Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.
środa, 16 stycznia 2013
Uważajcie optymiści
wtorek, 15 stycznia 2013
Asymetryczny debiut
Asymetria
Rosyjska ruletka
Piotr Gibowski
ASPE TONUS 2012
Nim rozpocząłem lekturę Asymetrii miałem już świadomość, iż Piotr Gibowski najprawdopodobniej wziął na swe barki zadanie przekraczające możliwości debiutanta, nawet najbardziej utalentowanego. Napisanie powieści, a zapowiedziana jest cała trylogia!, opartej na alternatywnej historii okresu poprzedzającego bezpośrednio (w sensie przyczynowym) wybuch II Wojny Światowej jest przedsięwzięciem niesłychanie ambitnym. Już sama historia tego okresu jest tak skomplikowana, tak trudna w wyważeniu sądów i ogarnięciu wszystkich krzyżujących się oraz przenikających wzajemnie wątków, iż ten okres prawdziwie może ilustrować jeden z aspektów mojego ulubionego cytatu: „– Ile jest historii? - Tyle ilu jest ludzi.”* Inaczej widzą to Anglicy, inaczej Polacy, inaczej Rosjanie. Inaczej ja, inaczej każdy z Was, Drodzy Czytelnicy. Między jednymi rozbieżności są wielkie, między innymi minimalne, ale zawsze się jakieś znajdą. Trudno pisać o międzywojniu naprawdę dobrze, a co dopiero mówić o napisaniu jego alternatywnego przebiegu. Wyłożyć się można już na samym materiale wyjściowym, o co dopiero na tym, co by było gdyby… Z drugiej jednak strony zawsze hołdowałem zasadzie, iż większą frajdę ma ten, kto próbuje sięgnąć gwiazd, niż ten, kto schyla się po szeląg leżący w błocie… Pod warunkiem, że się temu pierwszemu uda. Postanowiłem więc sprawdzić co spłodził Piotr Gibowski i co warta jest pierwsza jego powieść o podtytule Rosyjska ruletka.
Kanwą fabuły jest przeniesienie się w czasie niewielkiej grupy polskich uczniów i żołnierzy z roku 2011 do 1927 (nie wiem czemu w notce na okładce książki i w wielu recenzjach widnieje data o rok późniejsza). Autor, „z wykształcenia psycholog, z zamiłowania historyk”** nie wdaje się w rozważania na temat przyczyn i możliwości podróży w czasie ani związanych z tym paradoksów. I dobrze, gdyż koncentrujemy się na formule „co by było gdyby”, która jest przypadłością wielu, zwłaszcza młodzieży i historyków, a która jest tym mniej rozsądna, im większą rozpiętość czasową rozpatrujemy i im poważniej to traktujemy***. No chyba że wchodzimy w kanon science fiction, gdzie naszą science jest historia, polityka, ekonomia i inne nauki. Wtedy wszystko gra i z tym przekonaniem otworzyłem książkę, by rozpocząć lekturę.
Od pierwszych stron widać, iż warsztat literacki debiutanta znacznie ustępuje takim wyżeraczom pióra, jak choćby Marek Krajewski. O walorach języka, jakim napisana jest powieść nie będę się więc rozwodził, gdyż w tej dziedzinie żadnym objawieniem Piotr Gibowski nie jest. Jednocześnie jednak trzeba od razu wyraźnie zaznaczyć, iż powieść jest napisana sprawnie; bez wpadek warsztatowych utrudniających percepcję i na całkiem przyzwoitym poziomie. Wprawnie wplecione są w powieść liczne i dobrze dobrane cytaty, a uroku dodają też ukryte w tekście zwroty odwołujące się między innymi do filmów, które stały się już trwałymi elementami naszej kultury. Niestety w książce napotkamy trochę błędów, nawet ortograficznych, głównie pod koniec lektury. Mniemam, że osoba odpowiedzialna za ich usunięcie była już zmęczona, ale z drugiej strony rzecz biorąc dziwne, gdyż niektóre z nich są tego typu, iż powinien je wyłapać nawet komputerowy edytor tekstu. Jest to raczej zarzut pod adresem odpowiedzialnych za przygotowania do druku, niż autora, choć marzy mi się powrót do czasów, gdy człowiek czytający dużo nie robił błędów, ponieważ stale uczył się przez patrzenie. Teraz mamy komputery, programy, tylko rzetelności i dokładności coraz mniej oraz dyslektyków najwięcej na świecie. Na szczęście nie jest tych potknięć tyle, by wpływały na lekturę, a ta naprawdę wciąga. Wspominam o nich tylko dlatego, że jestem na takie rzeczy uczulony, a także z tego powodu, iż jak pokazał inny niedawno przeze mnie oceniany debiutant****, można je praktycznie wyeliminować nawet w naszych czasach. Odbiór ułatwia bardzo mądry zabieg, a mianowicie utworzenie podrozdziału opatrzonego miejscem i datą przy każdym przeniesieniu akcji w przestrzeni lub czasie. To znakomicie ułatwia orientację i zapobiega pogubieniu się czytelnika nawet w momencie chwilowej dekoncentracji. Prosty trick, a jakże pożyteczny, podobnie jak przypisy dolne zamiast końcowych. Godne pochwały jest także zamieszczenie bibliografii na końcu książki. Ja powieść po prostu połknąłem.
