Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

sobota, 22 marca 2014

Rossiya-Matushka

Maszeńka

Vladimir Nabokov


Tytuł oryginału: Машенька
Tłumaczenie: Eugenia Siemaszkiewicz
Wydawnictwo: MUZA S.A.
Liczba stron: 144
 
 
 
 
 




Jakże zaskakujące, a zarazem fascynujące są bodźce, które oddziałując na skomplikowaną maszynerię umysłu artysty mogą stać się asumptem do powołania z otchłani niebytu literackiego dzieła. Osobiście nie mam wątpliwości, że pisarz to swoisty demiurg i kreator, tyle, że jest on w pewien sposób ograniczony dostępnym tworzywem, które można przekształcić w literacką materię. Wydaje się, że im dzieło bardziej wybitne, doskonałe, wieloaspektowe, możliwe do rozpatrzenia na ogromnej liczbie płaszczyzn, tym bardziej natrętnie atakują czytelnika pytania o to, skąd autor czerpał swoje pomysły, idee, w jaki sposób życie podsunęło mu użyte w danej powieści scenariusze. Twórcą, którego można zaliczyć w poczet mistrzów pióra, który z niezwykłą wręcz wprawą wciskał otaczającą go rzeczywistość w ramy literatury był z pewnością Vladimir Nabokov.

Vladimira Nabokova śmiało można określać mianem obywatela świata – urodzony w Rosji w 1899 roku, tułający się po kontynencie europejskim oraz amerykańskim, mieszkający m.in. w Niemczech, Stanach Zjednoczonych, zmarł w 1977 roku w Szwajcarii. Od 1919 roku Nabokov przebywał na emigracji – pochodził on z zamożnej rosyjskiej rodziny szlacheckiej, która w efekcie rewolucji październikowej utraciła majątek. Vladimir wraz z rodziną opuścił rodzimy kraj i wyjechał do Europy Zachodniej. Na początku lat dwudziestych Nabokov uczęszczał na Uniwersytet w Cambridge, studiując romanistykę i slawistykę. Po ukończeniu nauki w 1923 roku, autor zamieszkał w Berlinie. W stolicy Niemiec doszło do wydarzenia, które w pewien sposób stało się natchnieniem do napisania debiutanckiej powieści autora. Do Berlina zawitała dawna służąca rodziny, która podróżując z Estonii przywiozła ze sobą pozostawionego w Rosji psa, jamnika Boksa, niewidzianego od kilku lat. To właśnie młody Nabokov odbierał ulubionego czworonoga swojej matki na berlińskim dworcu, który za sprawą literackiej magii zamienił się w ukochaną, wytęsknioną i długo oczekiwaną kobietę, tytułową bohaterkę debiutanckiego utworu pt. Maszeńka.

Akcja Maszeńki rozgrywa się w dobrze znanym Nabokovowi rosyjskim środowisku emigracyjnych w Berlinie. Zaniedbany, brudny pensjonat ze ścianami grubości pudełka od zapałek, położony gdzieś na obrzeżach miasta, w hałaśliwej okolicy, tuż obok ruchliwego torowiska zamieszkuje szóstka przypadkowych rosyjskich lokatorów, rzuconych tutaj przez wichry codzienności. Nabokov prezentuje doprawdy osobliwą galerię postaci – znajdziemy wśród nich podstarzałego poetę, który zaczyna szczerze wątpić w sens swojej twórczości, rozmamłanego matematyka, oczekującego na przyjazd drogiej małżonki, pannę o obfitym biuście, która coraz szybciej zdąża ku staropanieństwu, dwójkę tancerzy baletowych o podejrzanych preferencjach seksualnych oraz młodego mężczyznę, pozostającego bez określonego zajęcia, którego poprzednie, tj. prowadzone w Rosji, życie owiane jest mgiełką tajemnicy. Ostatni osobnik, to Lew Glebowicz Ganin, główny bohater utworu. Kolejne dni jego emigracyjnego życia wypełnione są egzystencjalną nudą. Ganin zdaje się być porażony swoistą niemocą uwagę zwraca jego bierność, pasywność, nieróbstwo. Sprawia on wrażenie osobnika pogrążonego w głębokim letargu, ogarniętego bezwładem, dla którego perspektywa śmierci jest równie przytłaczająca, co widmo dalszego życia.

