Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

niedziela, 13 października 2013

Czarnobylskie faktotum

Okładka książki Czarnobyl - zapis faktów 

Czarnobyl - zapis faktów

Paul Piers Read


Tytuł oryginału: Ablaze: The Story of Chernobyl
Tłumaczenie: Jerzy Kubowski
Wydawnictwo: Świat Książki
Liczba stron: 443






Mało kto kojarzy dzisiaj Czarnobyl za sprawą rośliny bylicy pospolitej, zwanej po ukraińsku czornobyl, od której wywodzi się nazwa tego ukraińskiego miasta. Aktualnie Czarnobyl to przede wszystkim katastrofa elektrowni atomowej, która miała miejsce 26 kwietnia 1986 roku. Wielu z nas zna, albo chociaż kojarzy tę datę, ale chyba tylko garstka wie, co dokładnie zaszło owej feralnej nocy i w jaki sposób doszło do najgroźniejszej w historii awarii elektrowni atomowej. Chociaż całe wydarzenie miało miejsce ponad 20 lat temu, wydaje mi się, że tematyka samych elektrowni atomowych jest ciągle aktualna, szczególnie w świetle przyszłych planów naszego rządu, który czyni ogromne starania, by tego typu obiekt przemysłowo-energetyczny zaczął funkcjonować również w Polsce. Wydaje mi się, że nauka na błędach poprzedników to dobra szkoła, która przy solidnej analizie oraz staranności może w dużym stopniu pomóc uniknąć powielania podobnych, nawet najdrobniejszych niedopatrzeń, które w kwestiach tak delikatnych, jakimi są niewątpliwie prace z substancjami rozszczepialnymi, są po prostu niewybaczalne, bowiem rozrastają się do niesamowitych rozmiarów.

Piers Paul Read, brytyjski pisarz, twórca powieści, literatury faktu oraz biografii, jako pierwszy autor zachodni stworzył opracowanie, w którym postarał się wyjaśnić przyczyny katastrofy w Czarnobylu oraz odtworzyć jej dokładny przebieg. Książka pt. Czarnobyl – zapis faktów ukazała się w 1996 roku, 10 lat po awarii. Już na wstępie trzeba przyznać autorowi, że podjął się on zadania bardzo trudnego – zaczął on zbierać materiały do książki na początku lat 90’, w okresie niestabilności i przemian, w którym byłe republiki radzieckie odzyskiwały utraconą niepodległość i na nowo tworzyły zręby struktur państwowych. Ponadto autor starał się pozostać bezstronny, pragnąc uzyskać możliwie jak najbardziej obiektywną relację, co w świetle faktów przytoczonych w dalszej części tekstu będzie wydawało się wprost niemożliwe do osiągnięcia.

Autor podzielił swoje dzieło na trzy zasadnicze części. W pierwszej, zatytułowanej Nowa cywilizacja przybliża ona czytelnikowi rozwój atomistyki w ZSRR. Wydaje mi się, że dla wielu pewnym zaskoczeniem będzie fakt, że mimo iż to USA jako pierwsze państwo skonstruowało bombę atomową, której zresztą nie zawahało się użyć i sprawdzić jej skuteczności w warunkach bojowych, to jednak ZSRR przez długi okres dzierżyło palmę pierwszeństwa w kwestii pokojowego wykorzystania energii atomowej. To właśnie w kraju Stalina powstała pierwsza elektrownia atomowa w zakładach Majak. Piers Read szczegółowo przedstawia ojców rosyjskiej energetyki atomowej, wymieniając najważniejszych naukowców, którym przynajmniej częściowo udało ujarzmić się promieniotwórcze pierwiastki i zaprząc je to wytwarzania energii. Co ciekawe, autor ujawnia, że Czarnobyl nie był pierwszą katastrofą atomową, która miała miejsce w Rosji. Awarie zdarzały się już wcześniej, właśnie w zakładach Majak. W roku 1957 doszło do eksplozji wysuszonych odpadów radioaktywnych, w efekcie czego skażone zostało 250 000 akrów (ok. 1000 km2) żyznej gleby, a ewakuacją objęto ponad 10 000 ludzi. W latach późniejszych przytrafiły się jeszcze dwa dosyć groźne wypadki, ale o żadnym z tych wydarzeń ówczesna władza nie wspominała, traktując je jako wydarzenia, które nigdy nie miały miejsca. Jak się później okaże, takie metodyczne i bardzo przykładne ukrywanie faktów przed własnymi obywatelami oraz pracownikami innych elektrowni atomowych, będzie miało bardzo brzemienne skutki. Metodą prób i błędów, radzieckim uczonym udało się skonstruować w miarę stabilny i na pozór niezawodny reaktor typu RBMK (Reaktor Bolszoj Moszcznosti Kanalnyj, Reaktor Kanałowy Wielkiej Mocy), czyli lekkowodny, wrzący reaktor atomowy z moderatorem grafitowym o mocy elektrycznej rzędu 1000 MW (dla porównania najpotężniejsza elektrownia cieplna w Polsce, opalana węglem brunatnym – Bełchatów, posiada moc ponad 4400 MW). Aż do katastrofy w Czarnobylu twórcy reaktora twierdzili, że jest to najbezpieczniejszy reaktor atomowy, któremu nie grozi żadna poważna awaria. Interesujące jest jednak, że mimo tych zapewnień już podczas konferencji w 1976 roku poświęconej zagadnieniom bezpieczeństwa reaktorów typu RBMK, sugerowano poprawę konstrukcji. Zmiany zatwierdzono, zaakceptowano modyfikacje projektu, ale korekt nigdy nie wcielono w życie – wnioski zaginęły gdzieś w potężnej biurokratycznej machinie ZSRR. Być może spory udział w tym nieszczęśliwym pobłądzeniu miały wysokie koszty, z jakimi wiązałyby się przeróbki reaktorów. W pierwszej części książki autor wspomina również o pierwszej awarii elektrowni atomowej, o której usłyszała opinia publiczna. W roku 1979 w amerykańskiej elektrowni Three Mile Island doszło do częściowego stopienia prętów paliwowych. Stosunkowo niewielka ilość radioaktywnych odpadów wydostała się do atmosfery, ale za sprawą mediów oraz premiery filmu Chiński syndrom, opowiadającego o katastrofie atomowej, która miała miejsce kilka dni wcześniej, na wyspie wybuchła panika, a tysiące mieszkańców zostało ewakuowanych. W konsekwencji zaufanie do energetyki atomowej w Stanach Zjednoczonych znacznie spadło.

