Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

piątek, 5 października 2012

James Joyce "Dublińczycy" Miasto półmroku

 

Dublińczycy

James Joyce

Tytuł oryginału: Dubliners
Tłumaczenie: Zbigniew Batko
Wydawnictwo: Czytelnik
Seria: Nike 
Liczba stron: 325
 




James Joyce to jeden z największych pisarzy XX wieku. Jego wkład w literaturę jest niebagatelny, a obecnie chyba nikt nie wyobraża sobie powieściowego świata bez bohaterów irlandzkiego twórcy. Jednak sława oraz zachwyty nad dziełami Joyce’a przyszły już po śmierci autora, który, jak się często powtarza, zmarł pijany, ślepy i bez grosza. 

czwartek, 4 października 2012

ŚMIECI

(kliknij fotkę aby ją powiększyć)


To zdjęcie nie jest szczególnie znane. Nie znajdziecie go w albumach klasyków fotografii wojennej, nie rości też sobie pretensji do szczególnych warunków artystycznych. A jednak…

Jeśli powiększycie je na cały ekran, aby nic Was nie rozpraszało, jeśli wpatrzycie się w nie przez chwilę wystarczająco długą, poczujecie…

Co na nim widać? Śmieci! Wszędzie śmieci; truchła ludzi i maszyn. Śmieci wojny. Poczucie totalnego, zbrodniczego marnotrawstwa, straty ogromnej i bezsensownej. Te szmaty, walające się między kupami złomu, jeszcze przed chwilą były pięknymi, młodymi ludzkimi istotami. Głupimi istotami, które uwierzyły obleśnym, starym kreaturom, dla których liczy się tylko pieniądz i władza. Uwierzyły, że najważniejszy jest Bóg, Honor i Ojczyzna, a potem poszły zamieniać w śmieci inne ludzkie istoty.

Takie oblicze wojny powinno się częściej pokazywać zamiast artystycznych zdjęć przepełnionych emocjami, zamiast rozpaczy, chwały i okrucieństwa. Bo wojna to fabryka, która tak jak każda inna fabryka, rządzona jest przez tych, którzy nie kierują się uczuciami, a tylko liczą pieniądze. Bo wojna, jak każda fabryka, jednym przynosi pieniądze, a innym śmieci.

Gdyby wojnę częściej pokazywano w ten sposób, być może mniej byłoby chętnych, w imię cudzych interesów ukrytych pod szczytnymi hasłami, na traktowanie innych ludzi jak śmieci i ryzykowanie, że sami też zamienią się w takie śmietnisko. W śmieciach nie ma niczego bohaterskiego, pięknego czy wzniosłego, a ci, którzy najgłośniej nawołują do wojny, zwykle sami trzymają się od niej z daleka. Bohaterstwo to życie uczciwe, z poszanowaniem innego człowieka, a nie zamienianie ludzi w śmieci.

A każda wojna przerabia ludzi na śmieci.


Wasz Andrew

refleksja wywołana konkursem Okiem fotografa w serwisie LubimyCzytac.pl

środa, 3 października 2012

Kamieniowanie


Żydzi mają ukamienować Magdalenę. Nagle przed tłum wychodzi Jezus i wskazując na dziewczynę mówi:
- Jesli ktoś z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci kamień!
Nagle gdzieś z tłumu wylatuje cegłówka i sru, Madzię w łeb... Na to zrezygnowany Jezus odwraca się w kierunku, skąd nadleciał pocisk i mówi:
- Mama, weź mnie nie wk...aj!

wtorek, 2 października 2012

Dobre żony




Dostrzegam mądrość naszych muzułmańskich sióstr, które dokładają wszelkich starań, żeby dogodzić swoim mężom, aby ci nie szukali zaspokojenia swych potrzeb poza domem. W społeczności chrześcijańskiej, w której tak trudno jest uzyskać rozwód, kobiety starają się dużo mniej. Nie dbają o siebie i zaniedbują seksualne aspekty małżeństwa.”