Ganin zostaje wytrącony ze swojego stanu bezsilności za sprawą przypadku, zrządzenia losu, który igrając sobie z ludzi oraz ich problemów sprawia, że na ganinowym horyzoncie ponownie pojawia się Maszeńka, czy raczej istnieje spora szansa na to, że miłość z lat młodzieńczych przybierze wkrótce realne szaty i zjawi się na berlińskim dworcu. Perspektywa spotkania z kobietą, do której w sercu Ganina nadal tlą się miłosne węgliki, staje się pretekstem do odbycia cudownej wędrówki po sielankowej przeszłości.
Powieść przeplata ze sobą wątki pochodzące z emigracyjnej rzeczywistości oraz reminiscencje Ganina. Wspomnienia głównego bohatera nie są przy tym w pełni klarowne. Zdają się przyjmować one formę rozmytej mgiełki, której kontury w ogromnej mierze zostają dopowiedziane, uściślone, zarysowane za sprawą własnej wyobraźni. Można rzec, że co prawda nic nie ginie, ale trudno to zespolić w całość – pamięć okazuje się kulawa, a przywołane obrazy dziurawe. Z tego powodu trudno jednoznacznie ocenić, czy uczucia Ganina to metafizyczny ból powodowany rozłąką z rzeczywistą osobą, połączony z radością, wynikającą z perspektywy rychłego spotkania czy raczej jest to żal, smutek, tęsknota za sennym majakiem, marzeniem spragnionego serca. Maszeńka zdaje się pełnić rolę klucza, który otwiera wrota przeszłości, przy czym tak jak w przypadku wielu ludzi, zdarzenia odległe, dawne, stroją się w szaty sielanki, utraconego raju. Ganin na swój sposób odtwarza nieobecny już świat, w którym dane było mu zaznać prawdziwego szczęścia. Czyni to z ogromnym kunsztem oraz starannością, a jego zaangażowanie w misterium snucia wspomnień sprawia, że bohater popada w kolejny trans. Tym razem jego życie zdaje się być zawieszone pomiędzy przeszłością a teraźniejszością. Momentami można wręcz dojść do przekonania, że to nieskazitelna egzystencja zatopiona w przeszłości jest bardziej rzeczywista, bardziej realna niż mglisty i tajemniczy byt teraźniejszy. Nabokov mistrzowsko przedstawia mechanizmy ludzkiej psychiki, charakterystyczne dla emigranta, a więc człowieka, który w tym konkretnym przypadku został zmuszony do opuszczenia rodzinnej ziemi. Znamienne są tendencje do gloryfikowania dawnych wydarzeń, dodawania im wyjątkowości, uroku, niepowtarzalności, swego rodzaju niewinności, która jednak została zbrukana, i której z pewnością nie da się przywrócić na emigracyjnej tułaczce. Warto przy tym zauważyć, że przeszłość ulega mimowolnej filtracji, tak, że w mózgu jawią się jedynie obrazy przyjemne, miłe, a wszelkie zgrzyty, niepowodzenia, małe klęski, których przecież nie mogło zabraknąć w żadnym człowieczym żywocie, są skrzętnie usuwane poza nawias świadomości. Ganin przebywa zatem w świecie platonowskich idei, a w związku z tym nasuwa się naturalne w tych okolicznościach pytanie – czy w niemal doskonałym tworze, do budowy którego użyto plastycznego materiału wspomnień jest jeszcze miejsce dla materialnego surowca?

Utwór jest zatem diabelnie interesujący, jeśli rozpatrywać go na polu symboliki. Biorąc pod uwagę okres, w którym powstało dziełko, nietrudno o skojarzenie tytułowej Maszeński z Rosją. Ojczyzna, szczególnie przez emigrantów, a więc osoby za nią szczególnie stęsknione, często jest personifikowana poprzez nadanie jej cechy ukochanej, powabnej kobiety, czy troskliwej matki. I może nawet szczególnie wtedy, gdy człowiek zmuszony jest żyć poza jej granicami, przywiązanie do rodzinnego kraju objawia się w pełnej krasie. Nie bez znaczenia pozostają także tory, tuż obok których położony jest hotelik z rosyjskimi pensjonariuszami – kojarzą się one z drogą, ruchem, horyzontem, który można próbować dognać (ale na ogół bez powodzenia). W takim właśnie nieskończonym, ale jednak często daremnym ruchu pogrążonych jest wielu emigrantów, próbując odnaleźć swoje prywatne szczęście na obcej ziemi. Wymowny pozostaje również szkielet nowopowstającego domu, którego wznoszenie obserwuje Ganin. Zrąb konstrukcji można utożsamiać z możliwościami, które otwierają się przed człowiekiem, opuszczającym rodzinne strony. W końcu to, czy osiągnie on sukces, ułoży, czy też na nowo zbuduje swoje prywatne życie, w ogromnej mierze zależy od niego samego. Ciekawe jest także kino, które w pewien sposób uświadamia Ganinowi, że człowiek często jest tylko podrzędnym statystą w życiu, które stanowi swoistą grę, spektakl. Wreszcie bardzo znamienne są cienie, które nie raz, nie dwa, przewijają się na kartach powieści. W skomplikowanej wędrówce przez labirynt pamięci, stopniowe wskrzeszanie wspomnień, odtwarzanie świata, w którym nastąpiłoby ponowne ziszczenie cudu, Ganin zaczyna tracić kontakt z rzeczywistością, którą zdają się zamieszkiwać cienie. Właśnie owe cienie wzmacniają formułujące się pytanie o to, który świat jest bardziej realny – otaczająca głównego bohatera nudnawa codzienność, czy skrząca się od miłych wydarzeń przeszłość z dziecięcymi latami?

Widać wyraźnie, że debiut Nabokova znamionuje kwestie, które artysta będzie rozważać w swojej dalszej twórczości. W Maszeńce pojawia się choćby dosyć krótkie, ale niezwykle ciekawe studium nad materią fizyczną, a konkretnie przedmiotami, rozpatrywanymi przez pryzmat ludzi z nimi związanych. Nabokov silnie koncentruje się na rzeczach materialnych, które jednak dopiero w zestawieniu z właścicielem tworzą harmoniczną całość. Wraz z jego śmiercią matowieją, szarzeją, pokrywają się patyną zapomnienia, tracą swój pierwotny blask, czyli na swój sposób również umierają. Jednocześnie wszystkie te drobne, z jakiegoś powodu miłe przedmioty, do których tak przyzwyczajają się oczy i palce i które potrzebne są tylko po to, żeby człowiek, wiecznie skazany na obmieszkiwanie nowych kątów, wypakowując z walizki po raz setny lekką, serdeczną graciarnię, czuł się choć trochę w domu. Zatem materia fizyczna, mimo, że znacznie bardziej poślednia od duchowego tworzywa, wciąż pełni istotną rolę, stanowiąc swoisty nośnik przeszłości.