Część druga dokumentu to zdecydowane meritum. Autor przybliża w skrócie historię powstania elektrowni w Czarnobylu, której budowa również nie pozostaje bez wpływu na wydarzenia z kwietnia 1986 roku. Piers Read ujawnia wszelkie niedociągnięcia, jakich dopuszczono się przy wznoszeniu bloków energetycznych w Czarnobylu. Wielu części wyspecyfikowanych w dokumentacji projektowej po prostu nie udało się zdobyć. Zastąpiono je tańszymi zamiennikami. Dla przykładu dach nad reaktorem został wykonany z materiałów łatwopalnych. Ponadto sam reaktor RBMK, który zastosowano w elektrowni posiadał szereg wad konstrukcyjnych, o których wiedziało jedynie wąskie grono naukowców w ZSRR. Zwykli pracownicy nie mieli o nich najmniejszego pojęcia. W tym miejscu, próbując wczuć się w rolę laika, który nie posiada żadnej wiedzy na temat działania reaktorów atomowych, chciałbym zaznaczyć, że od strony autora zdecydowanie zabrakło mi prostego wyjaśnienia, na czym dokładnie polega praca elektrowni atomowej. Wydaje mi się, że w jeszcze większym stopniu pozwoliłoby to cieszyć się dalszą częścią lektury. Pozwolę sobie zatem na skrótowe wprowadzenie. Elektrownie jądrowe, pokroju tej, jaka pracowała w Czarnobylu, działają na podobnej zasadzie jak konwencjonalne elektrownie zasilane węglem. Woda, będąca nośnikiem ciepła, za sprawą energii pochodzącej z rozszczepiania jąder atomowych (bądź ze spalania węgla, w przypadku elektrowni konwencjonalnych) przechodzi w parę wodną. Para wodna trafia na łopatki turbiny parowej, której wał napędza generator, wytwarzający energię elektryczną. Reasumując, energia cieplna uwalniana z reakcji rozszczepienia, bądź spalania węgla konwertowana jest w energię elektryczną. Nieco bardziej skomplikowana jest praca reaktora RBMK. Podstawą reaktora jest betonowa studnia, w której umieszczone są bloki grafitu. Grafit pełni w reaktorze rolę moderatora – do jego zadań należy spowalniania (mówiąc po fizycznemu: obniżania energii kinetycznej) neutronów. Im wolniejsze są neutrony, tym reakcja rozszczepiania jąder w paliwie jądrowym zachodzi efektywniej. W blokach grafitowych znajdują się kanały paliwowe – to rurki o średnicy ok. 9 cm, które wykonane są ze stali niobu oraz cyrkonu (pierwiastki dzięki swoim właściwościom pełnią funkcję deflektorów neutronów – dzięki nim powstałe neutrony kierowane są do rdzenia reaktora). W kanałach umieszczone są pręty paliwowe, opakowane dodatkowo koszulkami cyrkonowo-niobowymi. Pastylkę paliwową stanowi dwutlenek uranu UO2, wzbogacony do 1,8 %. Gwoździem programu, kluczową częścią reaktora są pręty kontrolne, które wykonane są z węgliku boru. Materiał ten posiadana zdolność pochłaniania neutronów, zatem wygasza on reakcję rozszczepiania. Manipulując prętami kontrolnymi, wsuwając bądź wysuwając odpowiednią ich ilość, operator jest w stanie sterować mocą i zachowaniem się reaktora. Pręty kontrolne używane w reaktorach RBMK miały jednak poważną wadę, o której rzecz jasna nie mieli pojęcia pracownicy elektrowni – aby upłynnić operację wsuwania prętów, ich końcówki pokryte były grafitem, który przecież przyspiesza reakcję rozszczepiania jąder. Zatem w pierwszym momencie, gdy pręty kontrolne są wsuwane do rdzenia, następujące wzrost mocy reaktora, a dopiero po chwili jej spadek. To kolejny puzzel, który okazał się bardzo ważny w katastrofalnej układance.

