Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

piątek, 4 kwietnia 2014

Homo homini lupus*



George R. R. Martin

Starcie królów

tłumaczenie: Michał Jakuszewski

tytuł oryginału: A Clash of Kings

seria/cykl wydawniczy: Pieśń lodu i ognia (ang. A Song of Ice and Fire) tom 2

wydawnictwo: Zysk i S-ka 2012


Zacznijmy od rzeczy najważniejszej. Jeśli nie poznaliście pierwszej części Pieśni lodu i ognia, czyli Gry o tron, od razu porzućcie myśl o rozpoczęciu przygody z prozą Martina od Starcia królów. Czemu?

Są dwa rodzaje cykli powieściowych, niezależnie od tego, jak ze względów marketingowych nazwie je wydawca. Objętość też nie ma tu nic do rzeczy. Pierwszy to prawdziwe serie powieściowe, w których poszczególne książki połączone sa mniej lub bardziej luźno, gdzie każda część stanowi zamkniętą całość. Pewne wątki kończą się definitywnie wraz z każdą kolejną powieścią cyklu, wręcz umierają, często razem z bohaterami, których dotyczą, inne odżywają w następnych książkach, choć z reguły w innej formie. Ponieważ jednak każda część cyklu jest całością sama dla siebie, powieścią właśnie, więc można je czytać na wyrywki bez wielkiej szkody dla percepcji. Pięknym przykładem jest tutaj nasza Trylogia. Drugi gatunek to powieści rozbudowane do takich rozmiarów, iż często każdy tom nazywa się kolejną powieścią z cyklu. Tych absolutnie nie należy czytać inaczej, jak „po kolei”. Każdy tom, nawet jeśli jest nazywany powieścią, jest w istocie tomem właśnie gdyż, w przeciwieństwie do pierwszego wariantu, jego struktura nie jest aż tak jednoznacznie zamknięta, wyodrębniona z całości cyklu. Do tego drugiego typu należy właśnie Pieśń lodu i ognia.

O co rzecz w Pieśni lodu i ognia idzie nie będę powtarzał, żeby nie nudzić stałych czytelników. Odsyłam do zapisu moich wrażeń z Gry o tron. Dość powiedzieć, że po śmierci króla, jeśli nie ma mechanizmów, które by zapewniły ciągłość, jednoznaczność i nieuchronność sukcesji, zawsze wszyscy chcą zostać koronowanymi głowami. Rzecz normalna, że zaczyna się walka o tron, a nawet wojna. Wojna trwająca tym dłużej, im bardziej wyrównane są siły, im bardziej sprzeczne interesy i im dłużej wszystkie strony mają złudzenie, iż mogą zwyciężyć. A Westeros, największy kontynent świata powieści, podzielony na Siedem Królestw, jest właśnie w takiej sytuacji. Starcie królów to ciąg dalszy zmagań o władzę nad Westeros. Następuje eskalacja przemocy, choć i o dyplomacji nikt nie zapomina. Nie tylko rycerze i bitwy, ale również szpiedzy, skrytobójcy i, jak przystało na bądź co bądź fantasy, czary i inne tajemne moce. Poza horyzontem, zdarzeń i tym dosłownym, gromadzą się jeszcze inne siły, ale o tym cicho sza. Więcej nie zdradzę i o szczegółach fabuły ani słowa. To byłaby zbrodnia przeciwko przyszłemu czytelnikowi.

Starcie królów, podobnie jak i tom pierwszy Pieśni lodu i ognia, jest prawdziwie wielowątkowe. Choć to wyświechtany slogan reklamowy, trzeba od razu zaznaczyć, że tym razem to określenie pasuje idealnie. To też jest jednym z powodów, dla których czytanie na wyrywki mija się z sensem. Nie dość, że wątków, splatających się ze sobą niczym węże, jest bez liku, to jeszcze ich pozycja w strukturze fabuły zmienia się w najmniej spodziewany sposób i w najbardziej zaskakujących momentach. To nie emocjonalna pustynia klasycznych powieści, od szmir poczynając, a na noblistach kończąc, gdzie główny bohater musi trwać do końca niczym skała, którą najwyżej na ostatnich stronach coś wysadzi w powietrze. Tu jedne historie nagle z pierwszoplanowych stają się pobocznymi, albo odwrotnie. Postacie, które zdawały się nieśmiertelne niczym Paul Atryda, nagle marnie kończą, a ledwo broniący własnego marnego życia nagle zaczynają decydować o losach innych. Gdy polubimy którąś postać, wciąż o nią drżymy, gdyż nigdy nie mamy pewności, czy za chwilę autor, niczym prawdziwy Bóg,  jej nie uśmierci. A postacie są nakreślone w ten sposób, że nie da się być wobec nich obojętnym. Jednych się nienawidzi, inne z miejsce wzbudzają sympatię, jeszcze inne obrzydzenie lub pogardę. Jest tylko jedno ale.