z książki Khul-khaal. Bransolety Egipcjanek - Nayra Atiya

W górę, ku człowieczeństwu

Okładka książki W dół, do ziemi 

W dół, do ziemi

Robert Silverberg


Tytuł oryginału: Downward to Earth
Tłumaczenie: Irena Lipińska
Wydawnictwo: Dom Wydawniczy REBIS
Liczba stron:160
 
 
 
 

W dół, do ziemi to książka Roberta Silverberga, z trzeciego okresu jego twórczości, kiedy po kryzysie literatury science-fiction w USA (koniec lat ‘50), autor za namową Frederika Pohla powrócił do pisania fantastyki naukowej. Sam Silverberg to żywa legenda amerykańskiej prozy i to nie tylko z pogranicza fikcji literackiej. Autor ma na swoim koncie liczne nagrody, w tym te najcenniejsze, czyli Hugo (w 1956 r. za najlepszy debiut) oraz Nebulę (m.in.: w 1971 r. za powieść Czas przemian, w 1974 r. za opowiadanie Rodzimy się umarłymi, w 1985 r. za opowiadanie Pożeglować do Bizancjum). Oprócz science-fiction, Silverberg ma na koncie liczne opowiadania erotyczne, książki popularno-naukowe, publikacje z zakresu geografii, historii czy archeologii. To prawdziwy człowiek-instytucja, ogółem spłodził dobre kilkanaście tysięcy słów, zgrabnie zaprzężonych w powieści, opowiadania, teksty. To także redaktor licznych antologii (w Polsce, jak dotąd, ukazały się jedynie Legendy oraz Legendy II).

