Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

środa, 27 lutego 2013

Dwa walce



Jak odróżnić walca angielskiego od wiedeńskiego?

Angielski jeździ lewą stroną.

obrazek górny: akwarela Hofball in Wien by Wilhelm Gause
obrazek dolny: Walec drogowy Skoda NV 15E produkcji CSRS  na ekspozycji Wydziału Historii Drogownictwa w Szczucinie.


wtorek, 26 lutego 2013

Sympatyczny degenerat



Frost i sroga zima

(oryg. Winter Frost)

R.D. Wingfield

przełożyła Agnieszka Lipińska - Nakoniecznik
Przedsiębiorstwo Wydawnicze Rzeczpospolita SA wydanie I 2009

Rodney David Wingfield zapewnił sobie poczesne miejsce w dorobku literatury kryminalnej rodem z Wysp, choć niestety niczego więcej już nie napisze. Urodzony w 1928 i zmarły w 2007 roku scenarzysta radiowy i telewizyjny oraz autor tekstów satyrycznych (pisywał m. in. dla Kennetha Williamsa, twórcy znanego cyklu angielskich komedii Carry on) pozostawił nam w spadku, poza słuchowiskami radiowymi i innymi pracami, sześciopowieściowy cykl o perypetiach inspektora brytyjskiej policji kryminalnej Jacka Frosta. W momencie, kiedy sięgałem po powieść Frost i sroga zima, przedostatnią w cyklu, o tym wszystkim nic nie wiedziałem, nazwisko autora było mi obce i Bogiem a prawdą sam nie wiem, co mnie do tej lektury podkusiło.

Książka solidnej objętości nie rzuca na kolana okładką – jej szata graficzna mnie nie przekonuje. Gdy tylko zacząłem czytać, w duchu aż jęknąłem; znów pedofile. Włączam radio – pedofile, włączam TV – pedofile. Wszędzie pedofile: w powieściach, w szkołach, nawet w Kościele. Problem ważny, ale ile można o jednym i tym samym, tak jakby innych tematów nie było? Już po kilku chwilach lektury miałem wrażenie, iż mam w ręku klon kryminału made in Sweden, w dodatku niezbyt udany, gdyż usiłujący zamiast ważkich problemów społecznych wykorzystać to, co najbardziej bulwersujące, ale wcale nie najpowszechniejsze, ani nie najważniejsze, czyli krzywdę dzieci. Na szczęście w trakcie lektury okazało się, iż tym razem całkowicie się omyliłem.

W niewielkim miasteczku Denton w Wielkiej Brytanii, ale też nie tak do końca małym, skoro ma własną jednostkę policji, wydział kryminalny i patologa z prawdziwego zdarzenia, inspektor Frost zmaga się z kilkoma śledztwami. Szkielet wykopany w ogrodzie jednego z domów jednorodzinnych, porwania kilkuletnich dziewczynek zakończone zabójstwami, seryjny włamywacz, seryjne zabójstwa prostytutek… Dużo jak na taką małą mieścinę, ale przy okazji, przez skojarzenie z Polską, obciążenie pracą służ policyjnych raczej średnie. Jak nasz bohater pociągnie te postępowania, nie będę Wam zdradzał. Niełatwy do przewidzenia ciąg dalszy każdego z wątków jest niewątpliwym atutem tej opowieści, choć czytelnik może tego próbować tylko na wyczucie – pisarz nie ujawnia mu elementów niezbędnych do uporządkowania układanek, dopóki nie zrobi tego sam Frost, a wtedy jest już za późno.

Podobał mi się klimat powieści; nieco mroczny, wiejący chłodem, współgrający z zimą i śmiercią. Osoba głównego bohatera niezwykle wyrazista, spójna i przekonująca, podobnie jak postacie drugoplanowe. Idealnie przedstawiona atmosfera wydziału kryminalnego borykającego się z ograniczeniami „sił i środków”. Celnie oddane typowe okazy policyjnych nieudaczników oraz szefów biurokratów, którzy czują się urzędnikami, a nie policjantami. Charakterystyczny rys, który Anglikom znany od jest dawna, a u nas dopiero się w całej okazałości ujawnia, gdyż za komuny nie istniał, czyli liczenie pieniążków za nadgodziny, paliwo i inne koszty oraz kalkulowanie, czy można wydać jeszcze troszkę, by ratować czyjeś życie, czy lepiej zaoszczędzić i liczyć na awanse oraz nagrody przynależne sprawnemu dowódcy-administratorowi-urzędnikowi. Słupki statystyk, słupki kosztów, jakby policja była bankiem albo sklepem. Znak naszych czasów, a na pewno topos świata kapitalistycznej przyszłości.

