Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

sobota, 8 czerwca 2013

Arytmia



Arytmia

(oryg. Flimmer)

Anne Holt, Even Holt

tłumaczenie: Iwona Zimnicka
wydawnictwo: Prószyński i S-ka 2012

   


Nie wiecie co to takiego kardiowerter-defibrylator? No to zaraz się dowiecie.


ICD czyli kardiowerter-defibrylator to skomplikowane urządzenie przywracające właściwy rytm serca. Każdego roku wszczepia się je milionom pacjentów na całym świecie…

Wiosną 2010 dwóch chorych z arytmią serca umiera z powodu zastosowania w ich leczeniu ICD. Coś, co miało ich ocalić, zabiło. Dr Sara Zuckerman kierująca oddziałem kardiologii w szpitalu w Bærum i jej kolega dr Ola Farmen odkrywają, że najprawdopodobniej winny jest wirus komputerowy. Wszystko wskazuje na to, że ktoś gdzieś zaprogramował mechanizm ICD w taki sposób, by odbierał życie. A wirus wciąż się rozprzestrzenia.


Tyle przeczytamy na tylnej okładce książki firmowanej przez norweską autorską spółkę rodzinną (rodzeństwo) w składzie Anne i Even Holt. Dotąd nie miałem do czynienia z twórczością Anne (brat jest w tym tandemie siłą fachową, ona pisarką), więc podszedłem do tej powieści bez specjalnych oczekiwań. Przed lekturą zapoznałem się z notką od wydawcy i wyjątkowo pozwoliłem ją sobie w całości zacytować, gdyż jest dość udana, za wyłączeniem ostatniego zdania, z którego zresztą wydawca się wycofał usuwając je z materiałów dostępnych w internecie, lecz pozostało ono niestety na wszystkich okładkach tego wydania. Niestety, gdyż nie do końca odnosi się do omawianej powieści.

Zabrałem się do czytania zachęcony, a zarazem nieco zaniepokojony, gdyż zapowiadane połączenie aspektów nowoczesnej medycyny z techniką informatyczną i warstwą kryminalną z jednej strony zapowiadało się ciekawie, a z drugiej groziło wpadkami merytorycznymi zarówno autorów, jak tłumacza. Niepokój zwiększały moje poprzednie doświadczenia z produktami tego wydawnictwa, które niejednokrotnie były najoględniej mówiąc nienajlepsze, że nie wspomnę o wspomnieniach z prób kontaktu z wydawcą, które były żenujące, gdyż nigdy nie doczekałem się odpowiedzi w żadnej z poruszanych spraw. Niemniej, jak wspomniałem, zacząłem czytać, i…

Bingo! Nie wiem skąd się u Skandynawów bierze tyle talentów, tyle naprawdę godnych uznania nazwisk na niwie literatury, a zwłaszcza literatury kryminalnej. Przecież wszystkie państwa skandynawskie, biorąc pod uwagę łączną liczbę ludności, odpowiadają ledwo państwu średniej wielkości, a ich dorobek… Światowa czołówka. Arytmia jest tego kolejnym potwierdzeniem. Fabuły nie będę oczywiście zdradzał, niech wystarczą informacje ze wspomnianej notki wydawcy. Powiem tylko tyle, iż jest ona z jednej strony dość przewidywalna, ale z drugiej zaskakuje, gdy trzeba, również w zakończeniu. Nie jest to totalne osłupienie, pewne przeczucia mamy, ale rzecz trzyma w napięciu, które budowane jest nie tylko za pomocą klasycznych niewiadomych (ustalanie sprawców) , ale również przez to, że autorzy potrafili zaciekawić czytelnika odkrywaniem mechanizmów społecznych rządzących środowiskiem wielkiego biznesu, jego styku z medycyną i finansami publicznymi. Interesujące jest także to, iż choć czytelnik wielu rzeczy dowiaduje się przed bohaterami, to wciąga go dociekanie, jak się oni odnajdą w sytuacji braku informacji, które już są znane czytającemu.

