Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

środa, 13 marca 2013

Gdzie zjemy sól wypadową?


Wreszcie ujawniono listę firm, które karmiły nas solą wypadową w chlebku, bułeczkach i ciasteczkach.
Można zobaczyć pełną listę w formacie pdf albo piękną mapkę.

Jeśli chodzi o tych, którzy tę sól ww producentom dostarczali, GIW podaje do publicznej wiadomości nazwy jedynie trzech przedsiębiorców:

  • Amasol Sp. z o.o. , Chełmiczki 45, 88-121 Chełmce, gm., Kruszwica
  • PPHU Konsalt, Chełmiczki 45, 88-121 Chełmce
  • ZPS Łojewski Sp. z o.o., ul. 23 Stycznia 2, 63-130 Książ Wlkp.

 Wspomniana lista nie obejmuje jednak producentów m.in. wyrobów mięsnych, mleczarskich i przetwórstwa rybnego, których kontrola leży w kompetencji Głównego Inspektoratu Weterynarii. Na wniosek Fundacji Pro-Test w sprawie ujawnienia informacji publicznej GIW nie udostępnił bowiem listy producentów, u których stwierdzono sól wypadową. W związku z tym Fundacja Pro-Test skieruje przeciwko GIW sprawę do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego o ujawnienie tej listy, ponieważ nadrzędnym prawem konsumentów jest prawo do informacji.

Wasz Andrew za PRO-TEST

Słoneczna filiżanka

Okładka książki Spijając filiżankami słońce 

Spijając filiżankami słońce

Magdalena Starzycka 


Wydawnictwo: MG
Liczba stron: 236
 
 
 




Wiadomo dobrze, że ludzi nie powinno oceniać się po wyglądzie. Podobnie jest zresztą z książkami – to nierozsądne wydawać wyroki na temat treści oraz jakości lektury, uczyniwszy to wyłącznie na podstawie okładki. Wszyscy jednak zdajemy sobie doskonale sprawę jak głęboki rozdźwięk panuje pomiędzy tego typu hasłami a rzeczywistością. Ludzie to w zdecydowanej większości wzrokowcy, więc naturalne jest, że pierwsze wrażenie przy styczności z nową osobą lub rzeczą, zawdzięczamy naszym oczom. A, że mało kto z nas może poszczycić się spojrzeniem na tyle przeszywającym, by dowiedzieć się coś na temat charakteru innej osoby, czy też prześwidrować treść danej powieści, często zdarza się, że jesteśmy zaskakiwani, a nasze wcześniejsze predykcje okazują się zupełnie błędne. Nie inaczej było w moim przypadku, kiedy po raz pierwszy ujrzałem książkę Spijając filiżankami słońce. Spodziewałem się klasycznego czytadła, piejącego z zachwytu nad życiem za granicą, gdzie szczęśliwie zostały odnalezione miłość, wyciszenie, wewnętrzny spokój, etc. Na szczęście promocyjna cena 5 zł na dłużej przykuła moją uwagę i zobligowała mnie do przeczytania słów kilku o tej pozycji – zdania subiektywny opis zanurzania się Polaka w obcym środowisku portugalskim; akcja powieści rozpoczyna się w latach osiemdziesiątych, a kończy obrazem Polski przechodzącej transformację; autorka współpracuje z czasopismami „Tygiel Kultury” oraz „Kronika Miasta Łodzi” brzmiały bardzo kusząco. Na dokładkę patronat medialny wortalu literackiego granice.pl. Zostałem pokonany – przekonany.

Lata osiemdziesiąte XX wieku. Świat nie jest jeszcze globalną wioską. W Europie wciąż znajdują się kraje, o których pozostali mieszkańcy kontynentu wiedzą bardzo niewiele, albo zgoła nic. W dodatku Europę dzieli gruby mur (chociaż zaczynają pojawiać się w nim coraz większe wyrwy) – jedną jej część zamieszkują szczęśliwe oraz hołubiące pracę i poświęcenie w imię wyższych idei demoludy, drugą, tę bardziej zgniłą moralnie, kraje Zachodu, liberalni konformiści wyznający bezkrytyczną wiarę w kapitalizm. Kapitaliści oraz komuniści nie znają się wzajemnie zbyt dobrze – niemal cała wiedza oparta jest na stereotypach, domysłach oraz wyobrażeniach. Nic zatem dziwnego, że w owym czasie Portugalia dla Polaka była równie zagadkowa jak Polska dla Portugalczyka. PRL jawiła się jako kraina leżąca gdzieś za Żelazną Kurtyną. Interesujący się nieco polityką kojarzyli jeszcze, że to dość biedny kraj z wiecznie pustymi półkami. Z kolei kibice piłki nożnej wiedzieli, że wąsaty bramkarz FC Porto z nazwiskiem nie do wymówienia, Józef Młynarczyk to Polak. A co z Portugalią? Kraj na samym krańcu Europy, z którego wyruszali wielcy odkrywcy, tacy jak Marco Polo, czy Vasco da Gama, ojczyzna znanego pisarza José Saramago. To chyba tyle. Upraszczając do maksimum fabułę powieści, można rzec, że książka traktuje właśnie o tej wzajemnej obcości, jaką odczuwali wobec siebie mieszkańcy obu krajów za czasów, kiedy flaga z sierpem i młotem powiewała nad połową kontynentu.

