Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

poniedziałek, 6 stycznia 2014

Zamarznięta tafla

Okładka książki Przezroczyste przedmioty 

Przezroczyste przedmioty

Vladimir Nabokov

 

Tytuł oryginału: Transparent Things

Tłumaczenie: Jolanta Kozak

Wydawnictwo: MUZA S.A.

Liczba stron: 143





 






Nie raz i nie dwa wspominałem, że w powszechnej świadomości czytelników nazwisko Vladimira Nabokova kojarzone jest głównie za sprawą Lolity. Przez wielu dorobek autora zostaje niesłusznie zredukowany do jednego dzieła, które pozostałe owoce twórczości spycha na margines, zmuszając je na egzystencję na uboczu czytelniczej uwagi. Silna koncentracja na Lolicie jest o tyle krzywdząca, że inne pozycje z bogatego dorobku Nabokova to dzieła równie wybitne, a niejednokrotnie nawet lepsze. Ale z drugiej strony, czy gdyby nie Lolita, amerykański pisarz o rosyjskich korzeniach cieszyłby się taką samą popularnością? Powieść o uczuciu, będącym czymś na wzór miłości (a może jej karykaturą?) podstarzałego mężczyzny do dojrzewającej dziewczynki jest o tyle szokująca, co łatwa w odbiorze. Lektura zawiera w sobie sporo niuansów, ale nawet bez ich wychwycenia Lolita wciąż jest tekstem interesującym. Tego samego nie można natomiast powiedzieć o większości z pozostałych utworów, w których na jaw wychodzą skłonności Nabokova do mistyfikacji, do mataczenia, do kręcenia, słowem do bezczelnego igrania z czytelnikiem, który wodzony za nos w pewnym momencie zaczyna gubić się w natłoku informacji, podtekstów, przesłanek, niedopowiedzeń. Gdyby wyłącznie tego typu teksty składały się na twórczość Nabokova, mniemam, że dziś interesowaliby się nim głównie literaturoznawcy, z pieczołowitością rozbierający na czynniki pierwsze poszczególne słowa, wyrażenia, zdania, rozdziały, by dociec w pełni ich znaczeń oraz odkryć skomplikowane wzory, w której się układają.

Znakomitym przykładem powieści, w trakcie lektury której Vladimir Nabokov wyzywa czytelnika na swoisty pojedynek są Przezroczyste przedmioty. Ta cieniutka i niepozorna książeczka to przedostatnie ukończone dzieło amerykańskiego pisarza, które powstawało w latach 1969 – 1972. Tuż po ukazaniu się na rynku wywołało wśród czytelników prawdziwą konsternację – recenzje przyjmowały wszystkie odcienie krytyki, oscylując między rozpaczliwą adoracją a bezsilną nienawiścią, jak to zgrabnie ujął w sowim dzienniku sam Nabokov.

Na pierwszy rzut oka Przezroczyste przedmioty to banalna historia o człowieku, który odbywa swoistą pielgrzymkę w przeszłość, pragnąc lepiej zrozumieć wydarzenia, jakie przywiodły go do obecnego punktu na osi czasu. Główny bohater, Hugo Person (zniekształcone „Peterson”, przez niektórych wymawiane „Parson”), obywatel Stanów Zjednoczonych po raz czwarty przybywa do niewielkiej szwajcarskiej mieściny, leżącej u podnóża malowniczych Alp. Ten region odgrywa dość istotną rolę w życiu Hugo. To właśnie w Szwajcarii, podczas pierwszej wizyty w tym kraju zmarł ojciec Persona. Druga wyprawa okazała się bardziej szczęśliwa. Hugo jako korektor uznanego wydawnictwa, został wyznaczony do kontaktów z amerykańskim pisarzem niemieckiego pochodzenia, mieszkającym na co dzień w Szwajcarii. W drodze do pana R., główny bohater poznał swoją przyszłą żonę Armadę. Trzecia eskapada to ostatnie spotkanie z kontrowersyjnym literatem R. i równocześnie początek sielankowej egzystencji Hugo Persona.