Opowiadanie dotyczące alternatywnej wersji historii jest napisać relatywnie łatwo; wystarczy dobry pomysł i mocne zakończenie. Wielowątkowa, wielopłaszczyznowa powieść w tym kanonie to prawdziwe pole minowe, zwłaszcza jeśli autor pokusił się o umiejscowienie akcji w dziejach w miarę nowych, o których wiedza historyczna jest bogata, a oceny zróżnicowane, i jeśli, jak Piotr Gibowski, próbuje oddać współzależności między polityką, gospodarką, nauką, mechanizmami socjologicznymi i wszystkimi tymi dziedzinami, które wpływają na kształt naszej teraźniejszości i przyszłości, które kiedyś, dla kogoś, będą przeszłością. Za odwagę pochwała i wielkie uznanie.
Nie sposób nie wspomnieć o jednej rzeczy, która rzuca się w oczy niemal od pierwszych stron powieści; o bardzo rzetelnym przygotowaniu merytorycznym. Nawet osoby obeznane w historii znajdą w powieści ciekawostki i szczególiki, które mogą je zainteresować albo rozbawić. Nie jest to jednak książka o historii, która była, i przestrzegałbym przed traktowaniem jej w ten sposób. Niektórzy sami bez żadnych wątpliwości dojdą, gdzie mamy do czynienia z faktami, ale większość z Was lepiej niech wszystko poza najbardziej znanymi konkretami przyjmuje jako fikcję, no chyba że każdą rzecz chcecie sprawdzać w źródłach. Prawda jest bardzo umiejętnie spleciona z alternatywną wersją dziejów i wielu może mieć problemy z wyłapaniem granicy między nimi, co jest dla mnie wielką zaletą, ale może być pułapką dla większości czytelników, którzy nie daj Boże będą na fałszu opierać swoje przemyślenia.
Niestety, dla mnie, choć rozumiem, że nie dla każdego, wielką wadą powieści jest jej asymetria. Z jednej strony rzetelne przygotowanie autora w zakresie faktów i związków przyczynowo-skutkowych, z drugiej zacietrzewienie w nienawiści do bolszewizmu prowadzące aż do zaślepienia, które z kolei, pomimo ewidentnie przebogatej wiedzy historycznej, prowadzi miejscami do błędów, a nawet sprzeczności. Z jednej strony świetnie ujęta moc ofensywna wywiadu sowieckiego, a z drugiej absolutne niedocenienie ich kontrwywiadu, który przecież był chyba najszczelniejszym w dziejach. Sposób ukazania sowieckich obozów również mnie nie przekonuje, gdyż jest bardziej przesycony nienawiścią niż wspomnienia wielu ludzi, którzy je przebyli. Podobnie naigrywanie się z głupoty Stalina jest aż niesmaczne. Stalin naśmiewający się z dzieł sztuki od razu skojarzył mi się z papieżem, który latał po Watykanie i tłukł antycznym posągom po genitaliach, a zarazem był nieomylny w sprawach wiary. Jak mówił klasyk***** głupi to ten, który głupio czyni. Stalin ograł wszystkich. I swoich, którzy też chcieli być cezarami, i obcych, w tym Polskę. Poniżając go poniżamy wszystkich tych, którzy z nim przegrali. Przykłady można mnożyć, ale Bajka o Smoku Wawelskim w wydaniu alternatywnej rzeczywistości to już kuriozum. Indoktrynacja od najmłodszych lat, nauka nienawiści od kołyski. Sorry - ja się pod takimi ideami nie podpisuję, niezależnie od tego, kto mam być tej nienawiści celem. Co innego kochać swoje wartości, a co innego nienawidzić obcych. Z pierwszym można być światłym i tolerancyjnym, a jednocześnie bezkompromisowym w obronie swej wolności, z drugim zaś, jeśli tylko zajdą odpowiednie okoliczności, zostaje się kanalią i zbrodniarzem. A skazywanie na śmierć ludzi za czyny, które dopiero mają popełnić, w dodatku w innej wersji historii, to już naprawdę moralne dziwo.
