek to powieści rozbudowane do takich rozmiarów, iż często każdy tom nazywa się kolejną powieścią z cyklu. Tych absolutnie nie należy czytać inaczej, jak „po kolei”. Każdy tom, nawet jeśli jest nazywany powieścią, jest w istocie tomem właśnie gdyż, w przeciwieństwie do pierwszego wariantu, jego struktura nie jest aż tak jednoznacznie zamknięta, wyodrębniona z całości cyklu. Do tego drugiego typu należy właśnie Pieśń lodu i ognia.

O co rzecz w Pieśni lodu i ognia idzie nie będę powtarzał, żeby nie nudzić stałych czytelników. Odsyłam do zapisu moich wrażeń z Gry o tron. Dość powiedzieć, że po śmierci króla, jeśli nie ma mechanizmów, które by zapewniły ciągłość, jednoznaczność i nieuchronność sukcesji, zawsze wszyscy chcą zostać koronowanymi głowami. Rzecz normalna, że zaczyna się walka o tron, a nawet wojna. Wojna trwająca tym dłużej, im bardziej wyrównane są siły, im bardziej sprzeczne interesy i im dłużej wszystkie strony mają złudzenie, iż mogą zwyciężyć. A Westeros, największy kontynent świata powieści, podzielony na Siedem Królestw, jest właśnie w takiej sytuacji. Starcie królów to ciąg dalszy zmagań o władzę nad Westeros. Następuje eskalacja przemocy, choć i o dyplomacji nikt nie zapomina. Nie tylko rycerze i bitwy, ale również szpiedzy, skrytobójcy i, jak przystało na bądź co bądź fantasy, czary i inne tajemne moce. Poza horyzontem, zdarzeń i tym dosłownym, gromadzą się jeszcze inne siły, ale o tym cicho sza. Więcej nie zdradzę i o szczegółach fabuły ani słowa. To byłaby zbrodnia przeciwko przyszłemu czytelnikowi.

Starcie królów, podobnie jak i tom pierwszy Pieśni lodu i ognia, jest prawdziwie wielowątkowe. Choć to wyświechtany slogan reklamowy, trzeba od razu zaznaczyć, że tym razem to określenie pasuje idealnie. To też jest jednym z powodów, dla których czytanie na wyrywki mija się z sensem. Nie dość, że wątków, splatających się ze sobą niczym węże, jest bez liku, to jeszcze ich pozycja w strukturze fabuły zmienia się w najmniej spodziewany sposób i w najbardziej zaskakujących momentach. To nie emocjonalna pustynia klasycznych powieści, od szmir poczynając, a na noblistach kończąc, gdzie główny bohater musi trwać do końca niczym skała, którą najwyżej na ostatnich stronach coś wysadzi w powietrze. Tu jedne historie nagle z pierwszoplanowych stają się pobocznymi, albo odwrotnie. Postacie, które zdawały się nieśmiertelne niczym Paul Atryda, nagle marnie kończą, a ledwo broniący własnego marnego życia nagle zaczynają decydować o losach innych. Gdy polubimy którąś postać, wciąż o nią drżymy, gdyż nigdy nie mamy pewności, czy za chwilę autor, niczym prawdziwy Bóg,  jej nie uśmierci. A postacie są nakreślone w ten sposób, że nie da się być wobec nich obojętnym. Jednych się nienawidzi, inne z miejsce wzbudzają sympatię, jeszcze inne obrzydzenie lub pogardę. Jest tylko jedno ale.

To nie patriotyczna propaganda, gdzie jedni są źli, a drudzy dobrzy. To nie bajka dla dzieci, gdzie rycerze są bez skazy, damy piękne, a zły jest głupi, brzydki i zawsze na koniec przegrywa. Jak można wyczytać w sentencjach wszystkich chyba narodów z wyjątkiem naszego, w polityce nie ma przyjaciół ani wrogów, są tylko interesy. Ani w fizyce, ani w naukach społecznych czerń absolutna nie istnieje. To barwa dla idiotów. Podobnie jak biel. Są tylko nieskończone ilości różnych odcieni szarości. Niektórzy nigdy tego nie przełkną. Organicznie potrzebują czarno-białej rzeczywistości, która jest atrakcyjna ze względu na zwalniającą od myślenia prostotę. Nie przeszkadza im nawet, że to bzdura. Pieśni lodu i ognia na pewno nie są lekturą dla nich. Będą narzekać, że nie ma w nich moralności, nie ma nieskalanych świętości, więc lepiej niech się nawet za to nie zabierają. Dla mnie natomiast to zerwanie z moralną infantylnością, będącą większą lub mniejszą bolączką nawet największych dzieł fantastyki w stylu Diuny czy Władcy pierścieni, jest ukłonem w stronę rzeczywistości i najnowszych osiągnięć nauk społecznych, a przez to i wielkim atutem.

