niedziela, 13 października 2013

Czarnobylskie faktotum

Okładka książki Czarnobyl - zapis faktów 

Czarnobyl - zapis faktów

Paul Piers Read


Tytuł oryginału: Ablaze: The Story of Chernobyl
Tłumaczenie: Jerzy Kubowski
Wydawnictwo: Świat Książki
Liczba stron: 443






Mało kto kojarzy dzisiaj Czarnobyl za sprawą rośliny bylicy pospolitej, zwanej po ukraińsku czornobyl, od której wywodzi się nazwa tego ukraińskiego miasta. Aktualnie Czarnobyl to przede wszystkim katastrofa elektrowni atomowej, która miała miejsce 26 kwietnia 1986 roku. Wielu z nas zna, albo chociaż kojarzy tę datę, ale chyba tylko garstka wie, co dokładnie zaszło owej feralnej nocy i w jaki sposób doszło do najgroźniejszej w historii awarii elektrowni atomowej. Chociaż całe wydarzenie miało miejsce ponad 20 lat temu, wydaje mi się, że tematyka samych elektrowni atomowych jest ciągle aktualna, szczególnie w świetle przyszłych planów naszego rządu, który czyni ogromne starania, by tego typu obiekt przemysłowo-energetyczny zaczął funkcjonować również w Polsce. Wydaje mi się, że nauka na błędach poprzedników to dobra szkoła, która przy solidnej analizie oraz staranności może w dużym stopniu pomóc uniknąć powielania podobnych, nawet najdrobniejszych niedopatrzeń, które w kwestiach tak delikatnych, jakimi są niewątpliwie prace z substancjami rozszczepialnymi, są po prostu niewybaczalne, bowiem rozrastają się do niesamowitych rozmiarów.

Piers Paul Read, brytyjski pisarz, twórca powieści, literatury faktu oraz biografii, jako pierwszy autor zachodni stworzył opracowanie, w którym postarał się wyjaśnić przyczyny katastrofy w Czarnobylu oraz odtworzyć jej dokładny przebieg. Książka pt. Czarnobyl – zapis faktów ukazała się w 1996 roku, 10 lat po awarii. Już na wstępie trzeba przyznać autorowi, że podjął się on zadania bardzo trudnego – zaczął on zbierać materiały do książki na początku lat 90’, w okresie niestabilności i przemian, w którym byłe republiki radzieckie odzyskiwały utraconą niepodległość i na nowo tworzyły zręby struktur państwowych. Ponadto autor starał się pozostać bezstronny, pragnąc uzyskać możliwie jak najbardziej obiektywną relację, co w świetle faktów przytoczonych w dalszej części tekstu będzie wydawało się wprost niemożliwe do osiągnięcia.