No i jeszcze jedna sprawa, skoro już jesteśmy przy asymetrii. W przyrodzie i historii dysproporcja nie gwarantuje sukcesu temu, kto ma więcej, kto teoretycznie ma przewagę. Popatrzmy na wojujący Islam i USA. Teoretycznie USA powinny wygrać, mając przewagę technologiczną, finansową, militarną i polityczną, zwłaszcza wobec rozdrobnienia i podziałów wśród państw arabskich, które nie potrafią poradzić sobie nawet z Izraelem (druga asymetria). A jednak to islam wygrywa, gdyż umiejętnie wykorzystując właściwości asymetrii nie staje do walnej rozprawy z USA, którą by przegrał, ale uderza tam, gdzie Zachód odpowiedzieć nie może. Oto mamy ostoję demokracji, gdzie z każdym rokiem pod parciem islamskiego terroryzmu coraz bardziej ogranicza się prawa obywatelskie, gdzie można ludzi torturować, bez wyroku pozbawiać wolności, a nawet pozbawiać życia własnych obywateli w imię wyższego dobra. Gwiazda wolności, gdzie mamy totalną inwigilację przebijającą Orwella. A po drugiej stronie islam, który nie zmienił się ani trochę. Jak dążył do zawładnięcia światem, tak dąży, jak wzywał do mordowania niewiernych, tak wzywa. I morduje. Nie ustąpił ani o krok. Chrześcijanie co rok publikują rosnącą systematycznie liczbę zabitych za wiarę wyznawców Jezusa, ale jednocześnie, w imię poprawności politycznej, twierdzą, iż muzułmanie to ich bracia w wierze. Ciekawe co przyszło Ablowi z tego, że Kain jego bratem był? To właśnie uroki asymetrii. To jakby uciekło autorowi, mimo iż asymetria jest tytułem powieści i motorem rozwoju fabuły. Widać to nawet w sprawach tak znanych jak łamanie szyfrów. Każdy historyk i wojskowy wie, a przynajmniej powinien, iż strona znająca szyfry przeciwnika z tej wiedzy korzystać musi niezmiernie ostrożnie, godząc się nawet na straty, których mogłaby uniknąć, gdyby ze swej wiedzy skorzystała. Wystarczy bowiem cień podejrzenia, nie trzeba nawet pewności, by druga strony szyfry zmieniła. Do dziś historycy mówią więc często, iż "być może ci lub tamci wiedzieli, prawdopodobnie rozszyfrowali, wiele skazuje na to, że umieli łamać". To wszystko gdzieś uciekło.
No – trochę ponarzekałem, trochę pochwaliłem, a teraz czas na podsumowanie. Choć większość krytyków, a nawet sam autor, zastrzega się, iż to nie jest powieść dla każdego, ja myślę, iż każdy może po nią sięgnąć. Nie namawiam, by od razu wszyscy lecieli i ją kupowali. Ja sam raczej bym w nią nie zainwestował. W bibliotekach jest jednak możliwość, by czytelnicy zarekomendowali książkę do zakupu i są na to fundusze. Tę formę bym proponował, gdyż niewątpliwie jest to rzecz warta poznania, chyba pierwsza poważniejsza tego typu próba w polskiej literaturze, a i w światowej niełatwo znaleźć coś podobnego. Tym bardziej, iż jest to debiut, należy docenić odwagę autora, wielki wkład pracy i oryginalne potraktowanie tematu. Mam nadzieję, że następne powieści zapowiadanej trylogii, po usunięciu niedociągnięć, mogą się okazać naprawdę dobre. Trudno być jednak prorokiem i dlatego musimy po prostu poczekać, a ja już czekam z niecierpliwością
Wasz Andrew
** z notki na okładce książki
*** Co by było, gdyby kule chybiły Kennedy’ego? Żyłby w następnym momencie. Takie stwierdzenie ma jeszcze sens. Ale gdybanie, co byłoby dziesięć lat później jest po prostu fantastyką. Ma sens o ile mamy świadomość, iż mówimy tylko i wyłącznie o prawdopodobieństwach, a nigdy o pewności, że jakiś skutek by wystąpił.