To nie patriotyczna propaganda, gdzie jedni są źli, a drudzy dobrzy. To nie bajka dla dzieci, gdzie rycerze są bez skazy, damy piękne, a zły jest głupi, brzydki i zawsze na koniec przegrywa. Jak można wyczytać w sentencjach wszystkich chyba narodów z wyjątkiem naszego, w polityce nie ma przyjaciół ani wrogów, są tylko interesy. Ani w fizyce, ani w naukach społecznych czerń absolutna nie istnieje. To barwa dla idiotów. Podobnie jak biel. Są tylko nieskończone ilości różnych odcieni szarości. Niektórzy nigdy tego nie przełkną. Organicznie potrzebują czarno-białej rzeczywistości, która jest atrakcyjna ze względu na zwalniającą od myślenia prostotę. Nie przeszkadza im nawet, że to bzdura. Pieśni lodu i ognia na pewno nie są lekturą dla nich. Będą narzekać, że nie ma w nich moralności, nie ma nieskalanych świętości, więc lepiej niech się nawet za to nie zabierają. Dla mnie natomiast to zerwanie z moralną infantylnością, będącą większą lub mniejszą bolączką nawet największych dzieł fantastyki w stylu Diuny czy Władcy pierścieni, jest ukłonem w stronę rzeczywistości i najnowszych osiągnięć nauk społecznych, a przez to i wielkim atutem.

W wojnie nie ma niczego pięknego, może za wyjątkiem niektórych momentów przed bitwą i parady po zwycięstwie. To również widać na każdej stronie powieści. I również ten aspekt nie każdemu będzie się podobać. Nie jest prawdą, jak piszą niektórzy, że nie ma tam postaci, które walczą w imię prawdziwego dobra, a nie dla takiego czy innego własnego interesu. Sęk w tym, że w Starciu królów ci, którzy bez żadnych innych motywów walczą za ojczyznę, króla, honor lub inne wartości, to albo idioci, zwykłe popychadła, albo po prostu źli ludzie. A nas przecież uczono, że jak ktoś walczy w słusznej sprawie, to dobry, mądry i na pewno zwycięży, przynajmniej moralnie, zaś jak ktoś walczy w złej (czyli przeciwko nam) to zły i głupi. A tu mamy bellum omnium contra omnes**. Choć nie każdy w danej chwili walczy ze wszystkimi, to tak naprawdę jest gotów walczyć z każdym. Wystarczy, że zmienią się sojusze, cele i możliwości. I trudno o kogoś bez skazy.

Klasyczny zestaw lektur wpaja nam, iż naprawdę mądry nie może być człowiek naprawdę zły, ani taki, który prawdziwe zło czyni (to nie zawsze jest to samo). Tymczasem Martin przeciwstawia się temu i pytając o jego bohaterów musimy pytać: - Dla kogo zły? Dla kogo dobry? Widzimy świat zmyślony, ale bardziej prawdziwy niż ten przedstawiany nam nie tylko w umoralniających przypowieściach dla pospólstwa, ale często nawet i w wielkiej literaturze. Tak skomplikowany, iż nie da się dotrzymać wszystkich przykazań, przestrzegać wszystkich praw. Czyniąc jednemu dobro, szkodzimy innemu. Dochowując wierności jednemu nakazowi moralnemu, łamiemy inny. I tutaj Martin idzie tak daleko jak mało kto – tworzy postacie, które mają własną moralność (The starry skies above me and the moral law inside me***) i trzymają się jej za wszelką cenę, również za cenę życia. Obok nich zaś umieszcza innych, którym wystarczy zestaw prawd przyswojonych bezmyślnie od nauczycieli, rodziców czy kapłanów. I jeszcze innych, którzy na pozór, a nawet w rzeczywistości, w ogóle moralności nie mają. A wszyscy niezależnie od prawdziwej swej moralności są postrzegani przez innych jako dobrzy lub źli na postawie ról społecznych, które grają i masek, które noszą, a nie na podstawie tego, jacy są w środku swych serc. Poezja psychologii i psychologii społecznej.

Jak mało która książka Starcie królów ukazuje starą prawdę, która jednak nie występuje zbyt często w baśniach ani fantastyce, iż nikt nie zadowoli wszystkich poddanych, co najwyżej późniejsza reklama, legenda lub propaganda, taki obraz minionych czasów przekaże.

Na szczęście autor konsekwentnie trzyma się schematu przyjętego od początku cyklu – każdy rozdział jest nazwany imieniem jednej z postaci i na ten czas, na czas trwania jednego rozdziału, narrator (w trzeciej osobie) związany jest z tytułową osobą; patrzy na świat jej oczami, zna jej myśli, dzieli jej uczucia. Ten zabieg pozwala łatwiej wniknąć w różnicę między tym, co ludzie myślą o sobie i tym, co myślą o nich inni, którzy też zresztą różnią się między sobą opiniami na ten sam temat.