Książka nie posiada zbyt wyrafinowanej fabuły. Dojrzały mężczyzna, wdowiec, przechodzący w dodatku wyraźny kryzys wieku średniego wraca do miejsc kojarzonych z ukochaną osobą, która odeszła w niecodziennych okolicznościach. Cała akcja sprowadza się do stopniowego odsłaniania tajemnicy, jaką skrywa miniony czas. Ale to obnażanie przeszłości odbywa się powoli, bez wyraźnej eskalacji napięcia. Dlatego przy przewracaniu ostatniej strony towarzyszy nam raczej konstatacja niż zdumienie, czy niedowierzanie. Ot, kolejna historia ludzkiego żywota, momentami dość smutna, miejscami absurdalna dobiegła właśnie końca.

Ale tak jak przy wnikliwszym wpatrywaniu się w taflę wody, w której początkowo widzimy jedynie odbicie otaczającego nas krajobrazu z wolna zaczynamy dostrzegać to, co skrywają głębiny, tak przy uważniejszym przeczytaniu Przezroczystych przedmiotów na prostym obrazku zaczynają pojawiać się zmarszczki, sygnalizujące, że drobne cienie skrywają rzeczy nade istotne, które zostały przez nas przeoczone. Zabawne, że to właśnie sam tytuł (w oryginale brzmiący Transparent Things) staje się bodźcem do poszukiwań i naprowadza nas na pierwszy trop. Słowo transparentny można tłumaczyć jako przeźroczysty, ale może oznaczać ono również przeświecający – podobnie jest z fabułą powieści, spod której zdaje się prześwitywać nieco inna historia.

Zastanawiający jest już pierwszoosobowy, wszechwiedzący narrator, który przejawia zaskakującą tendencję do stosowania apostrofy. Pierwsze zdania powieści rozpoczynają się od słów Oto właściwa persona. Hej tam, persono! Nie słyszy. Zatem już na wstępie czytelnik zostaje niejako przygwożdżony przez dziwacznego narratora, któremu w trakcie przybliżania historii życia Hugo Persona zdarzy się wpleść jeszcze niejedną niezwykłą sentencję (Hej tam, persono! O co chodzi, nie szarp mnie za rękaw. Ja mu się wcale nie narzucam). O ile możemy domyślać się, że tajemniczą personą, do której zwraca się narrator jest nie kto inny jak Hugo Person (nazwisko zobowiązuje), o tyle odgadnięcie adresata bezpośrednich zwrotów jest już nie lada kłopotliwe. Zaskakujące są również przejścia z liczby pojedynczej na liczbę mnogą (gdy my koncentrujemy się; nasz biedny przyjaciel; nasz poczciwy Hugo), które dodatkowo potęgują zamęt. Niekiedy można wręcz odnieść wrażenie, że słuchamy opowieści telewidzów, relacjonujących nam reality show, w którym główną rolę odgrywa nieświadomy niczego Hugo Person, niczym Truman Burbank w Truman Show. Ale kim u licha jest ta zgraja cudaków, która próbuje bawić się narratora?

Nicią, która wyprowadzi nas z tego labiryntu zagadek mogą okazać się dzieła rąk ludzkich, jak i dzieła natury, same w sobie bezczynne, lecz ustawicznie używane przez nonszalancki czas. Każdy przedmiot skrywają w sobie długą historię – moment i okoliczności narodzin, warunki użytkowania. W końcu nawet maleńka rzecz, drobnostka i błahostka oprócz materii fizycznej, z której jest stworzona, posiada także otoczkę czasu, który wyciska na niej swoje niezatarte piętno. O jakże pięknym byłoby móc zanurzyć się w opowieściach, które skrywają w sobie owoce naszej pracy. Kto je stworzył, ilu wysiłku to kosztowało, przez kogo były użytkowane, w jakim celu je wykorzystywano? Oczywiście część tych historii możemy wydrzeć naszym milczącym przedmiotom, ale ile pozostaje zakrytych i nigdy nie poznanych?
Przyznaję, że Przezroczyste przedmioty stanowiły dla mnie dość ciężki orzech do zgryzienia i wielce pomocne okazało się posłowie autorstwa niezastąpionego Leszka Engelkinga, który naprostował nieco skomplikowane meandry nabokovskiej prozy. Ale powieść, nawet jeszcze nie w pełni zrozumiała, także przedstawia się nader intrygująco. Relacja Hugo Persona z Personem seniorem oraz zmiany, które zachodzą w bohaterze po zgonie ojca uzmysławiają, że nierzadko stosunki z rodzicami stanowią pęta, zrywane dopiero w momencie ich śmierci, która wywołuje u świeżo osieroconego dziecka szokującą i nieprzyzwoitą wręcz euforię, płynącą z poczucia odzyskania wolności, niezależności, swobody działania, możliwości dokonywania wyborów na własną rękę. Ciekawa jest także kreacja psychologiczna Hugo Persona, niekompletnego geniusza, którego wszystkie wyjątkowe umiejętności skażone są jakimś ale, uniemożliwiającym ich pełne rozwinięcie i wykorzystanie.

