Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

poniedziałek, 4 marca 2013

Znaczy Kapitan



Znaczy Kapitan

Karol Olgierd Borchardt


Znaczy Kapitan to wydany po raz pierwszy w 1960 roku debiut książkowy dziś już niestety nieżyjącego już Karola Olgierda Borchardta, pisarza i marynarza, który karierę morską zakończył jako kapitan żeglugi wielkiej, a później wykładowca m.in. w Wyższej Szkole Morskiej w Gdyni. W tym zbiorze 37 opowiadań autor zawarł swe wspomnienia ze służby na przedwojennych polskich żaglowcach szkolnych "Lwów" i "Dar Pomorza" oraz statkach pasażerskich "Polonia" i "Piłsudski". Kluczową postacią wszystkich opowieści jest postać kapitana żeglugi wielkiej Mamerta Stankiewicza, wielkiej i niezwykle charyzmatycznej postaci polskiej historii morskiej, którego przezwisko stało się tytułem książki.

Znaczy Kapitan był postacią absolutnie nieprzeciętną i wspomnienia o nim również się takimi okazały. Zdobyły sobie rangę nie tylko najlepszej prawdopodobnie polskiej książki marynistycznej, ale również zasłużyły na uznanie krytyków i czytelników jako jedna z ważniejszych pozycji w całym dorobku naszej literatury pięknej XX wieku. Od pierwszego wydania minęły już pokolenia, a proza Borchardta nadal pozostaje prawdziwie piękną. Mam nawet wrażenie, iż staje się coraz bardziej urokliwa i magiczna wraz z upływającymi dziesięcioleciami. Jej romantyzm to jednak nie tylko magnetyzm morskich opowieści.

Rozmawiając o tej książce trudno się zdecydować, co w niej najbardziej urzeka, co najbardziej wartościowe, co najważniejsze. Czy niezwykła wręcz skromność autora, który choć sam obdarzony wielkimi przymiotami serca i umysłu, zawsze swe opowiadania koncentruje na osobach i dokonaniach innych, mimo iż i jego życiorys wystarczyłby na nakręcenie niesamowitego filmu? Czy pochwała największych wartości, które są dla mnie istotą prawdziwego patriotyzmu i człowieczeństwa – uczciwości, oddania służbie, zaangażowania w solidną pracę? Czy literackie przymioty jego stylu? A może magia jego narracji sprawiająca, iż wielu wilków morskich wspomina Borchardta jako tego, który ich zaczarował i pchnął do tułaczki po oceanach? Czy może jednak najważniejszy jest wielki ładunek wiedzy o morzu tamtych czasów, o historii polskiej obecności na morzach i niezwykle przekonujący obraz ówczesnych realiów pozwalający wręcz przenieść się na pokład „Lwowa” czy „Daru Pomorza” i przeżywać przygody jego marynarzy i oficerów? Na to pytanie nie potrafię odpowiedzieć.

Warto jednak podkreślić, iż nie jest to książka tylko dla marynistów czy sympatyków tej tematyki. Znaczy Kapitan jest lekturą, którą z pełnym przekonaniem mogę polecić każdemu, a nawet ostatniemu, najbardziej zagorzałemu szczurowi lądowemu. Fascynujące jest choćby to, jak ówcześni Polacy, pochodzący z różnych zaborów i kultur, współdziałali ze sobą i nie wypominali jeden drugiemu słowami pełnymi nienawiści, iż jeden był z Moskwy, a drugi z Niemiec. To piękna karta ukazująca kult solidnej pracy, koleżeństwa i wytrwałości. Niestety, budzą się również i smutne refleksje, a to za sprawą dzisiejszej rzeczywistości. Wtedy, gdy mieliśmy ledwo skrawek wybrzeża, polskie parcie na morze było niezwykle silne, pomimo słabości ekonomicznej kraju dopiero próbującego scalić się w jeden organizm z trzech pozaborowych ochłapów. Po wojnie wydawało się, mimo dominacji ZSRR, iż zdołamy zbudować morską potęgę. Nasza flota handlowa była liczącą się w świecie, a rybacka jedną z największych. Teraz mamy niepodległość, niezależność, a z marzeń o świetności pozostały nędzne resztki floty, być może najgorsze nowe drogi na świecie i korupcja zadziwiającą wszystkich. Na szczęście takie refleksje przychodzą raczej po lekturze. W trakcie autor tak potrafi usidlić umysł czytelnika, iż liczy się tylko to, co się akurat dzieje na kartach książki. A dzieje się dużo i wszystko to okraszone jest szczerym, życzliwym i niepowtarzalnym humorem. Pierwszy raz czytałem tę książkę brzdącem jeszcze będąc. Na morzu na szczęście nie pozostałem na stałe, choć byłem już w sprawy morskie niezwykle zaangażowany, ale na pewno jeszcze do książek Borchardta, w tym do Znaczy Kapitana, powrócę, gdy tylko znajdę chwilę prawdziwie wolną, by całkowicie się tej lekturze oddać i w pełni jej posmakować, mam nadzieję wiele razy. Gorąco polecam i nadmienię tylko, iż warto szukać egzemplarzy opatrzonych oryginalnymi fotografiami (nie wiem, czy znajdują się one we wszystkich wydaniach). Te stare zdjęcia też mają swój urok i magnetyzm


