Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

poniedziałek, 11 lutego 2013

"Pozytonowy detektyw" Isaac Asimov - Nietypowy duet

Okładka książki Pozytonowy detektyw

Pozytonowy detektyw

Isaac Asimov

Tytuł oryginału: The Caves of Steel
Tłumaczenie: Julian Stawiński
Wydawnictwo: Dom Wydawniczy REBIS
Liczba stron: 216






Isaac Asimov to amerykański pisarz rosyjskiego pochodzenia, który zasłynął stworzeniem tzw. praw robotyki. Zasady te miały na celu regulację w kwestii stosunków pomiędzy ludźmi a humanoidalnymi maszynami, które wyposażone w mózg pozytonowy potrafiły myśleć. Po raz pierwszy zostały one przedstawione w opowiadaniu Zabawa w berka z 1942 roku, które weszło w skład zbioru opowiadań o robotach Ja, robot. Trzy pierwotne prawa robotyki brzmią następująco:
  1. Robot nie może skrzywdzić człowieka, ani przez zaniechanie działania dopuścić, aby człowiek doznał krzywdy.
  2. Robot musi być posłuszny rozkazom człowieka, chyba że stoją one w sprzeczności z Pierwszym Prawem.
  3. Robot musi chronić sam siebie, jeśli tylko nie stoi to w sprzeczności z Pierwszym lub Drugim Prawem.
Znaczenie później, bo dopiero w 1985 roku Asimov dołożył tzw. prawo zerowe, będące nadrzędne w stosunku do pierwotnych trzech:
  1. Robot nie może skrzywdzić ludzkości, lub poprzez zaniechanie działania doprowadzić do uszczerbku dla ludzkości.
Pierwszym robotem, który stosował prawo zerowe był R. Daneel Olivaw, główny bohater książki Pozytonowy detektyw. Akcja powieści rozgrywa się w XXX wieku. Kolonizacja przestrzeni kosmicznej trwa w najlepsze. Oprócz Ziemi, zamieszkałych jest pięćdziesiąt planet rozsianych po bezbrzeżnej pustce Galaktyki. Jednak potomkowie kolonistów, Przestrzeńcy nie pałają zbytnią sympatią do swoich ziemskich protoplastów. Prowadzą oni dostatnie oraz luksusowe życie. Wszelakie problemy natury ekonomicznej zostały rozwiązany dzięki pracy robotów. Dzięki rygorystycznej kontroli przyrostu naturalnego, obce są również kłopoty związane z przeludnieniem. W zgoła innych warunkach egzystują Ziemianie, 8 miliardów ludzi stłoczonych w gigantycznych Miastach, wykonanych z żelbetonu i stali klatkach (The Caves of Steel to oryginalny tytuł powieści, który zdaje się właśnie do tego nawiązywać), liczących po kilkanaście milionów mieszkańców. Obywatele planety będącej kolebką ludzkości traktowani są dość chłodno przez Przestrzeńców. Podróże na Światy Zaziemskie są dla nich możliwe jedynie dzięki specjalnym pozwoleniom, które jest jednak bardzo trudno uzyskać. Samo życie na Ziemi nie należy do łatwych i przyjemnych. Miasta są co prawda zaprojektowane bardzo racjonalnie: w centrum dzielnice mieszkalne oraz administracyjne, na obrzeżach fabryki, zakłady hydroponiczne (hydroponika – bezglebowa hodowla roślin na pożywkach wodnych), hodowle drożdży oraz elektrownie. Mimo to, niezbyt ściśle kontrolowany wzrost ludności zdaje się prowadzić nieuchronnie do sytuacji, w której liczba kalorii przypadająca na jedną osobę spadnie poniżej niezbędnego poziomu.

Społeczeństwo w miastach oparte jest na systemie kastowym. Istnieją poszczególne klasy, a im wyższa klasa, tym większa liczba przywilejów przysługująca jej członkom: lepsze lokum, większy przydział mięsa, krótsze czekanie w kolejce, czy prywatna toaleta. Zrozumiała jest zatem bezustanna rywalizacja oraz walka o społeczny awans. Jednocześnie ciągłe jest poczucie strachu, by na skutek błędu, czy przestępstwa nie zostać zdeklasyfikowanym, czyli wyrzuconym poza nawias społeczeństwa i pozbawionym środków do życia. Jednak nawet zdeklasyfikowani nie budzili takiej pogardy i odrazy jak roboty. Na Ziemi owe humanoidalne istoty były przeznaczone jedynie do uprawy roli, do pracy na polach ciągnących się na połaciach otwartej przestrzeni pomiędzy Miastami, czy ciężkich i niebezpiecznych robót w kopalniach. Zrozumiała jest zatem niechęć oraz obawa wobec nacisków Przestrzeńców, by roboty wprowadzać do Miast i kierować je do wykonywania zajęć, które do tej pory były jedynie udziałem ludzi. Co prawda humanoidalne maszyny, pozbawione własnej woli, posłuszne płynącym dla nich rozkazom, nie były winne zaistniałej sytuacji, w której widmo zdeklasyfikowania i zastąpienia przez robota stawało się coraz bardziej realne, ale jako nie mogące się bronić jednostki były one najłatwiejszym celem do wyładowania ludzkich frustracji i niepokojów. Stąd sytuacja w Miastach pozostawała bardzo napięta, a żaden robot w towarzystwie zdesperowanych ludzi nie mógł czuć się bezpieczny.