Wszystko to sprawia, iż powieść, choć tomisko jest zdecydowanie opasłe, czyta się błyskawicznie. Cały czas popędza nas ciekawość, a niesie wartka akcja i współgrające z nią tempo narracji oraz zmiany klimatu opowieści i zachowania bohaterów korespondujące z ich wewnętrznymi przeżyciami. Świetnie ukazane są patologie, jakie w życie prywatne wprowadza oddanie służbie oraz druga strona medalu, czyli skutki, jakie może rodzić brak zaangażowania w nią. Frost nie jest sztywniakiem ani geniuszem z kryminalnej kreskówki a la Sherlock Holmes. Jest wirtuozem działającym w stanie permanentnego niedostatku mocy przerobowych, a co z tego wynika, również chronicznego braku informacji. Wykonać zadanie, gdy ci niczego nie brakuje, to pikuś. Robić swoje, i to skutecznie, gdy nie masz ku temu środków, a przełożeni raczej przeszkadzają niż pomagają – to jest sztuka. Wykorzystać łut szczęścia, skojarzenie wywołane strzępkiem informacji, to jest to! O takim mistrzu to opowieść, choć mistrz nieco zdegenerowany, ale czyż może być inaczej? Kto wystarczająco długo robi przy śmieciach lub trupach, zawsze przesiąka ich zapachem. Nawet jeśli inni tego nie czują, owa woń towarzyszy mu wszędzie. Na zawsze pozostaje w mózgu.

Proza Wingfielda jest niewymagająca. Język łatwy w odbiorze, obrazowy i plastyczny, dynamiczny i adaptujący się do postaci oraz zdarzeń sprawi, iż czytelnik początkujący przeżyje przygody Frosta nie mniej niż koneser. Dzięki takiemu stylowi jest to także powieść, od której można rozpocząć znajomość z kryminałem, więc polecam nie tylko miłośników gatunku. Wprawdzie jest to rzecz w sam raz na jeden raz, a i tłumacz* mógł się lepiej przyłożyć, lecz i tak powieść na pewno warta jest poznania. Dobra rozrywka w mrocznych klimatach, które nie obciążą waszej psychiki na dłużej, niż trwa lektura. Szczerze zachęcam do spotkania z Frostem


Wasz Andrew


* Oczywiście mogą to być pomyłki autora, nie porównywałem z oryginałem, ale np. na stronie 327 czytamy: „Nie wiedziałem, że ta przeklęta pukawka wypali akurat w tej chwili… On zarobił połowę naboi, a reszta znalazła się w mojej nodze”. Każdy, kto ma choć jakie takie pojęcie o broni wie, iż nabój jest przed strzałem, a po jest pocisk (lub pociski) i łuska. Inna sprawa to liczba mnoga. To była stara strzelba, a nie UZI! Może była nabita śrutem? Można się tylko domyślać.
Tłumacze i autorzy kryminałów mają szczęście, iż nikt ich nawet zbytnio nie opluwa za takie błędy, za które w marynistyce przeciągnięto by ich pod kilem, powieszono na rei, a na koniec wyrzucono za burtę. Szkoda, że jak dotąd tylko miłośnicy morza wymusili na autorach dla nich piszących (i tłumaczących) znajomość tematu, za który się biorą, a osiągnęli to konsekwentną krytyką merytorycznych wpadek. No, ale żeby tak krytykować, trzeba samemu dobrze orientować się w temacie, tymczasem większość krytyków nie widziało nigdy zwłok, nie miało w ręku broni...