Wielkim walorem jest też uwzględnienie, sporadycznie tylko spotykane w literaturze nawet najwyższych lotów, sposobu w jaki fizyczność człowieka determinuje jego funkcjonowanie w niezliczonej ilości aspektów. Kalectwo, starość lub młodość, uroda lub jej brak, płeć i seksapil. Każdy rys naszej fizyczności wpływa na nas i nasze decyzje przez to, jak my siebie widzimy, jak naprawdę funkcjonujemy, jak odbierają nas inni, a przez to jak na nas reagują i jaki wpływ na nas wywierają w związku z wyobrażeniami o nas. To się nazywa prawdziwa realna konstrukcja postaci, które w dodatku zmieniają się i fizycznie, i psychicznie, nie tylko pod wpływem wydarzeń i innych ludzi, ale nawet pod wpływem samego czasu.

Trzeba specjalnego talentu, by stworzyć w jednej powieści jednocześnie głupków tak głupich jak w świecie wykreowanym przez Martina, lalki tak puste, sługi tak oddane i obok inne tak zdradzieckie, mądrych nie będących mądrymi we wszystkim, cynicznych i ideowców, wierzących i realistów, tyle wariacji ludzkiej umysłowości, a każda cecha niezależna od moralności, ale powiązana z innymi i fizycznością. Normalna rzecz w społeczeństwie, ale perełka w literaturze. A w dodatku tych kreacji całe tłumy.

Niektórzy mówią, wręcz zarzucają, że sporo miejsca w powieści zajmuje erotyzm. Fakt - sporo w stosunku do wykastrowanych z seksualizmu powieści w stylu choćby wspomnianych już klasyków, takich jak Herbert i Tolkien. Ale w stosunku do rzeczywistości? Biorąc pod uwagę średniowieczny klimat powieści, a więc realia, gdy ludzie żyli krótko, a mimo to potrafili mieć kilkunastu potomków, to chyba nawet niewiarygodnie mało. Wtedy jeszcze bociany dzieci nie nosiły, więc ówcześni musieli na to stosunkowo dużo czasu ze swego krótkiego na ogół życia poświęcać.

Choć książka nie oddaje w pełni natury ludzkiej taką, jaką ona jest, ani mechanizmów rządzących naszym światem, gdyż chyba nie da się takiego czegoś osiągnąć w żadnej powieści ani żadnej pojedynczej księdze w ogóle, to na pewno jest bliższa rzeczywistości niż wiele najbardziej znanych i dużo bardziej uznanych uznanych dzieł.

Pod względem warsztatowym, w moim odczuciu, na pewno nie jest to arcydzieło w tym znaczeniu, iż do wielkiej literatury raczej nigdy zaliczać się nie będzie, choć nie wiem, czy to wina autora, czy też tłumacza. Sceny taktyczne i batalistyczne nie tak obrazowe i jednoznaczne jak choćby we wspomnianej Diunie, widoki nie tak plastyczne… Zdania nie tak pięknie rozbudowane jak u naszego Sienkiewicza. Nawet zaciąłem się na dwóch czy trzech błędach stylistyczno-gramatycznych, które nie mogły powstać w wyniku błędów składu. Ale co to jest na książkę, która ma 1022 strony! Choć z drugiej strony nie jest to jakaś przepaść, która by dzieliła Starcie królów od prawdziwych arcydzieł. Autor potrafi na tyle doskonale wykreować słowami swój własny, niepowtarzalny świat, iż bez problemu czytelnik się doń przenosi i niechętnie go opuszcza. A poza tym, czy warsztat pisarski to tylko ładne zdania i piękne słownictwo? A cała ta reszta, o której pisałem, i te elementy, o których nie wspomniałem, a które każdy sam dla siebie odkryje?

Cóż można jeszcze Starciu królów zarzucić? Nie sięga poza świadomość własnych potrzeb bohaterów, co najwyżej dzieci czy rodu, a rozpaczliwie dziś brakuje powieści uświadamiających nam nasze miejsce na Ziemi i odpowiedzialność za nią. Ale jak to upchnąć w fantasy osadzonej w realiach przypominających średniowiecze? Jest to raczej niemożliwe.

W sferze tego, co w literaturze realne, co możliwe do oddania prozą, muszę uznać pierwsze dwie części Pieśni lodu i ognia za jedną z najlepszych kreacji literackich, jakie mi przyszło czytać. Być może nie arcydzieło z pretensjami do ambitnej, wielkiej sztuki, ale za to bardzo udane połączenie typowo rozrywkowego kanonu, jakim jednak jest fantastyka w tej odmianie, postrzeganego nawet jako gatunek dość z natury swej płytki, z głębokimi przemyśleniami na temat natury ludzkiej i mechanizmów władzy. Świetna rzecz dla pożądających dobrej rozrywki w postaci dynamicznych, prawdziwie epickich opowieści rycerskich z dużą dozą realizmu (ból, kalectwo, śmierć), jak i miłośników przygód w klimatach średniowieczno-baśniowych, a zarazem dla poszukujących celnie i śmiało ukazanego bogactwa motywów, które kierują jednostkami i społeczeństwami. Za wyjątkiem najmłodszych oczywiście, bo tym Pieśni lodu i ognia do ręki dawać nie wolno. Nie ze względu na seks, ale na naturalistyczną przemoc i relatywizm wszelkich prawd, do którego trzeba jednak dorosnąć.