W takim właśnie burzliwym okresie, w eksterytorialnym Kosmopolu, zamieszkiwanym przez Przestrzeńców, zostaje zamordowany doktor Roj Nemennuhem Sarton, który zajmował się robotyzacją ludzkiego społeczeństwa. Działka, w której pracował się naukowiec przysparzała mu na Ziemi całą rzeszę wrogów, więc, przynajmniej teoretycznie, chętnych do jego zabójstwa nie brakowało. Pojawia się jednak pewna nieścisłość – morderca, aby dostać się do Kosmopolu niezauważony, musiałby pokonać otwartą przestrzeń, na co nie odważyłby się żaden Ziemian. Nikt z ludzi od kilkuset lat żyjących w zamkniętych kopułach, w których regulowane są ściśle temperatura, wilgotność powietrza, stopień natężenia światła słonecznego, za nic w świecie nie odważyłby się wyjść na otwartą przestrzeń, która budziła bezgraniczny lęk.

Cała sprawa jest bardzo poważna i może mieć kluczowy wpływ na relację pomiędzy Ziemią a Światami Zaziemskimi. Przestrzeńcy posiadają flotę zdolną do obrócenia Ziemi w pył, stąd uzasadnione obawy części populacji. Atmosferę podsycają organizacje głoszące konieczność powrotu do przeszłości, zadeklarowani przeciwnicy robotów – pragną oni przedstawić Przestrzeńców jako krwawych i egoistycznych tyranów, którzy uczucia zastąpili zimną i wyrachowaną (mechaniczną można by rzec) inteligencją.

Tymczasem sprawa morderstwa doktora Sartona została powierzona dwójce detektywów. Duet śledczych jest jednak bardzo nietypowy – jednym z nich jest Ziemianin, Elijah Baley, drugim robot Przestrzeńców, R. Daneel Olivaw. Oczywiście Elijah Baley, jak niemal każdy Ziemianin, nie jest pozbawiony nieufności oraz niechęci wobec mechanicznych kopii rodzaju ludzkiego. Początkowo ziemski detektyw nie jest w stanie patrzeć inaczej na robota jak tylko na rywala. W mniemaniu Baley’a, jeśli śledztwo zakończy się sukcesem, a R. Daneel Olivaw będzie mieć w tym niewspółmierny udział, nieuchronnie dojdzie do sytuacji, w której niemal wszystkie prace wykonywane do tej pory przez ludzi zostaną powierzone mechanicznym humanoidom. Rodzajowi ludzkiemu pozostanie tylko deklasyfikacja oraz stopniowe, sukcesywne odejście w cień historii.

W trakcie śledztwa wychodzi na jaw, że rezultaty dochodzenia wybiegają daleko poza ramy poważnego skandalu politycznego i mogą oznaczać o wiele więcej niż naprawienie, czy też popsucie relacji na linii Przestrzeńcy – Ziemianie. Baley zostaje wtajemniczony w ideę budowy społeczeństwa opartego na zasadzie C/Fe, czyli racjonalnym stosunku ludzi oraz robotów. Być może jedynym ratunkiem dla przeludnionej Ziemi jest ponowna wyprawa w Kosmos oraz kolonizacja kolejnych światów. Jak jednak zmusić ludzi, zrośniętych niemal ze swoimi metalowymi klatkami, którzy panicznie boją się widoku błękitu nieba, czy podmuchu wiatru, by wyruszyli w ogromną kosmiczną pustkę?

Pozytonowy detektyw to jedna z najpopularniejszych książek Asimova. Trudno mi się nie zgodzić z taką opinią, bowiem i ja uległem jej urokowi. Jest to bardzo udane połączenie klasycznego kryminału, w którym mamy morderstwo, niebanalny motyw oraz najeżone niebezpieczeństwami śledztwo oraz typowej literatury science fiction z fantastyczną wizją przyszłości, nasyconą technicznymi nowinkami oraz dość szczegółowymi opisami kształtu przyszłej cywilizacji. Akcja powieści toczy się dość szybko, a wątki kryminalne przeplatane są z obszernymi informacjami na temat zmian, jakie zaszły w społeczeństwie oraz ludzkiej psychice na przestrzeni kilkuset lat. Pojawia się i nutka filozofii, etyki, rozważania na temat roli robotów w egzystencji ludzkiej, zalet, wad oraz zagrożeń płynących z rozwiązania, wedle którego humanoidy służą człowiekowi. Jednym słowem Pozytonowy detektyw to bardzo dobra lektura, zarówno dla fanów science fiction jak i miłośników klasycznego kryminału.

Wasz Ambrose



Panienki Madame Cleo



Panienki Madame Cleo

(Madame Cleo Girls)

Lucianne Goldberg

tłumaczenie: Paweł Lipszyc
wydawnictwo: Da Capo 1995

Lucianne Goldberg nie jest w Polsce osobą szczególnie znaną. Jeśli już, nazwisko jej bardziej kojarzą osoby interesujące się polityką i Stanami Zjednoczonymi, niż literaturą, gdyż PR i polityka to dziedziny, w których jej nazwisko odegrało znaczącą rolę. Gdy kilkanaście lat temu w Polsce wydano powieść pani Goldberg pod tytułem Panienki Madame Cleo, trafiła ona w me ręce. Jakim zrządzeniem losu, nie potrafię sobie już dzisiaj przypomnieć, ale jednak trafiła. Wtedy nie pisałem recenzji, lecz dziś postanowiłem do tej dawnej lektury powrócić, by przypomnieć ją i ocalić od zapomnienia; wyróżnić spośród zalewu nowości wydawniczych, spośród których wiele niekoniecznie jest wartych choćby słowa.