sobota, 23 lutego 2013

Lamus ciekawostek





Lamus ciekawostek

Marian Kozłowski

Krajowa Agencja Wydawnicza (KAW) 1976

Dziś przedstawię książkę, która od dawna nie była wznawiana, i o której wspominałem ostatnio dwukrotnie. Lamus ciekawostek Mariana Kozłowskiego trafił w me ręce dekady temu, jednak do dziś pamiętam frajdę, jaką sprawiła mi jego lektura. To książka dla każdego, od dzieciaka do próchniaka. Jest tak wielotematyczna, że każdy znajdzie w niej coś dla siebie, a niektóre kawałki są wręcz szokujące, jak mawiają; odjechane do granic. Lamus ciekawostek jest tym, co sama nazwa sugeruje – zbiorem ciekawostek z tylu dziedzin wiedzy, że nie sposób ich tutaj wszystkich wymienić. Dla mnie stała się ta książka symbolem, standardem pewnego gatunku, który sobie upodobałem, choć nie jest on zbyt licznym klanem wśród książkowej populacji. Zwykle nie przytaczam notek od autorów, ale tym razem zrobię wyjątek, gdyż tekst celny i nie nosi znamion tak natrętnej we współczesnych wydaniach reklamy:

Znaleźliśmy się na Ziemi już bardzo dawno. Oczywiście dawno w tej skali czasu, jaka wynika z naszego, ludzkiego rytmu życia, z przeżywanych przez człowieka godzin, dni i lat. Ale w skali dziejów Ziemi i życia na niej należymy do istot najmłodszych, a jako gatunek przyrodniczy istniejemy tu wyjątkowo krótko.

Wystarczy przypomnieć, że dinozaury przetrwały na Ziemi aż 40 razy dłużej, niż to wypada na dotychczasową egzystencję człowieka, wyliczoną według najnowszych wykopalisk i badań archeologicznych. I to jeszcze nie egzystencję człowieka zwanego rozumnym - Homo sapiens - lecz zwykłego Homo, który swego rozumnego potomka wyprzedzał prawdopodobnie o jakieś trzy miliony lat.

I chyba tak długo kształtował się mózg tego zwykłego Homo, aż stał się mózgiem człowieka rozumnego. O tym rozwoju decydowała również jego ciekawość, która w miarę zaspokajania zaostrzała się jeszcze bardziej. Człowiek ciekawy był tego, co go otacza i siebie samego. Ciekawy był, żeby przetrwać, a potem żeby życie jak najlepiej ułożyć. Ciekawy był swego miejsca w przyrodzie i w społeczeństwie.

Z ciekawości zaspokajanej przez tysiąclecia i nigdy nie zaspokojonej do końca, powstała wiedza ludzka tak rozległa, że tylko wyliczenie jej dziedzin zapełniłoby tom wielokroć obszerniejszy od tej skromnej książeczki. Społeczny podział zadań staje się w tych warunkach koniecznością, bo umożliwia specjalizację jednostek, zapewniając wzajemne korzystanie z ich różnorodnych umiejętności. Ale nie wyklucza przy tym ciekawości, sięgającej za opłotki cudzej wiedzy, przeżyć i doświadczeń. Nawet jeśli zaspokoimy ją tymczasem tylko okruchami wyszperanymi z lamusa, przeżyjemy emocje znane człowiekowi od setek tysięcy, a może i od milionów lat…

I ja również pod tymi słowami się podpisuję. Jeszcze raz zachęcam do lektury


Wasz Andrew

Charles Bukowski "Listonosz" - Pani listonosz umiera na raka

Okładka książki Listonosz 

Listonosz

Charles Bukowski

Tytuł oryginału: Post Office
Tłumaczenie: Marek Fedyszak
Wydawnictwo: Oficyna Literacka Noir sur Blanc
Liczba stron: 214






Osobę Charles’a Bukowskiego z pewnością można określić mianem literackiego fenomenu. Urodzony w 1920 roku w Niemczech artysta był pisarzem, poetą, rysownikiem, a także scenarzystą filmowym. Jego twórczość często porównywana jest z dorobkiem Henry’ego Millera, chociaż Bukowski dopiero pod koniec lat pięćdziesiątych doczekał się pochlebnych słów ze strony krytyki. Styl obu panów jest niezwykle dosadny, a przy tym bardzo lapidarny. Zwięzłość formy nie przeszkadza jednak w zawarciu ogromu bardzo celnych i trafnych spostrzeżeń. Bukowski wzbudzał ogromne zainteresowanie wśród czytelników również ze względu na styl życia, jaki prowadził. Przepełnione kobietami, seksem, alkoholem oraz hazardem było jedną wielką awanturą oraz prowokacją. Zrozumiałe jest zatem postrzeganie Bukowskiego jako niepokornego buntownika, outsidera egzystującego poza granicami dobrego smaku, społecznego wyrzutka. Bezpardonowe sądy bez cienia zażenowania obalające obyczajowe normy, gwałcone wręcz tematy tabu, przysporzyły mu tylu samu fanów, co przeciwników. Ten kontrowersyjny artysta, który zmarł w 1994 roku na białaczkę, pozostawił po sobie bogaty dorobek, na których składa się ponad trzydzieści książek oraz tomików poezji.