Reasumując, Maszeńka to kolejna wyjątkowa powieść Nabokova, którą dane było mi przeczytać. Ponadto powieść, którą posiadam opublikowana na łamach wydawnictwa MUZA S.A. opatrzona została interesującym posłowiem profesora Leszka Engelkinga, wybitnego tłumacza oraz znawcę nabokovskiej prozy. Polski uczony przybliża okoliczności powstania utworu oraz zwraca uwagę m.in. na bogatą symbolikę liczb, jaką skrywają w sobie karty powieści. Tekst pana Engelkinga stanowi wyborne uzupełnienie lektury, pozwalając dostrzec ją w szerszej perspektywie. W moim skromnym odczuciu Maszeńka to bardzo udany debiut Nabokova. Być może razi nieco przyciężkawy, mocno nostalgiczny styl, w jakim utrzymany jest utwór, ale znakomitą rekompensatę stanowią plastyczny język, którym Nabokov operuje z godną podziwu wprawą oraz bogactwo treści, która mimo skromnej objętości skrywa w sobie wiele literackich skarbów. Piękna powieść o ludzkiej tęsknocie, gdzie pobrzmiewają już echa nabokovskiej zaświatowości, którą zainteresowanie wybucha pełnym żarem w późniejszych utworach.

Wasz Ambrose

piątek, 21 marca 2014

O Finach

W Stanach w telewizji reklamują viagrę, chirurgię kosmetyczną, antydepresanty. Pytają: „Jesteś rano zmęczony, zestresowany pracą, a wieczorami nie możesz zasnąć?” Jak przedstawiają listę objawów, każdy sobie coś na niej znajdzie. Ludzie wierzą, że mają depresję, i biegną do lekarza, żeby błagać o leki. A tutaj żyje sobie facet, który od lat rozmawia (przez telefon przyp. A.V.) z wymyślonymi przyjaciółmi, i nie tylko go nie leczą, ale jeszcze zostawiają mu budkę telefoniczną, chociaż rozłączają linię... tak żeby był szczęśliwy. To jest prawdziwa lokalna społeczność i to mi się podoba.

James Thompson Anioły śniegu

czwartek, 20 marca 2014

O pięknie islamu


…jedna z najbogatszych kobiet na świecie, będzie miała mniej więcej takie same prawa jak wielbłąd. Raczej mniej niż więcej, (…), bo nawet wielbłąd mógł pokazywać publicznie swe oblicze.

Portret szpiega Daniel Silva

wtorek, 18 marca 2014

Druga odsłona Gabriela Allona

Portret szpiega

Daniel Silva



Tytuł oryginału: Portrait of a Spy

Tłumaczenie: Katarzyna Bieńkowska

Wydawnictwo: Warszawskie Wydawnictwo Literackie Muza 2012








Daniel Silva jest znanym, ba!, nawet bardzo znanym, gdyż jego powieści zawsze lądują wysoko na listach bestsellerów, pisarzem amerykańskim. Pracował jako dziennikarz dla największych gigantów medialnych świata, ale sławę przyniosła mu beletrystyka, a głównie powieści szpiegowskie. Kiedyś czytałem jego powieść Angielski zabójca i wrażenia z tej lektury miałem bardzo pozytywne, więc gdy naszła mnie ochota na te właśnie, czyli walki tajnych służb klimaty, a na bibliotecznej półce akurat zauważyłem wśród świeżych zwrotów dwie powieści Silvy, od razu je zabrałem. Jedną z nich był Portret szpiega.

Od razu zacznę od krytycznej uwagi pod adresem wydawcy. Nie chodzi mi o błędy, które owszem, zdarzają się tu i ówdzie, ale nie denerwują aż tak bardzo. Tym razem zniesmaczyła mnie notka na tylnej okładce. Dobrze, że zerknąłem na nią dopiero po przeczytaniu książki – nie jest to ewidentny spojler*, ale moim zdaniem zdradza za dużo. Teraz przejdźmy do rzeczy przyjemniejszych.

Jak w Angielskim zabójcy, tak i w Portrecie szpiega, postacią centralną jest Gabriel Allon, „emerytowany” izraelski anioł zemsty, czyli taki ichni 007, tyle że w wersji bardziej hard. W chronologii serii powieściowej** wspomniane książki plasują się odpowiednio na drugim i jedenastym miejscu. Fabuły nie będę zdradzał nawet w zarysie. Nie jest specjalnie oryginalna, ale i do sztampy też jej daleko. Po prostu solidne pisarskie rzemiosło. Nie ma sensu odbierać nikomu nawet części tej przyjemności jaką miałem usiłując przewidzieć, co będzie dalej, a czego bym nie zaznał, gdyby mi ktoś wcześniej wspomniał cokolwiek o zarysie intrygi. Dość powiedzieć, iż rzecz cała dzieje się gdzieś około roku 2010, może nawet później. Nie jest więc to opowieść o czasach, gdy świat był biało-czarny, a raczej biało-czerwony, gdy główne napięcie wiązało się z podziałem Ziemi pomiędzy demokrację i komunizm. Są to już realia po WTC i innych znanym wszystkim wydarzeniach. Realia, w których tylko zaślepieni albo głupi potrafią powiedzieć, co jest czarne, a co białe. Realia, w których aniołowie są zbrukani, a zło ma często dużo wyżej postawioną poprzeczkę moralną niż szeryfowie dobra.