Reasumując, Przezroczyste przedmioty to literatura na wskroś nietuzinkowa. Mimo, że bardzo krótka, bowiem moje wydanie liczy raptem 125 stron, jest wręcz przeładowana treścią, która tak gęsto upakowana sprawia, że istotna staje niemal każda kartka. Czytelnik otrzymuje od autora swoistą zagadkę, z którą przyjdzie mu się zmierzyć, jeśli chce poznać maksymalną ilość płaszczyzn, na których można rozpatrywać utwór. Kilka tematów oraz motywów takich jak sen, czy pożar jest nagminnie powtarzanych, ale większość została ledwie muśnięta, tak, że poszukiwania wszystkich smaczków pobudzają do rzeczywistego intelektualnego wysiłku. Nabokov po raz wtóry sprawił nam psikusa, bowiem lektura tej krótkiej książki może okazać się znacznie mniej czasochłonna niż intensywne rozmyślanie na jej temat. Rzecz jasna powieść nie jest wyłącznie szaradą, a o tym, że posiada kilka punktów stycznych z naszą rzeczywistością niech zaświadczy fragment: W dziedzinie sztuki „awangarda” oznacza niewiele więcej niż uległość tej czy owej wyzywającej, filisterskiej modzie (…), który można przytoczyć choćby w odniesieniu do wydarzeń, dla niektórych gorszących, dla innych komicznych, które rozgrywają się ostatnio w Teatrze Starym w Krakowie (i to nie tylko na scenie).

P.S. 
Nurkując w odmętach wspomnień dotyczących lektury Przezroczystych przedmiotów do bram moich świadomości puka niestrudzenie poniższy wiersz Cypriana Kamila Norwida, który szczególnie polecam w wykonaniu zespołu De Press (utwór Świenty Pokój z albumu Product utrzymany w klimacie new wave jako żywo przypominający najlepsze nagrania Joy Division, którym zespół w tym czasie mocno się inspirował).

Święty spokój
*
Jeszcze tylko kilka ciężkich chmur
Nie-porozpychanych nozdrzem konia;
Jeszcze tylko kilka stromych gór,
A potem już słońce i harmonia!...
— Jeszcze tylko z hełmu kilka piór
W wiatru odrzuconych próżnię;
Jeszcze, tylko jeden pękły grot,
Błyskawica jedna — jeden grzmot —
A potem — już nie!...
*
Tak samo i w życiu: czasów wir
Jezdnego na hipogryfie ima;
Gruby mu rozrywać każe. kir,
Trumny przeskakiwać, których nie ma.
— Za czarnością trumien świta mir,
Wynagradzający słusznie;
I wciąż tylko jeden jeszcze trud,
Wysilenie jedno — jeden cud —
A potem — już nie!...

niedziela, 5 stycznia 2014

"Zniknięcie słonia" Haruki Murakami - Subtelny gwałt na codzienności

Okładka książki Zniknięcie słonia 

Zniknięcie słonia

Haruki Murakami


Tytuł oryginału: Zō no shōmetsu
Tłumaczenie: Anna Zielińska-Elliott
Wydawnictwo: MUZA S.A.
Liczba stron: 375
 