Napisana w 1969 roku W dół, do ziemi to powieść utrzymana w klasycznym nurcie science-fiction. Akcja rozgrywa się w czasach, gdy ziemska cywilizacja swobodnie podróżuje po Kosmosie, a w trakcie jego eksploracji, odkrywa kolejnego planety, które następnie kolonizuje. Ludzkość, mimo ciągłego rozwoju technicznego, w kwestiach moralności pozostaje praktycznie na tym samym poziomie, co dotychczas – nowe światy traktowane są jako ogromne kopalnie surowców oraz potencjalne źródła dochodu. W przypadku, gdy nowa planeta jest zamieszkana, jej rdzenni mieszkańcy (czy też rdzenna fauna i flora), traktowani są jako darmowa siła robocza. Kwestie typu paradoksu bliźniąt, czy napędu, z którym miałyby się poruszać gwiezdne statki są oczywiście skrzętnie pomijane, tak jakby autor uznał za naturalne, że prędzej czy później zostaną one rozwiązane i nie warto poświęcać im zbyt wiele uwagi, bo to po prostu szukanie dziury w całym.
Główny bohater, Gundersen, postanawia powrócić na planetę zwaną Światem Holmana, którą zarządzał 10 lat wcześniej jako przedstawiciel ziemskich korporacji, zajmujących się kolonizacją nowych światów. Od początku wizyty, Gundersen odkrywa, że w świecie, do którego ponownie zawitał zaszły spore zmiany – władanie nad planetą Belzagor (nazwa w języku autochtonów) zostało oddane pierwotnie zamieszkującym ją dwóm inteligentnym gatunkom: dwunożnym i nieco człekokształtnym sulidorom zamieszkującym regiony podbiegunowe oraz dominującym, słoniopodopnym nildorom, osiadłym w tropikalnej strefie podzwrotnikowej. Początkowo, bohater nie jest pewny, co było bodźcem, który tak silnie przyciągał go na dawno opuszczony świat. Jednak w miarę upływu czasu, wraz z Gundersenem zdajemy sobie sprawę, że rewizyta na Belzagorze jest próbą odpokutowania przewinień, których dopuścił się Ziemianin na tubylcach.
Gundersen przybywa na niegdysiejszy Świat Holmana z grupą turystów, którzy w pełni uświadamiając mu, z jakim stosunkiem podchodził w przeszłości do Belzagora oraz jego mieszkańców. Nutka pogardy zmieszana z odcieniem litości to dominujące uczucie towarzyszące pierwszemu spotkaniu z inteligentnymi przedstawicielami planety, nildorami (Przecież to zwykłe słonie!). Ludzki antropocentryzm nie jest w stanie znieść takiej potwarzy – wzniosłe idee nakazujące oddanie władzy nad planetami ich prawowitym mieszkańcom, wyznawane przez liberalnych Ziemian, którzy w rzeczywistości praktycznie w ogóle lub wcale nie znają innych ras, zostają zdmuchnięte niczym domek z kart przy pierwszym kontakcie z inteligencją, która nie przywdziała się w szaty człekokształtne (Jakie to okropne, że taką piękną i wartościową planetę musieliśmy oddać bandzie słoni).
Dopiero naiwność oraz ignorancja ziemskich obieżyświatów uzmysławiają Gundersenowi, jak niesprawiedliwy osąd wydał. W pewnym momencie (wreszcie! chciałoby się wtedy rzec) Gundersen dochodzi do wielce odkrywczego wniosku, że poziom zaawansowania technicznego oraz stopień złożoności rytuałów, ukrywanych pod maską cywilizacji, wcale nie muszą świadczyć o wyższości, czy niższości danego gatunku. Oświecenie okraszone zostaje burzliwą i obfitą perorą, którą Gundersen pointuje stwierdzeniem, że nildory nie stworzyły cywilizacji na kształt tej naszej, ludzkiej z przyczyny dość prozaicznej – nie posiadając kończyn chwytnych, ich ewolucja przebiegała w zupełnie innym kierunku. Słoniopodobne stwory posiadają za to dość bogatą kulturę, której tajemnicę próbuje zgłębić Gundersen. W czasie ściśle indywidualnym dla każdego z nildorów, stworzenia te wybierają się do Krainy Mgieł, którą władają sulidory, by przejść rytuał tzw. Ponownego narodzenia. Ta zagadkowa ceremonia nie daje spokoju Gundersenowi i stanowi dla niego powód pielgrzymki do Krainy Mgieł, maskowany chęcią odszukania i skontaktowania się ze starymi przyjaciółmi, którzy zdecydowali się zostać na Belzagorze, po opuszczeniu go przez korporacje.
Odbywając długą wędrówkę, najpierw w towarzystwie nildorów, następnie sulidorów, wreszcie samotnie, Gundersen wyrusza w podróż w głąb własnej duszy. Przebywając z dala od swoich ziomków, poznając niektóre ze zwyczajów nildorów, prowadząc przy tym z konieczności prosty i ascetyczny tryb życia, Gundersen powoli odzyskuje spokój oraz równowagę wewnętrzną. Wciąż jednak doskwierają mu dawne przewinienia, z których za najgorsze uważa uniemożliwienie 7 nildorom dotarcia na miejsce swoich powtórnych narodzin. W geście szlachetności, który podyktowany jest także ciekawością oraz po trosze pychom (to przekonanie o wielkości własnego grzechu, za który pokuta musi być nieskończenie ogromna), Gundersen decyduje się na poddanie się Powtórnym narodzinom.
Wykreowany przez Silverberga świat jest z pewnością ciekawy i malowniczy. Opisując kolejne smutne wypadki, które spotkały ziemskich wędrowców, pisarz udowadnia, że to również świat obcy, nieznany, a przez to niebezpieczny. Razi jednak zbytnie podobieństwo do naszego globu – Belzagor, na dobrą sprawę, przypomina Ziemię, z nieco tylko bardziej udziwnioną fauną i florą. Dziwi nieco obecność na planecie dwóch inteligentnych gatunków, autor jednak sprytnie wybrnie z tej pułapki ewolucyjnej, w którą na pozór się wpakował.
Reasumując, książka W dół, do ziemi to dość interesująca, ale momentami ocierająca się o pospolite cechy kanonu, lektura science-fiction. Silverberg prezentuje Ziemian jako zdobywców, grabieżców i łupieżców, czyli portret doskonale znany za sprawą naszej zachodniej cywilizacji. Razem z pisarzem odkrywamy stopniowo złożoność zwyczajów istot, zamieszkujących Belzagor, by na ostatnich stronach powieści zadać sobie pytanie, kto tu jest rasą podrzędną – sulidory oraz nildory, czy też ludzie z ich cywilizacyjno-technicznym wyznacznikiem postępu. Powieść to jednocześnie piękny hymn pochwalny o skrusze – autor przekonuje, że nigdy nie jest za późno na naprawę popełnionych błędów, rehabilitację za wyrządzone krzywdy. Godny podkreślenia jest również motyw wielkiej wędrówki, która jest tylko symbolem prawdziwej drogi, prowadzącej do zrozumienia istoty własnego bytu. Mój pierwszy kontakt z Robertem Silverbergiem oceniam na plus.