Styl powieści idealnie dopasowany do treści – wciągający do tego stopnia, że trudno się od książki oderwać. Połyka się ją z łatwością, o ile ktoś nie jest uczulony na obco brzmiące nazwiska i nazwy. Najczęściej Arytmia klasyfikowana jest jako thriller medyczny, dla mnie jednak to klasyczny skandynawski kryminał społeczny. Ta charakterystyczna warstwa, która chyba zaczęła być wyróżnikiem podobnej literatury całego regionu od czasu sukcesów szwedzkiej szkoły kryminału, nie jest aż tak wyraźna, jak w Millennium Stiega Larssona, jest bardziej zamaskowana, niemniej równie znacząca. Powieść porusza niezwykle aktualny temat moralności świata wielkiego biznesu, a raczej jej braku. Świata, w którym nie ma czegoś takiego, jak zło czy dobro, jest tylko zysk i strata. Wplatają się w to też pytania o problemy dysponowania środkami publicznymi, dostępności zaawansowanych technologii medycznych, dysproporcji zarobków i inne, jak choćby zagrożeń spowodowanych nowoczesnymi technikami informatycznymi, nad którymi coraz trudniej sprawować kontrolę powołanym do tego organom. Są one jednak podane dyskretnie, bardzo w tle, co uwydatnia typowo rozrywkowy główny nurt. Jak zwykle po lekturze tego typu zaczynam się zastanawiać, czym jest Polska. Jak długo wytrzymałby uczciwy Norweg albo Szwed w naszym kraju, gdyby musiał w nim prowadzić normalne życie, zanim trafiłby do wariatkowa. To tylko jednak taka mała dygresja.

Akcja powieści poprowadzona z wyczuciem, dużym realizmem, do tego wyraziste, przekonujące postacie, zarówno pierwszo-, jak i drugoplanowe, składają się na niezwykle udaną całość. Również owocom pracy wydawniczej i poziomowi tłumaczenia niczego nie można zarzucić, co sprawiło, iż jest to jedna z przyjemniejszych niespodzianek czytelniczych, jakie mi się ostatnio zdarzyły. Oczywiście, jak w przypadku prawie wszystkich powieści, nie namawiam na natychmiastowy najazd na księgarnię, ale do biblioteki naprawdę warto się po Arytmię udać, co stwierdzam z pełnym przekonaniem


Wasz Andrew

Arytmia [Anne Holt, Even Holt]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

piątek, 7 czerwca 2013

Nowoczesna wojna






Nowoczesna wojna. Nie można nawet udawać, że jest ludzka.



Loty i odloty

Okładka książki Dom przy Alien Avenue 

Dom przy Alien Avenue

Andrzej Dudziński

Wydawnictwo: Videograf II
Liczba stron: 255
 
 
 
 
 
 
Emigracja to dobrowolne opuszczenie granic swojego kraju. Część spośród tych, którzy się na nią decydują, są motywowani przyczynami politycznymi, jednak zdecydowana większość gnana jest powodami ekonomicznymi. Niektórzy ludzie rozstają się ze swoimi rodzinami licząc, że uda im się znaleźć godziwe zajęcie, które pozwoliłoby odłożyć nieco grosza i tryumfalnie powrócić do ojczyzny, w blasku nabytych bogactw. Jeszcze inni z kolei zakładają stałą zmianę miejsca zamieszkania, w którym można zacząć od początku całe swoje życie. Nieznane kusi wachlarzem możliwości, które w zupełnie nowej lokalizacji wydają się wprost nieograniczone. Zjawisko emigracji nie jest obce i naszej ojczyźnie. Polacy migrowali z przyczyn politycznych, np. po upadku kolejnych, nieudanych powstań oraz ekonomicznych. Ten drugi typ emigracji był szczególnie popularny za czasów PRL, kiedy to kraje zachodnie roiły się jako raje, krainy opływające mlekiem i miodem. Niewątpliwie jednym z mitycznych lądów, do którego wstęp mieli niestety tylko nieliczni wybrańcy, były Stany Zjednoczone Ameryki Północnej.