piątek, 22 lutego 2013

Niezwykłe okręty



Niezwykłe okręty


Jan Piwowoński

Ilustracje: Adam Werka
Instytut Wydawniczy "Nasza Księgarnia" 1986

Kilka dni temu polecałem Wam zapoznaną już nieco książkę Archiwum Neptuna i mam nadzieję, że zachęciłem do jej przeczytania. Samym sobie, albo dzieciakom, albo jedno i drugie. Wspomniana publikacja jest typowym, a zarazem znakomitym reprezentantem gatunku, który nazwałbym lamusem ciekawostek. Nomen omen nazwę tę wziąłem od pewnej książki o takim właśnie tytule, ale o tym następnym razem. Dziś inna pozycja należąca do wspomnianego kanonu, choć zdecydowanie bardziej monotematyczna, niż Archiwum Neptuna, że o samym Lamusie ciekawostek nie wspomnę. Czas na Niezwykłe okręty pióra znanego pisarza, historyka i prawdziwego fascynata marynistyki oraz kolei żelaznych czyli Jana Piwowońskiego.

Jak już wyżej napomknąłem, książka ma dość wąsko zarysowaną tematykę. Jest nią historia konstrukcji pływających, ale potraktowana nie jako wykład o drzewie genealogicznym dzisiejszych statków i okrętów, lecz jako zbiór niezwiązanych ze sobą opowiadań o najbardziej zakręconych pomysłach konstruktorów pojazdów mających poruszać się po morzach i oceanach. Zbiór pozornie oderwanych od siebie ciekawostek, ale w rzeczywistości ukazujący drugą stronę lustra. Historia rozwoju znanych, współczesnych nam konstrukcji zwykle koncentruje się na ich pochodzeniu i ogranicza do udanych przodków. Zazwyczaj zupełnie się pomija ślepe zaułki ewolucji, obumarłe gałęzie drzewa genealogicznego morskich pojazdów. Całkowicie nielogicznie, gdyż dzisiaj stosowane technologie często wywodzą się z pomysłów i natchnień, które w pierwszym podejściu nie wystarczyły na nic więcej, niż spłodzenie mniej lub bardziej dziwacznych potworków.

Książka napisana jest niezwykle przystępnie, nawet dziecko nie będzie miało kłopotów z percepcją, a całość ozdobiona jest świetnymi grafikami Adama Werki, którego nazwisko znane jest chyba każdemu miłośnikowi marynistyki. Dorosłym, niezależnie od zainteresowań, lektura zapewni sporo ciekawych informacji i dobrą rozrywkę, a maluchom pokaże jak odjechane i nieraz dziecinne pomysły miewają poważni dorośli ludzie zajmujący się konstruowaniem naprawdę poważnych i drogich konstrukcji. Co szczególnie ważne, książka ta może zaszczepić w młodych czytelnikach i czytelniczkach bakcyla zainteresowania techniką i nauką, czego raczej nie można oczekiwać po treściach oferowanych przez telewizję czy propozycje dzisiejszych wydawnictw. Skąd mają się brać przyszli inżynierowie, skoro nie ma jak wytypować tych, którzy są potencjalnie zainteresowani stosowanymi naukami ścisłymi? Mam wrażenie, iż trzeba się przeciwstawiać trendowi zmierzającemu do wychowania naszej młodzieży na stado bezwolnych owiec, które jest marzeniem marketingowców i polityków. Trzeba reklamować książki, które wspierają budzenie samoświadomości, rozległych zainteresowań, dociekania i głodu wiedzy dla niej samej, ciekawości świata. By przeciwstawić się tworzeniu młodzieży dla której jedynymi marzeniami o karierze są muzyka, sport, telewizja albo gangsterka.