niedziela, 30 września 2012

Pozwól, że Ci opowiem



Pozwól, że Ci opowiem...

bajki, które nauczyły mnie, jak żyć

Jorge Bucay

wydawnictwo Replika 2004
tłumaczyła Ilona Ziętek-Segura

Jednym z najpiękniejszych wspomnień mojego dzieciństwa są dni, a właściwie wieczory, gdy rodzice czytali mi przed snem. Opowieściami, od których się to zaczęło, były oczywiście baśnie. Stanowiły pierwsze stopnie prowadzące do ukształtowania mnie takiego, jakim jestem.

Baśnie klasyczne były nakierowane na wyrobienie w dziecku pożądanych społecznie uwarunkowań. Stąd jasny zwykle podział na zło i dobro. Dobro zawsze wygrywa, a za złe uczynki zawsze nadejdzie kara. Miały za zadanie wychowanie takiego człowieka, jaki w czasach ich powstania był promowany. Samemu człowiekowi i jego szczęściu poświęcano z reguły mniej uwagi, stąd choćby takie trywialne zwroty jak "żyli długo i szczęśliwie", które w rzeczywistości maskowały niewiedzę na temat tego, co to znaczy to szczęście i jak ma ono wyglądać.

Jorge Bucaj w swej książce ukazuje nam szereg spotkań Demiána z jego psychoterapeutą Jorge, zwanego Grubym. W trakcie tych sesji Jorge, zgodnie z kanonem szkoły Gestalt, której jest przedstawicielem, opowiada swemu pacjentowi bajki. Niektóre z nich wybrane są spośród klasyki, inne stworzone doraźnie, na potrzeby terapii. Są dobrane nie pod kątem odwiecznych celów stawianych przez społeczeństwo oczekujące określonych postaw i zachowań, ale pod kątem szczęścia jednostki, z zamiarem wywołania refleksji mających pomóc tym, którzy zgubili gdzieś własne ja. Pod tym względem są to więc przypowieści na miarę naszych czasów, w których coraz więcej ludzi ma problem ze znalezieniem drogi do samych siebie, bez czego z kolei nie można tworzyć prawdziwie satysfakcjonujących więzi z innymi ludźmi.

Aby w pełni korzystać z wartości bajek Bucaya, najlepiej czytać tylko jedną dziennie, dając swej pod i świadomości czas, na dotarcie do wszystkich aspektów każdej przypowieści. Pozwól, że Ci opowiem... jest książką, po którą na pewno warto sięgnąć i przeczytać ją najpierw samemu, potem bajki opowiedzieć dzieciom, jeśli już je mamy, a na koniec polecić znajomym.

Niestety, o ile sama treść jest godna oceny najwyższej, to styl jest tak słaby, iż momentami bardzo poważnie utrudnia lekturę. Nie chcę dociekać, czy to wina autora, czy tłumaczki, niemniej do uchybień stylistycznych dochodzą ewidentne błędy typu „pod rząd” zamiast „z rzędu”, pleonazmy czy błędy rzeczowe, jak próżnia w przepaści. Całość sprawia, że wielokrotnie czytelnik nie tylko zacina się w trakcie lektury, ale nawet musi cofać, by być pewnym, co też autor miał na myśli.