**** Mariusz Zielke Wyrok. Inna sprawa, że choć to debiut powieściowy, jednak autor jest już bardzo otrzaskany w sprawie publikowania swoich tekstów w prasie i jest debiutantem tylko w kategorii powieść, jako dziennikarz znany i uznany.
***** Rain Man (1988) Zapraszam również do lektury listu, który otrzymałem od pisarza za tę recenzję
poniedziałek, 14 stycznia 2013
Przeminęło z wiatrem
Ostateczni
Henryk Wiatrowski
Wydawnictwo: Spółdzielnia Pracy "Kurier Podlaski"
Liczba stron: 212
W dzisiejszej recenzji chciałbym nieco przybliżyć sylwetkę Henryka Wiatrowskiego, polskiego pisarza science fiction,
który jednak w szerszych kręgach literackich jest w ogóle nieznany, w
najlepszym razie bardzo słabo kojarzony. Urodzony w 1951 roku
zagórowianin ma w swoim dorobku 3 powieści. Współpracujący m.in. z
tygodnikiem Nurt dziennikarz spłodził swoje książki stosunkowo późno, będąc już człowiekiem dobrze po trzydziestce. Debiutancki Czas oczyszczenia ujrzał światło dzienne w 1986, dwa lata później ukazał się Rycerz światłości, a w 1991 roku wydana została ostatnia jak do tej pory powieść, Ostateczni.
Ostateczni poruszają bardzo popularny w literaturze science fiction motyw apokalipsy. Ziemia, a przynajmniej jej zdecydowanie większa część, tzw. Strefy Zakazane,
zamieniła się w siedlisko ogromnych owadów, przerośniętych gadów oraz
olbrzymich szczurów. Pośród nich swoją egzystencję próbują prowadzić
mutanci, potomkowie ludzi, którzy dopuścili do atomowej zagłady planety i
nie zdołali schronić się przed jej skutkami. Całe połacie Ziemi nie
nadają się do życia, bowiem albo zamieniły się w bezkresną pustynię,
albo też wykwitły na nich wulkany, obficie plujące rozgrzaną lawą.
Wszelakie tereny zielone, które zdołały przetrwać zamieszkuje
przerośnięta fauna, z którą zmagają się w codziennej walce o życie
mutanci. Żywot ludzkich potomków nie jest zatem łatwy. Aby jakoś
przetrwać, mutanci, którzy musieli zejść do podziemnych bunkrów,
pozostałościach po wielkiej wojnie, żyją w hordach o typowych
strukturach plemiennych, znanych nam z początków ludzkości.
Najmądrzejszy członek, cieszący się największą estymą wśród
współplemieńców oraz noszący na barkach największy bagaż doświadczeń,
pełni funkcję naczelnika, czyli przywódcy hordy. Kobiety, przesiadujące
praktycznie całymi dniami w bunkrach zajmują się przygotowaniem strawy,
pielęgnowaniem rannych, etc., natomiast najsprawniejsi mężczyźni zostają
myśliwymi, polującymi na ogromne robale.
Życie mutantów jest stosunkowo krótkie.
Najmniej ostrożni giną od szczęk owadów, wielu zaskakuje gwałtownie
zmieniająca się pogoda. Ci, którzy nie wpadną w łapy dzikich zwierząt,
których oszczędzi kapryśny klimat, umierają z powodu licznych mutacji,
okaleczających ich zdeformowane ciała. Wiatrowski powstrzymał jednak
wodze fantazji i nie podoczepiał swoim bohaterom dodatkowych kończyn,
nie dodał im żadnych specjalnych mocy. Mutacje, tak jak jest to w
rzeczywistości, w większości przypadków (chociaż nie we wszystkich!)
okazują się kompletnie nieprzydatne, w niczym nie ułatwiające codziennej
egzystencji. Są to najczęściej zmiany skórne, narosty, zgrubienia czy
deformacje narządów. Sprawia to oczywiście, że wygląd nowego plemienia
ludzkiego nie jest zbyt atrakcyjny, jednak mutanci są w stanie przekonać
się o własnej brzydocie dopiero wtedy, gdy zawita do nich ktoś spoza Stref Zakazanych.