 
Opowiadanie to krótki utwór prozatorski, który w mojej prywatnej opinii jest swoistym papierkiem lakmusowym, służącym do określenia talentu narratorskiego danego pisarza. Ta literacka forma, mimo niewielkich rozmiarów, skromnie rozwiniętej, bądź ledwie cząstkowo zarysowanej akcji, czy niezbyt licznego grona bohaterów, wymaga od twórcy sporych umiejętności (nie użyję wyrażenia wprawy, bowiem zawiera ono pejoratywne konotacje poprzez nadanie dziełom statusu wyrobów zręcznego rzemieślnika, którymi przecież nie są płody prawdziwych mistrzów pióra). Oto bowiem w karbach kilku tysięcy słów ująć trzeba istotę rzeczy, która okazałaby się na tyle interesująca dla czytelnika, by ten, w przypadku, gdy ma on do czynienia z całym tomem opowiadań jednego autora, nie porzucił lektury już po pierwszym dziele. Jak zaprezentować fabułę, by z jednej strony czytelnik nie poczuł się zbyt zagubiony, z drugiej zaś, by całość nie przerodziła się mimowolnie w powieść? Odpowiedź na to pytanie zna z pewnością Haruki Murakami.

piątek, 3 stycznia 2014

Bajania Zagłoby

czyli W rajskiej dolinie wśród zielska


Jacek Hugo-Bader

Wydawnictwo Czarne 2010
Wydanie II


Grudniową lekturą oddziału DKK, do którego należę, był reportaż Jacka Hugo-Badera „W rajskiej dolinie wśród zielska”. Ponieważ ostatnim klubowym reportażem był „Cesarz” mistrza Kapuścińskiego, więc do lektury przystąpiłem z zapałem, licząc na coś podobnego. Autor został wielokrotnie doceniony, między innymi dwukrotnie nagrodą Grand Press (w latach 1999 i 2003) i Bursztynowego Motyla (w 2010) oraz nominacjami do Nagrody Literackiej Gdynia i do Nagrody Nike, stąd moja nadzieja na wartościową, mądrą i bogatą poznawczo książkę wydawała się uzasadniona.

W rajskiej dolinie” jest zbiorem reportaży z terenów dawnego ZSRR publikowanych pierwotnie na łamach Gazety Wyborczej. Doskonałego warsztatu stricte literackiego pisarzowi odmówić nie można. Język barwny, plastyczny, obrazowy, a jednocześnie prosty, konkretny i szybki w odbiorze. Kolorytem nieodparcie, przynajmniej w moim odczuciu, przypominający gawędy imć pana Zagłoby. Idealne opowieści rodem z mocno podkolorowanych wspomnień przy kielichu. Sęk w tym, że to podobno reportaż.

reportaż «tekst publicystyczny, audycja lub film będące opisem zdarzeń lub faktów opartym na autentycznym materiale» (za słownikiem internetowym co prawda, ale jednak PWN)”

Reportaż, a więc literatura faktu. Co więc powiedzieć na ewidentne bzdury, których nie można zrzucić ani na tłumacza, ani na chochlika (wszak to drugie wydanie książkowe, a wcześniej była jeszcze i publikacja w gazecie)?

Issyk-kul to najgłębsze i zarazem po andyjskim Titicaca najwyżej położone jezioro na świecie.” Mistrzostwo świata. Ile ewidentnych przekłamań można zmieścić w jednym zdaniu? Ani pierwsze, ani drugie jezioro, nie jest ani najgłębsze, ani najwyżej położone na świecie. Jako nauczyciel z wykształcenia(!) i wykonywanego niegdyś zawodu, autor pewnie wie, że za taką wpadkę uczeń dostaje wieelką jedynkę. I to właśnie zaczyna zastanawiać i budzić refleksje. Po pierwsze, jeśli tak wygląda profesjonalizm i wiarygodność najlepszych polskich reportażystów, to co są warte teksty tych słabszych. Po drugie, jaki poziom reprezentują ci wszyscy recenzenci, krytycy i jurorzy, którzy tak ewidentnych gaf nie zauważają. Wszak, gdyby ktokolwiek je wytknął, na pewno zostałyby poprawione. Jest to niestety potwierdzenie, iż w naszym kraju wszelkie zaszczyty i nagrody rozdaje się między swoich nie zważając nawet na ewidentną niekompetencję. Wyśmiać to można ucznia w szkole, ale nie uznanego reportażystę. A rzeczy podobnych jest w książce więcej.

