Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

czwartek, 11 października 2012

Ralph Ellison "Niewidzialny człowiek" - Skóra niewidka

Okładka książki Niewidzialny człowiek
 

  Niewidzialny człowiek

  Ralph Ellison


  Tytuł oryginału: Invisible Man
  Tłumaczenie: Andrzej Jankowski
  Wydawnictwo: Dom Wydawniczy REBIS
  Seria: Mistrzowie Literatury
  Liczba stron: 584
 
 

Chociaż Ralph Ellison w swoim nie tak krótkim życiu zdołał napisać zaledwie jedną książkę, to i tak uważa się go za czołowego pisarza USA, a stworzony przez niego rodzynek, Niewidzialny człowiek, uchodzi za pozycję przełomową. Widać wyraźnie, że pan Ralph postawił na jakość, a nie na ilość. Urodzony w 1913 roku na Południu, w Oklahoma City, Ellison to jeden z ważniejszych głosów murzyńskiego ruchu domagającego się pełnej równości oraz zniesienia segregacji rasowej. Początkowo, tj. w 1933, próbował studiów muzycznych w Alabamie, następnie, w 1936 r., przeniósł się do Nowego Jorku, gdzie rozpoczął działalność publicystyczną. W czasie II Wojny Światowej pływał na statkach handlowych. Wreszcie, w 1952 roku Ellison ukończył dzieło swojego życia, powieść Niewidzialny człowiek, która rok później otrzymała National Book Award.

wtorek, 9 października 2012

Raj



Raj

(oryg. Paradiset)

Liza Marklund

tłumaczenie: Kamila Knockenhauer
seria: Annika Bengtzon tom 2, Czarna Seria
Wydawnictwo Czarna Owca 2010


Mam wrażenie, że od dłuższego już czasu szukałem czegoś, co dorównałoby Millennium Stiega Larssona, gdyż nie ukrywam, iż jestem miłośnikiem szwedzkiej szkoły kryminału społecznego. Nie żebym był fanem tego kanonu, gdyż nie cierpię żadnych oznak fanatyzmu u siebie i u innych, niemniej ta właśnie odmiana gatunku jest jedną z tych, które darzę szczególną sympatią.

Sięgając po Raj nie bardzo wiedziałem, czego się spodziewać, gdyż miało być to moje pierwsze spotkanie z prozą Lizy Marklund. Już dawno przestałem dowierzać recenzjom przytaczanym na okładkach, więc zacząłem czytać pełen nadziei i jednocześnie świadom, iż być może lektura znów skończy się większym lub mniejszym zawodem.

W czasie huraganu w sztokholmskim porcie dochodzi do podwójnego zabójstwa. Aida, która ma coś wspólnego z tym zdarzeniem, spotyka początkującą dziennikarkę gazety Kvällspressen Annikę Bengtzon. Ta dowiedziawszy się, iż Aidzie grozi śmiertelne niebezpieczeństwo, postanawia jej pomóc i kontaktuje ją z fundacją Raj, o której istnieniu niedawno się dowiedziała, a która ma pomagać w „znikaniu” ludziom zagrożonym przemocą, którym państwo nie jest w stanie zapewnić wystarczającej ochrony. Jednocześnie Annika rozpoczyna dziennikarskie śledztwo w celu sprawdzenia wiarygodności tajemniczej fundacji. Jak nietrudno się domyślić, połączenie spotkania z Aidą i Rajem, to mieszanka wybuchowa.

Nie zaczynajcie lektury Raju, jeśli nie macie wolnego czasu. Trudno się od niej oderwać, a że jest to tomisko słusznej objętości, więc można się spóźnić do pracy, szkoły, czy zawalić inne terminy. Styl jest idealnie zgrany z gatunkiem i przypomina nieodżałowanego Larssona, podobnie jak rozbudowane tło problematyki społecznej, które głęboko wrasta w fabułę, akcję i charaktery głównych postaci. Sfera społeczna jest na miarę kultowego, wspomnianego już Millennium. Co dziwne w przypadku autora płci pięknej, tym razem w pozytywnym znaczeniu tego słowa, to fakt, iż realia, czyli broń, rany i inne atrybuty gatunku, na których niejednokrotnie wykładają się nawet znani i uznani powieściopisarze, tchnie takim realizmem, że prawie czuje się woń prochu i krwi, gdy pada strzał z przyłożenia*.