Jednym z takich gości o idealnie
gładkiej cerze, pozbawionej jakichkolwiek wad jest Je. Tajemnicza
przybyszka, brutalnie zgwałcona przez mutantów, pozostawiona została
niczym zużyta zabawka na pastwę bezlitosnych owadów. Uratował ją myśliwy
Sa, członek hordy darzącej kobiety znacznie większą estymą. Czytelnik
zresztą szybko przekonuje się, że plemię, do którego należy Sa było
celem wyprawy Je, więc absolutnie nie można powiedzieć, że trafiła ona
do niego przypadkowo. Ofiarę oraz wybawiciela połączy swoista więź,
będąca w stanie przezwyciężyć nawet wzajemne poczucie obcości oraz
odmienności. Wydaje się, że jednym ze skutków tego dziwnego uczucia jest
szczerość Je, która wyznaje myśliwemu, że paczki żywności, leków oraz
innych niezbędnych drobiazgów, znacznie ułatwiających ekstremalnie
trudną egzystencję, pojawiające się od czasu do czasu w okolicy, wcale
nie są darami od bogów, ani żadnych innych pomniejszych bóstw. Natomiast
ściana świata, za którą trafiać mają zmarli, by wieść szczęśliwy żywot
wieczny, wcale nie jest dziełem boskiego demiurga. Stworzyli ją ludzie,
którzy zdołali uchronić się przed skutkami atomowej katastrofy,
odgradzając się raz na zawsze od Stref Zakazanych z ich mutantami, dziką i nieokiełznaną przyrodą oraz szalejącym klimatem.
Nie zdradzając zbytnio dalszej części
fabuły, rzeknę jeszcze, że Sa zostanie swego rodzaju prorokiem, którego
marzeniem, czy raczej celem, będzie poprowadzenie swojego okaleczonego,
odrzuconego oraz niechcianego ludu do należnej im ziemi obiecanej. Co
chyba oczywiste, jeśli weźmie się pod uwagę odwieczną skłonność
ludzkości do konformizmu, roszczenia sobie prawa do decydowania o losach
innych oraz przewrażliwienie na punkcie bycia najinteligentniejszą
formą życia na planecie, wielka wyprawa ku bramom raju zakończy się
fatalnym finałem.
Książka Wiatrowskiego jest trochę zbyt
krótka. W pewnym momencie zdarzenia zaczynają się rozgrywać
błyskawicznie, a finał został maksymalnie skrócony, brutalnie wyciśnięty
niczym soczysta pomarańcza, przez co szklanka satysfakcji napełniła się
jedynie w połowie. Można odnieść wrażenie, jakby Wiatrowski brzydził
się opisywać niegodziwości, do których zdolni są posunąć się ludzie w
imię fałszywych idei, tak, że przez opis ten postanowił przebrnąć jak
najszybciej, jak najbrutalniej, paląc wręcz wszystkie mosty, odbierając
ofiarom każdą, najmniejszą nawet nadzieję na przetrwanie.
Powieść ma oczywiście kilka zalet,
którymi skutecznie się broni, pomimo drastycznie amputowanego
zakończenia. Dość interesująco został opisany świat, czy raczej jego
pozostałości. Apokaliptyczna wizja przyszłości jest przy tym dość spójna
i mało wydumana. Autor zastosował się zdecydowanie do brzytwy Ockhama i
nie mnożył bytów ponad miarę. Ludzie, mutanci, będący jedynie ofiarami
promieniowania oraz przerośnięta fauna – to wszystkie gatunki
zamieszkujące Ziemię po katastrofie. Autor uraczył nas także ciekawymi
opisami urządzeń, czy technik, których mógłby używać człowiek
przyszłości.