Wyjątkowo silny huragan” o prędkości (…) 15 m/s(sic!). Naprawdę ta Nike się należała – przecież to aż 54 km/h, czyli 6-7 w skali Beauforta (prawidłowe nazewnictwo silny/bardzo silny wiatr). Huragan to 12 w tej skali, czyli wiatr o prędkości powyżej 117 km/h (powyżej 32.5 m/s). Bardziej obrazowe od liczb są skutki. 7 B praktycznie nie powoduje strat materialnych, a 12 B to klimat, który uwielbiają twórcy filmów katastroficznych, tym bardziej że do 12 B wchodzi wszystko powyżej okolic 120 km/h, łącznie z Katriną.

Początek rozdziału „«Komsomolec »” z głębin” jest opatrzony zdjęciem okrętu podwodnego z podpisem „To jedyne zdjęcie «Komsomolca»”. Proponuję krótką wizytę w internecie, jeśli brak czasu na poważniejsze źródła. Tak, żeby się dłużej nie ośmieszać.

Te, nieuzasadnione niczym, żenujące błędy sprawiają, iż wiarygodność całości zaczyna być wątpliwa.

Osobiście w Rosji nigdy nie byłem, ale zbliżywszy się do jej granic już miałem okazję zauważyć, zwłaszcza porą zimową, iż szczególnie do tłustego, chętnie spożywany jest czysty spirytus. Tymczasem u Hugo-Badera ten zacny trunek nie przewija się w żadnej opowieści. Tego typu dysonansów jest w tomiku więcej. Pod koniec lektury miałem już więc poważne wątpliwości, czy rzeczywiście autor widział to, o czym pisał, że widział. Mam bardzo wyraźne odczucie, iż poważnie rozminął się również z oddaniem specyfiki „rosyjskiej duszy” i w ogóle Rosji oraz dawnego ZSRR, choć trzeba przyznać, iż pewne aspekty ukazał znakomicie. Dla mnie jednak za mało ma to wspólnego z reportażem, a więc literaturą faktu. Oczywiście koloryzowanie w stylu Zagłoby ma swój urok, ale nie wtedy, gdy jest sprzedawane jako fakty, i gdy więcej jest koloryzowania, niż konturów. Tym bardziej, że oczywiste błędy, które byłyby piętnowane nawet w szkole, nie uchodzą i dorosłym, mimo iż nikt nie krzyczy, że król jest nagi.

Gdyby chodziło tylko o ciekawostki i koloryty, wówczas wady tej książki byłyby co najwyżej przyczynkiem do rozważań o patologiach naszej polskiej rzeczywistości, ze szczególnym wskazaniem na media i poziom szkolnictwa oraz kult świętych krów. Sprawa jest jednak bardziej skomplikowana i poważniejsza. Różne, bezkrytycznie przyjmowane od „autorytetów” fałszywe informacje upozorowane na wiedzę, mogą prowadzić do problemów, a nawet niebezpieczeństw. Gdy czytamy, iż autor w krótkich gatkach paradował po wzgórzu, na którym nawet trawa nie rośnie z powodu promieniowana radioaktywnego, to aż się nóż w kieszeni otwiera. Przecież to może przeczytać ktoś, kto akurat wybiera się do Czarnobyla albo innej Fukishimy i pod wpływem lektury zacznie tam chojrakować.

Jak z powyższego widać, sztuka pisarska Jacka Hugo-Badera tym razem nie doczekała się w moich oczach uznania. Owszem, czyta się toto szybko i z przyjemnością, ale trzeba cały czas pamiętać że, przynajmniej w tym wydaniu, bliżej autorowi do Zagłoby niż Kapuścińskiego


Wasz Andrew

W rajskiej dolinie wśród zielska [Jacek Hugo-Bader]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