Pretekstem do porównana obu krajów jest postać głównego bohatera i równocześnie narratora powieści – pracownika naukowego, który otrzymuje szansę legalnego wyjazdu do Portugalii i podjęcia pracy na jednym z lizbońskich uniwersytetów w charakterze nauczyciela egzotycznego języka polskiego. Co warte podkreślenia, lektura książki nie jest jedynie zapisem wrażeń z pobytu w Portugalii. Owszem, w książce znajdziemy sporo intrygujących oraz żywych i plastycznych opisów malowniczych zakątków Lizbony oraz portugalskiej prowincji. Narrator zapozna nas z legendarnym gatunkiem muzycznym, pięknym i melancholijnym fado – portowym bluesem tworzonym w biednych dzielnicach portugalskich miast. Uraczeni zostaniemy nie jedną ciekawą historią oraz anegdotą. Przyjrzymy się bliżej życiu codziennemu Portugalczyków, przy czym spotkamy zarówno przedstawicieli młodszego pokolenia jak i ich rodziców, piewców tradycji i starych obyczajów. Zagościmy w niejednym lokalu i za sprawą znakomitych opisów, przynajmniej w wyobraźni zakosztujemy kilku tradycyjnych potraw z portugalskiego stołu. Jednakże charakterystyka Portugalii u schyłku XX wieku, jej historii oraz społeczeństwa to tylko część wielkiej budowli, na którą składa się cała powieść.

Książka to bowiem wielka rzeka wspomnień głównego bohatera, to swoiste rozliczenie się z czasu spędzonego na ziemskim padole. To równocześnie pieczołowity zapis zmian, które dokonywały się w Polsce, szczególnie intensywnie po roku ’89. Dzięki temu, że narrator na co dzień zamieszkuje obcy i dość odległy kraj, transformacja ustrojowa zachodząca w naszej ojczyźnie obserwowana jest z innej perspektywy, z zachowaniem odpowiedniego dystansu, który pozwala na szersze ogarnięcie tematu. Można pokusić się o stwierdzenie, że Portugalia, która przecież wcale nie została potraktowana po macoszemu, jest pretekstem do prezentacji Polski w jej dwóch obliczach: tej peerelowskiej oraz postkomunistycznej z raczkującym dzikim kapitalizmem.

Portugalia, co zrozumiałe, staje się również materiałem porównawczym. Jest to sprawa dość oczywista, bowiem naturalnym odruchem każdego człowieka, a w szczególności obywatela ZSRR albo któregoś z jego państw satelickich, po przekroczeniu Żelaznej Kurtyny i znalezieniu się w kompletnie innym otoczeniu jest porównanie zastanego stanu rzeczy do miejsca, które zdecydowaliśmy się opuścić. Rzecz jasna, PRL nawet przy niezbyt bogatej wówczas Portugalii wypada niesamowicie blado, czy raczej szaro i buro. Szokujący jest przede wszystkim szalejący dobrobyt – w każdym sklepie napotyka się półki, które uginają się wręcz od bogactwa wystawianego na nich towaru. Człowiek może spędzić godzinę na zakupach, a i tak nie nabyć tego, co zaplanował, bowiem wybór proponowanego asortymentu jest tak szeroki, że aż trudno się na cokolwiek zdecydować. Do tego dochodzi obfitość książek, podręczników, brak cenzury, wolność słowa oraz pieniądze. Niby te ostatnie szczęścia nie dają, ale kiedy pensja pracownika naukowego w PRL-u warta jest 6 dolarów, to na życie zaczyna się patrzeć inaczej, gdy zaczyna zarabiać się wielokrotność tej kwoty.