Przy okazji nachodzi mnie refleksja o parytetach i równouprawnieniu. Jak ma zaistnieć ta równość płci, skoro większość przedstawicielek płci słabej, nie piszę pięknej, bo z tym to różnie bywa, stwierdza w ciemno, iż coś takiego nie dla nich i nie dla ich córek? Skąd mają się brać panie inżynier, skoro w czasie, gdy chłopcy połykają takie książki, ich rówieśniczki… Nie śmiem nawet spekulować, czym się one zajmują. Dlatego, jeśli macie dzieci w odpowiednim wieku, podrzucajcie im takie książki, by wiedziały, jak wiele jest różnych ciekawych rzeczy w świecie. Rzeczy, o których nigdy się nie dowiedzą poznając rzeczywistość za pomocą czasopism czy programów TV dla młodzieży. Niestety, w większości nie dowiedzą się też o nich w szkole. Chcecie szybko odkryć, jakie kierunki interesują Wasze dziecko? Podrzucajcie mu takie lektury, albo nawet sami czytajcie różne lamusy ciekawostek, bo są takowe z wielu, wielu dziedzin. Nie zakładajcie z góry, że Wasze dzieci są takie jak Wy, gdyż ani zainteresowania, ani uzdolnienia, z reguły nie są dziedziczne. Lekarze zwykle chcą, by ich dzieci były lekarzami, adwokaci chcą mieć za potomków adwokatów, itd., ale przez to często nie zauważają braku uzdolnień swych dzieci w wybranym kierunku, co próbują narobić układami, i jednocześnie nie doceniają talentów, których nie pożądają, a które właśnie mogły się w ich latoroślach objawić. Oczywiście tradycje rodowe są znane, ale do czego to prowadzi, można obserwować choćby na przykładzie naszej palestry i jej merytorycznego poziomu. To jednak tylko taka nieco przydługa dygresja.

Jak już się na pewno zorientowaliście, polecam Niezwykłe okręty każdemu, nawet tym, którzy uważają się za zagorzałych humanistów. Pokrętne drogi ludzkiej inwencji są równie zadziwiające i interesujące, co same niezwykłe okręty. Gorąco zachęcam do lektury, tym łatwiejszej, iż ilustracje zajmują mniej więcej połowę publikacji


Wasz Andrew


czwartek, 21 lutego 2013

Odprawa paszportowa

czyli Arab pierwszy raz w Londynie


- Name?

- Abu Dalah Sarafi.
- Sex?
- Four times a week.
- No, no, no..... male or female?
- Male, female...... sometimes camel.......

środa, 20 lutego 2013

Tak, to ten



Tak, to ten


Jerzy Sosnowski

Wydawnictwo Literackie 2006

Po powieść Tak, to ten pióra Jerzego Sosnowskiego, pisarza i dziennikarza radiowego, sięgnąłem w ramach planowej lektury mojego oddziału DKK. Z początku książka mnie urzekła, potem wnerwiła, potem zaciekawiła, zniechęciła, zaintrygowała, wkurzyła… Wymieniać dalej? Lepiej nie. Miast recytować tę niekończącą się huśtawkę przejdę może od razu do sedna.

Tak, to ten jest opowieścią wielowątkową i wielotematyczną, umiejscowioną głównie w klimatach Kołobrzeskich, choć nie tylko. Mamy sprawę przeszłości Kołobrzegu; czasów Hitlera, a nawet wcześniejszych, mamy sprawę Polski dzisiejszej i społeczne problemy wynikające z przemian ustrojowych, które do niej doprowadziły. Mamy wątek radia prowadzącego audycję dla nocnych marków i ich zwierzenia na antenie. Blogi jako ersatz kontaktów międzyludzkich. Wszystkich nie będę wymieniał. Kto chce przeczyta i sam zobaczy. Problem w tym, że jest ich dużo, ale przeskoki między nimi, podobnie jak przeniesienia w czasie i przestrzeni, nie są zaznaczone w sposób zwykle praktykowany, co utrudnia lekturę. Ja osobiście odniosłem wrażenie, iż autor po prostu chciał zrobić na złość czytelnikowi. Tym bardziej, iż do tego dochodzi dziwna maniera – w książce nie ma chyba ani jednego przypisu tłumaczącego, choć roi się w niej od wstawek w językach obcych, łącznie z całymi tekstami piosenek. Czytelnik nie znający biegle języków ma do wyboru czytanie po łebkach, albo szukanie tłumaczeń. Po co taki zabieg? Taka konstrukcja w ogóle mnie nie przekonuje. Podobnie forma absolutnie, przynajmniej w moim odczuciu, nie przystaje do treści. Miejscami tekst rozsypany, miejscami posklejany. Takie praktyki można spotkać również u uznanych światowych autorów, ale tam współgrają one z rytmem narracji, z klimatem lub treścią. Tutaj, w moim odczuciu, opowieść sobie, a forma sobie. W dodatku, w przeciwieństwie do formatowania tekstu, które miejscami jest sztucznie udziwnione, styl jest monotonny i nie zmienia się niezależnie od okoliczności i zdarzeń.