Wypada też wspomnieć o nośniku. Wydanie w twardej okładce wyjątkowo się udało. Może niezbyt oryginalna, ale za to bezpośrednio związana z tematem szata graficzna nie razi i nie znudzi się, gdy będziemy do lektury wracać, a na pewno wielu z Was nieraz do niej powróci. Choć książka niemożliwie gruba, dzięki odpowiednim wymiarom i wspomnianej twardej okładce dobrze leży w dłoni. Przynajmniej w mojej; mogłem czytać używając tylko jednej ręki w mojej ulubionej pozycji, czyli horyzontalnej. Solidny grzbiet, szyty, daje nadzieję, iż pomimo tak znacznej ilości kartek nie będą one wypadały i jeszcze niejeden raz będę się mógł udać do Westeros.




Dotąd nie wspomniałem o filmowej wersji Starcia królów, czyli Drugim Sezonie Gry o Tron. Odbiega ona od powieści wyraźnie bardziej, niż Sezon Pierwszy, ale trzyma poziom, więc odsyłam do tekstu na temat tego pierwszego. Nic więcej nie ma do dodania w tej kwestii. Trzeba jednak podkreślić, iż nie wytrzymuje porównania z wersją pisaną. Film nie oddaje choćby zapachu i smaku rzeczy, których widz nie zna. Książka ma większe możliwości, zwłaszcza dla czytelnika obdarzonego wyobraźnią, by ukazać wszystko, choćby różne rodzaje oddziaływań na zmysły rzeczy, których nigdy nie widzieliśmy, nie dotykaliśmy ani nie wąchaliśmy, samopoczucie zakutanego w różne rodzaje szat z epoki czy niuanse dobra i zła oraz rozterki moralne. Jeszcze raz zapraszam do lektury, a potem do obejrzenia serialu. Odwrotna opcja jest chyba zdecydowanie gorszym wyborem.

Po przeczytaniu powieści (obejrzeniu filmu) zapraszam do wypełnienia ankiety (na samym dole prawej kolumny bloga).


Wasz Andrew


* człowiek człowiekowi wilkiem
** (łac.) Wojna wszystkich przeciw wszystkim
*** (ang.) Niebo gwiaździste nade mną i prawo moralne we mnie


 saga Pieśń Lodu i Ognia* (ang. A Song of Ice and Fire)

1. A Game of Thrones (1996) - Gra o tron (1998)

Pieśń Lodu i Ognia.: Starcie Królów [George R.R. Martin]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

czwartek, 3 kwietnia 2014

O mądralach


Czasami sami oszukujemy się, myśląc, że postępujemy w sposób racjonalny oraz rozważamy wszystkie za i przeciw dla poszczególnych możliwości. Lecz rzadko kiedy rzeczywiście tak się dzieje.

Robert Zajonc

środa, 2 kwietnia 2014

O dawnych dobrych czasach

(w Finlandii)


Dostała ją w prezencie z okazji konfirmacji w kościele luterańskim, kiedy miała piętnaście lat. Dawno temu protezy zębów tradycyjnie dawano na konfirmację. Opieka dentystyczna była wtedy znikoma – albo żadna i większości ludzi zęby gniły niedługo po osiągnięciu dojrzałości.

wtorek, 1 kwietnia 2014

O wolności wyboru

Osoby zorientowane na przyszłość są przekonane, że wybierając pewne zachowanie wybiera się również przyszłe konsekwencje, lecz Zajonc, Bargh oraz wielu innych naukowców z dziedziny psychologii społecznej udowodniło, że niekiedy nie wybieramy swoich zachowań. Czasami to zachowania wybierają nas, wynikając z otoczenia, w jakim się znaleźliśmy.

poniedziałek, 31 marca 2014

O murach


Jak to się dzieje, że gdy tylko ktoś zbuduje mur, ktoś inny zaraz chce wiedzieć, co jest po drugiej stronie?

Tyrion Lannister

Gra o tron George R. R. Martin

niedziela, 30 marca 2014

"Aleksander März Heinar Kipphardt" - Aleksandra Märza umysłowe przypadłości

Aleksander März

Heinar Kipphardt

Tytuł oryginału: März
Tłumaczenie: Eugeniusz Wachowiak
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Seria: Współczesna Proza Światowa
Liczba stron: 240
 
 
 