Jednak wyjazd do Portugalii, szczególnie w okresie, gdy czerwony wielki brat rozciągał swe miłościwe oko na wszystkie zaprzyjaźnione narody, nie był rzeczą łatwą. Problem zaczynał się już z samą nauką języka portugalskiego. Narrator, by go w pełni opanować musiał wykazać się ogromną niezłomnością i uporem, jeśli chodzi o samokształcenie. Jako mieszkaniec Łodzi nie mógł oczekiwać żadnych kursów, czy indywidualnych zajęć z nauczycielem. Ponoć był kiedyś romanista znający portugalski, ale wszelkich słuch po nim zaginął. Pozostawały jedynie skrypt dla warszawskich studentów portugalistyki. Sęk w tym, że książki nie można było przetrzymywać w nieskończoność. Co prawda istniała opcja skopiowania podręcznika, ale była to jedynie ewentualność teoretyczna. W okresie stanu wojennego kserokopiarka uchodziła za narzędzie równie niebezpieczne i groźne, co karabin maszynowy. Dostęp do niej był ściśle ograniczony, a zaszczyt korzystania z niej przypadał nielicznym wybrańcom. A nawet, jeśli zrządzeniem losu oraz dzięki determinacji w pokonywaniu kolejnych przeszkód natury formalnej, kserokopiarka została udostępniona, to przecież zawsze istniała obawa, że akurat zabranie papieru... Polak to jednak istota ze wszech miar kreatywna – nie inaczej jest w przypadku głównego bohatera, który do szlifowania zdolności językowych wykorzystywał wszelakiej maści towary, przesyłane od kuzyna, zamieszkałego w Brazylii. Kompendium wiedzy zostały zatem etykiety z mydeł, proszków do prania, czekolady, czy suszonego mięsa. Powieść w ogromnej mierze ukazuje tego typu absurdy, które były przecież codziennością w komunistycznej Polsce. Owe skrajności stają jeszcze bardziej jaskrawe i widoczne, kiedy bohater zestawi je z rzeczywistością zastaną w Portugalii.

Historia głównego bohatera obejmuje również Polskę wyzwoloną, czyli tę, w której obecnie przyszło nam żyć. Akt jej narodzin niósł ze sobą wiele nadziei oraz oczekiwań, które jednak w ogromnej mierze nie spełniły się. Starzycka, jak wielu współczesnych polskich pisarzy, dobitnie pokazuje, że na transformacji ustrojowej najwięcej skorzystały farbowane lisy, które szybko potrafiły odnaleźć się w nowej rzeczywistości, oportuniści, umiejący błyskawicznie zmieniać swoje polityczne zapatrywania oraz zwykli przestępcy i złodzieje. Smutne jest to, że współczesna klasa polityczna w większości wywodzi się właśnie z tego typu środowisk. Nowa Polska, demokratycznopodobny twór jest zatem ogromnym rozczarowaniem, za które nikt, przynajmniej na razie, nie zamierza wziąć odpowiedzialności.

Na szczęście lektura nie jest tylko melancholijnym narzekaniem na naszą ojczyznę. Główny bohater, za czasów PRL-u będący jedną z niewielu osób w kraju znających język portugalski, był często zatrudniany przez wszelakiej maści instytucje jako tłumacz. Poznany w ogromnych trudach język okazał się więc nie tylko przepustką pozwalającą chociaż na chwilę wyrwać się z szarej polskiej rzeczywistości, ale również początkiem wielu fascynujących i zabawnych przygód związanych z wizytami Portugalczyków bądź Brazylijczyków w kraju wielkiego fiata.
Reasumując rzeknę raz jeszcze, że Magdalena Starzycka wielce zaskoczyła mnie swoją książką. To wspaniała historia człowieka, który poprzez ogrom wyrzeczeń oraz samozaparcie zrealizował swoje marzenia. To także interesujące spojrzenie na Polskę przed transformacją ustrojową oraz po obaleniu komunizmu, spojrzenie przez pryzmat Portugalii. Oprócz ciekawego porównania obu krajów autorka zapoznaje nas z wieloma faktami na temat mieszkańców zachodniej części Półwyspu Iberyjskiego – pani Starzycka bardzo zaimponowała mi znajomością kultury oraz obyczajów Portugalczyków, w których to nie brakuje i polskich akcentów. Powieść polecam zatem z czystym sumieniem, tym bardziej, że w księgarni Matras można nabyć ją za jedyne 5 polskich złotych. Na pewno nie jest to wygórowana cena za tak przyjemną lekturę.