W wojnie nie ma niczego pięknego, może za wyjątkiem niektórych momentów przed bitwą i parady po zwycięstwie. To również widać na każdej stronie powieści. I również ten aspekt nie każdemu będzie się podobać. Nie jest prawdą, jak piszą niektórzy, że nie ma tam postaci, które walczą w imię prawdziwego dobra, a nie dla takiego czy innego własnego interesu. Sęk w tym, że w Starciu królów ci, którzy bez żadnych innych motywów walczą za ojczyznę, króla, honor lub inne wartości, to albo idioci, zwykłe popychadła, albo po prostu źli ludzie. A nas przecież uczono, że jak ktoś walczy w słusznej sprawie, to dobry, mądry i na pewno zwycięży, przynajmniej moralnie, zaś jak ktoś walczy w złej (czyli przeciwko nam) to zły i głupi. A tu mamy bellum omnium contra omnes**. Choć nie każdy w danej chwili walczy ze wszystkimi, to tak naprawdę jest gotów walczyć z każdym. Wystarczy, że zmienią się sojusze, cele i możliwości. I trudno o kogoś bez skazy.

Klasyczny zestaw lektur wpaja nam, iż naprawdę mądry nie może być człowiek naprawdę zły, ani taki, który prawdziwe zło czyni (to nie zawsze jest to samo). Tymczasem Martin przeciwstawia się temu i pytając o jego bohaterów musimy pytać: - Dla kogo zły? Dla kogo dobry? Widzimy świat zmyślony, ale bardziej prawdziwy niż ten przedstawiany nam nie tylko w umoralniających przypowieściach dla pospólstwa, ale często nawet i w wielkiej literaturze. Tak skomplikowany, iż nie da się dotrzymać wszystkich przykazań, przestrzegać wszystkich praw. Czyniąc jednemu dobro, szkodzimy innemu. Dochowując wierności jednemu nakazowi moralnemu, łamiemy inny. I tutaj Martin idzie tak daleko jak mało kto – tworzy postacie, które mają własną moralność (The starry skies above me and the moral law inside me***) i trzymają się jej za wszelką cenę, również za cenę życia. Obok nich zaś umieszcza innych, którym wystarczy zestaw prawd przyswojonych bezmyślnie od nauczycieli, rodziców czy kapłanów. I jeszcze innych, którzy na pozór, a nawet w rzeczywistości, w ogóle moralności nie mają. A wszyscy niezależnie od prawdziwej swej moralności są postrzegani przez innych jako dobrzy lub źli na postawie ról społecznych, które grają i masek, które noszą, a nie na podstawie tego, jacy są w środku swych serc. Poezja psychologii i psychologii społecznej.

Jak mało która książka Starcie królów ukazuje starą prawdę, która jednak nie występuje zbyt często w baśniach ani fantastyce, iż nikt nie zadowoli wszystkich poddanych, co najwyżej późniejsza reklama, legenda lub propaganda, taki obraz minionych czasów przekaże.

Na szczęście autor konsekwentnie trzyma się schematu przyjętego od początku cyklu – każdy rozdział jest nazwany imieniem jednej z postaci i na ten czas, na czas trwania jednego rozdziału, narrator (w trzeciej osobie) związany jest z tytułową osobą; patrzy na świat jej oczami, zna jej myśli, dzieli jej uczucia. Ten zabieg pozwala łatwiej wniknąć w różnicę między tym, co ludzie myślą o sobie i tym, co myślą o nich inni, którzy też zresztą różnią się między sobą opiniami na ten sam temat.

Wielkim walorem jest też uwzględnienie, sporadycznie tylko spotykane w literaturze nawet najwyższych lotów, sposobu w jaki fizyczność człowieka determinuje jego funkcjonowanie w niezliczonej ilości aspektów. Kalectwo, starość lub młodość, uroda lub jej brak, płeć i seksapil. Każdy rys naszej fizyczności wpływa na nas i nasze decyzje przez to, jak my siebie widzimy, jak naprawdę funkcjonujemy, jak odbierają nas inni, a przez to jak na nas reagują i jaki wpływ na nas wywierają w związku z wyobrażeniami o nas. To się nazywa prawdziwa realna konstrukcja postaci, które w dodatku zmieniają się i fizycznie, i psychicznie, nie tylko pod wpływem wydarzeń i innych ludzi, ale nawet pod wpływem samego czasu.