Wasz Andrew

ZNACZY KAPITAN [Karol Olgierd Borchardt]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE

piątek, 1 marca 2013

Niemcy w kafejce



Dwaj turyści niemieccy pojechali na wycieczkę do Paryża, ale aby nie okazywać, że są z Niemiec, rozmawiali po angielsku. W kafejce zamawiają:

- Waiter, two Cinzano please!
- Dry ?
- Nein, zwei!

I to by było na tyle

Okładka książki Hollywood 

Hollywood

Charles Bukowski

Tytuł oryginału: Hollywood
Tłumaczenie: Teresa Tyszowiecka-Tarkowska
Wydawnictwo: Oficyna Literacka Noir sur Blanc
Liczba stron: 289





– Co masz zamiar robić? – spytała Sara.
– Z czym?
– No wiesz, film już naprawdę się skończył.
– Wiem.
– Co będziesz robił?
– Zawsze jeszcze są konie.
– Ale oprócz koni?
– No cóż, napiszę powieść o pisaniu scenariusza i kręceniu filmu.
– Dobry pomysł. Myślę, że potrafiłbyś to opisać.
– Chybabym potrafił.
– Jak chcesz zatytułować powieść?
Hollywood.
Hollywood?
– No...
I to by było na tyle.
 
Może raczej: I tak to się generalnie przedstawia. Hollywood Charlesa Bukowskiego, czy może Henry’ego Chinaskiego, bo w końcu obaj pisali tę powieść, to książka przewrotna do szpiku kości, w której pomieszanie fikcji z rzeczywistości nastąpiło w takim stopniu, że mamy praktycznie do czynienia z literackim roztworem doskonałym. Dopiero bardzo mocne narzędzie pomiarowe, którym w tym przypadku będzie niemal perfekcyjna znajomość biografii Charlesa Bukowskiego, pozwoli na dokładne odseparowanie tego, co spreparowane od tego, co prawdziwe. Chociaż przyznam szczerze, że nie mam pojęcia, po cóż miałby ktoś podejmować tego typu działania. Po co rozpatrywać prozę Bukowskiego w kategoriach fikcji literackiej, czy też rodzaju zawoalowanego dziennika? Przecież niezależnie od tego czy czytamy biografię tego znakomitego pisarza, czy też jego dzieła – brzmi to tak samo dobrze i wiarygodnie. Nawet, jeśli tak naprawdę część faktów nigdy nie miała miejsca w życiu Bukowskiego, to przecież mogły mieć one miejsce w życiu kogoś innego.

czwartek, 28 lutego 2013

Chirurdzy





Kilku chirurgów spotkało się na przerwie obiadowej. Rozmawiają o tym, kogo najbardziej lubią operować.

    - Ja to bardzo lubię operować księgowych. Wszystko w środku jest ponumerowane.
    - Jeszcze łatwiejsi w obsłudze są bibliotekarze. Wszystko mają ułożone w porządku alfabetycznym - twierdzi drugi chirurg.
    - Ja to lubię informatyków. Wszystkie narządy oznaczone są odpowiednimi kolorami.
    - A ja uważam, że najłatwiejsi do zoperowania są politycy. Nie mają serca, nie mają kręgosłupa, nie mają jaj, a głowę i dupę można bez problemów zamienić miejscami.

środa, 27 lutego 2013

Dwa walce



Jak odróżnić walca angielskiego od wiedeńskiego?