Madame Cleo to najbardziej ekskluzywna madame w Paryżu, czyli po naszemu burdelmama oferująca rozrywki tylko najbogatszym. Popada ona w kłopoty finansowe, ktoś jej grozi… By zdobyć pieniądze postawia wydać pamiętnik i do jego napisania wybiera zawodowca, któremu opowiada historie kilku swoich pracownic. Jak się całe to przedsięwzięcie skończy, oczywiście nie zdradzę.

Powieść napisana jest z wielkim wyczuciem i trzeba przyznać, że proza Lucianne Goldberg jest tej klasy, iż wielki żal, że zamiast polityką nie zajęła się głównie pisaniem powieści. Potrafi umiejętnie zaciekawić czytelnika od pierwszych stron i utrzymać ten stan aż do samego końca. Mam wrażenie, iż to nie perypetie Madame Cleo są głównym tematem książki, a losy jej podopiecznych, luksusowych prostytutek, ukazane na tle szerokiego obrazu stosunków społecznych elit USA i nie tylko. Powieść obala stereotypy i uczy oceniania każdego człowieka indywidualnie. Ukazuje jak różne zbiegi przyczyn mogą nas doprowadzić w te same miejsca i jednocześnie jak różnie mogą się zakończyć z pozoru identyczne drogi na pierwszy rzut oka podobnych ludzi. Niezwykle interesująco jest ukazane zdumiewające zróżnicowanie ludzkich potrzeb w najbardziej intymnych, najbardziej osobistych sferach i co z tego może wyniknąć. Na pewno na to, iż książka jest przekonująca, wpłynęły obserwacje, jakich Goldberg dokonała obracając się wśród amerykańskiego establishmentu oraz biorąc czynny udział w wielu głośnych skandalach i aferach.

Jeśli czasami słysząc, iż ten a ten polityk zdradził czy nawet porzucił piękną, bogatą i mądrą żonę dla kobiety, która wydaje się niewarta tego, by na nią spojrzeć, nie możecie zrozumieć, co go podkusiło, ta książka otworzy Wam oczy na różnorodność motywów, którymi w tych sprawach mogą kierować się ludzie. Zwłaszcza osoby, dla których celem nie jest przeżyć do pierwszego, kupić nowy samochód, postawić dom, zasadzić drzewo. Najbogatsi i najpotężniejsi ludzie świata to często również wielkie indywidualności, także w sprawach najbardziej intymnych pragnień. O tym również jest ta książka. A także o samotności i niespełnieniu wielkich...

Może Panienki Madame Cleo nie są tak porywające, jak najświetniejsza sensacja, może nie ma w nich aż takiego napięcia, jak w najlepszych kryminałach, ale są naprawdę wciągające oraz interesujące od początku do końca. I na pewno jest to powieść, którą pamięta się nawet po latach. Wiem o tym dobrze, gdyż wciąż o niej nie zapomniałem, choć o tylu innych już zdążyłem. Jest to też jedna z tych książek, których lektura zmienia czytelnika. Ta akurat nie dokonuje w nas żadnej rewolucji, żadnego przewartościowania gruntownego ani też żadnego objawienia przy niej chyba nie doznamy. Po pewnym jednak czasie, słysząc wieści ze świata polityki, jakieś doniesienia ze świata milionerów, albo po prostu ot tak – nagle sobie o niej przypominamy. Wtedy stwierdzamy, iż jednak gdzieś tam coś w nas zmieniła. Zostawiła w nas jakiś ślad na zawsze

Absolutnie i gorąco polecam


Wasz Andrew

niedziela, 10 lutego 2013

Kawał?



Patrol drogówki zatrzymał do kontroli samochód, który śmigał "wężykiem" przez ulice miasta. Natychmiast przystępuje do kontroli trzeźwości kierowcy. Ku kompletnemu zaskoczeniu policjantów wynik testu jest negatywny, o czym nie dowierzając informują kierowcę: 
- Panie kierowco, jest pan trzeźwy, więc czemu pan jechał wężykiem? 
- Panie władzo, pijani jadą prosto, a trzeźwi omijają dziury w jezdni.

sobota, 9 lutego 2013

Zatrudnij emeryta



Kowalski jak zwykle przyszedł spóźniony do pracy i zbiera standardowy ochrzan od szefa:


- Był pan w wojsku, Kowalski?

- Byłem.
- I co tam panu mówił sierżant, gdy się pan spóźniał?!
- Nic szczególnego... "Dzień dobry, panie majorze"...

piątek, 8 lutego 2013

Jaka jest różnica?




- Jaka jest różnica między automatem telefonicznym a wyborami?
- W automacie najpierw płacisz, a potem wybierasz, a przy wyborach najpierw wybierasz, a płacisz później!

I ten optymistyczny akcent niech będzie dzisiejszym komentarzem do najnowszych wieści z polskiej sceny politycznej ;-)

czwartek, 7 lutego 2013

Prawa autorskie

czyli opium dla mas




Do napisania niniejszego tekstu zdopingowała mnie sytuacja dotycząca kociokwiku panującego w Polsce w dziedzinie praw autorskich. Takiej mieszaniny cwaniactwa, złodziejstwa, niewiedzy, oszołomstwa i zakłamania próżno szukać w innych dziedzinach prawa, choć i tam nie jest różowo, a dowodem nieustający potok nowych tematów dla programów typu Uwaga czy Państwo w państwie. Cała ta materia, to ciągłe gadanie o piractwie, już doprowadza mnie do pasji, tym bardziej, iż większość społeczeństwa gotowa jest walczyć na noże o prawa autorskie, lub przeciw nim, nawet nie starając się zrozumieć, że sprawa wcale nie jest jednoznaczna prawnie, doktrynalnie, ani tym bardziej moralnie.