Trzeba specjalnego talentu, by stworzyć w jednej powieści jednocześnie głupków tak głupich jak w świecie wykreowanym przez Martina, lalki tak puste, sługi tak oddane i obok inne tak zdradzieckie, mądrych nie będących mądrymi we wszystkim, cynicznych i ideowców, wierzących i realistów, tyle wariacji ludzkiej umysłowości, a każda cecha niezależna od moralności, ale powiązana z innymi i fizycznością. Normalna rzecz w społeczeństwie, ale perełka w literaturze. A w dodatku tych kreacji całe tłumy.

Niektórzy mówią, wręcz zarzucają, że sporo miejsca w powieści zajmuje erotyzm. Fakt - sporo w stosunku do wykastrowanych z seksualizmu powieści w stylu choćby wspomnianych już klasyków, takich jak Herbert i Tolkien. Ale w stosunku do rzeczywistości? Biorąc pod uwagę średniowieczny klimat powieści, a więc realia, gdy ludzie żyli krótko, a mimo to potrafili mieć kilkunastu potomków, to chyba nawet niewiarygodnie mało. Wtedy jeszcze bociany dzieci nie nosiły, więc ówcześni musieli na to stosunkowo dużo czasu ze swego krótkiego na ogół życia poświęcać.

Choć książka nie oddaje w pełni natury ludzkiej taką, jaką ona jest, ani mechanizmów rządzących naszym światem, gdyż chyba nie da się takiego czegoś osiągnąć w żadnej powieści ani żadnej pojedynczej księdze w ogóle, to na pewno jest bliższa rzeczywistości niż wiele najbardziej znanych i dużo bardziej uznanych uznanych dzieł.

Pod względem warsztatowym, w moim odczuciu, na pewno nie jest to arcydzieło w tym znaczeniu, iż do wielkiej literatury raczej nigdy zaliczać się nie będzie, choć nie wiem, czy to wina autora, czy też tłumacza. Sceny taktyczne i batalistyczne nie tak obrazowe i jednoznaczne jak choćby we wspomnianej Diunie, widoki nie tak plastyczne… Zdania nie tak pięknie rozbudowane jak u naszego Sienkiewicza. Nawet zaciąłem się na dwóch czy trzech błędach stylistyczno-gramatycznych, które nie mogły powstać w wyniku błędów składu. Ale co to jest na książkę, która ma 1022 strony! Choć z drugiej strony nie jest to jakaś przepaść, która by dzieliła Starcie królów od prawdziwych arcydzieł. Autor potrafi na tyle doskonale wykreować słowami swój własny, niepowtarzalny świat, iż bez problemu czytelnik się doń przenosi i niechętnie go opuszcza. A poza tym, czy warsztat pisarski to tylko ładne zdania i piękne słownictwo? A cała ta reszta, o której pisałem, i te elementy, o których nie wspomniałem, a które każdy sam dla siebie odkryje?

Cóż można jeszcze Starciu królów zarzucić? Nie sięga poza świadomość własnych potrzeb bohaterów, co najwyżej dzieci czy rodu, a rozpaczliwie dziś brakuje powieści uświadamiających nam nasze miejsce na Ziemi i odpowiedzialność za nią. Ale jak to upchnąć w fantasy osadzonej w realiach przypominających średniowiecze? Jest to raczej niemożliwe.

W sferze tego, co w literaturze realne, co możliwe do oddania prozą, muszę uznać pierwsze dwie części Pieśni lodu i ognia za jedną z najlepszych kreacji literackich, jakie mi przyszło czytać. Być może nie arcydzieło z pretensjami do ambitnej, wielkiej sztuki, ale za to bardzo udane połączenie typowo rozrywkowego kanonu, jakim jednak jest fantastyka w tej odmianie, postrzeganego nawet jako gatunek dość z natury swej płytki, z głębokimi przemyśleniami na temat natury ludzkiej i mechanizmów władzy. Świetna rzecz dla pożądających dobrej rozrywki w postaci dynamicznych, prawdziwie epickich opowieści rycerskich z dużą dozą realizmu (ból, kalectwo, śmierć), jak i miłośników przygód w klimatach średniowieczno-baśniowych, a zarazem dla poszukujących celnie i śmiało ukazanego bogactwa motywów, które kierują jednostkami i społeczeństwami. Za wyjątkiem najmłodszych oczywiście, bo tym Pieśni lodu i ognia do ręki dawać nie wolno. Nie ze względu na seks, ale na naturalistyczną przemoc i relatywizm wszelkich prawd, do którego trzeba jednak dorosnąć.