Sny i marzenia mają to do siebie, że niestety, ale rzadko kiedy się one spełniają. Nie inaczej jest w przypadku emigracji. O tym jak wygląda jej prawdziwe oblicze, o tym, że w życiu na obczyźnie jest zdecydowanie więcej cieni niż blasków traktuje książka Dom przy Alien Avenue polskiego pisarza osiadłego w Chicago, Andrzeja Dudzińskiego.

Jerzy, główny bohater powieści, której akcja rozgrywa się w latach ’80 XX wieku, to student filologii oraz początkujący pisarz, mający już za sobą literacki debiut. Jego ojciec Józef, uznany krakowski kardiochirurg, decyduje się na wyjazd za granicę, do Stanów Zjednoczonych, kuszony wizją niebotycznych zarobków, dzięki którym jego rodzina mogłaby żyć na jeszcze lepszym poziomie niż dotychczas. Opiekujący się matką Jerzy, po 5 latach, które upłynęły od wyjazdu odwiedza swojego tatę w trakcie wakacji, pragnąc na własne oczy przekonać się jak wygląda życie w mitycznej Ameryce. Mimo, że obraz, który zastaje po przyjeździe, od samego początku szokuje oraz przeczy jego dotychczasowym wyobrażeniom, Jerzy postanawia zostać w kraju pierwszej na świecie konstytucji na dłużej.

Ojciec Jerzego mieszka w Chicago, mieście, stanowiącym największą polską kolonię w USA. Niestety kłopoty językowe, problemy z przedłużeniem wizy oraz brak odpowiednich znajomości, które szczególnie na początku pobytu są niezbędne, dotychczasowy lekarz, będący świetnym fachowcem w swoim zawodzie, zmuszony jest podjąć się ciężkiej i męczącej pracy fizycznej. Robota na budowie okazuje się jedynym zajęciem, na jakie może liczyć emigrant bez języka oraz z nieważną wizą. Aby powiązać jakoś koniec z końcem, tj. by opłacić wszelkie rachunki, uiścić opłatę za lokum oraz by wysłać jeszcze kilkaset dolarów rodzinie, Józef zmuszony jest podjąć się dodatkowego zajęcia. W efekcie, przy 16 godzinach pracy na dobę, czasu starcza mu jedynie na to, by zjeść szybki posiłek pomiędzy jedną robotą, a drugą oraz wyspać się przed kolejnym, męczącym dniem. O nauce języka nie ma właściwie co marzyć. Brakuje czasu, brakuje gotówki, brakuje przede wszystkim sił. Życie Józefa, pogrążonego w wirze codziennej harówki, powoli przecieka między palcami. Egzystencja to suma mechanicznych odruchów, jedzenie, sen, picie, na której i tak ledwie starcza energii. Nietrudno wyobrazić sobie, jaki wizerunek ojca ogląda Jerzy po 5 latach takiej mordęgi. Nie jest to zadbany i elegancki kardiochirurg z delikatnymi dłońmi, które wprawnie dzierżą skalpel. Obecnie, w rękach, kiedy nie są one zajęte pracą, najczęściej gości kieliszek wódki. Każdy łyk alkoholu uśmierza nieco ból i zmęczenie oraz pozwala zapomnieć o trudnej sytuacji, z jaką boryka się Józef. O powrocie do ojczyzny nie ma na razie mowy – zaoszczędzonych pieniędzy wciąż jest za mało, by móc pokazać się w domu z podniesioną głową.

Relacja, jaka panuje pomiędzy ojcem a synem tuż po przyjeździe Jurka jest dosyć chłodna. Pierwszy z nich ma świadomość, jak wygląda w oczach swojego syna, wymizerowany, wycieńczony i zarośnięty, drugi nie potrafi ukryć rozczarowania oraz lekkiej pogardy. Józef, wiedząc, że jest już praktycznie bez szans na poprawę swojego losu, ale świadom równocześnie możliwości, jakich w jego mniemaniu daje Ameryka, namawia usilnie swojego potomka, by rozpoczął intensywną naukę języka oraz kontynuował karierę pisarską po angielsku. Jurek, owszem zostaje w Stanach, ale z biegiem czasu jego życie zaczyna bardziej przypominać życie ojca.