Intuicyjnie zrozumiałym jest, iż twórca powinien mieć prawa do korzyści ze swej pracy, przykładowo z rozpowszechniania jego utworu. Na pierwszy rzut oka wydaje się to logiczne i moralne. Już tutaj jednak, po głębszym zastanowieniu, można mieć wątpliwości.

  • Nasi pradziadowie nie mieli copyrightek i jakoś żyli. Chopin, Mozart i całe pokolenia innych artystów wszelkich możliwych rodzajów sztuki nie mieli ZAiKS-u i jakoś dawali sobie radę.
  • Czas trwania praw autorskich w większości przypadków jest uzależniony od długości życia twórcy (wygasa po określonym czasie od jego śmierci). Widać tu zależność od postępów medycyny, która w przyszłości może wydłużyć czas życia, a więc i nałożyć blokadę na korzystanie z pewnych idei nawet na całe stulecia (już teraz przy stu latach życia prawa autorskie mogą obowiązywać dwa wieki (sto lat życia twórcy + sto lat po śmierci). Widać także nierówność wobec prawa w świetle zróżnicowania średniej życia w różnych krajach i warstwach społecznych. Biedni żyją krócej i będą za to dodatkowo karani również krótszą ochroną prawną ich dzieł. Również arbitralne przyjmowanie długości czasu takiej ochrony (czemu akurat 70, 100, a nie 79 lat?) świadczy o sztuczności i braku moralnych czy rozumowych podstaw owych przepisów.
  • W przeszłości wielokrotnie zdarzało się, iż wynalazku czy odkrycia dokonywano niezależnie od siebie w różnych miejscach, w tym samym lub różnym czasie. Dlaczego ten, kto pierwszy zgłosi wynalezione przez siebie rozwiązanie, metodę, motyw lub ideę ma być chroniony kosztem pozostałych, którzy zostaną pozbawieni praw do owoców swej pracy?
  • Jeśli prawo autorskie ma służyć zwiększaniu dochodów twórcy, można by to uznać za moralnie uzasadnione. Coraz częściej jednak prawa autorskie służą temu, by dana koncepcja nie ujrzała światła dziennego. Jest to ewidentne działanie przeciwko postępowi, wolności i zdrowemu rozsądkowi. No, chyba że zysk za wszelką cenę, nawet za cenę dobra całej ludzkości, ma służyć za moralność.
  • Wielokrotnie zdarzało się, zwłaszcza w biedniejszych państwach, takich jak Polska, iż właściwy twórca był pozbawiany praw do swego wynalazku, gdyż nie miał pieniędzy na dopełnienie kosztownych rozwiązań będących podstawą późniejszego dowodzenia swych praw (patenty). W konsekwencji ci, którzy daną rzecz stworzyli, musieli później kupować prawa do niej od tych, którzy z procesem twórczym nie mieli niczego wspólnego, a mieli za sobą tylko pieniądze i zastępy prawników.

    Ponadto w ostatnim czasie ujawnia się coraz większa presja na zaostrzanie ochrony praw autorskich i rozciąganie jej poza granice absurdu. Oto niedawno jedna z największych firm produkujących drukarki komputerowe praktycznie wygrała wojnę z producentami oferującymi tańsze tusze do tych drukarek zakazując im takiej działalności. Jednocześnie coraz więcej firm montuje w swych produktach rozwiązania sprawiające, iż ich żywotność nie będzie wykraczać poza okres gwarancji. Zaczęło się od pończoch i żarówek. Teraz widzimy coraz więcej takich rozwiązań w sprzęcie elektronicznym. Jeśli dalej będziemy iść w tym kierunku, za jakiś czas do samochodu będzie można montować tylko oryginalne części, opony marek wskazanych przez producenta, napraw dokonywać tylko w serwisie, a wszystko to w tym celu, by produkt nie służył nam dłużej, niż przewidywał producent. A najciekawsze, że koncerny stosujące takie praktyki, reklamują się jako ekologiczne i nikt przeciwko temu nie protestuje. A przecież, jeśli przy produkcji wyrobu stosuje się specjalne rozwiązania, które mają skrócić jego naturalną żywotność, nawet przy najlepszej woli nie można tego nazwać rozwiązaniem ekologicznym. W dodatku jest to oszustwo, gdyż świadomie i sztucznie obniża się wartość produktu, a to dodatkowo zwiększa koszty produkcji, którymi i tak obciąża się konsumenta. Gdzie tu moralność? I jak można mówić, że łamanie tak rozumianych praw autorskich jest niemoralne?

    Kiedyś w dawnej komunistycznej encyklopedii widziałem przy cybernetyce, informatyce i kilku innych naukach odnośnik -> nauka burżuazyjna (pseudonauka stworzona w celu ogłupienia mas pracujących). Szkoda, że nie spojrzałem wtedy na hasło „prawa autorskie”. Mam wrażenie, że sprawy zmierzają właśnie w tym kierunku.