Klimat powieści jest miejscami wręcz ponury. Nie mroczny, ale właśnie ponury, tym bardziej, iż na warstwę kryminalną nakładają się osobiste tragedie głównej bohaterki. Mamy jednak dla równowagi to, co damy kochają najbardziej, czyli wiarę w prawo, przyzwoitość i oczywiście wielką miłość. Może nie taką, jaką sobie zwykle większość czytelniczek wyobraża, ale chyba to dobrze.

Wielu recenzentów zarzuca Lizie Marklund, iż jej główna bohaterka jest nieznośna i „dziwna”, a nawet przez tą właśnie odmienność od powieściowej sztampy „nierealna”. To właśnie najlepszy przykład na to, że recenzent swoją opinią ocenia nie tylko dzieło, ale zarazem daje świadectwo o sobie samym. Jeśli dla kogoś w ocenie powieści najważniejsze jest, iż główny bohater jest dla osoby recenzującej „irytujący”, to… Takie inteligentne niedomówienie, że użyję zwrotu ze znanego skeczu**. Wiadomo, że większość ludzi zmyślając boi się zrobić coś, co odstaje od normy. Sami są przeciętni i nie są nawet w stanie zauważyć, iż w świecie, który zdominowany jest przez przeciętność, istnieją również i ekstrema. W każdej dziedzinie. Bazują na tym między innymi programy do wykrywania fałszerstw w bazach danych, gdyż zbyt przewidywalne dane mogą świadczyć o manipulacji na zbiorach informacji. Tylko wirtuozi mają odwagę w kłamstwie wyjść poza wartości uznawane za przeciętne i realne, więc tylko oni mogą bezkarnie fałszować statystyki***. Tym bardziej więc należy się Lizie uznanie za to, iż stworzyła swe główne postacie jako osoby oględnie rzecz ujmując nietuzinkowe, a może właśnie przez to bardziej realne.

Dla mnie osobiście jest wielką zaletą prozy Lizy Marklund, iż nie boi się pokazać, jak potężnie wydarzenia wpływają na osoby, których dotyczą. Również zdarzenia z życia prywatnego, które są w stanie zakłócić jej życie zawodowe, a nawet postawić o krok od samobójstwa. Są też w Raju postacie, które nie widzą niczego poza swoimi planami realizowanymi bez względu na wszystko. Im kto wrażliwszy, tym bardziej przeżywa, im kto płytszy i bardziej skoncentrowany na sobie, tym mniej dylematów. Samo życie. A tym, którzy uważają, iż „nie po to sięgam po kryminały/thrillery, żeby sobie poczytać o nieszczęśliwej miłości i pokopanych związkach emocjonalnych”****, powiem po raz kolejny, że kuriozalnym mi się wydaje krytykowane powieści za to, iż nie ma w niej tego, czego się spodziewaliśmy ze względu na nadaną jej przez innych przynależność do danego gatunku. Czy wartość dzieła zmieni się od tego, że ktoś nazwie je kryminałem, sensacją, thrillerem, czy jeszcze czym innym? Czy ocena powieści zmieni się, jeśli zamiast z półki „kryminał/thriller” weźmiemy ją z tej z napisem „szwedzki kryminał społeczny”? Ja uważam, że właśnie takie powieści jak Raj sprawiły, iż literatura wrzucana do wielkiego wora z napisem „kryminał” przez coraz większą część krytyków przestaje być uważana za prozę drugiego gatunku, a szwedzki kryminał coraz częściej jest doceniany w świecie, w przeciwieństwie do większości naszych pisarzy z tego kręgu tematycznego.

Mam wrażenie, iż my Polacy, nie tylko pisarze, w większości zatrzymaliśmy się na złudzeniu, że można być bogatym w biednym kraju, szczęśliwym wśród morza biedy i nieszczęścia. Szwedzi propagują intensywnie pogląd odwrotny, ku któremu i ja się skłaniam. Twierdzą, że za wyjątkiem egoistów i prostaków nie sięgających percepcją poza kraniec własnego nosa, nie można być prawdziwie szczęśliwym, gdy ktoś obok przeżywa dramat. Ja dodałbym jeszcze, że w kraju pełnym patologii nawet najbogatszy i najbardziej ustawiony nie jest pewien dnia ani godziny, ale to już temat na osobne rozważania.