Angielski jeździ lewą stroną.

obrazek górny: akwarela Hofball in Wien by Wilhelm Gause
obrazek dolny: Walec drogowy Skoda NV 15E produkcji CSRS  na ekspozycji Wydziału Historii Drogownictwa w Szczucinie.


wtorek, 26 lutego 2013

Sympatyczny degenerat



Frost i sroga zima

(oryg. Winter Frost)

R.D. Wingfield

przełożyła Agnieszka Lipińska - Nakoniecznik
Przedsiębiorstwo Wydawnicze Rzeczpospolita SA wydanie I 2009

Rodney David Wingfield zapewnił sobie poczesne miejsce w dorobku literatury kryminalnej rodem z Wysp, choć niestety niczego więcej już nie napisze. Urodzony w 1928 i zmarły w 2007 roku scenarzysta radiowy i telewizyjny oraz autor tekstów satyrycznych (pisywał m. in. dla Kennetha Williamsa, twórcy znanego cyklu angielskich komedii Carry on) pozostawił nam w spadku, poza słuchowiskami radiowymi i innymi pracami, sześciopowieściowy cykl o perypetiach inspektora brytyjskiej policji kryminalnej Jacka Frosta. W momencie, kiedy sięgałem po powieść Frost i sroga zima, przedostatnią w cyklu, o tym wszystkim nic nie wiedziałem, nazwisko autora było mi obce i Bogiem a prawdą sam nie wiem, co mnie do tej lektury podkusiło.

Książka solidnej objętości nie rzuca na kolana okładką – jej szata graficzna mnie nie przekonuje. Gdy tylko zacząłem czytać, w duchu aż jęknąłem; znów pedofile. Włączam radio – pedofile, włączam TV – pedofile. Wszędzie pedofile: w powieściach, w szkołach, nawet w Kościele. Problem ważny, ale ile można o jednym i tym samym, tak jakby innych tematów nie było? Już po kilku chwilach lektury miałem wrażenie, iż mam w ręku klon kryminału made in Sweden, w dodatku niezbyt udany, gdyż usiłujący zamiast ważkich problemów społecznych wykorzystać to, co najbardziej bulwersujące, ale wcale nie najpowszechniejsze, ani nie najważniejsze, czyli krzywdę dzieci. Na szczęście w trakcie lektury okazało się, iż tym razem całkowicie się omyliłem.

W niewielkim miasteczku Denton w Wielkiej Brytanii, ale też nie tak do końca małym, skoro ma własną jednostkę policji, wydział kryminalny i patologa z prawdziwego zdarzenia, inspektor Frost zmaga się z kilkoma śledztwami. Szkielet wykopany w ogrodzie jednego z domów jednorodzinnych, porwania kilkuletnich dziewczynek zakończone zabójstwami, seryjny włamywacz, seryjne zabójstwa prostytutek… Dużo jak na taką małą mieścinę, ale przy okazji, przez skojarzenie z Polską, obciążenie pracą służ policyjnych raczej średnie. Jak nasz bohater pociągnie te postępowania, nie będę Wam zdradzał. Niełatwy do przewidzenia ciąg dalszy każdego z wątków jest niewątpliwym atutem tej opowieści, choć czytelnik może tego próbować tylko na wyczucie – pisarz nie ujawnia mu elementów niezbędnych do uporządkowania układanek, dopóki nie zrobi tego sam Frost, a wtedy jest już za późno.

Podobał mi się klimat powieści; nieco mroczny, wiejący chłodem, współgrający z zimą i śmiercią. Osoba głównego bohatera niezwykle wyrazista, spójna i przekonująca, podobnie jak postacie drugoplanowe. Idealnie przedstawiona atmosfera wydziału kryminalnego borykającego się z ograniczeniami „sił i środków”. Celnie oddane typowe okazy policyjnych nieudaczników oraz szefów biurokratów, którzy czują się urzędnikami, a nie policjantami. Charakterystyczny rys, który Anglikom znany od jest dawna, a u nas dopiero się w całej okazałości ujawnia, gdyż za komuny nie istniał, czyli liczenie pieniążków za nadgodziny, paliwo i inne koszty oraz kalkulowanie, czy można wydać jeszcze troszkę, by ratować czyjeś życie, czy lepiej zaoszczędzić i liczyć na awanse oraz nagrody przynależne sprawnemu dowódcy-administratorowi-urzędnikowi. Słupki statystyk, słupki kosztów, jakby policja była bankiem albo sklepem. Znak naszych czasów, a na pewno topos świata kapitalistycznej przyszłości.