Wydanie, które miałem w ręku, jest kolejnym przykładem bylejakości, o której mówiłem w poprzedniej recenzji. Znów tekst na okładkę pisał ktoś, to chyba nie czytał książki. W notce wydawcy czytamy : „Codziennie opowiada on bajkę”, gdy tymczasem, kto czyta uważnie, znajdzie zarówno tygodniowe przerwy, jak i dni, w których terapeuta opowiada swemu pacjentowi dwie bajki.

Najbardziej denerwujące jest to, iż te niedociągnięcia dotknęły książkę ze względu na treść absolutnie wartą polecenia


Wasz Andrew

sobota, 29 września 2012

W poszukiwaniu Absolutu

Transmigracja Timothy'ego Archera 

Transmigracja Timothy'ego Archera

Philip K. Dick


Tytuł oryginału: The Transmigration of Timothy Archer
Tłumaczenie: Lech Jęczmyk
Wydawnictwo: Dom Wydawniczy REBIS
Liczba stron: 312
 
 
 
 

Transmigracja Timothy’ego Archera to kolejny przykład książki, której historia oraz okoliczności powstania są równie ciekawe, co sama fabuła. Z kolei Philip K. Dick, autor powieści, po raz kolejny udowadnia, że zaszufladkowanie go do kategorii science fiction jest grubym oraz krzywdzącym uproszczeniem.

Zaczynając we właściwym porządku rzeczy, czyli od początku, warto przytoczyć kilka mitów, którymi obrosła już Transmigracja. Nie bez kozery uważana jest ona za książkę przesiąkniętą śmiercią oraz umieraniem i wydaje się to bardzo odpowiednie, jeśli zważy się na fakt, że jest to ostatnia powieść, którą spłodził Dick za swojego życia (napisana została w 1981 roku, na rok przed zgonem, który nastąpił w 1982). Problem tkwi w tym, że Dick zmarł dość nagle i niespodziewanie, a jako pięćdziesięciotrzylatek wcale nie musiał podejrzewać, że grozi mu tak rychłe odejście ze świata żywych. Można zatem zaryzykować stwierdzenie, że pisarz popisał się po prostu ogromną intuicją i na zakończenie swojego żywota napisał wspaniałą powieść, w której główny bohater odnajduje cel swojej ziemskiej wędrówki w litościwych ramionach kostuchy – idealne zwieńczenie literackiej kariery, ze szczególnym uwzględnieniem wszechobecnego symbolizmu oraz odwołań do codziennej rzeczywistości, otaczającej Dicka.

Poszukiwanie ukrytych znaczeń można rozpocząć od samej postaci głównego bohatera, tj. biskupa Timothy’ego Archera, niespokojnego oraz bardzo medialnego ojca kościoła, który sobie tylko znanymi ścieżkami próbował dotrzeć do Boga. Osoba Archera wzorowana jest na powszechnie znanym, szanowanym oraz lubianym przez media biskupie episkopalnym, Jamesie Pike’u, z którym znał się oraz przyjaźnił Philip Dick. Pike, podobnie jak jego książkowy odpowiednik Timothy Archer, również został oskarżony o herezję, przeżył rodzinną tragedię, w wyniku której zwrócił się w stronę ezoteryki, a żywot zakończył niemal w ten sam sposób, tj. poszukując obecności Boga na izraelskiej pustyni. Liczne są także głosy, że przy kreowaniu biskupa Archera, Dick wplótł też w swojego bohatera cząstkę samego siebie – przecież Dick, mający na koncie liczne przygody z narkotykami oraz wszelakiej maści używkami, również był swoistym pielgrzymem intelektualnym, który bezustannie wyglądał znaków, świadczących o tym, że Bóg istnieje.

Podobnie jak i w książce Valis, Dick niespokojnie rozkopuje niczym groby kolejne mity, wierzenia oraz religie, czerpiąc z nich wybrane przez siebie elementy i pierwiastki, próbując zestawić je i ułożyć w sensowną całość. O ile jednak w Valisie mamy do czynienia z prawdziwym morzem chaosu, symfonią wielości, która brzmi jak diabelski jazgot i kakofonia, gmatwaniną myśli, przychodzących do głowy jako amorficzna i bezkształtna maź, o tyle w Transmigracji jesteśmy świadkami intelektualnego wygładzenia dickowych idei. Prezentowane koncepcje wydają się bardziej spójne, przemyślane oraz uporządkowane. Dick w dalszym ciągu raczy nas obfitymi cytatami z wszelakich ksiąg, począwszy od Ewangelii, a na wierzeniach gnostyków skończywszy, wszystko to jednak prezentuje się jako logiczny ciąg znaków, w którym ukryta jest pewna doza sensu.