Bardzo intrygujące są również same okoliczności katastrofy. Radziecka myśl techniczna u wielu budzi uśmiech politowania, ale trzeba uczciwie przyznać, że sporo jej rozwiązań stosowanych jest do dziś, a radzieccy specjaliści byli prawdziwymi fachowcami, którym przyszło jednak egzystować w wyjątkowo niesprzyjających dla nauki warunkach. Reaktory atomowe posiadały zabezpieczenie na wypadek awarii. Cały układ sterowania reaktorem napędzany był energią pochodzącą z elektrowni. Zawsze jednak mogła zajść sytuacja, w której należałoby zatrzymać pracę reaktora, w efekcie czego układ sterowania, pompy odpowiadające za obieg wody, etc., musiały posiadać zapasowe źródło energii. Uruchomienie agregatów prądotwórczych, które stosowano pierwotnie, trwało zbyt długo, dlatego układ postanowiono poddać drobnej modyfikacji. Zmianie uległa konstrukcja turbin, które przed zatrzymaniem się w momencie, gdy przestała dopływać do nich para wodna z reaktora, na skutek dogasającego ruchu obrotowego powinny wyprodukować odpowiednią ilość energii dla awaryjnego zasilania elektrycznego sterowania reaktorem. Testy, czy założenia teoretyczne pokrywają się z rzeczywistością, powinny zostać przeprowadzone przed oddaniem bloku do użytku (które nastąpiło w 1983 roku), ale z racji gnających na złamanie karku terminów, niemożliwe okazało się ich przeprowadzenie w wymaganym czasie. Zdecydowane się na nie dopiero w kwietniu 1986 roku. W dalszej części książki autor zabiera nas do sterowni reaktora nr 4, gdzie wspólnie z operatorami możemy raz jeszcze przeżyć feralnie przeprowadzony eksperyment oraz zostać świadkami jednej z najpoważniejszych w dziejach katastrof atomowych.

Przed czytelnikiem wyłania się dość makabryczny obraz. Największe wrażenie robi przy tym specyfika pracy w ZSRR. Tak jak wspominałem, pracownicy elektrowni atomowej nie posiadali wszystkich niezbędnych danych na temat konstrukcji reaktorów. Ponadto pierwotny termin próby, która miała odbyć się na I zmianie został nieoczekiwanie przełożony na zmianę III. Operatorzy, którzy przyszli na nocną zmianę nie spodziewali się, że przyjdzie im w udziale przeprowadzić test. Już po wybuchu (najpierw gwałtownie rozprężającej się pary a potem mieszaniny wodoru i tlenu), pracownicy nie wiedzieli do końca, co właściwie zaszło, ani co było źródłem wybuchu. Dostępne liczniki Geigera posiadały zbyt małą skalę, by zasygnalizować, że nieodwracalnie uszkodzony został reaktor, a radioaktywne cząstki na skutek wybuchu zostały uwolnione i wyrzucone do atmosfery. Dopiero rzut oka na szczątki reaktora pozwolił operatorom przekonać się, że ziścił się najczarniejszy scenariusz. Promieniowanie po eksplozji było olbrzymie, ale nikt nie zdawał sobie z tego sprawy. Strażacy przybyli na miejsce zdarzenia zostali poinformowani o pożarze dachu hali reaktora nr 4, kompletnie nie będąc świadom śmiertelnego zagrożenia, jakie wiązało się z walką z pożarem.
Tragedia bezwzględnie obnażyła słabości sowieckiego państwa. Nawet, gdy wiedziano już, że doszło do katastrofy na niespotykaną dotąd skalę, władze ZSRR zwlekały z ujawnieniem informacji. W końcu byłoby to przyznanie się do klęski. Dotychczas ZSRR uchodziło za pioniera przemysłowego wykorzystania energii atomowej. Nie lepiej było w trakcie dochodzenia, które miało ustalić przyczyny wypadku. Całą winę i odpowiedzialność starano się zrzucić na operatorów, których oczerniano przy każdej nadarzającej się okazji. Powstawały nawet powieści, w której pracownicy elektrowni przedstawiani byli jako ludzie gnuśni i leniwi, nie mający nic wspólnego z prawdziwymi radzieckimi robotnikami. Kampania oczerniania miała oczywiście na celu odwrócenie ukrycie wrodzonych wad reaktora RBMK, do których nawet w obliczu gorbaczowskiej polityki pierestrojki (przebudowy) i głasnosti (jawności), państwo sowieckie nie miało zamiaru się przyznać. Wiązałoby się to z nieuchronną utratą prestiżu na arenie międzynarodowej, szczególnie w dziedzinie atomistyki. Z drugiej jednak strony autor przyznaje, że całkiem szybka i sprawna ewakuacja Prypeci, a więc robotniczego miasta, w którym mieszkali pracownicy elektrowni wraz z rodzinami, nie byłaby możliwa w warunkach zachodnich, gdzie żądne sensacji media natychmiast wzbudziłby nie dającą się opanować panikę. Swoją drogą Piers Read skierował również sporo krytycznych uwag właśnie pod adresem zachodniej prasy, która po czarnobylskiej katastrofie wyolbrzymiała ofiary w ludziach ponad miarę, starając się nadać awarii odcień prawdziwej hekatomby.