Trzeba przyznać, że jest w powieści kilka wątków, które cały czas dobrze rokują i każdy z nich sam mógłby starczyć innemu pisarzowi na materiał do dobrej książki. Niestety, oczekiwanie na to, że się jakoś splotą i zakończą nie spełni się. Całość sprawia wrażenie niedokończonej zabawy; jakby malarz zaczął mieszać farby i bazgrać coś na płótnie, aż całe je zasmarował, ale koniec końców pozostawił zamalowane płótno, które nie jest obrazem. Domniemywam, że zabieg ten był celowy, ale ja tego nie kupuję.

Jak wspomniałem, wiodącym motywem jest Kołobrzeg jako miejsce reprezentatywne dla Ziem Wyzyskanych, ze wszelkimi tego reperkusjami, jak roszczeniami Wypędzonych, niepewnością Polaków, itd. Tutaj niestety Sosnowski poległ. Dla mnie, jako miłośnika i wieloletniego mieszkańca kilku takich miejsc, zarówno z północy jak i południa dzisiejszej Polski, autor nie chwycił klimatu tych terenów, mentalności tych ludzi, przez co stracił wiele z wiarygodności swej narracji.

W historii literatury wiele było dzieł, których twórcy wysilili się na oryginalność formy. Ja jednak jestem zwolennikiem tezy, iż forma bez treści jest niczym, lepsza jest już treść bez formy. Stąd byłby już tylko krok do zmieszania książki z błotem, gdyby nie… No właśnie.

Gdyby tą powieść pokroić na kawałki, wykroić z niej opowiadania czy inne krótkie formy, byłby całkiem ciekawy zbiorek. Szczególnie opowieść o Świętym Zabajonku (str. 370), gdyby zaistniała jako samodzielny tekst pseudohagiograficzny, byłaby prawdziwym majstersztykiem. Szkoda, że takie perełki zaginą w przyszłości literatury ze względu na nieudany, w mojej ocenie, eksperyment z formą. Nie mam śmiałości zachęcać nikogo do tej lektury, tym bardziej, iż nie da się jej przebrnąć szybko, ale i zniechęcać nie mam zamiaru. Jeśli nie boicie się szczególnej maniery, o której wspominałem, jeśli macie więcej wolnego czasu, niż zwykle trzeba poświęcić powieści o tej objętości, jest to być może książka dla Was. Nawet jednak jeśli nie chcecie jej czytać, ale jakoś do Was trafi, albo jeśli czytając, w pewnym momencie będziecie chcieli rzucić ją w kąt, co jak słyszałem wielu się przydarza, przeczytajcie wspomniany fragment o Świętym Zabajonku. Naprawdę warto, o czym Was zapewniam

Wasz Andrew

Tak to ten [Jerzy Sosnowski]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

wtorek, 19 lutego 2013

Brzemienne w skutkach robobójstwo

Okładka książki Roboty z Planety Świtu 

Roboty z planety świtu

Isaac Asimov

Tytuł oryginału: The Robots of Dawn
Tłumaczenie: Zbigniew A. Królicki
Wydawnictwo: Dom Wydawniczy REBIS
Liczba stron: 324







Roboty z Planety Świtu autorstwa Isaaca Asimova to trzecia część cyklu Roboty i kolejne spotkanie z ziemskim detektywem Elijahem Baleyem. Co ciekawe, amerykański pisarz na stworzenie następnej książki z serii potrzebował aż 26 lat – dokładnie tyle czasu upłynęło pomiędzy publikacją Nagiego słońca (1957 rok) a Robotami z Planety Świtu (1983 rok). W mojej prywatnej opinii tak znacząca przerwa bardzo dobrze wpłynęła na jakość powieści – Roboty z Planety Świtu są znacznie lepszego od swojego nagiego poprzednika.