Dzięki Jurkowi, który jak na porządnego pisarza przystało, jest bardzo wrażliwym obserwatorem otaczającej go rzeczywistości, otrzymujemy wnikliwą analizę zachowań ludzi przebywających poza granicami swojego kraju. Pierwsze, co rzuca się w oczy, to oczywiście rozluźnienie kontaktów międzyludzkich. W przypadku, kiedy ukochana żona jest odległa o kilka tysięcy kilometrów, a człowiek przez kilka lat pozostaje sam, naturalne jest, że zaczyna on poszukiwać ciepła oraz troski u innych osób. Ponadto, wielu przybyłych do USA karmi się świadomością, że są oni tutaj tylko przejazdem, chwilowo. Skok w bok, zdrada, łatwo zatem ujdą na sucho. Trudno przecież na poważnie przyjmować krytykę, czy wyrazy potępienia od ludzi, których prawdopodobnie spotyka się pierwszy i ostatni raz w życiu. Wielu emigrantów zaczyna prowadzić podwójne życie. Długie i tęskne listy do ukochanej bądź ukochanego przeplatane są intymnymi chwilami, spędzanymi z osobami, które są tu i teraz, do których można się przytulić, z którym można porozmawiać twarzą w twarz. Co ciekawe, egzystencjalny dualizm jest dostrzegany i krytykowany dopiero dla postronnych, nowoprzybyłych obserwatorów. Dla tych, którzy w USA są już dłużej, efemeryczne związki to naturalna kolej rzeczy.

W oczy rzuca się również fakt, że emigracyjna rzeczywistość jest o wiele bardziej bezwzględna i brutalna niż jej peerelowski odpowiednik. Człowiek bez wizy jest traktowany w Stanach gorzej niż zwierze. Nie ma on żadnych praw, nie przysługują mu żadne przywileje. Trzeba się pilnować na każdym kroku, należy również uważać na innych ludzi. Wystarczy jeden telefon do Urzędu Deportacyjnego i cała przygoda dobiega końca. Człowiek żyje zatem w ciągłym napięciu, bezustannie towarzyszy mu strach oraz niepewność jutra. Oczywiście pośród takich desperatów zawsze znajdą się osobnicy, którzy potrafią bezwzględnie wykorzystać naiwność swoich rodaków. W polonijnym środowisku roi się od oszustów oraz naciągaczy. Papiery niezbędne do legalnego pobytu – proszę bardzo, ale należy się liczyć z kosztami, które mogą w każdej chwili niespodziewanie wzrosnąć. Szuka pani pracy – służę uprzejmie, tylko sama pani wie, potrzebuję troszkę środków, by jakoś zadziałać w tej kwestii tu i tam. Potrzebuje pan prawnika – znam znakomitego fachowca, który za stosowną kwotę zajmie się pana sprawą. Lewe dokumenty za horrendalne opłaty, ocierające się o handel niewolnikami pośrednictwo na rynku pracy – oto obraz Polaków za granicą, którzy starają się naciągnąć swoich rodaków w każdy możliwy sposób. Dudziński uzmysławia czytelnikowi z bezwzględną szczerością, że Polacy największej krzywdy poza granicami swojego kraju doznają ze strony swoich ziomków.

Świadomość chwili, epizodyczność pobytu w miejscu, w którym jesteśmy anonimowy okazuje się również asumptem do wyzbycia się wszelkich skrupułów. Większość pragnie nachapać się do przesytu w możliwie jak najkrótszym czasie. Kradzież towarów z miejsca pracy, nie płacenie rachunków, zaciąganie kredytów, których nie ma zamiaru się spłacić, fałszowanie zaświadczeń niezbędnych do wyłudzenia ubezpieczenia należą do całego wachlarzu działań, pozwalających osiągnąć upragnione pieniądze, które to przecież są najświętszym celem zamorskich wojaży.