W rajskiej dolinie wśród zielska [Jacek Hugo-Bader]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE

czwartek, 2 stycznia 2014

"Abaddón - Anioł Zagłady" Ernesto Sábato - Obsesje

Okładka książki Abaddon - Anioł Zagłady 

Abaddón - Anioł Zagłady

Ernesto Sábato


Tytuł oryginału: Abaddón el exterminador
Tłumaczenie: Helena Czajka
Wydawnictwo: Znak
Seria: 50 na 50
Liczba stron: 487
 
 
Każdy człowiek posiada sprawy, które go dręczą. Wieloma kwestiami zamartwiamy się tylko chwilowo szybko o nich zapominając. Ale są rzeczy, które nie chcą nas opuścić, powracając do nas niczym bumerang. Spychane na sam margines świadomości zdają się układać do niespokojnego snu. Niekiedy milkną, nie dając o sobie znać, ale już sama głęboka, niczym nie zmącona pewność ich bytu jest dręcząca. Zresztą zawsze przychodzi moment, w którym opuszczają one piwnice umysłu i wyłaniają się na jego powierzchnię. Powoli, ale sukcesywnie wychodzą z otchłani niebytu, przywdziewając coraz realniejsze szaty, doprowadzając ludzi do szaleństwa. W końcu człowiek dociera na skraj, nie wytrzymuje, pęka i zaczyna mówić o tym, co go trapi. W takich sytuacjach albo słyszymy krzyk szaleńca, któremu nie potrafimy (lub boimy się) pomóc albo widzimy symfonię treści, którą, pragnąc nadać ramy racjonalności, ogłaszamy arcydziełem, tak jak miało to miejsce w przypadku Ernesto Sábato i jego Abaddóna  – Anioła Zagłady.

wtorek, 31 grudnia 2013

Nowy 2014 Rok

Wszystkim, którzy tu zawitali, życzę by nadchodzący Nowy Rok 2014 nie był gorszy niż jego poprzednik. No i szampańskiej zabawy oczywiście :)



wtorek, 24 grudnia 2013

Święta, Święta

Wszystkim, którzy w tym roku byli dobrzy, życzę Wesołych, Zdrowych, Rodzinnych Świąt



i miejmy nadzieję, że do tych, którzy źle czynili, Mikołaj też trafi


poniedziałek, 23 grudnia 2013

Ostrzeżenie

świąteczno-imprezowe




Śniadanie na kacu jest jak przeszczep, 
może się nie przyjąć. 

"Dwie opowieści o miłości okrutnej" Jun’ichirō Tanizaki - Miłość niejedno ma imię

Okładka książki Dwie opowieści o miłości okrutnej 

Dwie opowieści o miłości okrutnej

Jun’ichirō Tanizaki


Tytuł oryginału: Ashikari. Shunkinsho
Tłumaczenie: Mikołaj Melanowicz
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Liczba stron: 194







Ludzka natura skrywa w sobie niejedną sprzeczność i właśnie przez to, że wcale nierzadko jest ona nosicielką rzeczy stojących w stosunku do siebie w wyraźnej opozycji jest tak fascynująca. Weźmy na przykład nasze podejście do tego co obce, w jakiś sposób inne, odbiegające od naszej codzienności. Z jednej strony naturalnym odruchem wobec nieznajomych jest nieufność, która niekiedy przybiera wręcz postać otwartej wrogości. Nie wiemy czego spodziewać się po osobie, o której nie posiadamy żadnych informacji, więc podświadomie przypisujemy jej najgorsze intencje. Z drugiej zaś strony, narzekając na niedolę i trudy prowadzonej egzystencji, często dochodzimy do wniosku, że gdzieś w odległych krajach, których nazwy kojarzymy zaledwie ze słyszenia, ludziom musi żyć się lepiej i lżej. Odczuwamy zatem trudną do wysłowienia i nazwania tęsknotę za nieznanym, gardząc przy tym własną jakże nudną i wtórną codziennością. Nasza własna tradycja, kultura, czy folklor zdają się mało atrakcyjne, szczególnie w porównaniu z zachodnimi, czy orientalnymi wzorcami. I dopiero gdy zasmakujemy obcego życia, zanurzymy się w społeczeństwie kojarzonym dotychczas wyłącznie za sprawą mieszaniny stereotypów i mglistych faktów, dowiadując się co nie co o jego zwyczajach, historii, etc., potrafimy z należytym szacunkiem spojrzeć na rodzinne strony, w których przyszło nam dorastać oraz żyć.