Wasz Ambrose


wtorek, 12 marca 2013

Historia Rudego




T-34 in Action 

Steven Zaloga, James Grandsen & Don Greer 

Squadron/Sigma Publications 1983 
ARMOR No. 20 

Dziś przedstawiam kolejną broszurę z serii wydawniczej In Action, z linii Armor, oznaczoną numerem 20 i poświęconą T-34. Na pozór może się wydawać, iż temat jest banalny; czy jest choć jedna osoba, która nie widziała T-34 i nie słyszała tej nazwy? Miłośnicy militariów i historii, a zwłaszcza stalowych potworów, wiedzą, że Steven Zaloga i James Grandsen są gwarantem dobrej lektury, lecz czy jest w tej publikacji coś ciekawego dla przeciętnego czytelnika?

Zgodnie z tradycją serii w książeczce znajdziemy historię rozwoju jednej konstrukcji, w tym przypadku znanej na całym świecie jako T-34. Wszystko to opatrzone licznymi zdjęciami i rycinami. Numer jest wyjątkowo udany, gdyż koncentrując się tylko na jednym typie czołgu, w zwartej formie, ale dość szczegółowo, przedstawia dzieje jednego z najliczniej produkowanych i najdłużej użytkowanych bojowo pojazdów pancernych świata. Solidna porcja wiedzy okraszona jest wyjątkowo dobrze dobranymi, biorąc pod uwagę ograniczenia (49 stron), ilustracjami. Są to głównie zdjęcia, ale nie tylko. Szczególnie przydatne mogą być dla wszystkich, za wyjątkiem starych wyjadaczy, rysunki – klucze ukazujące, jak po detalach takich jak kształt wieży, wygląd osłony armaty, kół napędowych i innych elementach samodzielnie określić z jakiego okresu produkcyjnego, a nawet z jakiej fabryki dany pojazd pochodzi. Po co to nam? Dla modelarzy i początkujących historyków – bezcenne. Może nie tak obszerne jak poważne monografie, ale za to usystematyzowane, przejrzyste i poręczne. A dla zwykłych zjadaczy chleba przydatne choćby po to, by wiedzieć, co było nie tak z naszym „Rudym” 102.

Wiedza wiedzą, ale dla mnie powodem, dla którego lubię co pewien czas wracać do tego zeszytu, są fotografie in action, których tak brak było mi w poprzednio omawianym odcinku serii. Gdy się w nie dłużej wpatrywać, można poczuć prawdę o Froncie Wschodnim, gdzie jednostka była zerem, a ludzie tylko mięsem armatnim, które bez śladu ginęło w niezmierzonych przestrzeniach dalekiej Rosji. Niestety, książki tej nie znajdziecie w bibliotekach, a ceny nowych egzemplarzy są zaporowe. Pozostaje jedynie szukanie okazji z drugiej ręki. Czy polecam? Zdecydowanie


Wasz Andrew


(kliknij aby powiększyć)

poniedziałek, 11 marca 2013

German Halftracks in Action



German Halftracks in Action

Uwe Feist & Kurt Rieger

Squadron/Signal Publications
ARMOR NUMER 3


Seria In Action to kolekcja anglojęzycznych zeszytów, czy też jak kto woli broszurek, poświęconych konkretnym typom pojazdów militarnych, choć nie tylko, gdyż są także dotyczące choćby formacji wojskowych. Linia Armor dotyczy pojazdów lądowych; głównie pancernych.

Zeszyt trzeci traktuje o niemieckich półgąsienicówkach okresu II Wojny Światowej, pojazdach niezwykle udanych i wszechstronnych, począwszy od półgąsienicowego motocykla NSU „Kettenkrad” ’HK 101’ (Sk.Kfz.2), przez ciężarówki i podwozia aamobieżnej artylerii, aż po potężne ciągniki artyleryjskie Schwerer Zugkraftwagen 12 t (Sd.Kfz. 8). Pomimo skromnej objętości (48 stron) zdołano w wydaniu pomieścić dobrej jakości zdjęcia oraz zwięzłą i dość wyczerpującą informację o historii rozwoju każdej z przedstawionych konstrukcji. Oczywiście, nie można tej książeczki nazwać monografią, lecz z drugiej strony jest ona wystarczająca choćby dla modelarzy, którzy chcą wiedzieć coś więcej o sprzęcie, nad którego miniaturą pracują. Zdjęcia też mogą się im przydać. Może to być też wartościowa pozycja dla miłośników historii, a nawet historyków, gdyż próba zrozumienia losów wojen bez znajomości sprzętu uczestniczących w niej stron jest przedsięwzięciem o wątpliwych szansach na powodzenie. Niestety, gorzej nieco jest tym razem z tytułowym in action. Zdjęcia wybrane ze znawstwem ukazują dużo detali i dają spore pojęcie o specyfice omawianych pojazdów, lecz brak wśród nich zdjęć z walki. Mamy głównie fotki z przemarszów, jazdy w terenie, itd. To chyba jedyny minus tego akurat odcinka bardzo dobrej przecież serii wydawniczej. Czy więc warto kupić omawiany zeszyt, gdyż w bibliotekach go raczej nie uświadczycie?