    Każdy, kto uważnie śledzi bieżące doniesienia z tej dziedziny widzi, iż szlachetna w założeniach idea ulega coraz większym wypaczeniom. Likwidacja kilku dużych „pirackich” przedsięwzięć spowodowała spadek obrotów firm „legalnych” działających na tym samym obszarze. Wytłumaczenie jest proste. Ludzie nie chcą kupować drogich płyt czy filmów „w ciemno”. Kota w worku nie są skłonni kupować, ale zacisną chętnie pasa, by mieć w najlepszej możliwej jakości (oryginalny) egzemplarz ulubionej płyty czy filmu. Mimo tego większość dąży do jeszcze ostrzejszej walki z „piratami”. Czasami się zastanawiam, czy to właśnie sprytne firmy żyjące z takiej walki (to przecież już cały sektor biznesowy), nie nakręcają wciąż od nowa tej sprawy i nie podburzają co bardziej podatnych na manipulację celebrytów i polityków. Dochodzi do tego nawet, iż niektórzy wychodzą z propozycjami, by swojego egzemplarza (nośnika) oryginalnego programu, e-booka (!sic) czy muzyki lub filmu nie wolno było dalej pożyczać, odsprzedawać lub darować!

    Ciekawostką, na którą prawie nikt nie zwraca uwagi, jest fakt, iż sposób informowania o prawach autorskich i warunkach licencji jest sprzeczny nie tylko z przepisami prawa, ale nawet jego fundamentalnymi zasadami. Kupując w kiosku ofoliowaną gazetkę nie mamy możliwości przed zawarciem umowy dowiedzieć się, jakie są warunki licencji (postanowienia zawieranej właśnie przez nas umowy) na używanie dołączonej do niej płytki z oprogramowaniem, muzyką, filmem czy inną zawartością. Ba – czasami oznaczone jako chronione prawami autorskimi są treści dostępne w domenie publicznej lub ograniczonych praw autorskich, a nie słyszałem, by ktokolwiek odpowiedział za takie łamanie prawa. Kuriozum jest zaś powszechna klauzula, iż płytki nie wolno dalej odsprzedawać. To tak jakbyś kupił samochód i dopiero w domu, w garażu, dowiedział się z notki przyklejonej pod kołem zapasowym w bagażniku, iż nie wolno ci odsprzedać tego koła inaczej jak razem z samochodem. Albo że nie możesz samodzielnie naprawić usterki zakupionego produktu, co w przypadku samochodu na razie budziłoby sprzeciw, ale jest już normą w dziedzinie oprogramowania. Przykłady można mnożyć. Paranoja. Gdzie fundamentalne prawo do poznania warunków umowy przed jej zawarciem?! No i te warunki!

    Jeśli już jesteśmy przy nieuczciwych biznesach, to wspomnę tylko, iż jest coraz poważniejsza grupa ludzi, którzy nieźle żyją z wykorzystywania niekompetencji sądów, prokuratury i policji w tej materii. Powiem tylko, iż miałem przyjemność zostać oskarżony przez jedną z takich firm. Uczyniła sobie ona źródło dochodu z mapek, które umieściła w internecie. Potem zajmowała się ściganiem webmasterów amatorów, blogerów i innych frajerów. Na ogół zadowalała się dość słoną opłatą „za straty”, ale opornych ścigała za pomocą policji i prokuratury, które to instytucje takie usługi wykonują gratisowo. Żeby było ciekawie, nie sprawdzają one, czy skarżący faktycznie ma tytuł prawny do treści, których nieprawnego wykorzystania dochodzi. W tym wypadku firma skarżąca była sama oskarżona przez Instytut Geodezji i Kartografii, gdyż nie zapłaciła za mapy, które sama do sieci wstawiła, czyli po prostu je ukradła. Znając tę sytuację z oskarżenia się ucieszyłem, tym bardziej, iż moja mapa, choć bliźniaczo podobna do wspomnianych, została wygenerowana z oryginalnego legalnego programu znanej firmy, który to program posiadam zresztą do dzisiaj. Okazało się, że cieszyłem się za wcześnie myśląc, iż będę mógł sam potem dochodzić swych praw z tytułu zniesławienia. Policja i prokuratura wielce gorliwie kilkakrotnie mnie przesłuchiwała i dokonywała dwukrotnie (!sic) oględzin płytki ze wspomnianym programem. Dopiero po kilku miesiącach uznała, że chyba da mi spokój. Odmówiono jednak wszczęcia postępowania o fałszywe oskarżenie, gdyż „przecież zarzutów mi nie przedstawiono”. Mogłem niby się odwoływać od tego postanowienia albo pozywać na drodze cywilnej, ale miałem już wcześniejsze doświadczenia, które mnie zniechęciły – trzy razy wykorzystywano moją twórczość bez mej zgody, i dowiedziałem się w trakcie prowadzonych z mojego zawiadomienia postępowań, iż policja i prokuratura chętnie odwala robotę za firmy, które mają na etacie zastęp prawników, bojąc się ich i woląc mieć święty spokój, ale olewa zwykłych ludzi. Zwłaszcza, jeśli oskarżonym o naruszenie praw autorskich ma być duża zagraniczna firma kapitałowa, gdzie trudno znaleźć winnego podjęcia jednej konkretnej decyzji, a pokrzywdzonym jest przysłowiowy Kowalski. Postępowania moje umarzano, po zażaleniu podejmowano i bez żadnych czynności znów umarzano. Na bezczelnego. Dałem sobie spokój.

    Mając powyższe na uwadze i widząc wśród znajomych z sieci kompletną beztroskę jednych oraz przesadną ostrożność drugich, postanowiłem skrótowo i praktycznie przedstawić moje podejście do tematu, co może pierwszych ustrzec od kłopotów w przyszłości, a drugim dać nieco więcej śmiałości.