Jak słusznie zauważył Ganin, główny bohater Maszeńki, życie to gra, w której ludziom przypada rola podrzędnego statysty (a co gorsza, najczęściej wcale nie jest ona ani łatwa, ani przyjemna). Człowiek pragnąc, przynajmniej pozornie, harmonicznie współżyć w społeczeństwie, musi przywdziewać fałszywe maski, skrywać się za fasadami osobowości, które nie mają nic wspólnego z jego prawdziwą naturą, rezygnować z realizacji wielu swoich pragnień oraz fantazji. Jednym słowem, nasza egzystencja, to jedno wielkie i nieustanne pasmo wyrzeczeń oraz kompromisów, zawieranych z bliźnimi oraz przede wszystkim z samym sobą. Oczywiście nie wszystkie ludzkie natury da się stłamsić i wtłoczyć w tryby społecznej machiny. Nigdy i nigdzie nie zabraknie wojowników, prowadzących niestrudzone boje z formą, otwarcie zrywających z konwenansem, buntujących się przeciwko odwiecznym zasadom. W jaki sposób są traktowani tacy ludzie? To proste! Albo zostają oni okrzyknięci wybitnymi artystami, albo poczytuje się ich jako zwykłych wariatów. Opcja druga jest zdecydowanie mniej pożądana z racji niedogodności, jakie wiążą się z przypięciem człowiekowi etykiety osobnika będącego niespełna rozumu, która często równoznaczna jest także z ubezwłasnowolnieniem. W dodatku pospolici szaleńcy nie mogą liczyć na taką estymę, jaką darzy się genialnych twórców. Nie oznacza to jednak, że ludzie obłąkani pozostają zupełnie poza orbitą ludzkich zainteresowań. O tym, że ktoś przejmuje się ich losem może świadczyć choćby bogactwo literackich utworów, w których pierwsze skrzypce odgrywają ludzie, powszechnie postrzegani jako niepoczytalni. Nie jest jednak łatwo znaleźć powieść, która koncentrowałaby się wyłącznie na schorzeniach psychicznych, skupiając się na osobie chorego, chociaż nie jest to rzeczą niemożliwą. Dobrym dowodem na potwierdzenie tej tezy jest obecność dzieła Aleksander März, autorstwa Heinara Kipphardta w kanonie literatury światowej.
Heinar Kipphardt, urodzony 8 marca 1922 w Łagiewnikach, zmarły 18 listopada 1982 w Monachium to niemiecki dramaturg oraz pisarz, a z wykształcenia lekarz psychiatra. Wkrótce po narodzinach Heinara, cała rodzina przeniosła się do Piławy Górnej, gdzie przyszły artysta uczęszczał do szkoły wiejskiej oraz gimnazjum. Okres edukacji to przede wszystkim etap buntu – Heinar szybko dorabiał się opinii osobnika nieposkromionego oraz zaczepnego. Kipphardt zdał egzamin dojrzałości już w czasie trwania II wojny światowej. Tuż po maturze, w 1940 roku został wysłany na front. Po odbyciu obowiązkowej służby Heinar rozpoczął studia medyczne na Uniwersytecie w Bonn w instytucie psychiatrii. Interesująca była motywacja pisarza do podjęcia akurat takiego kierunku studiów, który stwierdził, że bezsensowna byłaby edukacja związana z naukami humanistycznymi w okresie nazizmu. Kipphardt raz jeszcze wziął udział w walkach, kiedy to w 1942 roku wysłano go na front wschodni. Przerwane studia kontynuował od 1945 roku na Akademii Medycznej w Düsseldorfie. Kariera literacka Heinara Kipphardta zaczęła się w 1950 roku – w berlińskim czasopiśmie Der Aufbau pojawiła się publikacja Pośrodku wieku. W 1976 roku powstał pierwszy utwór prozatorski autora, powieść Aleksander März. Asumptem do jej napisania stała się lektura prac z zakresu psychiatrii doktora Leo Navratila oraz zaprezentowane przez tegoż lekarza wiersze chorego psychiczne poety o pseudonimie Herbrich.
Aleksander März to długoletni pacjent kliniki psychiatrycznej w Lohbergu, u którego zdiagnozowano schizofrenię paranoidalną. Od siedemnastu lat przebywa on na oddziale. Obecnie to osobnik niemal zapomniany, którego losem prawie nikt się nie przejmuje. Sytuacja ulega diametralnej zmianie, kiedy do szpitala przybywa młody doktor Kofler, ambitny lekarz, odznaczający się niezależnością myślenia oraz własnym osądem, nie zawsze pozostającym w zgodzie z oficjalną nauką. Doktor Kofler stopniowo, krok po kroku, stara się odkryć przyczyny zaburzeń Märza, dociec co stało się powodem ucieczki i odcięcia od świata zewnętrznego. Książka to zbiór wszelkich dostępnych strzępków informacji, do których udało się dotrzeć doktorowi Koflerowi. Historia choroby prowadzona przez poprzedników, prywatne zapiski pacjenta, wśród których nie brakuje poezji oraz gorzkich refleksji, rozmowy z najbliższą rodziną, opinie pielęgniarzy, notatki oraz przemyślenia doktora Koflera, dyskusje pomiędzy Märzem a lekarzem stanowią wspaniałą i bogatą mozaikę, z której zarysowują się kontury praprzyczyn schizofrenicznych zaburzeń.