No właśnie. Doszliśmy do ciekawej rzeczy. Zwróćcie uwagę na cenę sugerowaną umieszczoną przez wydawcę na okładce - $3.95(!). A potem wejdźcie do sieci i zobaczcie ceny. Na rynku wtórnym są dużo wyższe, niż ta z okładki, ale jeszcze w graniach zdrowia psychicznego, zwłaszcza w Polsce. Za to na pierwotnym… Sami oceńcie. Skąd taka dysproporcja? Tutaj dochodzimy do ciekawych refleksji i spostrzeżeń.


Pisałem już o prawach autorskich, które pod wieloma względami kojarzą mi się z hasłem z komunistycznej encyklopedii, do którego odnośniki znajdowały się przy wielu innych tematach – „pseudonauka burżuazyjna stworzona w celu ogłupienia mas pracujących”. Zobaczcie na rok przy copyrightce na stronie 2 – 1972. A obok napis: „Żaden element tej książki nie może być…”. A przecież zdjęcia, które prędzej niż treść, mogą być pokusą wartą skopiowania, zostały zrobione w czasie wojny. Nawet zakładając, iż liczymy czas od pierwszej publikacji, to czy mamy uwierzyć, że akurat w tym wydaniu wszystkie zostały po raz pierwszy upublicznione? Widać wyraźnie, iż prawa autorskie w wielu przypadkach, tak jak w tym, nie służą do ochrony należnych praw, ale do zapewnienia profitów nienależnie pobieranych przez wybrańców oraz do utrudnienia dostępu do zasobów informacji i dokumentów, które powinny być darmowe. To wszystko w zestawieniu z obecnymi cenami mówi samo za siebie. Mam wrażenie, iż za komuny cena owych publikacji na zachodzie była niska, by komunistyczna propaganda nie krzyczała, iż burżuje zdzierają od biednej młodzieży, która chce poznawać historię. Od upadku komuny ceny takich książek na Zachodzie rosną systematycznie i jest to może najmniej ważny, ale jednak dość wyraźny sygnał kierunku, w którym zamierza iść większość państw kapitalistycznych. To tylko jednak taka refleksja.

Czy broszura warta jest zakupu? Zależy od tego, za ile uda się Wam ją trafić. To musicie sami ocenić. Ja mogę tylko powiedzieć, iż lektura była interesująca, nawet dla osoby obeznanej z tematem, a zdjęcia rewelacyjne, choć nie tak, jak w innych numerach serii.


Wasz Andrew



piątek, 8 marca 2013

Memento mori





Niektórzy ludzie są… są tak pochłonięci troszczeniem się o tamten świat, że nie mają kiedy się nauczyć, jak trzeba żyć na tym

Zabić drozda (oryg. To Kill a Mockingbird) Nelle Harper Lee

środa, 6 marca 2013

Rób raz, a dobrze



Zabić drozda

(oryg. To Kill a Mockingbird)

Nelle Harper Lee

tłumaczenie: Zofia Kierszys
wydawnictwo: Wibet/Rachocki Pruszków 1994

Gdybym wcześniej przeczytał jakąś recenzję powieści Zabić drozda, jedynej książki, jaką wydała Amerykanka Harper Lee, pewnie nieprędko bym po nią sięgnął. Gdybym przeczytał dwie, musiałbym przeczytać więcej, a wtedy sam nie wiem, gdyż każda mówi jakby o innej książce. Na szczęście kiedyś Skoda, chwała wieczna jej za to, zasponsorowała konkurs czytelniczy w serwisie LubimyCzytać.pl i wybór dzieł, które wytypowano do oceniania oraz recenzowania w ramach owego współzawodnictwa, stał na naprawdę wysokim poziomie. Był to po prostu niezwykle udany zestaw must read. Wspomniana amerykańska autorka ze swoim dziełem też się znalazła w owym zestawieniu i choć nie przeczytałem Zabić drozda w ramach wspomnianego wyzwania, gdyż nie lubię czytać na zamówienie i na czas, o ornitologicznym tytule nie zapomniałem.