Jako typowy przykład gatunku – sensacji osadzonej w świecie tajnych służb, a zarazem przykład bardzo udany, rzecz cała napisana jest językiem łatwym w odbiorze, pozwalającym czytelnikowi bez trudu nadążać za szybką akcją i odczuwać napięcie, a więc dość prostym, ale wcale nie prostackim. Dużo wnosi fakt, iż drugą osobowością głównego bohatera, poza perfekcyjnym zabójcą, jest niezwykle utalentowany artysta, co bardzo pozytywnie odbija się również na warstwie językowej. Fabuła nie jest specjalnie skomplikowana ani wielowątkowa. Nie wymusza więc całkowitego skupienia, by się nie pogubić. Postacie zarysowane śmiało i dość ciekawie, choć jakby nieco schematycznie i daleko im do pełnej szaleńczej odwagi kreacji rodem z innej niedawnej mojej lektury – Gry o tron. W tym gatunku nie jest to jednak aż tak ważny element jak klimat, napięcie, realia służb i świata tajemnic, a te są oddane całkiem udanie.

Jak już wspomniałem, nie są to już czasy złego komunizmu i dobrego Zachodu. Świat nie jest dużo bardziej skomplikowany niż dawniej, był taki od zawsze, ale teraz coraz więcej osób to zauważa, również w literaturze. Silva świetnie, a nawet wręcz odważnie, oddał wiele elementów dzisiejszej rzeczywistości. Totalna orwellowska inwigilacja będąca zaprzeczeniem fundamentalnych zasad demokracji i na pewno przewyższająca wszystko, co działo się w tej materii w opluwanej powszechnie komunie. Rozdęta do astronomicznych wręcz rozmiarów i kosztów liczebność służb, których istnienie niejednokrotnie uzasadnia tylko walka z terroryzmem, a która właśnie przez ogromne rozmiary wręcz uniemożliwia zachowanie prawdziwej poufności.

Silva wypunktowuje paradoksy współczesnego świata, jak choćby sojusz USA z Arabią Saudyjską w wojnie z terroryzmem, który przecież między innymi przez ten właśnie kraj jest inspirowany. Od wieków znane było powiedzenie, iż wróg wroga jest przyjacielem, ale nawet to się zdezaktualizowało. Wszystko staje na głowie.

Pisarz bezlitośnie piętnuje Dubaj, z jego przepychem prowadzącym do zadłużenia, ale przede wszystkim za to, że jest to być może najbardziej antyekologiczny kraj na świecie oraz piekło dla zagranicznych robotników. Krytykuje władzę niekompetentnych polityków własnego kraju nad tajnymi służbami, gdyż w imię wzrostu notowań w sondażach dążą oni do szybkich sukcesów zaprzepaszczając niejednokrotnie długofalowe, znacznie ważniejsze cele i ujawniają sukcesy, co rodzi późniejsze klęski, zgodnie z zasadą, iż najlepiej, gdy o prawdziwych sukcesach tajnych służb nie wie nikt, a przynajmniej niewielu z żyjących współczesnych.

Z dużym wyczuciem autorowi udało się oddać różnicę pomiędzy amerykańskim stylem prowadzenia tajnej wojny, opartym głównie na technologii i pieniądzu, a potęgą budowaną na agentach w terenie, jak w przypadku Izraela, oraz w ograniczeniach i zaletach każdej z form. Są i elementy krytyki stosunków własności w tak zwanej demokracji, jak choćby jawna kpina z ludzi, którzy kupują za dwa miliony dolarów zegar, który się ciągle spóźnia.

Są i osobiste refleksje autora o ogólniejszej naturze, między innymi ta, że kiedyś wiara w Boga inspirowała ludzi do tworzenia wielkich dzieł architektury czy malarstwa, a dziś ze spektakularnych dzieł natchnionych wiarą najbardziej widoczne są zamachy terrorystyczne.

Oczywiście główną sprawą jest krytyka islamu, który dąży do zniszczenia zachodniego stylu życia i wprowadzenia królestwa szariatu. Bardzo mocno jest też podkreślony problem piekła, jakim jest prawo koraniczne dla kobiet, które nie godzą się na rolę przedmiotu w męskim gospodarstwie. Prezentuje nawet dość dużą odwagę, biorąc pod uwagę, iż wielu krytyków islamu musi się ukrywać w obawie o swe życie. Posuwa się nawet do, celnego zresztą, nazwania publikowanych w internecie filmów z zamachów i egzekucji pornografią dla dżihadystów.

Mamy i polski smaczek, czyli stwierdzenie, z którego wynika, iż autor jest przekonany, że w Polsce były tajne amerykańskie więzienia.

Niestety, tym razem pisarz nie uniknął ewidentnej wpadki merytorycznej opisując wielki głęboki krater w miejscu wybuchu ładunku kierunkowego skierowanego poziomo. Albo nie był to tego typu ładunek, albo nie taki ślad. W szerszym ujęciu także nie jest Portret szpiega sposobem na wyrobienie sobie pojęcia o przyczynach i złożoności problemu, jakim jest terroryzm. Ani raz nie padło stwierdzenie, iż za każdym, nawet na wskroś natchnionym wiarą, aktem terroru stoją czysto świeckie cele. Nie było też najmniejszego nawet nawiązania do teorii konfliktów asymetrycznych, z których wprost wynika nieuchronność między innymi działań terrorystycznych, nawet jeśli czynniki wyznaniowe nie będą miały nic do rzeczy.