Książka Piersa Paula Reada ukazuje Związek Radziecki późnych lat 80’ jako molocha, nieuchronnie sunącego ku zagładzie. Autor dość udanie prezentuje mechanizmy sprawowania władzy w komunistycznym ustroju, odsłaniając wszelkie słabości i niedociągnięcia, które pośrednio doprowadziły również do awarii w Czarnobylu. W mojej opinii Readowi świetnie udało oddać się nastrój stagnacji, zastoju oraz marazmu, który zapanował w tym potężnym państwie, które z dnia na dzień okazywało się coraz bardziej niewydolne. Autor w sposób bardzo ciekawy zaprezentował również wszelkie konsekwencje płynące z czarnobylskiej katastrofy, która stała się swoistą kartą przetargową w walce o niepodległość Ukrainy. Awaria przyczyniła się również do ogromnego spadku zaufania radzieckiego społeczeństwa do władzy, które jeszcze przed całą tragedią było niewielkie. W ostatniej części zatytułowanej Radiofobia, Read udanie ukazał sidła, w które wpakowała się radziecka władza – opinia publiczna okłamywana sukcesywnie przez całe dziesięciolecia przestała wierzyć w jakiekolwiek oficjalne komunikaty władzy. Doszło do absurdalnej sytuacji, w której oficjalnego stanowiska ZSRR musiały bronić zagraniczne, zachodnie autorytety, przekonując zdesperowanych mieszkańców zamieszkałych na terenach zagrożonych skażeniem, że w wielu miejscach zanieczyszczenia rzeczywiście nie były tak poważne, jak tego pierwotnie oczekiwano.

Na podstawie lektury Reada wyłania się również dość interesujący obraz Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej (MAEA), organizacji pracującej na rzecz bezpiecznego i pokojowego wykorzystania energii jądrowej. Czytając dokument autorstwa Piersa Reada widać wyraźnie, że członkom MAEA podobnie jak i władzy radzieckiej zależało na minimalizowaniu skutków katastrofy. W końcu zaprezentowanie elektrowni atomowych jako obiektów niestabilnych, nieprzewidywalnych a przez to bardzo niebezpiecznych mogłoby okazać się fatalne dla energetyki atomowej w przyszłości. MAEA zajęła się przypadkiem katastrofy czarnobylskiej, ale trudno odnieść wrażenie, że zupełnie bezstronnie podeszła do tego problemu. Wydaje mi się, że również z tego powodu zbieranie materiałów do książki nie było rzeczą prostą – wychodzi na to, że wielu stronom zależało na tym, by awarię elektrowni atomowej w Czarnobylu przedstawić jako sumę nieszczęśliwszych splotów okoliczności, których prawdopodobieństwo powtórnego zajścia jest wręcz nieprawdopodobnie małe.

Natomiast po lekturze całej książki przyznaję, że chociaż energetykę atomową uważam za niemal nieodzowną alternatywę dla naszych dotychczasowych źródeł energii, szczególnie w obliczu fatalnej polityki rządu, który zaakceptował unijne pakiety klimatyczno-energetyczne, to budowę i funkcjonowanie elektrowni atomowej w polskich warunkach postrzegam za rzecz ogromnie ryzykowną. Wydaje mi się, że prosperowanie tego typu obiektu w naszym kraju, w którym bylejakość, improwizacja oraz bardzo luźne podejście do wszelakiej maści przepisów bezpieczeństwa są na porządku dziennym, mogłoby się zakończyć nie mniejszą katastrofą niż ta, która miała miejsce w Czarnobylu. W naszym kraju nie brakuje fachowców oraz ekspertów, którzy spokojnie poradziliby sobie z tego typu wyzwaniem, ale jakoś nie chce mi się wierzyć, by wszyscy oni znaleźli zatrudnienie w takiej elektrowni. W pierwszej kolejności trafili by pewnie do niej ludzie posiadający odpowiednie poparcie. Obawiam się, że znajomości grałyby znacznie większą rolę niż faktyczne kwalifikacje – w końcu w przemyśle atomowym nie zarabia się marnych groszy i z pewnością znalazłoby się wielu kandydatów, chętnych do pracy w elektrowni atomowej. A w tego typu dziedzinie pracy nie można pozwolić sobie ani na rutynę, ani na niedopatrzenia, ani na najprostsze błędy, bowiem skutki mogą być naprawdę tragiczne.

Kończąc, rzeknę tylko, że Czarnobyl – zapis faktów, to dobra książka, którą mimo sporego natłoku informacji, relacji, nazwisk oraz suchych faktów czyta się bardzo płynnie, z niesłabnącym zainteresowaniem. W sporej mierze jest to zasługa autora, który umiejętnie zestawia ze sobą różne opinie, syntezując z nich wartościowy obraz, pozwalający zapoznać się z dokładnym przebiegiem katastrofy. Piers Read w ramach wstępu w ciekawy sposób streszcza także historię rosyjskiego przemysłu atomowego, a pod koniec lektury bardzo trafnie ukazuje całą gammę skutków, jakie wywołała czarnobylska katastrofa. Jedyna rzecz, do której mógłbym mieć pewne zastrzeżenia to brak krótkiego i rzeczowego wyjaśnienia funkcjonowania reaktora atomowego. W polskim przekładzie zabrakło natomiast tłumaczenia rozwijanych skrótów (dla przykładu reaktor RMBK to Reaktor Bolszoj Moszcznosti Kanalnyj i nic więcej). Mimo tych drobnych uchybień książkę gorąco polecam wszystkim zainteresowanym kulisami awarii elektrowni atomowej w Czarnobylu. Można dowiedzieć się z niej wielu bardzo interesujących faktów.