Czy można opublikować tylko jedną powieść w życiu i stanąć od razu, a zarazem na zawsze, w gronie najlepszych piór świata? Można. Jak w dawnej maksymie życiowej, o której już teraz mało kto pamięta: rób raz, a dobrze. Buduj i pisz tak, jakbyś miał żyć wiecznie, żyj tak, jakbyś miał umrzeć jutro. Pani Nelle Harper Lee wydała tylko jedną powieść, i przyniosła jej ona nie tylko sławę, Nagrodę Pulitzera i Prezydencki Medal Wolności oraz wiele innych honorów, ale przede wszystkim wieczne miejsce w historii literatury i sercach czytelników, którego zazdrościć jej mogą nawet laureaci Literackiej Nagrody Nobla. Kim jest ta skromna pani, obecnie już starowinka, która w 1960 roku stworzyła dzieło, które dziś rzuciło mnie na kolana, podobnie jak wielu innych przed mną, i która przez swą skromność i postawę jawi nam się trochę jak ktoś z nie tego świata?

Nelle Harper Lee urodziła się w 1926 roku. Dorastała w zapadłej dziurze na Białym Południu jako najmłodsza córka wydawcy lokalnej gazety, który był jednocześnie miejscowym prawnikiem i praktykował w latach od 1926 do 1938. Oczywiście byli Białymi. Zanim jej ojciec został formalnie przyjęty do palestry, bronił dwóch Czarnych, ojca i syna, oskarżonych o zabójstwo białego sklepikarza, ale obaj zostali skazani i powieszeni. Lee od najmłodszych lat była pożeraczem książek, a jej najlepszym przyjacielem od lat dziecięcych był sąsiad, młody Truman Capote (Truman Streckfus Persons), który wyrósł na znanego amerykańskiego pisarza. W przeciwieństwie do swej koleżanki z podwórka tworzył wiele.

Znając już choćby ten pobieżny początek biografii naszej pisarki nietrudno się domyślić, iż choć fabuła powieści Zabić drozda jest fikcyjna, zawiera w sobie wiele wątków autobiograficznych i obrazów z dzieciństwa autorki. Główną postacią opowieści jest ośmioletnia Smyk* Jean Louise Finch, prawdziwa chłopczyca, młodsza siostra Jeremy’ego Atticusa Fincha zwanego Jem. Są półsierotami wychowywanymi przez ojca Atticusa Fincha, który jest białym prawnikiem, oraz czarną nianię. W małym, nieco zabitym dechami, miasteczku lat trzydziestych problemy rasowe wydają się uśpione. Nie ma tam Klanu, nie ma zbuntowanych Czarnuchów i każdy zna swoje miejsce. Do czasu, aż jeden z Czarnych zostaje oskarżony o zgwałcenie Białej. Miejscowy sędzia na obrońcę z urzędu wyznacza Atticusa. Łatwo przewidzieć, iż sprawy zaraz zaczną się komplikować i nic już nie będzie takie jak było. Co jednak się będzie działo, tradycyjnie Wam nie zdradzę.

Na podstawie powieści w 1962 roku w reżyserii Roberta Mulligana nakręcono film fabularny pod tym samym tytułem z Gregorym Peckiem w roli Atticusa. Film został uhonorowany trzema Oscarmi i trzema Złotymi Globami. Obraz ten, podobnie jak wiele recenzji samej powieści, koncentruje się głównie na temacie początków walki z rasizmem na amerykańskim Południu. Jest to tylko jednak jeden z aspektów, które nadały książce tak wielką rangę w historii literatury i tak wyjątkowe znaczenie według mojej własnej oceny.

Są powieści świetne, są powieści rewelacyjne, są też prawdziwe dzieła. Jedne się zestarzeją i z upływem czasu przestaną przemawiać do czytelników, inne zachowają swą świeżość, swą moc poruszania serc i umysłów na wieki. Te ostatnie to arcydzieła. Obawiam się używać tego słowa, podchodzę do niego niczym pies do jeża. W tym jednak przypadku nie mam innego wyjścia. To jest arcydzieło w pełnym i najpoważniejszym znaczeniu tego słowa.