    Mamy zasadniczo trzy rodzaje praw autorskich:

    1. Pełna ochrona, wszelkie prawa autorskie zastrzeżone, Copyrigt, All rights reserved, itd.
    2. Pewne prawa zastrzeżone, Some rights reserved, Creative Commons
    3. Prawa “porzucone”, Copy left

    Pierwsze trzeba omijać z daleka. Ich zastosowanie bez dogadania się (na piśmie) z właścicielem praw, to pewna droga do kłopotów. I tutaj ważna uwaga. Zgodnie z obowiązującym u nas prawem każde dzieło podlega ochronie, nawet jeśli nie jest oznaczone ©. Są cwaniacy, o czym już wspominałem, którzy specjalnie umieszczają w sieci treści (mapy, grafiki, zdjęcia, itp.) nie oznaczając rodzaju praw autorskich, które ich dotyczą, a potem żyją ze ścigania naiwnych, którzy te rzeczy umieścili na swych stronach i blogach. Wszelkie więc treści, przy których nie ma informacji o prawach autorskich lepiej omijać z daleka i traktować jako Copyrighted. Oczywiście są wyjątki. Dla książkolubów najważniejsze są dwa: cytat i recenzja. Tych chyba nie trzeba wyjaśniać. Szczególnym casusem wydaje się sprawa okładek, co do której książkoluby mają ciągłe wątpliwości. Zamieszczają na swych blogach i stronach linki do witryn, z których pochodzi zdjęcie okładki, lub zaznaczają, iż sami je zrobili, cyrk po prostu. Tym jednak zajmiemy się w punkcie trzecim.

    W przypadku pewnych praw zastrzeżonych sprawa jest klarowna i czysta. Jeśli wypełnimy warunki licencji, często wystarczy uznanie autorstwa, możemy korzystać. Niekomercyjnie! To ważne, gdyż moim zdaniem blog czy strona z reklamami przynoszącymi dochód nie jest działalnością niekomercyjną i oby ktoś się kiedyś na tym nie przejechał.

    Prawa odrzucone to ciekawa konstrukcja stanowiąca techniczne i moralne odwrócenie praw zastrzeżonych. Twórca najpierw zastrzega prawa do swego dzieła (by jakiś cwaniak po czasie nie dowodził, iż należą do niego) a następnie zezwala wszystkim na dowolne kopiowanie, dystrybuowanie oraz modyfikowanie danej pracy lub pracy pochodnej pod warunkiem, iż wszelkie kopie i dzieła pochodne również będą objęte klauzulą copyleft. Cel takiego zabiegu jest chyba jasny dla każdego. Tutaj dochodzimy do domeny publicznej (public domain).


    Najogólniej jest to zbiór wszystkich tych wartości, które nie są objęte prawami autorskimi, jak choćby dzieła, których czas ochrony wygasł ze względu na upływ czasu. W Polskim prawie pojęcie jako takie nie występuje, zastępuje je wygaśnięcie praw majątkowych, ale nie mieszajmy tutaj zbytnio, by nie zaciemniać obrazu. Sęk bowiem w tym, iż w Polsce, i nie tylko, nie brak cwaniaków. Robią oni zdjęcie starego obrazu, lub jeszcze innego dzieła, do którego prawa wygasły, i oznaczają jako prawa zastrzeżone , gdyż „zrobili zdjęcie”. Jest to kolejny, ewidentny przykład oszołomstwa i zastoju mózgowego, jakiego niektórzy doznają na sam dźwięk słów „prawa autorskie”. Łatwo bowiem wywieść, iż takie podejście jest sprzeczne nie tylko z samą ideą domeny publicznej, ale także z ograniczonym w czasie trwaniem praw autorskich (w Polsce praw majątkowych z nim związanych). Krótki przykład – ktoś kiedyś zrobił piękne zdjęcie na którym zbił majątek, ale z mocy przepisów oraz upływu czasu prawa do niego wygasły. Ktoś inny robi zdjęcie tego zdjęcia i co? Mamy znów prawa autorskie biegnące od początku, tylko dla nowego autora? GŁUPOTA! Zapamiętajmy więc formułkę „Zgodnie z oficjalnym oświadczeniem Wikimedia Foundation wierne reprodukcje dwuwymiarowych utworów z domeny publicznej są w domenie publicznej, zajmowanie przeciwnego stanowiska godzi w samą ideę domeny publicznej”. To samo można odnieść do praw autorskich, które wygasły. I tu wracamy do okładek książek, czasopism, plakatów filmów, itd. umieszczanych w recenzjach. Jeśli uznajemy, że stanowią one element recenzji, wizualny cytat, ograniczenia praw autorskich nas nie dotyczą. Jeśli zaś nie, to dotyczą. W żadnym jednak wypadku nie ma żadnych praw ktoś, kto zdjęcie takiego czegoś wykonał, nawet gdy prawa autorskie trwają. Trwają bowiem prawa autorskie twórcy do okładki, które wyłączamy na zasadzie cytatu i recenzji, ale nie prawa tego, kto tę okładkę odwzorował. No, chyba, że odwzorował ją „artystycznie”. Jeśli nie chcecie mieć problemów z takim „artystą”, który wykonując robotę przewidzianą dla maszyny zwanej skanerem uważa się za twórcę, po prostu sami skanujcie okładki, róbcie zdjęcia plakatów. Chyba każdy telefon komórkowy ma teraz aparat wystarczający do zrobienia zdjęcia na bloga, a w każdej bibliotece jest skaner. A jeśli nawet nie ma, to gdzieś w pobliżu jest.