Opisując reaktor RMBK korzystałem z materiałów zawartych na stronie: Awaria Elektrowni Jądrowej w Czarnobylu

O traumach




Dzięki temu doświadczeniu nauczyłem się także, że przeszłość może zostać tak przemodelowana psychologicznie, że piekło stanie się niebem. Udało mi się w pełni wykorzystać psychologicznie większość złych sytuacji. Są ludzie, którzy wyciągają odwrotną naukę, przechowując i przywołując w pamięci jedynie najgorsze czasy. Niektórzy tworzą ogromne muzea, w których przechowują swoje przeszłe traumy. Ohyda i szpetota zdarzeń, jakich doświadczyli w przeszłości, stają się trwałym filtrem, przez który postrzegają wszystkie swoje bieżące doświadczenia.

Philip Zimbardo, John Boyd Paradoks czasu

sobota, 12 października 2013

O historii



Ci, którzy nie pamiętają przeszłości, skazani są na jej powtarzanie.

George Santayana The Life of Reason

 przytoczone w książce: Philip Zimbardo, John Boyd Paradoks czasu

piątek, 11 października 2013

O historii i przeszłości




Podczas gdy nikt nie może mienić wydarzeń, które miały miejsce w przeszłości, każdy jest w stanie zmienić nastawienia i przekonania na ich temat.

Philip Zimbardo, John Boyd Paradoks czasu

czwartek, 10 października 2013

O przyczynach pedofilii



Niewłaściwa postawa często wyzwala się, kiedy dziecko szuka miłości. Ono lgnie, zagubi się i jeszcze tego drugiego człowieka wciąga.

abp Józef Michalik, przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski

foto: Ryszard Hołubowicz Ten plik udostępniony jest na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0.

środa, 9 października 2013

Poza nawiasem

Okładka książki Dłoń

Dłoń

Michał Dąbrowski


Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Liczba stron: 208







W wesołych i nadal nie tak odległych latach mojej młodości, na własnej skórze dane było mi w bardzo niewielkim stopniu przekonać się, co to znaczy być sławetnym innym, tj. osobnikiem zdecydowanie odróżniającym się na tle pozostałej części społeczeństwa. W ramach szczęśliwego zakończenia roku szkolnego kolega zaproponował, aby uhonorować to wydarzenie przefarbowaniem włosów. Po krótkim wahaniu przystałem na propozycję, ale po konsultacjach z siostrą, doszedłem do wniosku, że na pewno nie poddam się modzie zmiany koloru owłosienia głowy na banalny blond. Nie rozmyślając niemal w ogóle nad konsekwencjami mojego czynu postawiłem na fryzurę stylizowaną na irokezie z efektownym, czerwonym kogutem, ciągnącym się przez całą długość głowy. Tuż po opuszczeniu salonu fryzjerskiego oblepiły mnie chciwe i natrętne spojrzenia. Szczególnie w okresie pierwszych kilku dniu, kompletnie nie przyzwyczajony do tak jawnie okazywanej atencji, czułem niemal fizyczny dotyk oczu, które błądziły za mną gdziekolwiek się pojawiłem. Ludzie, najczęściej bezmyślnie, czasami z jawną dezaprobatą, a za każdym razem natrętnie i bez cienia skrępowania, gapili się na mnie, jakbym był obiektem, którego trudno posądzić o posiadanie uczuć. Zatem dopóki nie przywykłem do tych wścibskich spojrzeń, dosłownie płonąłem ze wstydu. Moja cała osoba w mgnieniu oka została zdegradowana do kawałka włosów na głowie, które posiadały odmienny kolor niż u statystycznego obywatela. Ta odmienność z automatu nadała prawo do ciągłego, w żadnej mierze ukradkowego spoglądania w moim kierunku każdej napotykanej przeze mnie osobie. Oczywiście, urządziłem się tak na własne życzenie, a w dodatku miałem możliwość powrotu do normalności – wystarczyło ściąć włosy i problem zniknąłby jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Co jednak z ludźmi, którzy są inni za sprawą wrodzonych wad czy dysfunkcji, nie dających się prosto bądź wcale wyeliminować?

Książka Michała Dąbrowskiego pt. Dłoń to znakomity zapis dorastania człowieka niepełnosprawnego, który od najmłodszych lat narażony jest na obstrzał spojrzeń wszelakiej maści życzliwych i ciekawskich. Pierwszoosobowy narrator, bohater książki napisanej w oparciu o doświadczenia życiowe autora, urodził się bez prawej dłoni. Dzieciństwo upłynęło mu stosunkowo beztrosko. Okres niemowlęctwa to rzecz jasna nieświadomość własnej fizycznej niedoskonałości. Ale wraz z dorastaniem, coraz wyraźniejszy i trudny do ukrycia stawał się fakt niekompletności. Chłopczyk z kikutem zamiast dłoni wyróżniał się na tle pozostałych malców, ale najczęściej był przez nie akceptowany. Po pierwszym, naturalnym i szczerym zaskoczeniu, zdawkowych komentarzach, wytykaniu palcami, bohater stawał się jednym z wielu, szkolnym kolegą, kumplem z podwórka, z którym wspólnie wspina się na ogrodzenia, czy ucieka przed rozwścieczonym sąsiadem. Niekiedy trafiały się smutne wyjątki – strach, odtrącenie, izolacja, jednak nie zdarzały się one często, a za postawą dziecięcej niechęci wobec chłopczyka bez dłoni, skrywała się najczęściej wola rodziców, by pociechy nie bawiły się z odmieńcem.