Książka ma charakter obrazów codzienności z życia Jurka oraz poznanych przez niego osób. Kolejne, dosyć krótkie rozdziały, noszą tytuły imion bohaterów, których sylwetki przybliża nam autor. Jest to bardzo adekwatna forma kompozycji, która umożliwia czytelnikowi wielowymiarowe spojrzenie na polonijną rzeczywistość.

Reasumując, Andrzej Dudziński stworzył naprawdę przejmującą powieść, którą czyta się z niekłamaną niechęcią oraz obrzydzeniem. Większość wykreowanych bohaterów jest zła i zepsuta do szpiku kości. Dominuje fałsz, obłuda oraz zimna obojętność. Na podstawie lektury książki życie na emigracji jawi się jako egzystencja w dżungli, w której na każdym kroku czyha na nas niebezpieczeństwo. Ludzkie uczucia, pokroju przyjaźni, czy szczerości są tutaj na wagę złota, niestety trafiają się niezmiernie rzadko. Dudziński odmalowuje bardzo negatywny obraz Polaków na obczyźnie. Emigracja przypomina hazardową rozgrywkę – zdecydowana większość graczy przegrywa, tracąc zdrowie, pieniądze, a niekiedy i życie, a tylko niektórym, albo prawdziwym szczęściarzom, a najczęściej zwykłym niegodziwcom udaje się osiągnąć sukces.

P.S. Książkę nabyłem w księgarni Matras w promocyjnej cenie 9,90 zł. 

Wasz Ambrose 

czwartek, 6 czerwca 2013

Na drodze



Nowo przyjęty do firmy kierowca tira dzwoni do szefa z trasy
- Szefie, mała tragedia na drodze; potrąciłem psa, co robić???
- Czy samochód jest cały? - pyta szef
- Ani ryski szefie - pociesza kierowca
- To przeżuć ścierwo do rowu i jedz dalej. - odpowiada szef całkowicie uspokojony.
Mija 5 minut i kierowca znowu dzwoni do szefa
- Szefie, a co mam zrobić z radiowozem?????

środa, 5 czerwca 2013

O inkwizycji




Przerażającym paradoksem inkwizycji było to, że nieraz żarliwe oraz szczere pragnienie zwalczania zła generowało zło na skalę większą niż widziano kiedykolwiek wcześniej. Znajdowało to swój wyraz w wykorzystywaniu przez państwo i Kościół narzędzi tortur oraz metod będących skrajnym wypaczeniem jakiegokolwiek ideału ludzkiej doskonałości. Znakomita natura ludzkiego umysłu, zdolnego do tworzenia wielkich dzieł sztuki, nauki i filozofii, uległa zwyrodnieniu i została wykorzystana w służbie „twórczego okrucieństwa”, którego celem było złamanie woli.

Philip Zimbardo Efekt Lucyfera

wtorek, 4 czerwca 2013

Wolność wyboru





"Zdaje im się, że podejmują decyzję, kierują własnym życiem i dumnie nazywają siebie wolnymi, indywidualnymi jednostkami ludzkimi. A prawda wygląda tak, że są tutaj i mają zostać, dopóki państwo, za pośrednictwem jakiegoś innego automatu, nie każe im iść gdzie indziej, i wtedy pójdą, Ale pójdą swobodnie, z własnej, nieprzymuszonej woli i wyboru, ponieważ są wolnymi, indywidualnymi istotami ludzkimi."



Charles Bukowski "Faktotum" - Fakty i mity

Okładka książki Faktotum 

Faktotum

Charles Bukowski

Tytuł oryginału: Factotum
Tłumaczenie: Jan Krzysztof Kelus
Wydawnictwo: Oficyna Literacka Noir sur Blanc
Liczba stron: 230