Wracając do naszej powieści, wspomniałem już, iż jest ona miejscami wręcz ponura. Ale tylko miejscami. Fabuły nie będę oczywiście zdradzał, lecz muszę podkreślić, iż zakończenie jest niezwykle realistyczne i wyważone. Pozornie pesymistyczne, gdyż przyrównujące walkę z przestępczością i innymi patologiami do pracy śmieciarzy, którzy co dzień mają do uprzątnięcia nowe hałdy odpadów powstające permanentnie na miejsce tych już wywiezionych. Jednak pomyślmy, jak wyglądałyby miasta i cały kraj, gdyby nie ich codzienny syzyfowy trud, a wtedy walkę ze złem zobaczymy w nieco innym świetle.

Reasumując: Raj to po prostu jedna z najlepszych powieści w szwedzkim kanonie kryminału społecznego. Z tego wprost wynika, iż nie jest to rzecz dla fanów powieści skupionych tylko i wyłącznie na warstwie kryminalnej. Z drugiej strony rzecz biorąc, tło społeczne i osobiste przeżycia bohaterki mają w niej taką rangę, iż z czystym sumieniem mogę gorąco polecić tą powieść Lizy Marklund wszystkim, którzy lubią dobrą, mocną prozę i nie przejmują się tym, do jakiego gatunku ją zaliczyć. Pozycja bezwzględnie warta poznania, o czym z przekonaniem Was zapewniam


Wasz Andrew



* Pisarka przyznaje, iż konsultowała się między innymi z klasykiem powieści szpiegowskiej Janem Guillou, ale to wcale nie zmniejsza jej zasług.
** Wężykiem z kabaretu Dudek
*** Nie dotyczy to oczywiście Polski. GUS w wielu dziedzinach ma dane tak oderwane od rzeczywistości i tak zmanipulowane, że taki program od razu by zgłupiał.
**** cytat z opinii użytkownika murietka w zamieszczonej w serwisie lubimyczytać.pl


Raj [Liza Marklund]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

poniedziałek, 8 października 2012

Broniąc przestępcy



W serwisie LubimyCzytać.pl pojawił, się ciekawy konkurs. Zadaniem uczestników jest wcielenie się w rolę adwokata osoby, która stworzyła piramidę finansową oraz oszukała ludzi na kilkadziesiąt milionów złotych i napisanie krótkiego tekstu mowy końcowej w jej obronie.

Ponieważ temat jednoznacznie się kojarzy, pozwoliłem sobie napisać tekst nieco przewrotny:

Prawdą jest, iż mój klient obiecywał ludziom wielkie zyski. Nie będę tutaj powtarzał argumentów, jakie przytaczaliśmy na jego niewinność w trakcie przewodu, jak fakt, iż w momencie uruchamiania działalności miał zamiar, by się z umów wywiązać. Nie będę powtarzał, że mój klient znalazł się na ławie oskarżonych tylko dlatego, iż współdziałał z synem premiera i poprzez godzenie w mojego klienta usiłuje się wygrywać cele polityczne. Dowodem choćby oskarżyciele posiłkowi, którzy utracili jeszcze większe sumy w innych podobnych funduszach, i którzy w żadnej innej sprawie pomocy się nie doczekali. Skoncentruję się na tym, czego dotąd nie mówiliśmy, a co zostanie podniesione przed Trybunałem w Strassburgu, jeśli w Polsce nie uzyskamy sprawiedliwości. Jakie prawo moralne do sądzenia mojego klienta ma państwo, które krzywdzi kolejne pokolenia swych obywateli? Po wojnie zagrabiono majątki ziemskie i nieruchomości miejskie, których do dzisiaj, poza nielicznymi przypadkami, nie zwrócono. Potem oszukano ludzi na książeczkach mieszkaniowych. Poodbierano emerytury, co jest łamaniem kardynalnej zasady ochrony praw nabytych i niedziałania prawa wstecz. Kolejne pokolenia harowały licząc na obiecaną przez Państwo emeryturę należną w określonym wieku, darmową opiekę zdrowotną i inne świadczenia, a teraz im się mówi, że nie ma na to pieniędzy. Jest to łamanie kardynalnej zasady pacta sum servanda. ZUS w samej nazwie jest kłamliwy, gdyż ubezpieczenie polega na tym, że płacimy składkę i wymagamy określonych świadczeń nie zastanawiając się nad tym, czy ubezpieczyciel ma pieniądze. Jeśli przeznaczył je na coś innego, to właśnie takie działanie jest przestępstwem, gdyż wiedząc, że ze składek ma finansować obiecane świadczenie, zebrane środki przekazał gdzie indziej, czyli zdefraudował. Nawet jeśli mój klient świadomie by się dopuścił popełnienia zarzucanych mu czynów, co oczywiście nie miało miejsca, to czy sąd reprezentujący takie państwo ma prawo go sądzić?! Wnoszę o uniewinnienie!