Okres dzieciństwa, kiedy naiwnie wierzymy, że świat to w gruncie rzeczy prosty mechanizm, a wokół siebie nie dostrzegamy żadnych ograniczeń, naznaczony był również marzeniami, że brakująca kończyna samoistnie odrośnie. Nadzieje podsycali sami rodzice, którzy odwiedzali z chłopcem różnych specjalistów. Część lekarzy kategorycznie stwierdzała, że odzyskanie dłoni jest niemożliwe, ale pojawiali się i mniej sceptyczni eksperci, którzy swoimi opiniami dawali podstawy bytu dziecięcym rojeniom. Sny o odrodzeniu ręki nie chciały się jednak ziścić. Zamiast nich coraz częściej pojawiała się niechęć wobec własnej niekompletności. Młody chłopiec zaczął coraz wyraźniej dostrzegać, że jego fizyczny brak wywołuje wiele skrajnych emocji, stąd próby maskowania kalectwa. Prawa ręka wciśnięta głęboko w kieszeń, czy koszulki z długimi rękawami zaczęły skrywać mroczną tajemnicę, z którą bohater wcale nie miał się ochoty dzielić w obawie, że zostanie wyśmiany, bądź odtrącony.

Dorastający chłopiec przyjmował różne postawy wobec własnego kalectwa. Od błogiej nieświadomości, która była stanem immanentnym, poprzez głęboką samokrytykę połączoną z próbami ukrycia niedostatków do samoakceptacji. Co interesujące, niezależnie od traktowania problemu przez samego zainteresowanego, postawa osób postronnych, a więc ludzi takich jak my, którzy na co dzień napotykają na ulicy niepełnosprawnego niemal wcale się nie zmienia. To smutne, ale bez względu na fakt, czy młody człowiek udźwignie poważne brzemię, jakim na podstawie lektury wydaje się niepełnosprawność, czy też nie, ludzie zdrowi wykazują dokładnie ten sam brak zrozumienia wobec prywatnego nieszczęścia. Najdotkliwiej przekonał się o tym bohater w okresie dojrzewania. Nowe twarze, nowe znajomości, zawierane na kolejnych imprezach, na które przyjaciele często siłą musieli wyciągać swojego niepełnosprawnego kolegę. Schemat prezentował się mniej więcej tak samo. Próba przedarcia się przez błonę konwenansów, zamiar niemal brutalnego wtargnięcia do centrum znajomości bez tego całego cyrku, którego nieodzownym składnikiem jest ceremonialny uścisk dłoni. Czasem się udawało, ale częściej nie. Niekiedy przychodziła więc pora na osobiste poznanie się – ręka wyciągnięta w stronę bohatera i uśmiech przyklejony do ust. A potem żarliwe przepraszam, nie wiedziałem, naprawdę mi przykro, etc. Bezustanne samobiczowanie się, zaklinanie rzeczywistości oraz obwinianie o niezręczność, która wynikała przecież z niewiedzy oraz była zupełnie niezamierzona. Zamiast prostej zmiany tematu często następowało jego sukcesywnie i bezlitosne drążenie. Taki delikwent kolejnymi pytaniami wywiercał ogromną dziurę w prywatności głównego bohatera, pragnąc dowiedzieć się jak to właściwie jest żyć bez jednej ręki. Nie mogło również zabraknąć dociekań o naturę kalectwa – czy jest to stan permanentny, czy też wada nabyta, np. na skutek nieszczęśliwego wypadku. A później chyba najgorsze – cała litania, najczęściej wyimaginowanych znajomych, którzy także są niepełnosprawni, ale pomimo tego jakoś w życiu sobie radzą. I tak bez końca.

Okazuje się, że człowiek niepełnosprawny niesłusznie degradowany jest niemal wyłącznie do wady, która stała się jego udziałem. Na dalszy plan spychane zostają osobowość, charakter, pasje czy zainteresowania. Zamiast tego pierwsze skrzypce zaczyna grać wada, znamię, piętno odróżniające bohatera od całej reszty ludzkości. Nie jest on już wartościowym człowiekiem, z którym można omówić dowolną sprawę, po prostu, po ludzku porozmawiać. Z góry czyni się założenie, że kwestią, jaką winno poruszać się w towarzystwie osoby niepełnosprawnej jest właśnie jego niekompletność i niesymetryczność. Stąd tematy-bumerangi, powracające do głównego bohatera z budzącą szewską pasję regularnością: sztuczna ręka oraz wstyd i łapka. Z jednej strony wujek rozwodzący się nad zaletami protez, ich coraz większą doskonałością w imitowaniu prawdziwych narządów, a z drugiej ciotka bez ustanku kłapiąca o konieczności pogodzenia się z sobą i porzucenia wstydu za swoją łapkę.