Na pewno na sposób patrzenia i przedstawienia złożonych oraz niejednoznacznych problemów związanych z konfliktem islamsko-zachodnim ma wpływ, iż autor jest Żydem z odzysku. Urodzony jako katolik, jako dorosły zmienił wyznanie na mojżeszowe. Jest bardzo interesującym poznać sposób widzenia rzeczywistości z jego perspektywy, ale to aspekt lektury raczej dla czytelników obytych z tematem. Wśród pozostałych może narobić szkód, podając im gotowe prawdy, niestety czasami równie przekonujące, co odbiegające od rzeczywistości.

Poza tymi moimi narzekaniami, w warstwie typowo rozrywkowej odpowiedniej dla kanonu, czyli powieści szpiegowskiej, książka zasługuje na najwyższą ocenę. Oczywiście z zastrzeżeniem, że to, co jest zaletą, zarazem jest ograniczeniem. Przy powtórnej lekturze napięcia już raczej nie odczujecie, nie będzie zaciekawienia, a to nie Potop, by raz za razem smakować piękno języka. W sam raz na jeden raz. Choć zdecydowanie udany, godny polecenia wszystkim miłośnikom gatunku, to jednak tylko ten jeden raz


Wasz Andrew


* spojler – tu niepożądana informacja o szczegółach zakończenia utworu literackiego, teatralnego lub filmowego
** seria a Gabrielem Allonem:
1. The Kill Artist (2000)
2. The English Assassin (2002)
3. The Confessor (2003)
4. A Death in Vienna (2004)
5. Prince of Fire (2005)
6. The Messenger (2006)
7. The Secret Servant (2007)
8. Moscow Rules (2008)
9. The Defector (2009)
10. The Rembrandt Affair (2010)
11. Portrait of a Spy (2011)
12. The Fallen Angel (2012)
13. The English Girl (2013)

poniedziałek, 17 marca 2014

"Czarny deszcz" Masuji Ibuse - Czarne, czarny, czarna

Czarny deszcz

Masuji Ibuse


Tytuł oryginału: Kuroi ame
Tłumaczenie: Mikołaj Melanowicz
Wydawnictwo: Książka i Wiedza
Liczba stron: 332
 
 
 
 
Plotka to małe, wstrętne stworzenie, które niczym żarłoczny robak toczy dobre imię osoby, będącej przedmiotem złośliwych pomówień. Fascynujący jest fakt, że chociaż plotka to informacja niesprawdzona, nierzadko bzdurna, a niemal zawsze kłamliwa, to najczęściej wzrasta ona bez większych zakłóceń, osiągając gargantuiczne rozmiary, doszczętnie rujnując wizerunek ofiary. Trudno się przed nią skutecznie obronić, równie ciężko jest zapobiec jej narodzinom, a i bardzo nieprzyjemnie jest zmagać się z jej konsekwencjami. Z tego powodu plotka jako rzecz sama w sobie nie posiada zbyt wielu pozytywnych konotacji. Ale jak pokazuje życie, rzadko kiedy zdarzają się zjawiska, które można charakteryzować wyłącznie za sprawą negatywnych określników. Nie inaczej jest w tym przypadku – w końcu krótkie studium nad plotką właśnie, staje się niejako przyczynkiem do niezwykłej opowieści, którą snuje bohater książki Czarny deszcz autorstwa Masujiego Ibuse.

piątek, 14 marca 2014

Wieczny urok izometrii

czyli walcz o wolność i demokrację zabijając w zamian za zielone



Kiedyś, dawno, dawno temu, gdy marzeniem gracza była Amiga albo pecet z procesorem 486 lub chociaż 386, grałem bardzo dużo i we wszelkie możliwe gatunki gier. Można powiedzieć, że szukałem tego, co mnie kręci. Był to czas świeżych pomysłów, epokowych produkcji, które do dziś wyznaczają kierunki rozwoju gier komputerowych. Był to też czas gier niedoścignionych. Od tego okresu grafika poszła niesamowicie do przodu i wydawałoby się, że tak stare gry, na rynku, gdzie czas życia nowych produkcji liczy się w miesiącach, powinny zostać na zawsze zapomniane. Tak jednak nie jest.

Grywalność to termin określający satysfakcję, jaką gracz uzyskuje z gry. Na ten parametr wpływają wszystkie elementy gry, od grafiki i dźwięku poczynając, poprzez fabułę, logiczny schemat powiązań elementów występujących w grze, zasady rozgrywki, liniowość rozgrywki i wiele innych, aż po wierność realiom. Praktycznie każdy element jest ważny i mam wrażenie, że o ile fantastyczna grafika czy inne podobne technologiczne wodotryski dają wiele w momencie premiery gry oraz, co chyba kluczowe dla producentów, wpływają znacząco na jej sprzedaż, to o grywalności ostatecznie decyduje element najsłabszy i jego waga w porównaniu do pozostałych atrybutów. To sprawia, że wypasione produkcje, w początkowym okresie niewyrobionym graczom nakręcanym przez płatną klakę, zwaną często krytyką, wydają się grami wszechczasów. Potem jednak, po roku, dwóch czy trzech, te wielkie nadzieje gasną. I okazuje się, że dziś, w XXI wieku, w czołówce najwyżej ocenianych, najczęściej granych, najbardziej znanych, są gry rodem z lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia. To prehistoria programów komputerowych – programy operacyjne z tego czasu już dawno wyszły z użycia, więc tworzy się emulatory umożliwiające granie w te najstarsze gry. Na szczęście nie wszystkie tego wymagają.