Wasz Andrew

piątek, 5 października 2012

James Joyce "Dublińczycy" Miasto półmroku

 

Dublińczycy

James Joyce

Tytuł oryginału: Dubliners
Tłumaczenie: Zbigniew Batko
Wydawnictwo: Czytelnik
Seria: Nike 
Liczba stron: 325
 




James Joyce to jeden z największych pisarzy XX wieku. Jego wkład w literaturę jest niebagatelny, a obecnie chyba nikt nie wyobraża sobie powieściowego świata bez bohaterów irlandzkiego twórcy. Jednak sława oraz zachwyty nad dziełami Joyce’a przyszły już po śmierci autora, który, jak się często powtarza, zmarł pijany, ślepy i bez grosza. 

czwartek, 4 października 2012

ŚMIECI

(kliknij fotkę aby ją powiększyć)


To zdjęcie nie jest szczególnie znane. Nie znajdziecie go w albumach klasyków fotografii wojennej, nie rości też sobie pretensji do szczególnych warunków artystycznych. A jednak…

Jeśli powiększycie je na cały ekran, aby nic Was nie rozpraszało, jeśli wpatrzycie się w nie przez chwilę wystarczająco długą, poczujecie…

Co na nim widać? Śmieci! Wszędzie śmieci; truchła ludzi i maszyn. Śmieci wojny. Poczucie totalnego, zbrodniczego marnotrawstwa, straty ogromnej i bezsensownej. Te szmaty, walające się między kupami złomu, jeszcze przed chwilą były pięknymi, młodymi ludzkimi istotami. Głupimi istotami, które uwierzyły obleśnym, starym kreaturom, dla których liczy się tylko pieniądz i władza. Uwierzyły, że najważniejszy jest Bóg, Honor i Ojczyzna, a potem poszły zamieniać w śmieci inne ludzkie istoty.

Takie oblicze wojny powinno się częściej pokazywać zamiast artystycznych zdjęć przepełnionych emocjami, zamiast rozpaczy, chwały i okrucieństwa. Bo wojna to fabryka, która tak jak każda inna fabryka, rządzona jest przez tych, którzy nie kierują się uczuciami, a tylko liczą pieniądze. Bo wojna, jak każda fabryka, jednym przynosi pieniądze, a innym śmieci.

Gdyby wojnę częściej pokazywano w ten sposób, być może mniej byłoby chętnych, w imię cudzych interesów ukrytych pod szczytnymi hasłami, na traktowanie innych ludzi jak śmieci i ryzykowanie, że sami też zamienią się w takie śmietnisko. W śmieciach nie ma niczego bohaterskiego, pięknego czy wzniosłego, a ci, którzy najgłośniej nawołują do wojny, zwykle sami trzymają się od niej z daleka. Bohaterstwo to życie uczciwe, z poszanowaniem innego człowieka, a nie zamienianie ludzi w śmieci.

A każda wojna przerabia ludzi na śmieci.


Wasz Andrew

refleksja wywołana konkursem Okiem fotografa w serwisie LubimyCzytac.pl

środa, 3 października 2012

Kamieniowanie


Żydzi mają ukamienować Magdalenę. Nagle przed tłum wychodzi Jezus i wskazując na dziewczynę mówi:
- Jesli ktoś z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci kamień!
Nagle gdzieś z tłumu wylatuje cegłówka i sru, Madzię w łeb... Na to zrezygnowany Jezus odwraca się w kierunku, skąd nadleciał pocisk i mówi:
- Mama, weź mnie nie wk...aj!

wtorek, 2 października 2012

Dobre żony




Dostrzegam mądrość naszych muzułmańskich sióstr, które dokładają wszelkich starań, żeby dogodzić swoim mężom, aby ci nie szukali zaspokojenia swych potrzeb poza domem. W społeczności chrześcijańskiej, w której tak trudno jest uzyskać rozwód, kobiety starają się dużo mniej. Nie dbają o siebie i zaniedbują seksualne aspekty małżeństwa.”