Jednak zdecydowanie najsilniejszym
punktem lektury jest wnikliwa refleksja na temat człowieka. Wiatrowski
bardzo celnie ukazał jak niechętnie ludzkość bierze odpowiedzialność za
własne czyny, za szkody wyrządzane czy to planecie, czy to środowisku,
czy też innym formom życia. Ludzie posiadają wręcz naturalne poczucie
wyższości nad pozostałymi istotami rozumnymi, przez co przypisują sobie
prawo traktowania ich jako obiekty eksperymentów, decydowania o ich
losach, wreszcie bez mrugnięcia okiem są w stanie zgładzić wszelkie
gatunki, które mogą w jakimkolwiek stopniu zagrażać ich dominacji.
Finalnie to właśnie ludzkość okazuje się najgroźniejszą, najbardziej
okrutną formą życia na planecie. W swoim postępowaniu kieruje się
głównie strachem oraz egoizmem, co w połączeniu z inteligencją, której
owocami są broń, wszelakie formy zniewolenia, techniki uśmiercania,
etc., prowadzi do krwawej oraz bezsensownej hekatomby. Wiatrowski
poprzez podwójną zbrodnię ludzi stara się udowodnić, że człowiek nie
jest w stanie uczyć się na bazie popełnianych błędów, że choćby bez
przerwy powielał te same schematy, to nadal pozostanie najgłupszym
okazem, nie potrafiącym wyciągnąć żadnych konstruktywnych wniosków.
Krytyka bardzo ostra, ale jakże celna.
Kulki na wierzchu
Nie lubię zajmować się krytyką sztuki innej niż literacka, a jeśli już się za to biorę, większy nacisk kładę na treść, niż na formę. O gustach trudno dyskutować; są zależne od wielu czynników. Czasami zdarzy mi się wypowiedzieć o filmie; w końcu w kinematografii, jak w teatrze, treść też niebagatelną rolę pełni. Do krytyków innych gatunków ekspresji artystycznej, jak choćby malarstwa, mam stosunek bardzo krytyczny (co za przydatne słowo), czemu już nieraz dawałem wyraz w swych felietonikach. Tym razem jednak złamię swe zasady, choć nie tak do końca.
Kiedy w me ręce trafiła Asymetria. Rosyjska ruletka, czyli debiut powieściowy Piotra Gibowskiego, nie od razu zacząłem lekturę, gdyż (po raz kolejny zresztą) kończyłem właśnie mój ulubiony Potop. Miałem więc czas zastanowić się nad moimi odczuciami dotyczącymi szaty graficznej frontu Asymetrii made by Regina Szczęść.
By skonfrontować swój werdykt, który zachowałem na razie dla siebie, z innym punktem widzenia, spytałem moją piękniejszą i mądrzejszą połówkę, która okładkę powieści pana Piotra widziała ino raz, a i to raczej przelotnie, czy coś jej się w oczy nie rzuciło. Rzuciło i zapamiętało. Cytuję:
- Że taka komiksowa?
- A jeszcze coś?
- Że kulki są na wierzchu?
No i o to chodzi. Komiks jest dla mnie osobiście gatunkiem sztuki równoprawnym z literaturą, rysunkiem czy malarstwem. Można go lubić lub nie. Ja osobiście za nim nie przepadam, choć do dziś z sympatią wspominam przygody Kajka i Kokosza, Tytusa i jego bandy czy komiksową wersję Klossa, a cykl Kajtek i Koko w kosmosie wręcz uwielbiałem i nie pogniewałbym się, gdybym kiedyś pod choinką znalazł komplet ich przygód. Choć więc wielu osobom pewna komiksowość okładki się może nie spodobać, dla mnie nie miało to znaczenia. Załamała mnie sprawa tych „kulek”.
Debiutancka powieść Piotra Gibowskiego w założeniu autora jest adresowana do ludzi inteligentnych, raczej mężczyzn; najprawdopodobniej ze względu na częstsze wśród nich powinowactwo ku historii i polityce, sprawom wojskowym i ekonomicznym. Skoro osoba w ogóle nie zainteresowana historią, bronią i techniką, a wyposażona tylko w prawniczą dociekliwość i zwykły rozsądek, już na pierwszy rzut oka zauważa karygodny błąd merytoryczny w obrazie rewolweru wycelowanego w Stalina, to jakie wrażenie odniesie ktoś znający się na rzeczy? Czy nie ominie tej książki szerokim łukiem obawiając się, iż w treści są błędy równie rażące co ten na okładce? Każdy, kto choć raz widział rewolwer, nawet niekoniecznie od tyłu, musi wiedzieć, że naboje nie mogą być w całości widoczne, bo by z bębenka po prostu powypadały. Nie musi nawet wiedzieć, wystarczy tylko w trakcie rysowania pomyśleć.