    Jak już wyżej wspomniałem, nawet to, że będziecie działać zgodnie z prawem, nie ustrzeże Was przed pójściem do sądu lub zapłaceniem doli cwaniakowi, jeśli na takiego traficie. A sądy, zwłaszcza polskie, są nieobliczalne. Nie ma u nas prawa precedensu, a sądy orzekają „według własnego przekonania”* i „własnego doświadczenia życiowego”**. Lub jego braku, i to zawsze trzeba brać pod uwagę. Podobnie jak to, iż są to tylko moje refleksje, a nie wykładnia obowiązująca, gdyż takiej nie ma.

    W sumie mógłbym na tym poprzestać, ale chciałbym Wam też pokazać na konkretnym przykładzie, jak kłamliwe są wrzaski płatnych tub przemysłu wydawniczego, wypisujących na wszelkich możliwych forach, iż tylko zaostrzenie praw autorskich da artystom godziwą zapłatę za ich trud. Romuald Lipko; klawiszowiec zespołu Budka Suflera i kompozytor, tylko z tytułu praw autorskich dostaje rocznie ok. 2 mln złotych. Do tego dochodzą jeszcze udziały z honorarium za koncerty (zespół bierze 60 tys. Złotych za jeden koncert) i inne przychody***. Pozostawię to bez komentarza i na tym temat zakończę


    Wasz Andrew


    * Sąd ocenia wiarogodność i moc dowodów według własnego przekonania, na podstawie wszechstronnego rozważenia zebranego materiału. Art. 233.§ 1.KPC
    ** Art. 7.kpk Organy postępowania kształtują swe przekonanie na podstawie wszystkich przepro-wadzonych dowodów, ocenianych swobodnie z uwzględnieniem zasad prawidłowe-go rozumowania oraz wskazań wiedzy i doświadczenia życiowego.
    *** http://www.wprost.pl/ar/185311/Ile-zarabiaja-polscy-muzycy/

środa, 6 lutego 2013

Romans w cieniu dwudziestolecia

Okładka książki Romans Teresy Hennert 

Romans Teresy Hennert

Zofia Nałkowska

Wydawnictwo: Czytelnik
Liczba stron: 173
 
 
 
 
 

Zofia Nałkowska niewątpliwie należy do grona najlepiej kojarzonych polskich pisarek. Nawet jeden z kraterów na dość odległej, z punktu widzenia naszych ziemskich miar odległości, Wenus został nazwany Nalkowska. Urodzona w 1884 roku w Warszawie autorka parała się również dramatopisarstwem, publicystyką oraz polityką. Ponadto była członkinią Polskiej Akademii Literatury, działała aktywnie w PEN Clubie oraz Związku Zawodowych Literatów Polskich, udzielała się w Towarzystwie Opieki nad Więźniami. Po wojnie została posłanką Sejmu Ustawodawczego, brała także udział w pracach Głównej Komisji Badania Zbrodni Niemieckich w Polsce, czego pokłosiem jest jedna z najbardziej znanych jej książek, Medaliony. Nałkowska posiada biografię bogatą w każdym aspekcie – w życiu prywatnym była dwukrotnie mężatką, jeszcze w trakcie pierwszego małżeństwa wraz z Leonem Rygierem zmieniła wyznanie na kalwinizm, aby ewentualnie łatwiej uzyskać rozwód. Burzliwe życie nie przeszkadzało Nałkowskiej w regularnym tworzeniu znakomitych powieści, do których zapewne można zaliczyć Romans Teresy Hennert.

Książka ta uznawana jest za jedną z najznakomitszych, jaka ukazała się w pierwszych latach istnienia II Rzeczpospolitej. Opinia bardzo przychylna, może nieco wyrośnięta, ale z pewnością zawierająca w sobie sporo prawdy, bowiem Romans Teresy Hennert to ambitna proza psychologiczna, prezentująca równocześnie bogatą panoramę życia codziennego oraz obyczajów Polski z okresu dwudziestolecia międzywojennego.
Znaczek z podobizną Zofii Nałkowskiej [http://salonliteracki.pl/blog/przeczytanki/]
Akcja powieści rozgrywa się w Warszawie. Czytelnik jest świadkiem rozkwitu dwóch romansów. Ofiarami kobiecego uroku padają wojenni kamraci, podstarzały już porucznik Gondziłł oraz jego młodszy kolega, pułkownik Omski. Gondziłł, lekkoduch, żyjący na krawędzi ubóstwa, ale zawsze potrafiący wysupłać ostatnie grosze na wystawny i suto zakrapiany alkoholem obiad z kolegami zakochuje się w młodej sekretarce Elżbiecie, córce pana Sasina, przedsiębiorcy drzewnego. Niemal równocześnie otrzymuje propozycję pracy dla znanego i szanowanego dyrektora Hennerta. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności zajęcie wiąże się z interesami pana Sasina. Gondziłł bez większego namysłu przystaje zatem na propozycję, a za zarobione pieniądze stara się sprostać kolejnym kaprysom młodocianej kochanki. Działalność Gondziłła nie jest jednak do końca legalna i kiedy wychodzi na jaw, jego dotychczasowi mocodawcy kategorycznie się od niego odcinają. Żona Gondziłła, Binia przeżywa podwójny dramat – nagle okazuje się, że jej ukochany mąż jest przestępcą, a ponadto niemal wszystkie oszczędności przepuszczał na prezenty dla swojej kochanki. Binia nie jest w stanie, czy też nie chce uwierzyć w podwójne życie małżonka, upierając się przy tezie, że Gondziłł padł ofiarą prowokacji.