z książki Khul-khaal. Bransolety Egipcjanek - Nayra Atiya

W górę, ku człowieczeństwu

Okładka książki W dół, do ziemi 

W dół, do ziemi

Robert Silverberg


Tytuł oryginału: Downward to Earth
Tłumaczenie: Irena Lipińska
Wydawnictwo: Dom Wydawniczy REBIS
Liczba stron:160
 
 
 
 

W dół, do ziemi to książka Roberta Silverberga, z trzeciego okresu jego twórczości, kiedy po kryzysie literatury science-fiction w USA (koniec lat ‘50), autor za namową Frederika Pohla powrócił do pisania fantastyki naukowej. Sam Silverberg to żywa legenda amerykańskiej prozy i to nie tylko z pogranicza fikcji literackiej. Autor ma na swoim koncie liczne nagrody, w tym te najcenniejsze, czyli Hugo (w 1956 r. za najlepszy debiut) oraz Nebulę (m.in.: w 1971 r. za powieść Czas przemian, w 1974 r. za opowiadanie Rodzimy się umarłymi, w 1985 r. za opowiadanie Pożeglować do Bizancjum). Oprócz science-fiction, Silverberg ma na koncie liczne opowiadania erotyczne, książki popularno-naukowe, publikacje z zakresu geografii, historii czy archeologii. To prawdziwy człowiek-instytucja, ogółem spłodził dobre kilkanaście tysięcy słów, zgrabnie zaprzężonych w powieści, opowiadania, teksty. To także redaktor licznych antologii (w Polsce, jak dotąd, ukazały się jedynie Legendy oraz Legendy II).