Autor podzielił swoje dzieło na trzy zasadnicze części. W pierwszej, zatytułowanej Nowa cywilizacja przybliża ona czytelnikowi rozwój atomistyki w ZSRR. Wydaje mi się, że dla wielu pewnym zaskoczeniem będzie fakt, że mimo iż to USA jako pierwsze państwo skonstruowało bombę atomową, której zresztą nie zawahało się użyć i sprawdzić jej skuteczności w warunkach bojowych, to jednak ZSRR przez długi okres dzierżyło palmę pierwszeństwa w kwestii pokojowego wykorzystania energii atomowej. To właśnie w kraju Stalina powstała pierwsza elektrownia atomowa w zakładach Majak. Piers Read szczegółowo przedstawia ojców rosyjskiej energetyki atomowej, wymieniając najważniejszych naukowców, którym przynajmniej częściowo udało ujarzmić się promieniotwórcze pierwiastki i zaprząc je to wytwarzania energii. Co ciekawe, autor ujawnia, że Czarnobyl nie był pierwszą katastrofą atomową, która miała miejsce w Rosji. Awarie zdarzały się już wcześniej, właśnie w zakładach Majak. W roku 1957 doszło do eksplozji wysuszonych odpadów radioaktywnych, w efekcie czego skażone zostało 250 000 akrów (ok. 1000 km2) żyznej gleby, a ewakuacją objęto ponad 10 000 ludzi. W latach późniejszych przytrafiły się jeszcze dwa dosyć groźne wypadki, ale o żadnym z tych wydarzeń ówczesna władza nie wspominała, traktując je jako wydarzenia, które nigdy nie miały miejsca. Jak się później okaże, takie metodyczne i bardzo przykładne ukrywanie faktów przed własnymi obywatelami oraz pracownikami innych elektrowni atomowych, będzie miało bardzo brzemienne skutki. Metodą prób i błędów, radzieckim uczonym udało się skonstruować w miarę stabilny i na pozór niezawodny reaktor typu RBMK (Reaktor Bolszoj Moszcznosti Kanalnyj, Reaktor Kanałowy Wielkiej Mocy), czyli lekkowodny, wrzący reaktor atomowy z moderatorem grafitowym o mocy elektrycznej rzędu 1000 MW (dla porównania najpotężniejsza elektrownia cieplna w Polsce, opalana węglem brunatnym – Bełchatów, posiada moc ponad 4400 MW). Aż do katastrofy w Czarnobylu twórcy reaktora twierdzili, że jest to najbezpieczniejszy reaktor atomowy, któremu nie grozi żadna poważna awaria. Interesujące jest jednak, że mimo tych zapewnień już podczas konferencji w 1976 roku poświęconej zagadnieniom bezpieczeństwa reaktorów typu RBMK, sugerowano poprawę konstrukcji. Zmiany zatwierdzono, zaakceptowano modyfikacje projektu, ale korekt nigdy nie wcielono w życie – wnioski zaginęły gdzieś w potężnej biurokratycznej machinie ZSRR. Być może spory udział w tym nieszczęśliwym pobłądzeniu miały wysokie koszty, z jakimi wiązałyby się przeróbki reaktorów. W pierwszej części książki autor wspomina również o pierwszej awarii elektrowni atomowej, o której usłyszała opinia publiczna. W roku 1979 w amerykańskiej elektrowni Three Mile Island doszło do częściowego stopienia prętów paliwowych. Stosunkowo niewielka ilość radioaktywnych odpadów wydostała się do atmosfery, ale za sprawą mediów oraz premiery filmu Chiński syndrom, opowiadającego o katastrofie atomowej, która miała miejsce kilka dni wcześniej, na wyspie wybuchła panika, a tysiące mieszkańców zostało ewakuowanych. W konsekwencji zaufanie do energetyki atomowej w Stanach Zjednoczonych znacznie spadło.

Część druga dokumentu to zdecydowane meritum. Autor przybliża w skrócie historię powstania elektrowni w Czarnobylu, której budowa również nie pozostaje bez wpływu na wydarzenia z kwietnia 1986 roku. Piers Read ujawnia wszelkie niedociągnięcia, jakich dopuszczono się przy wznoszeniu bloków energetycznych w Czarnobylu. Wielu części wyspecyfikowanych w dokumentacji projektowej po prostu nie udało się zdobyć. Zastąpiono je tańszymi zamiennikami. Dla przykładu dach nad reaktorem został wykonany z materiałów łatwopalnych. Ponadto sam reaktor RBMK, który zastosowano w elektrowni posiadał szereg wad konstrukcyjnych, o których wiedziało jedynie wąskie grono naukowców w ZSRR. Zwykli pracownicy nie mieli o nich najmniejszego pojęcia. W tym miejscu, próbując wczuć się w rolę laika, który nie posiada żadnej wiedzy na temat działania reaktorów atomowych, chciałbym zaznaczyć, że od strony autora zdecydowanie zabrakło mi prostego wyjaśnienia, na czym dokładnie polega praca elektrowni atomowej. Wydaje mi się, że w jeszcze większym stopniu pozwoliłoby to cieszyć się dalszą częścią lektury. Pozwolę sobie zatem na skrótowe wprowadzenie. Elektrownie jądrowe, pokroju tej, jaka pracowała w Czarnobylu, działają na podobnej zasadzie jak konwencjonalne elektrownie zasilane węglem. Woda, będąca nośnikiem ciepła, za sprawą energii pochodzącej z rozszczepiania jąder atomowych (bądź ze spalania węgla, w przypadku elektrowni konwencjonalnych) przechodzi w parę wodną. Para wodna trafia na łopatki turbiny parowej, której wał napędza generator, wytwarzający energię elektryczną. Reasumując, energia cieplna uwalniana z reakcji rozszczepienia, bądź spalania węgla konwertowana jest w energię elektryczną. Nieco bardziej skomplikowana jest praca reaktora RBMK. Podstawą reaktora jest betonowa studnia, w której umieszczone są bloki grafitu. Grafit pełni w reaktorze rolę moderatora – do jego zadań należy spowalniania (mówiąc po fizycznemu: obniżania energii kinetycznej) neutronów. Im wolniejsze są neutrony, tym reakcja rozszczepiania jąder w paliwie jądrowym zachodzi efektywniej. W blokach grafitowych znajdują się kanały paliwowe – to rurki o średnicy ok. 9 cm, które wykonane są ze stali niobu oraz cyrkonu (pierwiastki dzięki swoim właściwościom pełnią funkcję deflektorów neutronów – dzięki nim powstałe neutrony kierowane są do rdzenia reaktora). W kanałach umieszczone są pręty paliwowe, opakowane dodatkowo koszulkami cyrkonowo-niobowymi. Pastylkę paliwową stanowi dwutlenek uranu UO2, wzbogacony do 1,8 %. Gwoździem programu, kluczową częścią reaktora są pręty kontrolne, które wykonane są z węgliku boru. Materiał ten posiadana zdolność pochłaniania neutronów, zatem wygasza on reakcję rozszczepiania. Manipulując prętami kontrolnymi, wsuwając bądź wysuwając odpowiednią ich ilość, operator jest w stanie sterować mocą i zachowaniem się reaktora. Pręty kontrolne używane w reaktorach RBMK miały jednak poważną wadę, o której rzecz jasna nie mieli pojęcia pracownicy elektrowni – aby upłynnić operację wsuwania prętów, ich końcówki pokryte były grafitem, który przecież przyspiesza reakcję rozszczepiania jąder. Zatem w pierwszym momencie, gdy pręty kontrolne są wsuwane do rdzenia, następujące wzrost mocy reaktora, a dopiero po chwili jej spadek. To kolejny puzzel, który okazał się bardzo ważny w katastrofalnej układance.