Postać Charles’a Bukowskiego przybliżyłem już nieco przy okazji omawiania Listonosza, Hollywood oraz Szmiry. Ten amerykański pisarz jest niewątpliwie postacią szalenie kontrowersyjną. Lapidarny styl, częste wulgaryzmy, bezpardonowe opisy scen seksu, prosty język dla jednych są wyznacznikami talentu Bukowskiego, dla innych wręcz przeciwnie. Interesujące jest to, że ów domniemany geniusz dostrzegli najpierw czytelnicy, a dopiero później zaakceptowała go również krytyka. Amerykański twórca do dzisiaj cieszy się ogromną popularnością, chociaż trzeba przyznać, że początki wcale nie były łatwe. I właśnie o tych trudnych początkach, o życiu na własnych rachunek po opuszczeniu rodzinnego domu traktuje książka Faktotum.

poniedziałek, 3 czerwca 2013

Cienka czerwona linia


Cienka czerwona linia

(oryg. The Thin Red Line)

James Jones

tłumaczenie: Bronisław Zieliński
Książka i Wiedza 1984



Kiedy brałem się za Efekt Lucyfera Zimbardo od razu chciałem sobie zapewnić coś lżejszego na następną lekturę i poprosiłem w bibliotece o Cienką mroczną linię Tami Hoag, którą kiedyś już przeczytałem, ale przed zrecenzowaniem postanowiłem zapoznać się z nią powtórnie, by się upewnić, czy moje dawniejsze z niej wrażenia pokrywają się z obecnymi. Dostałem do ręki książkę odpowiedniej grubości, strasznie wyczytaną, i nie sprawdzając tytułu ani autora zabrałem wraz z innymi do domu. Jakież było moje zdziwienie, gdy po przyjeździe i rozpakowaniu plecaka stwierdziłem, iż to Cienka czerwona linia Jamesa Jonesa. Skoro już Bóg, los czy też przeznaczenie tak chciały, dałem jej szansę, tym bardziej, iż Stąd do wieczności, czyli niejako jej poprzednia część, bardzo mi się kiedyś podobała, zarówno w wersji drukowanej, jak i filmowej, a i sama film Cienka czerwona linia (którego jednak dotąd nie oglądałem) zdobył powszechne uznanie oraz siedem nominacji do Oscara.

James Ramon Jones (ur. 6 listopada 1921 w Robinson w stanie Illinois, zm. 9 maja 1977 w Southampton w stanie Nowy Jork) był amerykańskim pisarzem specjalizującym się w tematyce wojennej. Najbardziej znane jego dzieła to właśnie wymienione wyżej powieści.

Jest tylko cienka czerwona linia
Między rozsądkiem a szaleństwem

Stare powiedzenie
ze Środkowego Zachodu

To motto (jedno z dwóch na pierwszej stronie powieści) jest chyba jedynym wyjaśnieniem tytułu.

Sama książka ma klasyczną konstrukcję powieści wojennej – opowiada historię wybranego oddziału, Kompanii C, w czasie walk wojsk amerykańskich z japońskimi o odzyskanie wyspy Guadalcanal przez USA. Nietypowe są dwa zabiegi, które od razu zwracają uwagę miłośników tego działu literatury. Po pierwsze autor, choć sam brał udział w tej kampanii, ostentacyjnie odciął się od faktów i nie tylko nie nawiązuje do zdarzeń historycznych historycznych, ale odżegnuje się nawet od takich realiów jak topografia wyspy, stawiając na realizm mechanizmów społecznych i zachowań poszczególnych jednostek w skrajnych sytuacjach oraz klimat II Wojny na Pacyfiku. Po drugie, zrezygnował z najpopularniejszej w kanonie maniery, czyli prowadzenia jednego (jak w Zapomnianym żołnierzu) lub kilku zgranych głównych bohaterów (jak w Czterech Pancernych) przez całą fabułę aż do jej końca. Nie poszedł na całość, nie zajmuje się wszystkimi żołnierzami jednostki, nie poszedł też w przekorę, nie uśmiercił wszystkich początkowych głównych postaci, ale wypośrodkował – jest tych person pierwszoplanowych bardzo wiele. Część z nich ginie, część w wyniku ran wypada z akcji, część odchodzi z jednostki w trakcie walk lub zaraz po nich. Ten zabieg nieco przybliża prawdę, która jest zresztą kilkakrotnie wprost wyartykułowana w treści książki – jeśli znajdziesz się pod ogniem, spotka cię to, co ci pisane i nic ci nie pomoże; ani modlitwy, ani inteligencja czy sprawność fizyczna, ani doświadczenie. Jesteś tylko trybikiem w maszynie wojennej. O tym, kto przeżyje, nie decyduje ani doświadczenie, ani jego brak, tylko przypadek. Pewne rzeczy zwiększają lub zmniejszają twe szanse, ale nie w stopniu znacząco wpływającym na to, w jaki sposób wrócisz z wojny. Czy żywy, czy martwy. To bardzo cenne, gdyż niejednokrotnie nawet absolutnie autentyczne i wartościowe książki, chociażby wspomnieniowe, w mniej logicznych umysłach wywołują wiarę, iż na wojnie można się uchować w jakiś sposób, który niejako gwarantuje przeżycie. Czytelnicy często zapominają o tym, że takie książki piszą ci szczęściarze, którzy przeżyli, a jedynym pewnym sposobem przeżycia jest nie brać udziału w walce, podobnie jak jedynym sposobem uniknięcia śmierci za kierownicą jest nigdy za nią nie siadać. Książki "napisanie pośmiertnie", na podstawie rękopisów ludzi, którzy zginęli w akcji, są ewenementami.