Komiks ani karykatura nie usprawiedliwiają braku myślenia ani niechlujstwa. Może są nawet bardziej wymagające, gdyż uproszczona forma powoduje przerysowanie jednych elementów przy zanikaniu innych, i ten właśnie zabieg decyduje o sukcesie lub porażce, o granicy między sztuką a bohomazem. Udane przejaskrawienie jednych szczegółów i zrezygnowanie z innych to klucz do tych dziedzin sztuki. Ukazywanie jednak elementów, których być nie powinno, w dodatku tak wyraźnie, jest ewidentnym błędem. Nie wiem, czy pani Regina Szczęść miała ciężki dzień, czy też taki jest zwykły poziom jej prac – to bez znaczenia. Biorąc pod uwagę docelową grupę, do której powieść jest adresowana, w moim odczuciu wyrządziła powieści i jej autorowi wielką krzywdę. Jeśli za tę pracę wzięła jakiekolwiek honorarium, to zwykła ludzka przyzwoitość kazałaby je zwrócić, a co najmniej pisarza przeprosić. Mam wrażenie, iż ta okładka nie zachęci nikogo, a wielu może zniechęcić. Zły gust można wybaczyć, o ile coś takiego naprawdę istnieje, ale błędy merytoryczne są niewybaczalne, zwłaszcza jeśli są prostackie. A jakie są moje wrażenia z samej lektury? Zapraszam jutro
Wasz Andrew
Zapraszam również do lektury recenzji o samej książce, a przede wszystkim listu, który w nagrodę otrzymałem od pisarza
niedziela, 13 stycznia 2013
Nie zapomnimy
"Pod pałacem prezydenckim koło krzyża stali ludzie z transparentem: "Nie zapomnimy o mordzie naszego prezydenta"... Podeszła do nich starsza babcia i powiedziała: "Trudno będzie o niej zapomnieć, bo taka sama morda jest jeszcze w sejmie...""
źródło: MYŚLnick Biuletyn portalu RACJONALISTA.pl Wydanie #142
sobota, 12 stycznia 2013
Znów Potop
Po raz kolejny przeczytałem Potop. Nie wiem który to już raz, może dwudziesty któryś, może trzydziesty albo czterdziesty. Nieważne. Znów mnie nie zawiódł. Gdzie trzeba wzruszył, gdzie trzeba dał do myślenia, a gdzie trzeba bawił. Nic się w moim odbiorze tej lektury nie zmieniło, więc zainteresowanych odsyłam do starej recenzji, a sam biorę się za nowe czytanie, tym razem padło na coś nowego. Na co? Napiszę już wkrótce.
piątek, 11 stycznia 2013
Trudy sądzenia
"Znacznie łatwiej ocenić gościa z siekierą stojącego nad zakrwawionym ciałem czy głupka w kominiarce kradnącego pięć stów z kantoru niż gogusia w garniturze, który pięćset osób pozbawił oszczędności życia, robiąc przekręt na kilkaset milionów. Zgadnij, kto dostanie wyższy wyrok? Jeśli ten ostatni w ogóle jakiś dostanie. Po kilku latach przekupi dziennikarzy i będzie twierdził, że to była drobna sprawa i że nie powinna przeszkadzać w rozwoju jego kariery."
Mariusz Zielke Wyrok
z dedykacją ode mnie dla tych wszystkich, którzy twierdzą, że Polska jest państwem prawa, dla Sędziów i wszystkich, którzy do tego przykładają rękę, a przede wszystkim dla zakonników, którzy brali datki od szefa Amber Gold i nie zamierzali ich oddać z własnej woli aż do momentu, gdy zmusiła ich do tego sytuacja
czwartek, 10 stycznia 2013
Jak nas widzą
"...wygłupy waszych posłów i brak standardów sprawią, że tak właśnie będą was postrzegać w Europie. Jak niegroźnych szurniętych troglodytów. Rosjan przynajmniej się boją. Z Polaków tylko się śmieją."
Mariusz Zielke Wyrok
Subskrybuj:
Posty (Atom)