Bardzo intrygujące są również same okoliczności katastrofy. Radziecka myśl techniczna u wielu budzi uśmiech politowania, ale trzeba uczciwie przyznać, że sporo jej rozwiązań stosowanych jest do dziś, a radzieccy specjaliści byli prawdziwymi fachowcami, którym przyszło jednak egzystować w wyjątkowo niesprzyjających dla nauki warunkach. Reaktory atomowe posiadały zabezpieczenie na wypadek awarii. Cały układ sterowania reaktorem napędzany był energią pochodzącą z elektrowni. Zawsze jednak mogła zajść sytuacja, w której należałoby zatrzymać pracę reaktora, w efekcie czego układ sterowania, pompy odpowiadające za obieg wody, etc., musiały posiadać zapasowe źródło energii. Uruchomienie agregatów prądotwórczych, które stosowano pierwotnie, trwało zbyt długo, dlatego układ postanowiono poddać drobnej modyfikacji. Zmianie uległa konstrukcja turbin, które przed zatrzymaniem się w momencie, gdy przestała dopływać do nich para wodna z reaktora, na skutek dogasającego ruchu obrotowego powinny wyprodukować odpowiednią ilość energii dla awaryjnego zasilania elektrycznego sterowania reaktorem. Testy, czy założenia teoretyczne pokrywają się z rzeczywistością, powinny zostać przeprowadzone przed oddaniem bloku do użytku (które nastąpiło w 1983 roku), ale z racji gnających na złamanie karku terminów, niemożliwe okazało się ich przeprowadzenie w wymaganym czasie. Zdecydowane się na nie dopiero w kwietniu 1986 roku. W dalszej części książki autor zabiera nas do sterowni reaktora nr 4, gdzie wspólnie z operatorami możemy raz jeszcze przeżyć feralnie przeprowadzony eksperyment oraz zostać świadkami jednej z najpoważniejszych w dziejach katastrof atomowych.