Oczywiście proces odnajdywania w sobie zaintrygowania własnym narodem i jego spuścizną nie u każdego ma miejsce, nie zawsze przebiega też w sposób taki, jak wyżej opisany. Ale takie wypadki na pewno zachodzą, a najlepszym tego potwierdzeniem jest żywot Jun'ichirō Tanizakiego, japońskiego artysty, uważanego za jednego z trzech (obok Kawabaty i Natsume) największych pisarzy współczesnych Kraju Kwitnącej Wiśni. Tak jak starałem się to ukazać przy okazji lektury zbioru zawierającego powieści Dziennik szalonego starca oraz Niektórzy wolą pokrzywy, Jun'ichirō Tanizaki przebył odległą drogę od autentycznej i nieskrywanej pogardy do szczerej i głębokiej fascynacji własną kulturą. To co początkowo wydawało się przaśne, miałkie, skazane na zagładę w pomrokach dziejów wybuchło oszałamiającym pięknem, które raziło i oślepiało, nie pozwalając wątpić w swoją siłę i moc.

Piękno, czyli subiektywne poczucie doskonałości, wynikające czy to z harmonicznego połączenia tonów, idealnego zachowania proporcji, czy też matematycznej prostoty jest również tematem, o który zahacza krótki zbiór dwóch dzieł Jun'ichirō Tanizakiego, zatytułowany Dwie opowieści o miłości okrutnej wydany na polskim rynku przez niezastąpiony Państwowy Instytut Wydawniczy w 1971 roku. Ale przyznać trzeba, że japoński mistrz pióra, podobnie zresztą jak miało to miejsce w przypadku utworów Dziennik szalonego starca oraz Niektórzy wolą pokrzywy, przedstawia tematy wyświechtane i doskonale znane w sposób nie dość że oryginalny to często jeśli nie kontrowersyjny to przynajmniej niecodzienny i przewrotny. Nie inaczej jest w tym przypadku, kiedy na warsztat zostaje wzięte piękno, a więc wartość, która już w domyśle posiada pozytywne konotacje. Bohaterowie naszych bajek, które tak silnie pragnęlibyśmy uczynić rzeczywistością, oprócz mądrości, inteligencji, czy altruizmu często odznaczają się urodą. Pięknu wewnętrznemu, szlachetnej duszy, towarzyszy zatem piękno zewnętrzne – perfekcyjna oprawa dla bogatej zawartości. Ale co dzieje się w przypadkach, gdy istota niepośledniej urody skrywa w sobie mrok, który może być dla innych źródłem cierpienia? A cóż dopiero, kiedy we wszystko wmieszać jeszcze miłość, uczucie nierzadko ślepe i nieprzewidywalne?

Pierwsza z zaprezentowanych historii, Ashikari, czyli Źle mi bez Ciebie, to krótki utwór o kompozycji powieści szkatułkowej. Narrator, wrażliwy osobnik o romantycznym usposobieniu, wybiera się na wieczorną kontemplację księżyca w okolicę świątyni Minase, na miejscu której znajdowała się niegdyś cesarska rezydencja. Pośród sitowa, na piaszczystej ławicy rozcinającej nurt rzeki Yodo na dwie części, narrator oddaje się podziwianiu urody księżyca w pełni. W umyśle poczynają wyłaniać się obrazy przeszłości, sączą się również strofy wierszy. Ekstatyczny stan przerywa pojawienie się niespodziewanego gościa – nieznajomy, który materializuje się nagle, niczym zjawa także okazuje się wieczornym amantem księżyca. Przy kilku czarkach sake, w bladym świetle serwuje niezwykłą historię miłosną, która stała się udziałem jego ojca.