Wypada też wspomnieć o nośniku. Wydanie w twardej okładce wyjątkowo się udało. Może niezbyt oryginalna, ale za to bezpośrednio związana z tematem szata graficzna nie razi i nie znudzi się, gdy będziemy do lektury wracać, a na pewno wielu z Was nieraz do niej powróci. Choć książka niemożliwie gruba, dzięki odpowiednim wymiarom i wspomnianej twardej okładce dobrze leży w dłoni. Przynajmniej w mojej; mogłem czytać używając tylko jednej ręki w mojej ulubionej pozycji, czyli horyzontalnej. Solidny grzbiet, szyty, daje nadzieję, iż pomimo tak znacznej ilości kartek nie będą one wypadały i jeszcze niejeden raz będę się mógł udać do Westeros.




Dotąd nie wspomniałem o filmowej wersji Starcia królów, czyli Drugim Sezonie Gry o Tron. Odbiega ona od powieści wyraźnie bardziej, niż Sezon Pierwszy, ale trzyma poziom, więc odsyłam do tekstu na temat tego pierwszego. Nic więcej nie ma do dodania w tej kwestii. Trzeba jednak podkreślić, iż nie wytrzymuje porównania z wersją pisaną. Film nie oddaje choćby zapachu i smaku rzeczy, których widz nie zna. Książka ma większe możliwości, zwłaszcza dla czytelnika obdarzonego wyobraźnią, by ukazać wszystko, choćby różne rodzaje oddziaływań na zmysły rzeczy, których nigdy nie widzieliśmy, nie dotykaliśmy ani nie wąchaliśmy, samopoczucie zakutanego w różne rodzaje szat z epoki czy niuanse dobra i zła oraz rozterki moralne. Jeszcze raz zapraszam do lektury, a potem do obejrzenia serialu. Odwrotna opcja jest chyba zdecydowanie gorszym wyborem.

Po przeczytaniu powieści (obejrzeniu filmu) zapraszam do wypełnienia ankiety (na samym dole prawej kolumny bloga).


Wasz Andrew


* człowiek człowiekowi wilkiem
** (łac.) Wojna wszystkich przeciw wszystkim
*** (ang.) Niebo gwiaździste nade mną i prawo moralne we mnie


 saga Pieśń Lodu i Ognia* (ang. A Song of Ice and Fire)

1. A Game of Thrones (1996) - Gra o tron (1998)

Pieśń Lodu i Ognia.: Starcie Królów [George R.R. Martin]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

czwartek, 3 kwietnia 2014

O mądralach


Czasami sami oszukujemy się, myśląc, że postępujemy w sposób racjonalny oraz rozważamy wszystkie za i przeciw dla poszczególnych możliwości. Lecz rzadko kiedy rzeczywiście tak się dzieje.

Robert Zajonc

środa, 2 kwietnia 2014

O dawnych dobrych czasach

(w Finlandii)


Dostała ją w prezencie z okazji konfirmacji w kościele luterańskim, kiedy miała piętnaście lat. Dawno temu protezy zębów tradycyjnie dawano na konfirmację. Opieka dentystyczna była wtedy znikoma – albo żadna i większości ludzi zęby gniły niedługo po osiągnięciu dojrzałości.

wtorek, 1 kwietnia 2014

O wolności wyboru

Osoby zorientowane na przyszłość są przekonane, że wybierając pewne zachowanie wybiera się również przyszłe konsekwencje, lecz Zajonc, Bargh oraz wielu innych naukowców z dziedziny psychologii społecznej udowodniło, że niekiedy nie wybieramy swoich zachowań. Czasami to zachowania wybierają nas, wynikając z otoczenia, w jakim się znaleźliśmy.

poniedziałek, 31 marca 2014

O murach


Jak to się dzieje, że gdy tylko ktoś zbuduje mur, ktoś inny zaraz chce wiedzieć, co jest po drugiej stronie?

Tyrion Lannister

Gra o tron George R. R. Martin