Napisana w 1969 roku W dół, do ziemi to powieść utrzymana w klasycznym nurcie science-fiction. Akcja rozgrywa się w czasach, gdy ziemska cywilizacja swobodnie podróżuje po Kosmosie, a w trakcie jego eksploracji, odkrywa kolejnego planety, które następnie kolonizuje. Ludzkość, mimo ciągłego rozwoju technicznego, w kwestiach moralności pozostaje praktycznie na tym samym poziomie, co dotychczas – nowe światy traktowane są jako ogromne kopalnie surowców oraz potencjalne źródła dochodu. W przypadku, gdy nowa planeta jest zamieszkana, jej rdzenni mieszkańcy (czy też rdzenna fauna i flora), traktowani są jako darmowa siła robocza. Kwestie typu paradoksu bliźniąt, czy napędu, z którym miałyby się poruszać gwiezdne statki są oczywiście skrzętnie pomijane, tak jakby autor uznał za naturalne, że prędzej czy później zostaną one rozwiązane i nie warto poświęcać im zbyt wiele uwagi, bo to po prostu szukanie dziury w całym.
Główny bohater, Gundersen, postanawia powrócić na planetę zwaną Światem Holmana, którą zarządzał 10 lat wcześniej jako przedstawiciel ziemskich korporacji, zajmujących się kolonizacją nowych światów. Od początku wizyty, Gundersen odkrywa, że w świecie, do którego ponownie zawitał zaszły spore zmiany – władanie nad planetą Belzagor (nazwa w języku autochtonów) zostało oddane pierwotnie zamieszkującym ją dwóm inteligentnym gatunkom: dwunożnym i nieco człekokształtnym sulidorom zamieszkującym regiony podbiegunowe oraz dominującym, słoniopodopnym nildorom, osiadłym w tropikalnej strefie podzwrotnikowej. Początkowo, bohater nie jest pewny, co było bodźcem, który tak silnie przyciągał go na dawno opuszczony świat. Jednak w miarę upływu czasu, wraz z Gundersenem zdajemy sobie sprawę, że rewizyta na Belzagorze jest próbą odpokutowania przewinień, których dopuścił się Ziemianin na tubylcach.
Gundersen przybywa na niegdysiejszy Świat Holmana z grupą turystów, którzy w pełni uświadamiając mu, z jakim stosunkiem podchodził w przeszłości do Belzagora oraz jego mieszkańców. Nutka pogardy zmieszana z odcieniem litości to dominujące uczucie towarzyszące pierwszemu spotkaniu z inteligentnymi przedstawicielami planety, nildorami (Przecież to zwykłe słonie!). Ludzki antropocentryzm nie jest w stanie znieść takiej potwarzy – wzniosłe idee nakazujące oddanie władzy nad planetami ich prawowitym mieszkańcom, wyznawane przez liberalnych Ziemian, którzy w rzeczywistości praktycznie w ogóle lub wcale nie znają innych ras, zostają zdmuchnięte niczym domek z kart przy pierwszym kontakcie z inteligencją, która nie przywdziała się w szaty człekokształtne (Jakie to okropne, że taką piękną i wartościową planetę musieliśmy oddać bandzie słoni).
Dopiero naiwność oraz ignorancja ziemskich obieżyświatów uzmysławiają Gundersenowi, jak niesprawiedliwy osąd wydał. W pewnym momencie (wreszcie! chciałoby się wtedy rzec) Gundersen dochodzi do wielce odkrywczego wniosku, że poziom zaawansowania technicznego oraz stopień złożoności rytuałów, ukrywanych pod maską cywilizacji, wcale nie muszą świadczyć o wyższości, czy niższości danego gatunku. Oświecenie okraszone zostaje burzliwą i obfitą perorą, którą Gundersen pointuje stwierdzeniem, że nildory nie stworzyły cywilizacji na kształt tej naszej, ludzkiej z przyczyny dość prozaicznej – nie posiadając kończyn chwytnych, ich ewolucja przebiegała w zupełnie innym kierunku. Słoniopodobne stwory posiadają za to dość bogatą kulturę, której tajemnicę próbuje zgłębić Gundersen. W czasie ściśle indywidualnym dla każdego z nildorów, stworzenia te wybierają się do Krainy Mgieł, którą władają sulidory, by przejść rytuał tzw. Ponownego narodzenia. Ta zagadkowa ceremonia nie daje spokoju Gundersenowi i stanowi dla niego powód pielgrzymki do Krainy Mgieł, maskowany chęcią odszukania i skontaktowania się ze starymi przyjaciółmi, którzy zdecydowali się zostać na Belzagorze, po opuszczeniu go przez korporacje.
Odbywając długą wędrówkę, najpierw w towarzystwie nildorów, następnie sulidorów, wreszcie samotnie, Gundersen wyrusza w podróż w głąb własnej duszy. Przebywając z dala od swoich ziomków, poznając niektóre ze zwyczajów nildorów, prowadząc przy tym z konieczności prosty i ascetyczny tryb życia, Gundersen powoli odzyskuje spokój oraz równowagę wewnętrzną. Wciąż jednak doskwierają mu dawne przewinienia, z których za najgorsze uważa uniemożliwienie 7 nildorom dotarcia na miejsce swoich powtórnych narodzin. W geście szlachetności, który podyktowany jest także ciekawością oraz po trosze pychom (to przekonanie o wielkości własnego grzechu, za który pokuta musi być nieskończenie ogromna), Gundersen decyduje się na poddanie się Powtórnym narodzinom.
Wykreowany przez Silverberga świat jest z pewnością ciekawy i malowniczy. Opisując kolejne smutne wypadki, które spotkały ziemskich wędrowców, pisarz udowadnia, że to również świat obcy, nieznany, a przez to niebezpieczny. Razi jednak zbytnie podobieństwo do naszego globu – Belzagor, na dobrą sprawę, przypomina Ziemię, z nieco tylko bardziej udziwnioną fauną i florą. Dziwi nieco obecność na planecie dwóch inteligentnych gatunków, autor jednak sprytnie wybrnie z tej pułapki ewolucyjnej, w którą na pozór się wpakował.
Reasumując, książka W dół, do ziemi to dość interesująca, ale momentami ocierająca się o pospolite cechy kanonu, lektura science-fiction. Silverberg prezentuje Ziemian jako zdobywców, grabieżców i łupieżców, czyli portret doskonale znany za sprawą naszej zachodniej cywilizacji. Razem z pisarzem odkrywamy stopniowo złożoność zwyczajów istot, zamieszkujących Belzagor, by na ostatnich stronach powieści zadać sobie pytanie, kto tu jest rasą podrzędną – sulidory oraz nildory, czy też ludzie z ich cywilizacyjno-technicznym wyznacznikiem postępu. Powieść to jednocześnie piękny hymn pochwalny o skrusze – autor przekonuje, że nigdy nie jest za późno na naprawę popełnionych błędów, rehabilitację za wyrządzone krzywdy. Godny podkreślenia jest również motyw wielkiej wędrówki, która jest tylko symbolem prawdziwej drogi, prowadzącej do zrozumienia istoty własnego bytu. Mój pierwszy kontakt z Robertem Silverbergiem oceniam na plus.