Powieść Harper Lee jest o rasistowskim południu Stanów. I jest o rasizmie w USA. O walce z nim też jest. Choć temat ten jest wciąż aktualny, i pewnie będzie zawsze na czasie, gdyż wiele narodów w każdej epoce ma swych Czarnuchów, tylko ich nazwy się zmieniają. Jest to jednak również pięknie odmalowany obraz lat trzydziestych na prowincji południa USA. Plastyczny, żywy, jak wspomnienia autorki, którymi przecież jest w istocie ta książka. Mamy też płaszczyznę kryminalną i sądową, owo zgwałcenie, oskarżenie, i to wszystko co z nich wynikło, a czego zdradzać nie będę, gdyż rozwój owych konarów wyrastających z pnia głównego przestępstwa jest całkiem odmienny od tego, czego się możemy spodziewać, a samo zakończenie owych wątków w pełni zaskakujące, niczym w świetnym kryminale. Można widzieć tu powieść obyczajową, gdyż rzeczywiście, tło i zwyczaje społeczne ukazane zostały z niezwykłym mistrzostwem, a postacie, którymi zaludniony jest świat tej powieści to prawdziwy popis przekonujących, dynamicznych i wyrazistych charakterów. Mamy jeszcze kilka innych, znaczących wątków, splecionych ze sobą, jak choćby tajemnica Artura "Boo" Radleya ukrywającego się przed światem w sąsiednim domostwie. Każdy ma znaczenie, każdy ma swą rolę w całości i nierozerwalnie jest z nią połączony. O czym więc jest ta historia?

O ludziach, i o życiu. O rodzinie i miłości. O tym, czym się różni człowiek od motłochu i o tym również, że motłoch składa się z ludzi. Tak naprawdę nie jest to powieść o latach trzydziestych, rasizmie i Ameryce. Wystarczy zmienić nazwiska, kraj i czasy, byśmy zobaczyli to, co odgrywa się wszędzie i zawsze. To przede wszystkim opowieść o odwadze. Nie tej głupiej, której może doznać nawet największy debil pod wpływem strachu lub propagandy, zwłaszcza gdy ma karabin w ręku i nie myśli o tym, iż za chwilę może skończyć jako kukła bez rąk i nóg, ale tej prawdziwej, która w imię wyznawanych wartości i samego człowieczeństwa wymaga, by stanąć do walki z góry skazanej na przegraną. By dzień po dniu, z tą świadomością, że konsekwencje trzeba będzie ponosić do końca życia, robić NAPRAWDĘ to, co się uważa za słuszne i prawe, za warunek bycia dalej porządnym człowiekiem w swoich własnych oczach, nawet bycia człowiekiem w ogóle. Tak jak Atticus NAPRAWDĘ bronił oskarżonego o gwałt Murzyna, choć wiedział, że wygrać nie może, a stanąć będzie musiał przeciwko całej społeczności. Właśnie. Czy na pewno całej? A może robił to dla swoich dzieci i tych wszystkich, których głosy ginęły w powszechnym wołaniu, by powiesić Czarnucha, ale jednak gdzieś tam byli i robili co mogli, choć nic zrobić nie było w ich mocy? Warto podkreślić, iż w przeciwieństwie do wielu innych zawodowych obrońców uciśnionych; goniących za chwałą lub pieniędzmi; prawników, polityków i duchownych, Finch nie zgłosił się sam do sprawy, która jest osią fabuły. Został do niej wyznaczony przez miejscowego sędziego jako obrońca z urzędu i choć wie, że wygrać nie może, zamierza nie tylko wypełnić formalny obowiązek, ale wypełnić go NAPRAWDĘ; zrobić wszystko, by spróbować osiągnąć niemożliwe. Dla oskarżonego, dla swych dzieci, dla samego siebie i swego sumienia, dla wszystkich, nawet tych, którzy go za to znienawidzą.

„Zabić drozda to największy grzech" – zdanie klucz do całej powieści. Dlaczego? Przeczytajcie sami. Odpowiedź poznacie w trakcie lektury niezwykłej, również z tego powodu, iż narratorem jest ośmioletnia Smyk. Mówi ustami dorosłej kobiety, która wspomina siebie sprzed lat, ale zarazem pamięta dokładnie jak wtedy czuła, jak mówiła, co rozumiała i w jaki sposób, która pamięta siebie samą wtedy. Niesamowity zabieg, który się pisarce udał z niezwykłym wyczuciem, bez śladu fałszu czy sztuczności.

