Michael Cunningham
Godziny
(oryg. The Hours)
tłumaczenie: Maja Charkiewicz, Beata Gontar
Dom Wydawniczy REBIS 2003
Kiedy sięgałem po Godziny Michaela Cunninghama, znaną książkę znanego amerykańskiego pisarza, nie wiedziałem absolutnie, czego mam się spodziewać. Nie miałem dotąd styku z jego twórczością, a filmu nakręconego na podstawie tej powieści, również głośnego i uznanego, także nie oglądałem. Wiedziałem, że Godziny przyniosły autorowi sławę, Pulitzera i inne nagrody, ale to dalej niczego nie wkazywało. O ile literacki Nobel zawsze zdaje się gwarantować wysoki poziom, o tyle Pulitzer nie do końca zapewnia o genialności dzieła we wszystkich aspektach. Mam wrażenie, iż niejednokrotnie, jak w przypadku Drogi, pewne niedoróbki mogą być przemycone, jeśli na innych płaszczyznach rzecz jest wyjątkowo udana. To jednak tylko taka dygresja, mająca jakoś uzasadnić brak szczególnych, sprecyzowanych oczekiwań z mej strony, gdy siadałem do tej lektury.
Powieść Cunninghama jest wariacją na temat życia Wirginii Woolf, feministki oraz pisarki, której twórczość na stałe weszła do kanonu angielskiej literatury, a także jej powieści Pani Dalloway. Głównymi bohaterkami książki są trzy kobiety i tutaj kolejna refleksja. Jak możemy mieć w tym kraju nadzieję na rząd fachowców, na to, iż będzie lepiej, skoro redagowanie notek na okładki książek zleca się ludziom, którzy piszą, jakby powieści na oczy nie widzieli? W dodatku są te wymysły powielane bezkrytycznie nawet w tak znanych serwisach książkolubnych, jak LubimyCzytac.pl, gdzie również się dowiemy, iż… główne bohaterki są dwie. No ale wróćmy do samej książki.
Kim są główne postacie powieści i co je łączy, nie będę Wam zdradzał. Uprzedzam jednak, że trzeba Godziny czytać uważnie, by nie przegapić ważnych elementów układanki, jaką tworzą bohaterki oraz postacie mniej lub bardziej drugoplanowe i cała sieć niuansów w ich wzajemnych relacjach. Choć akcja prawie nie biegnie, są to tytułowe godziny, a nie dnie ani miesiące, to nawet przez chwilę nieuwagi, przez opuszczenie jednej strony, możemy stracić wiele.
Godziny to, jak się okazało, absolutnie nie moje klimaty. Nie moi bohaterowie, nie moje dylematy, nie mój świat. Te trzy panie, wokół których powieść głównie się kręci, tak dużo myślą o tym, co przeżywają, albo nawet tylko co przeżyć mogą, iż nie mają czasu na to, by żyć. Można śnić na jawie, być marzycielem i fantastą, chodzić po świecie z głową w chmurach, ale one nawet tym nie są, gdyż kiszą swe mózgi w kapuśniaku własnych, przyziemnych, przeżutych po sto razy pragnień i odczuć, byłych, teraźniejszych i tych, których nigdy nie będzie. Wybór kapelusza urasta do być albo nie być, a decyzja w sprawie dekoracji tortu, to prawdziwa grecka tragedia. To całkowicie mi obce, a jednak czytałem powieść z każdą stroną utwierdzając się w tym, iż tym razem Pulitzer był zasłużony.
Jakby tego było mało, tych babskich rozterek, jeszcze prawie wszystkie liczące się postacie powieści obdarzone są mniej lub bardziej homoseksualnymi preferencjami, a hetero są tylko tłem, jeśli nie wręcz wyjątkami. Mimo tego, muszę przyznać, iż Cunningham pokazał klasę. Wykreowanym przez niego indywidualnościom nie można zarzucić niczego, poza tym, iż mi się nie podobają. Są spójne, przekonujące i konsekwentne. Prawdziwa klasa. Autor pokazał się również jako świetny wszechstronny obserwator, począwszy od detali historycznych, materialnych, przez oddanie klimatu społecznego odmiennych sfer, czasów i krajów, aż po celne rysy psychologiczne kategorii, które przypisał swym postaciom. Pięknie ukazane są symbiotyczne wręcz korelacje między niektórymi z nich, a fizyczne wręcz odpychanie pomiędzy innymi, jak choćby nieuleczalny antagonizm między Mary i Clarissą (kto będzie czytał, zobaczy o co chodzi). Nawet autentycznie beznadziejną wstawkę z teoriami o bezpańskich psach ze strony 168, w świetle powyższego jestem gotów z góry uznać nie za wpadkę autora, a za celowy zabieg zbieżny z mentalnością bohaterek i sposobem widzenia przez nie świata. Nawet jeśli tak nie było, wyszło świetnie.
Mistrzowskie są przemyślenia i spostrzeżenia Cunninghama na temat bólu, choroby i umierania. Na temat tego, jak mogą zmienić człowieka i jego widzenie rzeczywistości. Szkoda co prawda, że pisarz pokazał tylko jedną z możliwych reakcji, iż nie ukazał również dla równowagi tych, którzy reagują odwrotnie, którzy pięknieją, stają się szlachetniejsi, radują każdym dniem i godziną, które im jeszcze pozostały. No, ale widocznie nie można mieć wszystkiego.
Ciekawe i pouczające są refleksje na temat różnic między kobietami a mężczyznami, sensu istnienia i priorytetów w życiu oraz literaturze. To naprawdę trzeba samemu przeczytać, gdyż każdy odbierze je nieco inaczej, zależnie od udziału męskich lub żeńskich, racjonalnych lub intuicyjnych, takich lub innych, pierwiastków w jego naturze.
Reasumując mogę powiedzieć, iż choć nie dla każdego będzie to książka łatwa, na pewno warta jest poznania. Nie da nam wiedzy o świecie, polityce, władzy czy miłości, ani też lekkiej rozrywki, ale pozwoli nam spojrzeć na świat oczami innych, bardzo różnych od większości z nas, którzy jednak również wśród nas się zdarzają, i zrozumieć dlaczego czasami ludzie żyją i myślą inaczej niż my sami
Wasz Andrew