Jako że moim ulubionym gatunkiem jest strategia, dziś przedstawię Wam kolejnego dinozaura, który nie tylko, że nie wymarł, ale wciąż ewoluuje. Strategie zasadniczo dzielą się na RTS-y* i turówki**. Te pierwsze mają większą grywalność w początkowym okresie użytkowania, te drugie zaś pokazują pazur po latach, gdy zakupiopne w tym samym czasie RTS-y już dawno pokryją się kurzem. Pisałem już o History Line 1914-1918, której miłośnicy płaczą, gdyż nie doczekała się nigdy kontynuacji, oraz o trójcy Steel Panthers (Steel Panthers World at War, Steel Panthers World War II i Steel Panthers Main Battle Tank), która co pewien czas otrzymuje nowsze wersje. Wspomniane gry są wykonane w bardzo użytecznej w strategii konwencji, czyli w widoku z góry. Dziś nadszedł czas na wybitnego przedstawiciela innego sposobu obrazowania – rzutu izometrycznego.



  
Seria Jagged Alliance, bo o niej właśnie mowa, w swej pierwszej odsłonie pojawiła się w 1994 roku, równocześnie z kultowym UFO Enemy Unknown, o którym kiedy indziej. Od razu stała się obiektem uwielbienia maniaków strategii, a raczej taktyków, gdyż dowodzimy w niej oddziałem złożonym z niewielkiej liczby (najczęściej, w zależności od wersji, kilku/kilkunastu) najemników. Prawdziwą karierę, trwającą do dziś, zrobiła druga osłona cyklu (Jagged Alliance 2). Jej wielkimi zaletami, które są konsekwentnie rozwijane w kolejnych częściach, były wyraziste, oryginalne postacie, duży wybór broni strzeleckiej i realistyczne odwzorowanie pola walki. Sylwetki najemników, choć niewielkie, są bardzo sympatycznie animowane. Biją na głowę nawet późniejsze wielkie produkcje, jak choćby Fallout: Brotherhood of Steel z 2004 roku, gdzie czołganie się przypomina konwulsyjne drgawki. Poniżej krótki filmik ukazujący dynamikę poruszania się postaci w Jagged Alliance 2.




Filmik nakręcony z gry w wersji modowej Renegade Republic PL JA2 v. 1.13. Mody bowiem są tym, co nadaje wciąż nowe oblicza starej, klasycznej wersji.


W pierwotnym JA2 należało przy pomocy grupy najemników, w imię demokracji i wolności, zdobyć wyspę kontrolowaną przez złą dyktatorkę. Ciekawą rzeczą było konstruowanie od podstaw, zgodnie z własnymi preferencjami, głównego najemnika będącego naszym alter ego w grze. W modyfikacjach, których jest całkiem sporo, fabuła z reguły jest pokrewna, choć nie zawsze. W niektórych można też zwiększyć ilość samodzielnie konstruowanych postaci. Najczęściej akcja osadzona jest w czasach nam współczesnych, lecz jest też na przykład wersja umiejscowiona w Wietnamie czy w czasach II Wojny Światowej. Wyraźny jest element RPG*** - postacie doskonalą swe umiejętności w miarę zdobywania doświadczenia.




Wszystko to interesujące, ale tym, co najbardziej kręci tygrysy, jest uzbrojenie i jego używanie. Największą zaletą serii jest to, iż cały czas trwa na forum poświęconym grze dyskusja i moderzy, niech Pan da im siły, twórcy kolejnych, coraz bardziej rozbudowanych wersji, wsłuchują się w propozycje graczy, a liczba dostępnych typów broni strzeleckiej sięga w nowych modach już trzech tysięcy. Do tego oczywiście odpowiednia różnorodność amunicji, lekka broń wsparcia, moździerze, wyrzutnie przeciwpancerne, granaty, koktajle mołotowa. Dla każdego coś miłego.




By oddać atmosferę Jagged Alliance opiszę fragment jednego starcia. Każdy zainteresowany będzie wiedział w czym rzecz. Kiedyś moi najemnicy zdobywali budynek w kształcie litery „U”. Przed atakiem snajper z cichym zabójcą weszli na dach i wykończywszy strażników szybko rozłożyli się, by kontrolować ogniem dziedziniec wewnętrzny, a w chwilę później do ataku ruszyli pozostali. Na przedzie szła zawodniczka wyspecjalizowana w skradaniu się. Nagle otworzyły się drzwi w budynku i wypadła banda złych. Zrobiło się zamieszanie. Nawet noże weszły do akcji. Większość obrońców udało się zabić, ale w zamieszaniu prowadząca dostała serię przez klatę. Dzięki osłonom balistycznym nie zginęła, ale jednak padła obezwładniona brocząc obficie krwią. Nagle skądś pojawił się wrogi komandos, wpadł między zajętych walką moich i wyglądało na to, że dobije moją liderkę, na której przeżyciu bardzo mi zależało. Jedynym wyjściem było, by snajper z dachu strzelił przez własnego kolegę, który zasłaniał mu wrażego komandosa. Padł strzał. Pocisk przeszedł przez ramię najemnika, który znalazł się w złym miejscu i o złym czasie, na szczęście go nie zabijając, i trafił prosto w głowę wrednego komandosa. Liderka i najemnik poszli do szpitala, ale nie do kostnicy. I o to chodziło.




Oczywiście, gra nie oddaje rzeczywistości. W realu rany nie goją się tak jak w grze czy na filmie. Ale wiele smaczków w Jagged Alliance można odnaleźć. Jeśli na przykład spróbujecie, jak widać to na większości filmów, biegać czy chodzić po polu walki, zaraz zakończycie karierę. Nie będziecie długo czekać na strzał z okna czy z innego ukrycia. Skulona, skradająca się sylwetka najemnika albo ewentualnie czołganie, to jedyny sensowny obrazek.




Nie trzeba mówić: nie jest to gra dla wszystkich. Tym jednak, którzy interesują się uzbrojeniem strzeleckim, klimatami taktycznymi i walką małych formacji, polecam zwrócenie uwagi na tę produkcję. Tym bardziej, iż oryginalne wersje będące podstawą do instalowania modów można kupić za grosze, albo nawet zdobyć za darmo, i póki co szykuje się, iż nowych wersji nie zabraknie.


Zainteresowanych zapraszam też na stronę poświęconą grze i na sprzężone z nią forum.



Poniżej garść screenów (kliknij by powiększyć)



Wasz Andrew















* Real Time Strategy – strategia czasu rzeczywistego
** gry rozgrywane w systemie turowym
*** Gra fabularna, z ang. Role-Playing Game)

czwartek, 13 marca 2014

O książkach



…umysł zaś potrzebuje książek, podobnie jak miecz potrzebuje kamienia do ostrzenia, jeśli, oczywiście, ma zachować swoją ostrość.


Tyrion Lannister

Gra o tron George R. R. Martin

środa, 12 marca 2014

Jak ja nienawidzę zimy!





James Thompson

Anioły śniegu

tytuł oryginału: Snow Angels
tłumaczenie: Maciej Nowak - Kreyer
seria/cykl wydawniczy: Inspektor Vaara tom 1
Wydawnictwo Amber Sp. z o.o. 2012

Po Anioły śniegu sięgnąłem z powodu plakatu, który ujrzałem na korytarzu naszej biblioteki. Nie zajrzałem nawet do sieci, by się dowiedzieć czegoś o autorze albo o powieści, tak mnie zaintrygował tytuł i okładka. Takie przeczucie. Uczyniłem to dopiero po zakończeniu lektury.


James Thompson, Amerykanin, od czasów studenckich związany ze Skandynawią, obecnie zamieszkały w Helsinkach i ożeniony z Finką, człowiek, który z niejednego pieca chleb jadał, zdobył pisarską popularność jako autor serii kryminałów, których głównym bohaterem jest inspektor fińskiej policji Kari Vaara. Odwrotnie niż u autora, jego bohater jest rodowitym Finem, a żona Amerykanką. No dobrze, tego wszystkiego dowiedziałem się później, więc teraz wrócę do książki.

W małym fińskim miasteczku Kittilä, według naszej nomenklatury we wsi zabitej dechami, będącej jednak ekskluzywnym ośrodkiem sportów zimowych, tuż przed Bożym Narodzeniem zostaje brutalnie zamordowana gwiazdeczka filmowa Sufii Elmi. Od początku sprawę komplikuje fakt, iż to jednak osoba medialna, Murzynka, a w dodatku obrażenia, jakich doznała, mogą sugerować zarówno rasowe, jak i seksualne podłoże mordu.

Co będzie dalej, oczywiście nie zdradzę. Cała frajda przeżyć to samemu. Niektórzy twierdzą, iż fabuła jest banalna, zwłaszcza zaś sam wątek wspomnianego morderstwa. Ja jednak myślę, że dużo bardziej rażą wydumane pomysły niektórych pisarzy tak odległe od życia jak niektóre filmy porno od rzeczywistości. Zbrodnia zwykle jest banalna i historia pokazuje, iż bardzo często im banalniejsza, tym trudniejszą jest zagadką dla organów ścigania. Świetnie też jest ukazane, iż w środowisku bogaczy, czyli tak zwanych elit, zbrodnia stawia przed śledczymi całą piramidę trudności. Przy okazji śledztwa w jednej sprawie wychodzi na jaw cała zgnilizna klas uprzywilejowanych; narkotyki, prostytucja, pedofilia i wszystkie inne możliwe patologie. Śledczy zaczynają się gubić w tym gąszczu rzeczy do ukrycia i grozi im, iż w nim ugrzęzną. Autor wręcz stawia tezę, że niejednokrotnie najbardziej odpowiedzialna jest osoba całkowicie niewinna w świetle prawa, ale taka, która przez swój upadek moralny i wpływ deprawujący otoczenie stawia innych w sytuacji, która nieuchronnie popycha ich ku zbrodni. Ukłon dla Zimbardo.

Spotkałem się z zarzutami, iż język, jakim Anioły śniegu są napisane, przynajmniej w polskiej wersji, jest beznadziejny. Na szczęście nie są liczne, a ja ich absolutnie nie podzielam. Owszem, jest kilka błędów, które rzucają się w oczy, ale to wszystko. Mam nawet wrażenie, iż tłumacz wyjątkowo stanął na wysokości zadania, gdyż dopasował styl do klimatu Finlandii za kołem polarnym, w zimie… Mróz, depresja, alkohol… Prości ludzie, ludzie twardzi, najczęściej ksenofobiczni i słabo wykształceni… To raczej nie są okoliczności kojarzące się z bogactwem słownictwa, rozbudowanymi, wielokrotnie złożonymi zdaniami i barokowym stylem.