Przed czytelnikiem wyłania się dość makabryczny obraz. Największe wrażenie robi przy tym specyfika pracy w ZSRR. Tak jak wspominałem, pracownicy elektrowni atomowej nie posiadali wszystkich niezbędnych danych na temat konstrukcji reaktorów. Ponadto pierwotny termin próby, która miała odbyć się na I zmianie został nieoczekiwanie przełożony na zmianę III. Operatorzy, którzy przyszli na nocną zmianę nie spodziewali się, że przyjdzie im w udziale przeprowadzić test. Już po wybuchu (najpierw gwałtownie rozprężającej się pary a potem mieszaniny wodoru i tlenu), pracownicy nie wiedzieli do końca, co właściwie zaszło, ani co było źródłem wybuchu. Dostępne liczniki Geigera posiadały zbyt małą skalę, by zasygnalizować, że nieodwracalnie uszkodzony został reaktor, a radioaktywne cząstki na skutek wybuchu zostały uwolnione i wyrzucone do atmosfery. Dopiero rzut oka na szczątki reaktora pozwolił operatorom przekonać się, że ziścił się najczarniejszy scenariusz. Promieniowanie po eksplozji było olbrzymie, ale nikt nie zdawał sobie z tego sprawy. Strażacy przybyli na miejsce zdarzenia zostali poinformowani o pożarze dachu hali reaktora nr 4, kompletnie nie będąc świadom śmiertelnego zagrożenia, jakie wiązało się z walką z pożarem.
Tragedia bezwzględnie obnażyła słabości sowieckiego państwa. Nawet, gdy wiedziano już, że doszło do katastrofy na niespotykaną dotąd skalę, władze ZSRR zwlekały z ujawnieniem informacji. W końcu byłoby to przyznanie się do klęski. Dotychczas ZSRR uchodziło za pioniera przemysłowego wykorzystania energii atomowej. Nie lepiej było w trakcie dochodzenia, które miało ustalić przyczyny wypadku. Całą winę i odpowiedzialność starano się zrzucić na operatorów, których oczerniano przy każdej nadarzającej się okazji. Powstawały nawet powieści, w której pracownicy elektrowni przedstawiani byli jako ludzie gnuśni i leniwi, nie mający nic wspólnego z prawdziwymi radzieckimi robotnikami. Kampania oczerniania miała oczywiście na celu odwrócenie ukrycie wrodzonych wad reaktora RBMK, do których nawet w obliczu gorbaczowskiej polityki pierestrojki (przebudowy) i głasnosti (jawności), państwo sowieckie nie miało zamiaru się przyznać. Wiązałoby się to z nieuchronną utratą prestiżu na arenie międzynarodowej, szczególnie w dziedzinie atomistyki. Z drugiej jednak strony autor przyznaje, że całkiem szybka i sprawna ewakuacja Prypeci, a więc robotniczego miasta, w którym mieszkali pracownicy elektrowni wraz z rodzinami, nie byłaby możliwa w warunkach zachodnich, gdzie żądne sensacji media natychmiast wzbudziłby nie dającą się opanować panikę. Swoją drogą Piers Read skierował również sporo krytycznych uwag właśnie pod adresem zachodniej prasy, która po czarnobylskiej katastrofie wyolbrzymiała ofiary w ludziach ponad miarę, starając się nadać awarii odcień prawdziwej hekatomby.

Książka Piersa Paula Reada ukazuje Związek Radziecki późnych lat 80’ jako molocha, nieuchronnie sunącego ku zagładzie. Autor dość udanie prezentuje mechanizmy sprawowania władzy w komunistycznym ustroju, odsłaniając wszelkie słabości i niedociągnięcia, które pośrednio doprowadziły również do awarii w Czarnobylu. W mojej opinii Readowi świetnie udało oddać się nastrój stagnacji, zastoju oraz marazmu, który zapanował w tym potężnym państwie, które z dnia na dzień okazywało się coraz bardziej niewydolne. Autor w sposób bardzo ciekawy zaprezentował również wszelkie konsekwencje płynące z czarnobylskiej katastrofy, która stała się swoistą kartą przetargową w walce o niepodległość Ukrainy. Awaria przyczyniła się również do ogromnego spadku zaufania radzieckiego społeczeństwa do władzy, które jeszcze przed całą tragedią było niewielkie. W ostatniej części zatytułowanej Radiofobia, Read udanie ukazał sidła, w które wpakowała się radziecka władza – opinia publiczna okłamywana sukcesywnie przez całe dziesięciolecia przestała wierzyć w jakiekolwiek oficjalne komunikaty władzy. Doszło do absurdalnej sytuacji, w której oficjalnego stanowiska ZSRR musiały bronić zagraniczne, zachodnie autorytety, przekonując zdesperowanych mieszkańców zamieszkałych na terenach zagrożonych skażeniem, że w wielu miejscach zanieczyszczenia rzeczywiście nie były tak poważne, jak tego pierwotnie oczekiwano.