Baley, będący pierwszym i póki co jedynym Ziemianinem, któremu przypadł zaszczyt odwiedzenia Światów Zaziemskich, zamieszkałych przez potomków ziemskich kolonizatorów, Przestrzeńców, po raz drugi wyrusza w Kosmos. Tym razem celem jego wyprawy jest pierwszy, historyczny świat Przestrzeńców – Aurora, zwana również Planetą Świtu. Kolokwialnie rzecz ujmując można rzec, że wyprawa spada Baleyowi prosto z nieba. Odkąd detektyw zrozumiał, że jedyną szansą dla przeludnionej oraz borykającej się z problemami ekonomicznymi Ziemi jest ponowna ekspansja Galaktyki, Baley przygotowuje grupę wybrańców, którzy w przyszłości byliby zdolni podjąć się trudnego oraz niebezpiecznego zadania kolonizacji nowych planet. Pierwszym krokiem w tym kierunku jest pokonanie agorafobii, irracjonalnego lęku przed przebywaniem na otwartej przestrzeni, którego Ziemianie nabawili się na skutek egzystencji w Miastach, ogromnych stalowych kopułach, w których ujarzmiona została nawet kapryśna pogoda. Jedynym nierozwiązanym dotąd problemem Baleya jest kwestia natury technicznej, czyli sprzęt niezbędny do zasiedlania. Odpowiednią techniką dysponują Przestrzeńcy, niezbyt przychylnym okiem spoglądający na planetę, z której pochodzą ich przodkowie. Prośba o przybycie Baleya na Aurorę w celu rozwiązania kryminalnej zagadki do znakomita sposobność, aby poruszyć zagadnienie zaludniania Galaktyki.

Planeta Świtu 

Samym przedmiotem śledztwa jest morderstwo, czy raczej trwałe i nieodwracalne zamrożenie funkcji psychicznych humanoidalnego robota, Jandera Panella. Jander to dopiero drugi, po Daneelu Olivawie, przedstawiciel robotów humanoidalnych, swym wyglądem niemal idealnie odwzorowujących ludzi. Według globalistów, ugrupowania politycznego na Aurorze, głoszącego, że Planeta Świtu powinna prowadzić dalszą ekspansję Galaktyki, kolonizacja nowych światów powinna odbywać się przy zastosowaniu robotów humanoidalnych. Maszyny, niemal doskonała kopia człowieka, dotarłszy na nowy świat, dostosowałyby go do swoich potrzeb, które pokrywają się z potrzebami ich pierwowzoru, czyli ludzi. Tym ostatnim nie pozostałoby już nic innego jak tylko przybycie na idealnie przygotowaną planetę, wierną kopię Aurory, w pełni nadającą się do zamieszkania. Z tym punktem widzenia nie zgadza się doktor Fastolf, genialny robotyk, twórca Daneela Olivawa oraz Jandera Panella, który jako jedyny zna sekret budowy i konstrukcji robotów humanoidalnych. Globaliści, na czele z doktorem Amadiro, który pragnąc na własną rękę skonstruować człekokształtne roboty powołał na Aurorze Instytut Robotyki, wysnuli całkiem zrozumiałe przypuszczenie, że doktor Fastolf celowo zgładził Jandera Panella, sygnalizując w ten sposób dezaprobatę wobec planów kolonizacji Galaktyki niezgodnych z jego prywatną wizją, w której to Ziemia powinna odegrać kluczową rolę przy zasiedlaniu kolejnych planet. Sytuację dodatkowo pogarsza fakt, że dumny i stosunkowo próżny doktor Fastolf otwarcie przyznaje, że jedynie on dysponował wiedzą rozległą na tyle, by uszkodzić subtelny i skomplikowany mózg pozytonowy Jandera Pandella. Na pierwszy rzut oka, wydaje się, że Elijah Baley został postawiony w beznadziejnej sytuacji, z której nie ma wyjścia. Ponadto śledztwo utrudniają zwyczaje Auroran, których nie zna, albo do których nie zawsze potrafi przystosować się krnąbrny i niepokorny detektyw.