Zresztą podobieństw między Valisem a Transmigracją Timothy’ego Archera jest znacznie więcej, co jest o tyle zrozumiałe, że obie te pozycje wchodzą w skład nieformalnej Trylogii Valisa, którą uzupełnia Boża Inwazja. Wszystkie książki łączy fascynacja mistycyzmem, która prawdopodobnie rozpoczęła się w momencie, kiedy w 1974 r. Dicka nawiedził różowy promień światła, zsyłając mu wyższą świadomością, co przejawiało się m.in. krótkotrwałą znajomością łaciny oraz prawidłową diagnozą choroby syna.

Transmigracja jest o tyle wyjątkowa, że mamy do czynienia z narratorem pierwszoosobowym (Dick wyjątkowo rzadko wybierał tę opcję, zdecydowanie częściej stosując narrację trzecioosobową, z różnych perspektyw), w dodatku kobietą, w której można dopatrzyć się wielu cech wspólnych z pisarzem. Angel Archer, synowa biskupa Timothy’ego również gustuje w lekkich narkotykach, niekiedy eksperymentuje z lekami oraz podobnie jak Dick pracuje w sklepie z płytami. Tak jak i Dick studiowała na Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkley, ale z większym powodzeniem, uczelnię udało jej się skończyć. Być może wszystkie te wspólne elementy zadecydowały o tym, że Dick wykreował tak znakomitą oraz wiarygodną postać, z bogatym życiem emocjonalnym, całą paletą przeżyć oraz przemyśleń, która w każdym słowie tchnie autentyzmem. Co ciekawe, Ursula Le Guin, amerykańska pisarka science fiction, wielokrotnie chwaliła Dicka za bardzo udane kreacje postaci kobiecych w swoich książkach. Wydaje się, że Angel Archer jest szczytowym osiągnięciem w tej dziedzinie.

Kończąc te przydługie dywagacje na temat niezwykłości ostatniej książki w bogatym dorobku literackim Philipa Dicka, niejako podsumowując, rzec należy, że Transmigracja to lektura, w której praktycznie na każdej stronie możemy znaleźć oryginalną myśl, ciekawy cytat oraz kontrowersyjną ideę, związaną z wiarą chrześcijańską (Jezus jako przedstawiciel sekty, którego nauki okazują się jedynie doktryną głoszoną przez pewien odłam Żydów dla wielu może okazać się bardzo gorzką pigułką). Momentami występuje tu dość przytłaczający natłok teologicznej dysputy, to próba uporządkowania sprzecznych faktów, która przypomina parzenie naparu z całej palety ziół. Niejako przy okazji otrzymujemy także piękną panoramę San Francisco, którego psychozy oraz maniactwa Dick nakreślił po mistrzowsku. Akcja książki może niekiedy sprawiać wrażać zbyt mało dynamicznej, ale wydaje się, że fabuła na pewno nie była koniem, na którego postawił w tej książce pisarz. Jednak, jeśli odrobinę wysilimy nasz mózg, włożymy w lekturę nieco intelektualnego wysiłku, to z pewnością otrzymamy wyborną umysłową ucztę. A dodać coś wartościowego od siebie musimy, bowiem jak mówi cytat z książki: Kto wkłada śmieci, ten śmieci wyjmuje.

P.S.
W Empiku trwa aktualnie promocja dotycząca książek z działu fantastyki, w ramach której za 3 pozycję płacimy jak za 2 (najtańsza książka sprzedawana jest za symbolicznego grosza). Jeśli ktoś pragnie wzbogacić swoją biblioteczką o pozycje z tej tematyki, to wydaje się, że jest to jeden z najlepszych ku temu momentów.


Wasz Ambrose