Na pierwszy plan wysuwa się zatem niezdarność i nieporadność w kontaktach z głównym bohaterem, które przejawiają osoby szczerze zainteresowane jego dobrem. Nawet najbliższa rodzina ma problem ze zrozumieniem całkiem oczywistego faktu, że stanowczo zbyt wiele czasu poświęcają tematowi kalectwa chłopca, zapominając o jego ludzkim obliczu. Okazuje się bowiem, że młody człowiek jest o wiele bardziej zainteresowany opinią swojego wujka na temat niedawno przeczytanej książki niż sztuczną ręką, którą ten stara się mu usilnie wcisnąć. Zrozumiałe jest, że takie przedstawienie zagadnienia kalectwa uzmysławia chłopcu, że postrzegany jest on jako osobnik niekompletny, z którym nawiązanie normalnych, zdrowych i szczerych interakcji będzie możliwe dopiero w momencie, gdy stanie się on pełnoprawnym, a więc pełnosprawnym człowiekiem. Idąc dalej tym rozumowaniem, można stwierdzić, że brakująca kończyna przybiera materialną postać stygmatu, jakim naznaczony zostaje główny bohater. Dojmująca pustka, doskwierający brak uniemożliwiają pełną i swobodną egzystencję, zarówno w wymiarze fizycznym – inwalidztwo wiąże się z kłopotami oraz niedogodnościami w codziennym życiu; jak i społecznym – bohaterowi odmawia się pełni człowieczeństwa, brak ręki utożsamiany jest z brakiem pełni praw do funkcjonowania w normalnym, zdrowym ludzkim zbiorowisku. Inwalida jest z założenia dysfunkcyjny, nienaturalnym jest zatem w jego przypadku zarówno pomaganie innym jak i samemu sobie, posiadanie nałogów, czy choćby wszczynanie konfliktów. W efekcie prostego sumowania oraz odejmowania, dochodzi się do absurdalnych wniosków, że osoby niepełnosprawne mogą pozwolić sobie jedynie na oczekiwanie litości oraz pomocy. Co gorsza, kiedy powyższe skonfrontujemy z rzeczywistością, okazuje się, że owe wnioski, o zgrozo, bardzo często próbuje się wcielać w życie, nie bacząc przy tym jak są one bzdurne oraz jak krzywdzą ludzi, którzy z racji pewnych niedoborów, braków, czy odchyleń od statystycznej normy często uważani są za podludzi.

Krótko reasumując, Dłoń, która jest powieściowym debiutem Michała Dąbrowskiego to wyborna lektura. Beznamiętnym, niemal pozbawionym emocji tonem narrator uświadamia czytelnikowi, jak trudno żyje się osobie niepełnosprawnej w naszym kraju. Czyni to bez płaczliwego tonu, nie formułując zbędnych oskarżeń i zarzutów pod adresem całego świata, a jedynie delikatnie gani za ignorancję i niezdarność. Dąbrowski zastosował w swojej narracji prosty język, który jasno i precyzyjnie formułuje uczucia podmiotu lirycznego. Ciekawym zabiegiem było również pozbawienie imion wszystkich bohaterów powieści – narrator do końca książki pozostaje bezimiennym, natomiast poszczególne postacie pojawiające się w trakcie lektury mogą liczyć tylko na pierwszą literę imienia. Aktorzy dramatu pozostają zatem anonimowi, a więc w pewnym sensie i niekompletni, podobnie jak chłopiec bez ręki. Kolejnym bardzo oryginalnym chwytem było wprowadzenie dodatkowej narracji z punktu widzenia brakującej, prawej dłoni. Jej niebyt, fizyczna nieobecność zostaje jeszcze bardziej wzmocniona, ponieważ jest ona jedyną, nierozerwalną towarzyszką głównego bohatera, świadkiem wszystkich jego przeżyć oraz dramatów, które komentuje z własnego punktu widzenia. Z niecierpliwością czekam na dalsze dzieła pana Dąbrowskiego.


Wasz Ambrose


 

Boeing Boeing

czyli bardzo przyjemna katastrofa



W ostatnią sobotę wybrałem się wraz z przyjaciółmi z DKK* do Teatru Powszechnego w Łodzi. Jak w przypadku większości moich lektur, które rozpoczynam bez uprzedniego zebrania informacji o ich autorach, historii powstania czy kluczach do interpretacji, by mogły przemówić same z siebie do nieuprzedzonego odbiorcy, tak i tym razem podszedłem do tematu podobnie. Prawdę mówiąc w ogóle nie podszedłem; nawet zapomniałem tytuł sztuki, na którą się wybierałem, i przypomnieli mi go dopiero w dniu wyjazdu pozostali uczestnicy wypadu. Wam jednak opowiem od razu co i jak, bo to co powiem i tak niczego nie zmienia – postaram się nie spojlerować**, jak wielu moich kolegów po piórze - a pewne rzeczy warto wiedzieć.


Boeing Boeing to dzieło francuskiego dramatopisarza Marca Camolettiego, które powstało w 1960 roku. Choć stosunkowo młoda, to jedna z najczęściej wystawianych sztuk w historii teatru, przez co weszła na trwałe do klasyki światowej. Została wpisana do Księgi Rekordów Guinnessa do kategorii "najczęściej wystawiana francuska sztuka" – 17 500 realizacji)***. Gościła na wielu scenach i doczekała się licznych nagród oraz kilku ekranizacji.

W Polsce, z tego co się orientuję, tekst Camolettiego po raz pierwszy pojawił się w przekładzie Henryka Rostworowskiego pod tytułem Latające narzeczone i zdobył wielką popularność w latach sześćdziesiątych, którą utrzymał  do siedemdziesiątych, a nawet osiemdziesiątych, oraz doczekał się bodajże dziesięciu realizacji. Potem poszedł w zapomnienie, by powrócić na deski polskich teatrów w XXI wieku w nowym przekładzie i adaptacji Bartosza Wierzbięty, autora polskich wersji językowych m.in. do Shreka, Sezonu na misia, Skoku przez płot czy Madagaskaru. Od 2009 roku wystawiany jest w Teatrze Buffo w reżyserii Gabriela Gietzky'ego, a w 2011 odbyła się premiera Boeing, Boeing, także w adaptacji Bartosza Wierzbięty, w krakowskim Teatrze Bagatela w reżyserii Pawła Pitery.