Na podstawie lektury Reada wyłania się również dość interesujący obraz Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej (MAEA), organizacji pracującej na rzecz bezpiecznego i pokojowego wykorzystania energii jądrowej. Czytając dokument autorstwa Piersa Reada widać wyraźnie, że członkom MAEA podobnie jak i władzy radzieckiej zależało na minimalizowaniu skutków katastrofy. W końcu zaprezentowanie elektrowni atomowych jako obiektów niestabilnych, nieprzewidywalnych a przez to bardzo niebezpiecznych mogłoby okazać się fatalne dla energetyki atomowej w przyszłości. MAEA zajęła się przypadkiem katastrofy czarnobylskiej, ale trudno odnieść wrażenie, że zupełnie bezstronnie podeszła do tego problemu. Wydaje mi się, że również z tego powodu zbieranie materiałów do książki nie było rzeczą prostą – wychodzi na to, że wielu stronom zależało na tym, by awarię elektrowni atomowej w Czarnobylu przedstawić jako sumę nieszczęśliwszych splotów okoliczności, których prawdopodobieństwo powtórnego zajścia jest wręcz nieprawdopodobnie małe.

Natomiast po lekturze całej książki przyznaję, że chociaż energetykę atomową uważam za niemal nieodzowną alternatywę dla naszych dotychczasowych źródeł energii, szczególnie w obliczu fatalnej polityki rządu, który zaakceptował unijne pakiety klimatyczno-energetyczne, to budowę i funkcjonowanie elektrowni atomowej w polskich warunkach postrzegam za rzecz ogromnie ryzykowną. Wydaje mi się, że prosperowanie tego typu obiektu w naszym kraju, w którym bylejakość, improwizacja oraz bardzo luźne podejście do wszelakiej maści przepisów bezpieczeństwa są na porządku dziennym, mogłoby się zakończyć nie mniejszą katastrofą niż ta, która miała miejsce w Czarnobylu. W naszym kraju nie brakuje fachowców oraz ekspertów, którzy spokojnie poradziliby sobie z tego typu wyzwaniem, ale jakoś nie chce mi się wierzyć, by wszyscy oni znaleźli zatrudnienie w takiej elektrowni. W pierwszej kolejności trafili by pewnie do niej ludzie posiadający odpowiednie poparcie. Obawiam się, że znajomości grałyby znacznie większą rolę niż faktyczne kwalifikacje – w końcu w przemyśle atomowym nie zarabia się marnych groszy i z pewnością znalazłoby się wielu kandydatów, chętnych do pracy w elektrowni atomowej. A w tego typu dziedzinie pracy nie można pozwolić sobie ani na rutynę, ani na niedopatrzenia, ani na najprostsze błędy, bowiem skutki mogą być naprawdę tragiczne.

Kończąc, rzeknę tylko, że Czarnobyl – zapis faktów, to dobra książka, którą mimo sporego natłoku informacji, relacji, nazwisk oraz suchych faktów czyta się bardzo płynnie, z niesłabnącym zainteresowaniem. W sporej mierze jest to zasługa autora, który umiejętnie zestawia ze sobą różne opinie, syntezując z nich wartościowy obraz, pozwalający zapoznać się z dokładnym przebiegiem katastrofy. Piers Read w ramach wstępu w ciekawy sposób streszcza także historię rosyjskiego przemysłu atomowego, a pod koniec lektury bardzo trafnie ukazuje całą gammę skutków, jakie wywołała czarnobylska katastrofa. Jedyna rzecz, do której mógłbym mieć pewne zastrzeżenia to brak krótkiego i rzeczowego wyjaśnienia funkcjonowania reaktora atomowego. W polskim przekładzie zabrakło natomiast tłumaczenia rozwijanych skrótów (dla przykładu reaktor RMBK to Reaktor Bolszoj Moszcznosti Kanalnyj i nic więcej). Mimo tych drobnych uchybień książkę gorąco polecam wszystkim zainteresowanym kulisami awarii elektrowni atomowej w Czarnobylu. Można dowiedzieć się z niej wielu bardzo interesujących faktów.

Opisując reaktor RMBK korzystałem z materiałów zawartych na stronie: Awaria Elektrowni Jądrowej w Czarnobylu

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Czytamy wnikliwie każdy komentarz i za wszystkie jesteśmy wdzięczni. Zwłaszcza za te krytyczne. Jeśli chcesz o czymś porozmawiać, zapytać, zwrócić uwagę na błąd, pisz śmiało. Każda wypowiedź, zwłaszcza na temat, jest przez nas mile widziana. Nie odrzucamy komentarzy anonimowych, jeśli tylko nie naruszają prawa. Można zamieszczać linki do swoich blogów i inne, jeśli nie są ewidentnym spamem. KOMENTARZE UKAZUJĄ SIĘ DOPIERO PO ZATWIERDZENIU przez nas :)