Utwór drugi, zatytułowany Shunkinshō, czyli Rozmyślania nad życiem Wiosennej Harfy, również zostaje opowiedziany przez pierwszoosobowego narratora, który na podstawie biografii, źródeł historycznych oraz relacji bezpośrednich świadków stara się odtworzyć więź łączącą niewidomą mistrzynię oraz nauczycielkę gry na samisenie i koto, Shunkin oraz jej ucznia, służącego i kochanka, Sasuke. A wspomnieć należy, że uczucie, które wykiełkowało pomiędzy tą dwójką z pewnością nie jest łatwe to zaprezentowania. Oto bowiem piękna, ale i kapryśna Shunkin, niewidoma od dziewiątego roku życia, odznacza się wyjątkową złośliwością, traktując otoczenie z bezbrzeżną pogardą, przejawiając wszystkie te cechy już jako dziecko. Sasuke, starszy o cztery lata od Shunkin pomocnik, terminujący u jej ojca, od pierwszego wejrzenia zakochuje się w młodej dziewczynce, którą darzy bezbrzeżnym uwielbieniem. Z czasem para staje się nierozłączna, chociaż Sasuke cały czas egzystować będzie na prawach uniżonego sługi, czy mało pojętnego ucznia, wiecznie łajanego i bitego przez swoją panią profesor. Skomplikowane uczucie, które połączyło Shunkin i Sasuke zostaje odmalowane przez narratora z nabożnym pietyzmem, w sposób szczegółowy i pieczołowity, odsłaniając przed czytelnikiem całą niezwykłość tej relacji, której punktem zwrotnym jest utracenie wzroku przez Sasuke.

Obie krótkie opowieści koncentrują się na portrecie kobiety rozpieszczonej przez wychowanie, która staje się osobą wyniosłą i pyszną, ani przez moment niewątpiącą o własnej wielkości i wyjątkowości. Zaprezentowane przedstawicielki płci pięknej traktują innych, zarówno najbliższych jak i nieznajomych, z wysokości swego majestatu niczym służących, których jedynym celem zdaje się ułatwianie i umilanie egzystencji swojej pani. Przedstawiane kobiety, które z równą gracją, swobodą i wprawą potrafią okazywać zarówno czar i wdzięk jak i okrucieństwo i małostkowość, posiadają zdumiewającą łatwość do manipulowania otoczeniem, czy roztaczania niemal absolutnej władzy nad wielbiącym je mężczyzną. Fizycznemu pięknu towarzyszy rodzaj duchowej skazy, którą może być próżność, kapryśność, a nawet sadyzm. Piękno może okazać się zatem wartością niszczycielską, destrukcyjną, która w pewien sposób zakłóca ład i harmonię świata, wprowadzając do niego zazdrość, czy nienawiść.

Ponadto Ashikari, czyli Źle mi bez Ciebie to dzieło znakomicie uzmysławiające kruchość i nietrwałość ludzkich poczynań, które w dłuższej perspektywie czasu, przemijają bez śladu. Co interesujące, pesymistycznym rozmyślaniom o marności ludzkiego żywota zdają się jawnie zaprzeczać przywoływane wiersze, teksty, obrazy, ogólnie dzieła z epok dawno minionych. W końcu nawet takie efemeryczne reminiscencje świadczą o nieśmiertelności ludzkiego, twórczego ducha. Z kolei Shunkinshō, czyli Rozmyślania nad życiem Wiosennej Harfy można postrzegać jako wartościową historię XIX-wiecznej japońskiej feministki, która przez swoje podejście do życia, samowystarczalność, nieugiętość wobec opinii publicznej o dobrych kilkadziesiąt lat wyprzedziła własną epokę, w której kobieta postrzegana była głównie jako dodatek mężczyzny.

Reasumując, Jun'ichirō Tanizaki ponownie dał się poznać jako twórca ogromnego kalibru, udowadniając, podobnie jak Yukio Mishima, że miłość, czy piękno, a więc zagadnienia na pozór doszczętnie wyeksploatowane, posiadają jeszcze spore pokłady literackiego ładunku. Całość zaserwowana jest pięknym, poetyckim wręcz językiem, który lubi piętrzyć się w długie i misterne słowne konstrukcje. Obcowanie z prozą Tanizakiego, która łączy ze sobą pozorne sprzeczności i wyjaśnia je, można przyrównać do estetycznego przeżycia. Zachwyt jest zresztą podwójny, bowiem wprawnemu posługiwaniu się słowem towarzyszy ogromna wartość merytoryczna poruszanych kwestii.