Wyłaniający się obraz umysłowo chorego to przede wszystkim portret człowieka wrażliwego, który nie był w stanie poradzić sobie z niesprzyjającym mu światem. Zajęcza warga stanowi dodatkowe brzemię, które dla młodego człowieka staje się znamieniem oraz palącym piętnem. Dojmujący wstyd rodziców za swoją niewydarzoną pociechę okazuje się doskonałym katalizatorem psychicznych przemian oraz pretekstem do sukcesywnego ograniczania do niezbędnego minimum udziału dziecka w życiu społecznym. März to oczko w głowie matki, która wciąż na niego uważa, tak, że w konsekwencji Aleksandrowi nigdy nie udało się pewnie stanąć na twardym gruncie samodzielności. Dalszym skutkiem wychowania pełnego barier i zakazów jest swoista indolencja społeczna, niemoc nawiązania realnych kontaktów z rówieśnikami oraz otoczeniem. Choćby stąd widać, że stan permanentnej izolacji to w pewnym sensie powrót do świata znanego z dzieciństwa, który wówczas ograniczał się do niewielkiej, dobrze poznanej, a dzięki temu bezpiecznej przestrzeni.
Oczywiście za schizofrenię Märza nie zostaje obarczona wyłącznie jego rodzina. Można wręcz śmiało rzec, że główny ciężar zarzutów dotyczy społeczeństwa oraz jego bezdusznego ostracyzmu, przejawiającego się w konsekwentnym odrzucaniu jakichkolwiek przejawów odmienności, obcości, nieszablonowości. Heinar Kipphardt znakomicie prezentuje jak jednolitą a równocześnie bezwzględną istotą jest ludzka gromada, która nie akceptuje osobników, odłączających się od stada, biegnących swoim własnym, niezrozumiałym dla pozostałych torem. Indywidualista, który pozwoli sobie przypiąć łatkę szaleńca zostaje starannie odseparowany, ponadto wyśmiany, zniesławiony oraz stopniowo pozbawiany człowieczeństwa. Autor podkreśla, jak niebezpiecznie być niedopasowanym, świetnie opisując tragiczne położenie ludzi uznanych za psychicznie chorych. Schizofrenik jest bezustannie degradowany, traci stopniowo wolność decyzji, prawa obywatelskie. Kwestionuje się jego ludzką naturę, o której posiadanie przestaje się go wkrótce posądzać. Odtąd nie jest on już istotą ludzką, ale stanowi jej przeciwieństwo, antytezę – jest wariatem.
W swojej powieści Kipphardt bardzo celnie uzmysławia czytelnikowi jak niewielką wiedzę posiadamy na temat chorych psychicznie, jak podmiotowo ich traktujemy, nie podejrzewając, że Ci ludzie również posiadają ludzkie uczucia, będąc przy tym o wiele wrażliwszym od przeciętnego osobnika. Autor bezwzględnie obnaża wyobrażenia oraz stereotypy, które sięgają również wariatów. Zgodnie z powszechnymi wyobrażeniami, schizofrenik jest niebezpieczny, agresywny, gwałtowny, niepohamowany, nieposkromiony, a w dodatku nieuleczalnie chory. W efekcie działalność placówek psychiatrycznych redukowana jest wyłącznie do nadzoru nad pacjentem, tak jakby kuracja w ogóle nie wchodziła w rachubę. Chory może zostać co najwyżej zresocjalizowany – można spróbować przywrócić mu zdolności do wykonywania w społeczeństwie przemysłowym pracy, przysparzającej nowych wartości. Powrót na łono cywilizacji warunkowany jest przy tym udowodnieniem nieszkodliwości oraz potencjalnej przydatności, choćby w najmniejszych zakresie. Kipphardt brutalnie udowadnia, że w społeczeństwie kapitalistycznym, a więc opartym na walce konkurencyjnej, nie da się ludziom wpoić, by odczuwali względem siebie sympatię, czy wzajemnie sobie pomagali. Już w szkole uczeni jesteśmy zasad dyskredytowania, nietolerancji oraz nienawiści względem tych, którzy nie są w stanie okiełznać swojej osobowości i przyciąć jej, tak by pasowała w przyjęte, kulturowe ramy. Dyskryminacja odbywa się jednak bardziej na poziomie podświadomości, bowiem oficjalnie wszyscy ludzie szanują się oraz kochają. W rezultacie dzieci równocześnie doświadczają podwójnej moralności, którą same szybko przyswajają. Wydaje się przy tym, że jedynym wyjściem, które zwalnia nas z konieczności ciągłego dopasowywania się jest władza oraz bezustanne narzucanie własnej woli. Człowiek, który wyraźnie odstaje od pozostałych, których nie ma już chęci by poddawać się kolejnym nakazom oraz zakazom, a brakuje mu przy tym siły, by przekuć swoją inność w artyzm bądź dominację nad bliźnim, skazany jest na posądzenie o bycie wariatem.
Książka to także smutna konstatacja, że dopuszczenie do tego, by uznano nas za szaleńca jest niemal równoznaczne dobrowolnej eliminacji. Osobnik posądzony o umysłową fiksację traktowany jest niczym szkodliwa narośl na zdrowej tkance społeczeństwa – staje się napiętnowany, wyklęty, nieczysty. Praktycznie niemożliwy okazuje się powrót do życia prowadzonego przed zdiagnozowaniem choroby. Skutecznie dbają o to sąsiedzi, krewni, znajomi, którzy nie potrafią traktować rekonwalescenta w innych kategoriach niż groźnego świra. Informacja o pobycie w klinice psychiatrycznej rozpowszechnia się szybciej niż trwa przywyknięcie do nowego środowiska, które niemal z miejsca oczekuje od wariata, by ten wcielił się w swoją rolę. Ale to błędne koło zdaje się mieć swój początek znacznie wcześniej, jeszcze w samej lecznicy. Człowiek dostaje się pod ostrzał absurdalnych pytań, a kiedy ma już serdecznie dość wszystkich wygłupów, trafia na mur nie do przebicia. Rzeczowe, wyważone oraz zrównoważone odpowiedzi