Wszystko to sprawia, iż powieść, choć tomisko jest zdecydowanie opasłe, czyta się błyskawicznie. Cały czas popędza nas ciekawość, a niesie wartka akcja i współgrające z nią tempo narracji oraz zmiany klimatu opowieści i zachowania bohaterów korespondujące z ich wewnętrznymi przeżyciami. Świetnie ukazane są patologie, jakie w życie prywatne wprowadza oddanie służbie oraz druga strona medalu, czyli skutki, jakie może rodzić brak zaangażowania w nią. Frost nie jest sztywniakiem ani geniuszem z kryminalnej kreskówki a la Sherlock Holmes. Jest wirtuozem działającym w stanie permanentnego niedostatku mocy przerobowych, a co z tego wynika, również chronicznego braku informacji. Wykonać zadanie, gdy ci niczego nie brakuje, to pikuś. Robić swoje, i to skutecznie, gdy nie masz ku temu środków, a przełożeni raczej przeszkadzają niż pomagają – to jest sztuka. Wykorzystać łut szczęścia, skojarzenie wywołane strzępkiem informacji, to jest to! O takim mistrzu to opowieść, choć mistrz nieco zdegenerowany, ale czyż może być inaczej? Kto wystarczająco długo robi przy śmieciach lub trupach, zawsze przesiąka ich zapachem. Nawet jeśli inni tego nie czują, owa woń towarzyszy mu wszędzie. Na zawsze pozostaje w mózgu.

Proza Wingfielda jest niewymagająca. Język łatwy w odbiorze, obrazowy i plastyczny, dynamiczny i adaptujący się do postaci oraz zdarzeń sprawi, iż czytelnik początkujący przeżyje przygody Frosta nie mniej niż koneser. Dzięki takiemu stylowi jest to także powieść, od której można rozpocząć znajomość z kryminałem, więc polecam nie tylko miłośników gatunku. Wprawdzie jest to rzecz w sam raz na jeden raz, a i tłumacz* mógł się lepiej przyłożyć, lecz i tak powieść na pewno warta jest poznania. Dobra rozrywka w mrocznych klimatach, które nie obciążą waszej psychiki na dłużej, niż trwa lektura. Szczerze zachęcam do spotkania z Frostem


Wasz Andrew


* Oczywiście mogą to być pomyłki autora, nie porównywałem z oryginałem, ale np. na stronie 327 czytamy: „Nie wiedziałem, że ta przeklęta pukawka wypali akurat w tej chwili… On zarobił połowę naboi, a reszta znalazła się w mojej nodze”. Każdy, kto ma choć jakie takie pojęcie o broni wie, iż nabój jest przed strzałem, a po jest pocisk (lub pociski) i łuska. Inna sprawa to liczba mnoga. To była stara strzelba, a nie UZI! Może była nabita śrutem? Można się tylko domyślać.
Tłumacze i autorzy kryminałów mają szczęście, iż nikt ich nawet zbytnio nie opluwa za takie błędy, za które w marynistyce przeciągnięto by ich pod kilem, powieszono na rei, a na koniec wyrzucono za burtę. Szkoda, że jak dotąd tylko miłośnicy morza wymusili na autorach dla nich piszących (i tłumaczących) znajomość tematu, za który się biorą, a osiągnęli to konsekwentną krytyką merytorycznych wpadek. No, ale żeby tak krytykować, trzeba samemu dobrze orientować się w temacie, tymczasem większość krytyków nie widziało nigdy zwłok, nie miało w ręku broni...

sobota, 23 lutego 2013

Lamus ciekawostek





Lamus ciekawostek

Marian Kozłowski

Krajowa Agencja Wydawnicza (KAW) 1976

Dziś przedstawię książkę, która od dawna nie była wznawiana, i o której wspominałem ostatnio dwukrotnie. Lamus ciekawostek Mariana Kozłowskiego trafił w me ręce dekady temu, jednak do dziś pamiętam frajdę, jaką sprawiła mi jego lektura. To książka dla każdego, od dzieciaka do próchniaka. Jest tak wielotematyczna, że każdy znajdzie w niej coś dla siebie, a niektóre kawałki są wręcz szokujące, jak mawiają; odjechane do granic. Lamus ciekawostek jest tym, co sama nazwa sugeruje – zbiorem ciekawostek z tylu dziedzin wiedzy, że nie sposób ich tutaj wszystkich wymienić. Dla mnie stała się ta książka symbolem, standardem pewnego gatunku, który sobie upodobałem, choć nie jest on zbyt licznym klanem wśród książkowej populacji. Zwykle nie przytaczam notek od autorów, ale tym razem zrobię wyjątek, gdyż tekst celny i nie nosi znamion tak natrętnej we współczesnych wydaniach reklamy:

Znaleźliśmy się na Ziemi już bardzo dawno. Oczywiście dawno w tej skali czasu, jaka wynika z naszego, ludzkiego rytmu życia, z przeżywanych przez człowieka godzin, dni i lat. Ale w skali dziejów Ziemi i życia na niej należymy do istot najmłodszych, a jako gatunek przyrodniczy istniejemy tu wyjątkowo krótko.

Wystarczy przypomnieć, że dinozaury przetrwały na Ziemi aż 40 razy dłużej, niż to wypada na dotychczasową egzystencję człowieka, wyliczoną według najnowszych wykopalisk i badań archeologicznych. I to jeszcze nie egzystencję człowieka zwanego rozumnym - Homo sapiens - lecz zwykłego Homo, który swego rozumnego potomka wyprzedzał prawdopodobnie o jakieś trzy miliony lat.

I chyba tak długo kształtował się mózg tego zwykłego Homo, aż stał się mózgiem człowieka rozumnego. O tym rozwoju decydowała również jego ciekawość, która w miarę zaspokajania zaostrzała się jeszcze bardziej. Człowiek ciekawy był tego, co go otacza i siebie samego. Ciekawy był, żeby przetrwać, a potem żeby życie jak najlepiej ułożyć. Ciekawy był swego miejsca w przyrodzie i w społeczeństwie.

Z ciekawości zaspokajanej przez tysiąclecia i nigdy nie zaspokojonej do końca, powstała wiedza ludzka tak rozległa, że tylko wyliczenie jej dziedzin zapełniłoby tom wielokroć obszerniejszy od tej skromnej książeczki. Społeczny podział zadań staje się w tych warunkach koniecznością, bo umożliwia specjalizację jednostek, zapewniając wzajemne korzystanie z ich różnorodnych umiejętności. Ale nie wyklucza przy tym ciekawości, sięgającej za opłotki cudzej wiedzy, przeżyć i doświadczeń. Nawet jeśli zaspokoimy ją tymczasem tylko okruchami wyszperanymi z lamusa, przeżyjemy emocje znane człowiekowi od setek tysięcy, a może i od milionów lat…

I ja również pod tymi słowami się podpisuję. Jeszcze raz zachęcam do lektury


Wasz Andrew

Charles Bukowski "Listonosz" - Pani listonosz umiera na raka

Okładka książki Listonosz 

Listonosz

Charles Bukowski

Tytuł oryginału: Post Office
Tłumaczenie: Marek Fedyszak
Wydawnictwo: Oficyna Literacka Noir sur Blanc
Liczba stron: 214






Osobę Charles’a Bukowskiego z pewnością można określić mianem literackiego fenomenu. Urodzony w 1920 roku w Niemczech artysta był pisarzem, poetą, rysownikiem, a także scenarzystą filmowym. Jego twórczość często porównywana jest z dorobkiem Henry’ego Millera, chociaż Bukowski dopiero pod koniec lat pięćdziesiątych doczekał się pochlebnych słów ze strony krytyki. Styl obu panów jest niezwykle dosadny, a przy tym bardzo lapidarny. Zwięzłość formy nie przeszkadza jednak w zawarciu ogromu bardzo celnych i trafnych spostrzeżeń. Bukowski wzbudzał ogromne zainteresowanie wśród czytelników również ze względu na styl życia, jaki prowadził. Przepełnione kobietami, seksem, alkoholem oraz hazardem było jedną wielką awanturą oraz prowokacją. Zrozumiałe jest zatem postrzeganie Bukowskiego jako niepokornego buntownika, outsidera egzystującego poza granicami dobrego smaku, społecznego wyrzutka. Bezpardonowe sądy bez cienia zażenowania obalające obyczajowe normy, gwałcone wręcz tematy tabu, przysporzyły mu tylu samu fanów, co przeciwników. Ten kontrowersyjny artysta, który zmarł w 1994 roku na białaczkę, pozostawił po sobie bogaty dorobek, na których składa się ponad trzydzieści książek oraz tomików poezji.