Rzecz całą czyta się świetnie. Nie jestem zwolennikiem ukazywania szczególnie brutalnych okaleczeń, nadmiernie wyrafinowanego okrucieństwa. Najczęściej są to zwykłe chwyty marketingowe mające zwiększyć sprzedaż książki – w życiu najczęściej okrucieństwo jest raczej bezmyślne niż wyrafinowane, a brutalność głupia częściej niż wynikająca z jakichkolwiek przemyśleń. W Aniołach śniegu udało się jednak autorowi logicznie uzasadnić takie, a nie inne modus operandi i chwała mu za to.

Książkę czyta się szybko, mamy i zwroty akcji, i wiele smaczków, i klimaty z piekła rodem, choć jest to piekło mroźne. Właśnie – dlaczego nasze piekło jest ogniste? Sto razy wolę za gorąco niż za zimno. Trzeba jednak zaznaczyć, że jest to zdecydowanie książka dla miłośników gatunku. Nawet nie ze względu na same zbrodnie, sekcje i inne elementy medycyny sądowej, ale ze względu na świetne oddanie klimatu, który rodzi się w głowach ludzi dotkniętych związkiem z takim zdarzeniem, a policjantów w szczególności. Żandarm i policjant (glina, a nie urzędas za biurkiem) patrzą na świat inaczej niż reszta ludzkości. To osobny gatunek. I choć nie jest to żadne odkrycie, również w literaturze, to należy docenić i podkreślić, że Jamesowi Thompsonowi udało się to tak celnie oddać. Trzeba też wspomnieć o będącym zdecydowaną rzadkością udanym ukazaniu tragedii, jaką morderstwo czy inne podobne przestępstwo jest nie tylko dla bliskich ofiar, ale i rodziny sprawcy. Naprawdę ważna rzecz i świetnie ujęta. Bez uproszczeń, bez populizmu, w sposób naturalny i prosty.

Jak już niejednokrotnie wspominałem, uwielbiam skandynawską szkołę kryminału społecznego. Nasz naturalizowany Fin okazał się mocnym zawodnikiem w tej dyscyplinie i plasuje się w czołówce literackiej stawki. Z jego powieści można się dowiedzieć więcej o realiach życia w północnej Finlandii niż z przewodników turystycznych czy reportaży, zwłaszcza sponsorowanych. Oczywiście większość tych ciekawostek nie jest potrzebna tym, którzy zamierzają pojechać tam na wycieczkę czy wczasy, ale gdyby ktoś rozmyślał o przeniesieniu się do Republiki Finlandii… Autor nie tylko ukazuje nam cechy tego społeczeństwa, takie jak powszechna, choć skrywana, ksenofobia, depresyjność, samobójstwa i alkoholizm, ale co jeszcze ważniejsze tłumaczy nam przyczyny takiego, a nie innego stanu rzeczy. Wbrew negatywnemu na pierwszy rzut oka wydźwiękowi takiego obrazu, dla mnie byłby to jednak kraj bardzo pociągający, choć nie tak jak choćby Szwecja czy Norwegia, ale ta zima!... Klimat ichniego mrozu i długotrwałej ciemności niezwykle obrazowo oddany w powieści sprawia, że raz na zawsze wybijam sobie ten kraj z głowy. Czytając, wręcz mogę sobie wyobrazić, co czeka każdego, kto tam zamieszka i uzmysławiam sobie, iż nienawidzę zimy. Zwłaszcza takiej zimy!

Szkoda, że to kryminał, do tego pełną gębą, gdyż są w nim perełki, które naprawdę wielu mogą zainteresować, a niestety jest to książka nie do przejścia dla ludzi, którzy nie cierpią czytać o zwłokach, płynach ustrojowych i innych takich. Choćby stereotypy, które w Finlandii są całkowicie różne od naszych czy niemieckich. Największymi złodziejami dla Finów nie są ani Cyganie, ani Polacy, tylko… Doczytajcie sami. Takich rzeczy znajdziecie naprawdę wiele. Na dodatek jest zdrowa dawka prostej, fińskiej filozofii, a nawet trudne problemy z zakresu psychologii społecznej. Wielki szacunek należy się autorowi, który ma odwagę ukazać, iż wiara, zwłaszcza ortodoksyjna i prawdziwa, może być słabością, może być złem samym w sobie. Dziecko chowane pod moralnym kloszem, gdy w końcu wkroczy w zwykły świat poza wspólnotą religijną, a z reguły wejdzie weń raczej wcześniej niż później, jest bezbronne wobec wyrafinowanego, podstępnego zła. Na dodatek zła często przybranego w aureolę.

Oczywiście zalety tej powieści, takie jak ciekawostki o Finlandii i Finach czy sama zagadka kryminalna, są zarazem, w pewnym sensie, jej wadą. Jest z racji tego chyba lekturą jednorazową, gdyż raz poznane, po raz drugi już na pewno nie zaciekawią.

Jak już się zorientowaliście, polecam Anioły śniegu wszystkim bez wyjątku miłośnikom kryminałów. Pozostałym zaś powiem – spróbujcie. Lektura ma wielkie walory poznawcze, jak na gatunek typowo rozrywkowy, a może przy okazji Ci z Was, którym się to dotąd nie przytrafiło, polubią kryminały i ich skandynawski kanon. 


Wasz Andrew

cykl Inspektor Vaara:

  • Snow Angels (2009) Anioły Śniegu
  • Lucifer's Tears (2011) Jezioro krwi i łez
  • Helsinki White (2012)
  • Helsinki Blood (2013)