Drugi, tytułowy romans dotyczy pułkownika Omskiego oraz żony dyrektora Hennerta, Teresy. Pułkownik Omski to narzeczony Basi Olinowskiej, znajomej Elżbiety Sasin, również pracującej na stanowisku sekretarki w biurze dyrektora Hennerta. Omski to człowiek z dość mrocznym dzieciństwem – jego ojciec regularnie upokarzał matkę, stosując wobec niej zarówno przemoc fizyczną jak i psychiczną. Znęcał się nad nią z lubością opowiadając o kolejnych kochankach oraz upodlając się. Wydaje się, że poprzez tak bezwzględne traktowanie swojej małżonki, ojciec Omskiego próbował zamaskować własne kompleksy w stosunku do lepiej urodzonej partnerki. Młodość Basi Olinowskiej to idealne przeciwieństwo trudnych przeżyć Omskiego – można nawet odnieść wrażenie, że jest to przykład kolejnej skrajności, tyle, że odwrotnej. Basia żyła w rodzinie przewrażliwionej na punkcie wzajemnego dobra oraz szczęścia. Prześcigając się w trosce o siebie oraz uprzejmościach, rodzicie Basi powoli utracili kontakt z rzeczywistością, tworząc równocześnie wokół swojego dziecka nieprzenikalną skorupę, przez którą nie powinny przebijać się żadne bodźce z okrutnego świata zewnętrznego. Związek Olinowskiej z Omskim jest zatem podyktowany wzajemną fascynacją – Omski postrzega Basię przez pryzmat szczęścia rodzinnego, którego nie dane mu było zakosztować, z kolei Omski dla Basi staje się pierwszym krokiem w żmudnej drodze do niezależności oraz uwolnienia się spod toksycznego wpływu tonącej w słodyczy miłości rodziców.

W momencie kiedy Omski poznaje Teresę Hennert, od razu jego serce zostaje ogarnięte obsesyjną żądzą posiadania tej kobiety. Można odnieść wrażenie, że destrukcyjna natura odziedziczona po ojcu, bierze górę nad rozumem Omskiego. Stopniowo pogrąża się on w miłosnym szaleństwie, rujnując swój związek narzeczeński z Basią. Targają nim co prawda wyrzuty sumienia, nie jest jednak w stanie przezwyciężyć uczucia, które zawładnęło nim totalnie. Omski staje się cieniem Teresy, starając się jej towarzyszyć niemal na każdym kroku. Z coraz większymi trudnościami może zaakceptować fakt, że Teresa jest żoną Hennerta, a więc z prawnego punktu widzenia nie należy do niego oraz że wcale nie kwapi się do tego, by opuścić męża. Teresa wzbudza w Omskim skrajne emocje – z jednej strony pragnie on jej ponad wszystko, z drugiej jednak darzy ją również szczerą nienawiścią. Drażni go jej styl bycia, dwuznaczna przeszłość, ciągłe kontakty z byłym kochankiem. Miłosny szał Omskiego doprowadza cały romans do fatalnego finału.

Romans Teresy Hennert to z pewnością interesująca proza psychologiczna. Nałkowska znakomicie prezentuje kolejne wzorce zachowań, odkrywa mechanizmy typowej Hassliebie (miłości-nienawiści), przedstawia, nierzadko mroczne osobowości ludzkie. Jednak studium miłosnych uniesień to tylko jeden z tematów poruszanych w książce. Powieść ta, serwuje nam bowiem szczegółowy wzgląd w środowisko oficerów, przemysłowców, dyplomatów, słowem całej śmietanki towarzyskiej II RP. Bardzo celne obserwacje z pewnością ułatwiał fakt, że w momencie powstawania powieści, Nałkowska była żoną wyższego oficera. Książka jest zatem również bardzo gorzką krytyką środowiska inteligencko-mieszczańskiego. Jest wyrazem rozczarowania, jakie przyniosły niespełnione nadzieje dotyczące odradzającego się popiołów niepodległego kraju.

Dywagacje na temat kondycji politycznej oraz obyczajowej II Rzeczpospolitej, Nałkowska przeprowadziła za pomocą szwagra Bini, profesora Laterny, jego syna Andrzeja, będącego zarazem komunistą oraz młodego porucznika i poety Lina. Cała trójka prowadzi regularne dyskusje dotyczące kształtu powojennego państwa. Przewijają się tematy patriotyzmu, nacjonalizmu, konieczności przeprowadzenia rewolucji socjalistycznej. Ogólny obraz, który maluje się na podstawie prowadzonych konwersacji nie jest zbyt optymistyczny. W społeczeństwie nadal istnieją głębokie podziały, wielu obywateli żyje na krawędzi ubóstwa, arystokracja oraz bogatsze sfery mieszczańskie toną w zepsuciu, a kierunek polityczny, który obrał okręt II Rzeczpospolita zdaje się prowadzić donikąd.

Krótko reasumując, Romans Teresy Hennert to bardzo dobra lektura. Nałkowska umiejętnie splotła wątki miłosne z doniosłymi problemami natury społecznej i politycznej. W mojej opinii najciekawiej została zaprezentowana sylwetka Omskiego, który zdaje się być symbolem maszyny wojennej, w jaką można zamienić człowieka. Bezrobotny i tonący w nudzie w czasie pokoju pułkownik próbuje znaleźć ujście dla swoich militarnych ciągotek w brutalności oraz zbrodni. Omski ze swoim barbarzyńskim okrucieństwem zdaje się być uosobieniem wojny wraz z jej katalitycznym działaniem na pobudzanie najgorszych instynktów.

Jacy jesteśmy



"Ludzie są niedoskonali. Jesteśmy skomplikowani, nie da się nas zdefiniować żadnymi mądrymi powiedzeniami czy sentencjami."
Będę tam Shin Kyung-sook