są traktowane na podobnym poziomie, co wrzaski, bełkot, czy próby udawania jeszcze głupszego, w nadziei, że ktoś wreszcie dostrzeże całą farsę i przerwie ją – wszystko, co powie szaleniec to brednie, więc po co właściwie wsłuchiwać się w to, co pragnie nam ów osobnik przekazać? Trudno zatem liczyć na jakąkolwiek wyrozumiałość. A przecież pacjent nie pragnie kontaktu z człowiekiem, który nie interesuje się przeżyciami chorego, nie wysila się, by go zrozumieć, a swoimi pytaniami pragnie się jedynie utwierdzić, że osobnik odpowiada lekarskim wyobrażeniom na temat choroby. Ba, zdarza się, że przypadek pacjenta jest wręcz dostosowywany do lekarskiej diagnozy! Ale, zdaje się pytać Kipphardt, czegóż więcej można spodziewać się po dziedzinie medycyny, w której jeszcze niedawno powszechne było traktowanie kuracjuszy prądem. Czegóż więcej można oczekiwać od psychiatrii, której zdegradowanym, upadłym symbolem staje się klinika-dystrybutornia neuroleptyków. W pewnym momencie dr Kofler puentuje, że przemysł farmaceutyczny wyrasta z medycyny, a lekarz jest jego uświęconym przedstawicielem
Wymowa utworu Kipphardta, szczególnie w świetle częstych odwołań do Biblii oraz postaci Jezusa Chrystusa, wydaje się dosyć klarowna. Pomiędzy wierszami formuje się wielkie żądanie tego, by ludzi, uznanych za chorych psychiczni traktować po ludzku. Dopóki nie dostrzeżemy w nich bliźniego, dopóki nie porzucimy naszych lęków i obaw, dopóki nie pozbędziemy się ciążących na nich i przygniatających ich do ziemi stereotypów, dopóty nie ma realnej możliwości niesienia im pomocy. Jeśli zapomnimy, że schizofrenik, czy jakikolwiek inny człowiek, uchodzący w powszechnej opinii za wariata jest taką samą istotą jak my to szpitale psychiatryczne zawsze stanowić będą wyłącznie rodzaj izolatki, separatora, czy wręcz więzienia, będącego karą za odmienność.
Dzieło Kipphardta można również rozpatrywać z bardziej panoramicznej perspektywy. Autor przedstawia współczesne społeczeństwo jako bezuczuciową ciżbę, w której większość osobników prowadzi bezwzględną rywalizację o własne interesy, bez oglądania się na racje i prawa drugiego człowieka. Środkami do osiągnięcia celu nie rzadko są kłamstwo, obłuda, hipokryzja, czy krzywda wyrządzana bliźniemu. Jednocześnie cała skomplikowana siatka społecznych powiązań utrzymywana jest dzięki skrajnemu przymusowi, kamuflowanemu na różne sposoby. Autor uświadamia nam, że rysów zniewolenia można doszukać się w praktycznie każdym ludzkim działaniu. Jako trybiki wielkiej machiny poddawani jesteśmy nieustannej presji, by postępować w sposób przewidywalny, ograniczając swobodę działania do koniecznego minimum, sprawiającego wrażenie wolności wyboru. Ba, Kipphardt doszukuje się wręcz warstwy mistyfikatorów i odpowiednich autorytetów, których powinnością jest maskowanie przymusu, działanie, by ujarzmiony potraktował presję jako wybór dobrowolny, jako rzecz zgodną z naturą, wynikającą z jej istoty.
Reasumując Aleksander März to jak większość książek z serii Współczesna Proza Światowa, lektura wybitna. O sile utworu decyduje wielopoziomowość oraz wieloaspektowość. Treść koncentruje się w głównej mierze na chorym psychicznie pacjencie, ukazując przy tym jego przeszłość, prezentując drogę do umysłowej fiksacji. Jednak sam sposób, dość przewrotny, w jaki Kipphardt przedstawia głównego bohatera sprawia, że obraz stereotypowego schizofrenika zaczyna gwałtownie rdzewieć, korodując od natłoku faktów, które w świetle psychiatrycznej praktyki autora, należy uznać za prawdopodobne. Niemiecki literat zmusza czytelnika do zredefiniowania poglądów na temat osób umysłowo chorych oraz zmiany postrzegania samego procesu leczenia prowadzonego w psychiatrycznych placówkach, udowadniając przy okazji, jak skromną wiedzę, jako ludzkość, posiadamy na własny temat, w kwestii funkcjonowania naszego kluczowego organu – mózgu, który w dalszym ciągu możemy traktować jako swoiste terra incognita. Jednocześnie Kipphardt wystawia bardzo surową cenzurkę współczesnemu społeczeństwu, które w sporej mierze czyni winnym za coraz częstsze rozchwiania psychiczne jego własnych członków. Konsumpcyjny styl życia nakierowany głównie na posiadanie, pieniądze jako główny wyznacznik sukcesu, agresywna obrona własnej niezależności oraz źle pojmowany indywidualizm, godzący często w wolność drugiego człowieka stanowią dla współczesnych ludzi pułapkę, w którą wpadają w szczególności osoby wrażliwe, słabe, nie będące w stanie bronić własnego interesu. Na dobrą sprawę Kipphardt uzmysławia nam, że każdy z nas może zostać uznany za niepoczytalnego, niespełna rozumu, szalonego, obłąkanego, nawiedzonego, stukniętego. Wszystko to tylko kwestia tego, kiedy oraz w jakim stopniu zaczniemy kontestować otaczająca nasz rzeczywistość, nie godząc się na kolejne kompromisy, zawierane w imię harmonicznego współegzystowania.