Nie wiem na jakim poziomie są inne tłumaczenia i wydania, ale to, które miałem przyjemność poznać, mogę polecić, mimo kilku wpadek. Drozd na okładce, to nie żaden drozd, tylko kwiczoł. Też z drozdowatych, ale to tak, jakby nie odróżnić rudzika od kopciuszka lub kosa. Skąd ten błąd nie mam pojęcia. Jest też w samym tekście kilka omyłek różnych rodzajów, ale nie wpływają one znacząco na odbiór tej wspaniałej książki. Mądrej, pięknej, prawdziwie wychowawczej. Zwykle nie używam takich określeń, gdyż wydają mi się zbyt górnolotne, a teraz mam wręcz wrażenie, iż nie oddają w pełni wagi tego dzieła. Moim zdaniem jest to lektura, jakiej potrzebuje nasze społeczeństwo i nasze czasy. Każde społeczeństwo i każde czasy, jeśli nie chcemy by motłoch nadawał ton ludziom.

Co nam z lektur, które propagują walkę zbrojną w czasach, gdy nie ma z kim walczyć? Do kogo strzelać? Jak umierać i za co? Wymordować tych, którzy myślą inaczej, jak nawołują hasła na koszulkach „patriotów”? Zabić drozda pokazuje jak żyć, a to wbrew pozorom jest chyba najtrudniejsze, jeśli chcemy pozostać porządnymi ludźmi, gdyż to walka, której końca nie ma, i w której konsekwencje podejmowanych decyzji będą nas dotykać do końca naszej drogi na tym świecie. To walka najtrudniejsza, gdyż tych porządnych zawsze jest zbyt mało, a ostatnio u nas chyba wyjątkowy ich deficyt. Nomen omen – w Polsce centralnej do drozdów strzela się jak do wściekłych psów. Przypadek to, czy złośliwy chichot Pana Boga?

Jeszcze raz zachęcam do lektury i podkreślam, iż jest to jedna z najwartościowszych, najbardziej godnych polecenia książek jakie dotąd miałem w ręku. Przy tym czyta się ją z przyjemnością tak wielką, że aż nieprzyzwoitą w zestawieniu z powagą i wagą przemyśleń, które wywołuje


Wasz Andrew


* w oryginale"Scout"



Prezydent USA George W. Bush odznacza pisarkę Prezydenckim Medalem Wolności ze słowami: Powieść Zabić Drozda zmieniła charakter naszego kraju na lepszy. To dar dla całego świata. Jako przykład mistrzowskiego pióra i prawdziwie ludzkiej wrażliwości, ta książka będzie czytana i przeżywana po wiek wieków" (tłum. A.V.).

Zabić drozda [Harper Lee]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

wtorek, 5 marca 2013

Alain Robbe-Grillet "Żaluzja" - Żazdrość

Okładka książki Żaluzja 

Żaluzja

Alain Robbe-Grillet


Tytuł oryginału: La Jalousie
Tłumaczenie: Maria Zenowicz
Wydawnictwo: Czytelnik
Seria: Nike
Liczba stron: 155




Powieść Żaluzja autorstwa Alaina Robbe-Gilleta to w opinii wielu ekspertów programowy utwór nurtu literackiego określanego mianem nouveau roman (nowa powieść, zwana też antypowieścią lub powieścią fenomenologiczną). Noveau roman miała być odpowiedzią na wyczerpanie się, przynajmniej w opinii twórców tego awangardowego kierunku (za których uważa się Claude’a Simona, Roberta Pingeta oraz Alaina Robbe-Grilleta), możliwości powstawania wartościowych dzieł spod znaku klasycznej formy prozy. Powieści tradycyjnej oberwało się za wszechobecnego oraz wszechwiedzącego narratora, który był równocześnie demiurgiem – świat przedstawiony był wyłącznie jego dziełem i nie mógł w żadnym wypadku wyjść poza ściśle ustalone przez tegoż narratora ramy. Niemile widziane były także wszelkie formy psychologizmu – egzystencjalizm, na czele z Kafką, Dostojewskim czy Kierkegaardem powinien odejść precz. Zamiast człowiekiem, jego problemami, pojmowanymi z punktu widzenia jednostki, literatura winna skupiać swoje wiązki na kwestiach możliwości poznawczych powieści – istotne były zatem metody odwzorowania rzeczywistości oraz wpływ narzędzi literackich, stosowanych przez pisarzy na formowanie się tej rzeczywistości. Takie postawienie sprawy wiązało się z wprowadzeniem autotematyzmu, czyli sytuacji, kiedy literackie dzieło zawiera rozważania na swój temat. A żeby było jeszcze bardziej awangardowo, refleksje te nie mogły być zbyt bezpośrednie i widoczne. Autotematyzm musiał być więc zawoalowany, pozostawał jednak kluczem do zrozumienia całego utworu.