Stawka o jaką gra Baley jest ogromna. W przypadku uznania winy doktora Fastolfa straci on niemal cały prestiż i poważanie, którym się do tej pory cieszył. Umożliwiłoby to jego politycznym przeciwnikom zdobycie ogromnej przewagi i przeforsowanie projektu dalszego podboju Kosmosu bez udziału Ziemian, którzy zostaliby skazani na izolację oraz trudne życie na swojej przeludnionej i pokiereszowanej planecie. Doktor Fastolf zdaje się doskonale rozumieć, że model społeczeństwa Przestrzeńców, w ogromnej mierze oparty na wykorzystaniu siły robotów jest błędny. Długowieczność oraz brak realnych bodźców do rozwoju prowadzi do nieuchronnej stagnacji, zastoju, a przez to do nieuchronnego upadku. Ziemianie, odczuwający awersję do robotów, bojący korzystać się z ich potencjału w tak dużym stopniu jak Przestrzeńcy, żyjący w bardzo ciężkich warunkach, ledwo tłoczący się na swojej planecie, wydają się idealnym materiałem na stworzenie przyszłego Imperium Galaktycznego. Krótki czas życia zmusza ich do intensywnej pracy oraz kooperacji. U Przestrzeńców kwestia współpracy prezentuje się zgoła inaczej – powołany przez doktora Amadiro Instytut Robotyki to pierwsza tego typu jednostka. Większość naukowców Przestrzeńców woli samotnie prowadzić swoje badania, nie dzieląc się ich wynikami, pragnąc, by sława oraz wszelakie zaszczyty związane z danym odkryciem, przypisane były tylko do jednego nazwiska. Ten sposób myślenia znacząco spowalnia wszelki naukowy postęp. Zatem intelektualny dynamizm, przymusowy, bo będący efektem krótkiej egzystencji, to następny w opinii doktora Fastolfa argument, przemawiający za Ziemianami jako kolonistami.

Dochodzenia Elijaha Baleya to jednocześnie wspaniała podróż po Aurorze. Asimov z ogromną pieczołowitością odmalował pierwszy świat Przestrzeńców. Poznajemy zarówno jego mieszkańców jak i obyczaje, na nim panujące. Zaznaczyć przy tym należy, że powieść Roboty z Planety Świtu w bardzo dużym stopniu porusza kwestię seksu. Okazuje się, że Gladia, Solarianka znana z poprzedniej części serii, Nagiego słońca, po przeprowadzce na Aurorę, żyła w związku z zamordowanym robotem Janderem Panellem, traktując go jednak znacznie poważniej niż tylko zabawkę do zaspokajania erotycznych zachcianek. Autor bardzo celnie prezentuje poglądy na temat ludzkiej seksualności – w tym celu konfrontuje modele życia Solarian, unikających za wszelką cenę wszelkich kontaktów fizycznych purytanów, traktujących seks jako zło konieczne do prokreacji oraz obywateli Aurory, seksualnych liberalistów, dla których akt zbliżenia jest naturalnym zaspokajaniem fizjologicznych potrzeb. Gladia, dzięki niewielkiej pomocy Baleya zaczyna powoli rozumieć, że oba podejścia są złe, wypaczające tę jakże ważną w życiu każdego człowieka czynność. Seks nierozerwalnie wiąże się z uczuciem miłości, jakim powinno darzyć się partnera. Bez tego pozostaje jedynie kontaktem fizycznym, krótkotrwałą oraz chwilową przyjemnością i niczym więcej. To bardzo piękne odkrycie. W tym słowie nie ma krztyny ironii, bowiem już dzisiaj, to jest na początku XXI wieku, ludzie mają problem z akceptacją i zrozumieniem tej oczywistej, można by sądzić, prawdy.

W Robotach z Planety Świtu pojawia się zresztą całkiem sporo rozważań na temat wspólnej egzystencji robotów oraz ludzi. Czy humanoidalne maszyny mogą zastąpić swojego stwórcę? Czy możliwe jest stworzenie społeczeństwa składającego się z samych robotów? Czy możliwe jest wywiązanie się uczucia pomiędzy człowiekiem a robotem? Czy takie uczucie będzie realne, prawdziwe, odwzajemnione? – bo przecież maszyna będzie spełniać zachcianki swojego właściciela z musu, kierowana Pierwszym Prawem robotyki, zakazującym wyrządzenia jakiejkolwiek krzywdy człowiekowi oraz nakazującym działanie dla ludzkiego dobra.

Osobiście wydaje mi się, że Roboty z Planety Świtu to najdojrzalsza z dotychczasowych książek z serii Roboty. Asimov poruszył wiele ciekawych zagadnień dotyczących mechanicznych kopii człowieka, nie dając jasnych i klarownych odpowiedzi, pozostawiając czytelnikowi pole do własnych przemyśleń. Do tego wątek kryminalny jest bardzo ciekawie poprowadzony, zakończony w dość oryginalny i nieprzewidywalny sposób. Powieść bardzo przypadła mi do gustu, dlatego serdecznie ją polecam.

Wasz Ambrose