Wasz Ambrose

piątek, 28 marca 2014

Nowa epoka dziennikarstwa



Czarno-białe widzenie świata jest bardzo kuszące – zwalnia od myślenia i wielu rozterek. Miło jest wierzyć, że PRL był zły, a dzisiejsza Polska dobra, że stare było złe, a nowe i postęp są dobre. Niestety rzeczywistość nie jest już taka różowa, a najłatwiej zobaczyć to, gdy się porównuje konkretne aspekty różnych epok.

Przy okazji ostatnio omawianej lektury – Resortowe dzieci. Media – wypłynął temat IV władzy. Nie będę się dziś rozwodził nad wszystkimi aspektami tego problemu. Ograniczę się do warsztatu.

Kiedyś, czyli za „komuny”, że o wcześniejszych czasach nie wspomnę, wystarczyło dużo czytać, by przez samo patrzenie nauczyć się poprawnej ortografii, gramatyki, a nawet dorobić jakiego takiego stylu. Jak mawiają Brytyjczycy learning by watching.



Dowódca jednostki wojskowej w ukraińskiej Julij Mamczurur został porwany z Belbeku żołnierzy rosyjskich - podaje 5 Kanał. Pułkownik poinformował o tym agencję Reuters. Nieznane jest miejsce jego pobytu.

Ten bełkot (zrzut ekranu można powiększyć) to nie środek malutkiego artykuliku na prywatnym blogu jakiejś niemoty. To nagłówek w głównym serwisie informacyjnym jednego z największych polskich portali (Gazeta.pl), a więc odpowiednik pierwszej szpalty ogólnopolskiej gazety codziennej z epoki papierowej. Jeszcze kilkanaście lat temu nie było do pomyślenia, by coś takiego się ukazało, nawet w prowincjonalnym szmatławcu. A jeśli już, czysto hipotetycznie, coś takiego by się zdarzyło, polecieliby wszyscy, którzy do tego rękę przyłożyli. Mam wrażenie, że nawet w gazetce szkolnej z czasów PRL-u by to nie przeszło bez konsekwencji. A dziś? Takie sytuacje są na porządku dziennym i nie rodzą żadnych następstw. Oczywiście winna jest na pewno nie tylko zmiana ustroju, ale również zachłyśnięcie się nowymi technologiami. Pytanie o proporcje wpływu tych zbiegających się w czasie okoliczności, to już temat na długie rozważania wykraczające poza tę formę.

Czytelnictwo staje się szkodliwe, nie tylko w przypadku tekstów internetowych i ebooków, gdyż brakoróbstwo autorów coraz śmielej przenika również nie tylko do gazet papierowych, ale nawet do książek. Im więcej czytasz, tym bardziej ci się miesza w głowie. Sam już zaczynam strzelać byki, jakie kilka lat temu pewnie by mi się jeszcze nie zdarzyły.

O cywilizacji badziewia pisałem już wielokrotnie. To tylko kolejna taka refleksja, że bylejakość dociera obecnie nawet na pierwsze strony największych w kraju serwisów, nie tylko Gazety. Jak tu mieć nadzieję na dobrą treść, gdy nawet nad formą się nie panuje?


Wasz Andrew