Do Łodzi, do Powszechnego, zawitała wersja, którą reżyseruje Giovanny Castellanos, Kolumbijczyk z polskim paszportem; młody reżyser mający w dorobku między innymi Brechta, Mrożka i Marqueza. Akcję sztuki przeniesiono do Łodzi, no bo gdzie indziej. Główną postacią, przynajmniej nominalnie, jest Maks, dobrze sytuowany młody człowiek, który pędzi cudowne życie u boku trzech swych pięknych narzeczonych i gosposi. Ta ostatnia już taka urodziwa nie jest. Jak mu się to udaje? Oczywiście kluczem jest synchronizacja – trzy panie nie mogą się spotkać ani nawet o sobie dowiedzieć. Pomaga tu wspomniana dyskretna, choć nieco zrzędliwa, pomoc domowa oraz fakt, iż wybrankami Maksa są stewardesy pracujące dla różnych linii lotniczych. Pierwszą zapowiedzią komplikacji jest moment, gdy do gniazdka, w którym dotąd przebywał tylko jeden samczyk, przybywa kolega Maksa z młodych lat – Paweł. Jednocześnie zmiany w rozkładach lotów, jakie się zdarzą się w tym samym czasie we wszystkich trzech liniach, wprowadzą spore zgrzyty w funkcjonowanie dotąd niezawodnie sprawdzającego się systemu trzech latających narzeczonych. Widać już z tego obraz, z którego łatwo wywieść kapitalne zamieszanie. Czy Maksowi uda się wyjść z tej sytuacji obronną ręką zdradzać oczywiście nie będę.




Oszczędna, lecz pomysłowa, scenografia Wojciecha Stefaniaka i dobrze skrojona muzyka Marcina Rumińskiego sprawiają, iż elementy te są tylko, i aż, idealnie dobranym tłem dla gry dwóch trójek aktorskich, które tworzą Magda Zając, Karolina Łukaszewicz, Beata Ziejka i Jakub Firewicz, Janusz German oraz Artur Zawadzki.

Cieszę się, iż na spektakl udałem się właśnie do Łodzi. Nieskażone telewizją twarze aktorów to wielki atut w dzisiejszych czasach, a oglądanie ich żywiołowej gry jest wielką przyjemnością. Wybuchy śmiechu na widowni tak szczerego, iż aktorzy momentami sami z największym wysiłkiem ledwo zachowywali powagę, są najlepszą oceną tej komedii. Komedii, gdyż wbrew większości, szufladkującej spektakl jako farsę, dla mnie, przynajmniej w wersji, którą widziałem, jest to prawdziwa komedia dająca widzowi radość i solidną porcję śmiechu, którego tak bardzo brak w naszym społeczeństwie.



Niektórzy recenzenci podnoszą drobne niedostatki łódzkiego Beinga, ale ja się z nimi nie zgadzam. W konwencji, jaką sztuce nadano w Łodzi, wszystkie elementy, które zastosowano, są dopuszczalne i, co powinno być kluczowym w ocenie komedii tego typu, działają, czego najlepszym dowodem są zbieżne reakcji publiki o bardzo szerokiej rozpiętości wiekowej, wręcz megapokoleniowej.

Nie jestem maniakiem teatralnym. Nad dobrą sztukę przedkładam książkę. Z filmem już różnie – jego główną zaleta jest ukłon w stronę mojego lenistwa; nie wymaga wyjścia z domu. Jest jednak jedna cecha, która książkę i film wspólnie od spektaklu w teatrze odróżnia; niepowtarzalność tego ostatniego. Nigdy nie wstąpisz dwa razy do tej samej rzeki i nigdy nie obejrzysz dwa razy tej samej komedii w teatrze, poza Teatrem Telewizji oczywiście. Wystarczy, że któryś z aktorów będzie podchorowany, któraś aktorka niedysponowana, by poziom całości gwałtownie opadł. Ja miałem to szczęście, iż wszyscy grali z prawdziwym zaangażowaniem i wyczuciem, czego i Wam życzę, gdy się do Powszechnego na Boeinga wybierzecie. Wybrać się bowiem warto; absolutnie i bezapelacyjnie. Boeing Boeing to świetna propozycja również na pierwszy kontakt z teatrem dla młodzieży i dorosłych, którzy dotąd tej formy nie próbowali. Może zachęcić do odejścia od monopolu kina i TV. Nie bez kozery sztuka ta jest tak popularna w świecie. A polska łódzka lokalizacja, jak mawiają w slangu komputerowym, wypadła bardzo dobrze, o czy z przekonaniem Was zapewniam jeszcze raz zapraszając do Łodzi


Wasz Andrew


* Dyskusyjny Klub Książki
** Spojler - niepożądana informacja dotycząca szczegółów fabuły filmu, utworu literackiego itp. W szczególności zdradzenie zakończenia. Najbardziej naganna patologia spotykana w recenzjach. Złą recenzję można zapomnieć, skutków przeczytanego spojlera naprawić się nie da.
*** za Wiki

Materiały graficzne: © Teatr Powszechny w Łodzi 

wtorek, 8 października 2013

O lepszych czasach



Ci, którzy porównują epokę, do której trafili, ze złotym wiekiem istniejącym jedynie w wyobraźni, mogą mówić o upadku, degrengoladzie; jednak żaden z ludzi, którzy posiadają trafną wiedzę o przeszłości, nie będzie skłonny do rysowania ponurych lub przygnębiających wizji teraźniejszości.



Philip Zimbardo, John Boyd Paradoks czasu