O fabule nie ma się co rozpisywać; jest klasyczna, odzwierciedla specyfikę walk na wyspach Oceanu Spokojnego. Realizm opisów walk stoi na wysokim poziomie, choć mam wrażenie, iż tłumaczenie wiele zepsuło. Jest sporo niezręczności, a nawet takie ewidentne wtopy merytoryczne jak jeepy więznące w błocie z powodu zbyt wąskiego rozstawu osi(!) lub bombardowanie wyspy… bombami głębinowymi. Może to sprawia, że choć ocenę wystawiłbym powieści zdecydowanie wysoką, to jednak jej lektura nie sprawiła mi aż takiej przyjemności jak inne wybitne pozycje z tej tematyki.

Musze przyznać, iż odnalazłem w Cienkiej czerwonej linii wiele smaczków pokazujących te same zachowania i mechanizmy, które widać w innych armiach i które chyba są takie same wszędzie; pod każdą szerokością geograficzną i pod każdym sztandarem. Z drugiej strony rzecz biorąc, trzeba przyznać, iż widać i drugą stronę medalu, czyli specyficzne zachowania, które wydają się być raczej charakterystyczne dla armii amerykańskiej i/albo specyfiki walk na Pacyfiku, niż ogólną normą wszystkich armii świata, jak choćby dość zauważalne praktyki homoseksualne. Nie dawali im bromku potasu?

Fabuły nie będę zdradzał, gdyż nawet gdybym chciał, nie jest to możliwe. Każdy wie, że Amerykanie wylądowali, walczyli i zwyciężyli. Każdy z żołnierzy Kompanii C jest inny, ma swoje własne dzieje. To trzeba po prostu przeczytać, gdyż książka jest zdecydowanie z najwyższej półki. Postacie są śmiało i przekonująco zarysowane. Zgadywałbym nawet, iż są oparte na osobistych doświadczeniach pisarza. To dobra rzecz nie tylko dla miłośników tematu. Po prostu powieść znacząca w historii literatury pod wieloma względami i w wielu aspektach bardzo wartościowa. Ponieważ jest to pierwsza moja lektura po Efekcie Lucyfera Zimbardo, nie mogę sobie odmówić stwierdzenia, iż prawdziwość obrazu wojny przedstawionego przez Jonesa widać również w przekonującym ukazaniu różnorodnych mechanizmów sytuacyjnych i systemowych wpływających na poddane im jednostki.

Nie odebrałem tej książki aż tak dobrze jak chociażby Na zachodzie bez zmian czy Przez wojenną zawieruchę, ale może to wina tłumaczenia. Niemniej polecam absolutnie i z pełnym przekonaniem, choć do poczytania, a nie do zakupu. To raczej rzecz na jeden raz, choć wyjątkowo warta przeczytania


Wasz Andrew

Cienka czerwona linia [Jones James]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE