Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

czwartek, 27 września 2012

komunizm vs. kapitalizm



W mojej Rosji baliśmy się tylko KGB. Wtedy nie było przestępców. A teraz jest wielu przestępców, a nie ma KGB. Wcale nie jest lepiej.



z powieści Alibi Tami Hoag

środa, 26 września 2012

Alibi




Tami Hoag

Alibi

(oryg. The Alibi Man)

tłumaczenie Dobromiła Jankowska
Wydawnictwo Dolnośląskie 2009

Była policjantka Elena Estes pracuje jako stajenna na Florydzie. Podczas samotnej konnej przejażdżki odkrywa w odludnym zakątku zwłoki swojej przyjaciółki Iriny Markowej, która również pracowała jako stajenna w jednej z licznych tam stadnin. Nie mamy jednak do czynienia ze zwykłymi stajennymi w rozumieniu polskiego stereotypu związanego z tym zawodem, a i owe stadniny są odmienne od naszych. To świat graczy w polo, pięknych kobiet i wielkich pieniędzy. Zarazem to również świat wielkich patologii, które za ogromną kasą podążają równie chętnie, co za srogą biedą. Oczywiście nasza Elena postanawia odkryć, kto jest odpowiedzialny za śmierć Iriny. Tradycyjnie nie zdradzę, co z tego wyniknie, aby nie psuć zabawy przyszłym czytelnikom.

Tami Hoag ma w swoim dorobku wiele powieści. Niestety nie wszystkie zostały przełożone na polski. Ponieważ moje poprzednie spotkania z jej twórczością wypadły rewelacyjnie, na Alibi rzuciłem się jak pies na kość. Gdyby to był mój pierwszy kontakt z jej prozą, powieść może nawet by mnie zachwyciła. Pióro pani Hoag nie straciło swego uroku. Styl jest obrazowy i klimatyczny, a zarazem umożliwia szybkie pochłanianie kolejnych stron, co przy lekturze z pogranicza kryminału i thrillera jest ważkim atutem. Postacie z przeszłością, jak zwykle wyraziste, o skomplikowanych i zarazem przekonujących charakterach, targane wielkimi namiętnościami, to już chyba znak firmowy autorki. Nie do przecenienia jest również absolutnie autentyczny obraz klanu elit Palm Beach i światka koniarzy, tym bardziej, iż pisarka wie o czym pisze - sama należy do tego środowiska (w ujeżdżaniu koni na szczeblu międzynarodowym startowała z powodzeniem).

Fabuła okazuje się skomplikowana, jak na standardy gatunku w wersji made in USA. Zakończenie może nie do końca zaskakujące, ale też niełatwe do odgadnięcia. Wszystko na przyzwoitym poziomie komplikacji i realizmu, bez nieśmiertelnych herosów i cudownych zbiegów okoliczności. No może na samym końcu troszeczkę…

Akcja, której tempo systematycznie narasta, aż w końcu przypomina rozpędzony ekspres, jest kolejnym atutem Alibi. Wszystko to podszyte poważnymi dylematami trapiącymi dzisiejsze bogate społeczeństwa, z których najważniejsze to problem zapewnienia równości wobec prawa osób o różnym statusie materialnym i politycznym oraz wciąż niższa pozycja kobiet w społeczeństwie, z czym wiąże się mnóstwo patologii. W sumie – niczego nie można książce zarzucić. Znajdziemy tu coś, co nas wciągnie i pozwoli zapomnieć o Bożym świecie oraz coś, co da do myślenia. Jest tylko jedno ale. Jeśli czytaliście wcześniejsze powieści Tami Hoag, jak Fałszywy alarm (Wolf Cry) czy Cienką mroczną linię (A Thin Dark Line), to możecie odczuć pewien niedosyt. A może to nie powieść jest słabsza, tylko kajuńskie klimaty Akadii bardziej mi odpowiadają niż snoby z Palm Beach, a bagna Luizjany przedkładam nad Florydę? Sami musicie się przekonać, gdyż sięgnąć po Alibi z całą pewnością warto


Wasz Andrew

A na koniec jeszcze kwiatek:


Każdego kto czytał, zastanawia, skąd autor napisów na okładce w tym wydaniu wziął swe odkrywcze treści (klub rosyjskich morderców). Gdyby równie wiernie opisywano zalety samochodów czy innych wyrobów materialnych, nazwano by to oszustwem. A tak pozostaje po prostu dorzucić to do kolekcji przykładów cywilizacji badziewia, w poprzednich epokach w takich branżach jak wydawnicza wręcz niewyobrażalnych. Pozostaje tylko zastanowić się, w jak patologicznych realiach żyjemy, jeśli człowiekowi, który nie zna treści książki, płaci się za pisanie tekstów reklamowych na jej okładkę. Hańba!

wtorek, 25 września 2012

Czas to pieniądz



Czas to pieniądz, jasne, ale pieniądz to nie czas: inaczej wszyscy bogaci zasrańcy kupowaliby go i nigdy nie musieli umierać.


Stuart MacBride z powieści Zimny pokój

niedziela, 23 września 2012

Gorący zwolennik eutanazji

Plakat spektaklu Szyc 

Klinika dobrej śmierci

Jacek Getner


Reżyseria: Ana Nowicka
Teatr: BARAKAH
Czas trwania: 1 h 15 min.







Natrętny szmer głosów, przypominający bzyczenie pszczół, wśród których próżno nasłuchiwać języka polskiego. Chwila wyczekiwania na wygodnym fotelu z wysłużonym, zielonym, ale nadal miękkim obiciem. Kilka minut poświęconych kontemplacji ścian oklejonych klimatycznymi plakatami w stylu retro, kilka kursów kelnerów, przecinających szybko rzeczywistość wypełnioną oczekiwaniem i nareszcie wrota do piwnic Klazmer Hois, w których mieści się Teatr BARAKAH zostają odsłonięte. Przedstawienie czas zacząć!

Witamy w klinice dobrej śmierci, w której lekko i przyjemnie zdejmujemy z ludzi niepotrzebny bagaż życia. Czy jest już Pani zarejestrowana? Proszę usiąść i poczekać na swoją kolej!

Swoją kwestię w kółko i w kółko, niczym automat, którym zresztą jest, powtarza Mechaniczna Siostra. Pielęgniarka ubrana w różową sukienkę w motywy kwiatowe, nosząca na swych nogach czarne, wysokie kozaki, z rażąco różowymi włosami, posiadająca niepokojąco męskie rysy twarzy, robi na widzach-pacjentach piorunujące wrażenie.

Ordynator w konwersacji z Dziennikarzem - foto by Paweł Topolski [http://www.teatrbarakah.com]
Klinika Dobrej Śmierci to w pełni profesjonalny ośrodek, w którym fachowa obsługa w sposób lekki i przyjemny dokona na nas zabiegu, uwalniając nas tym samym od trosk doczesności, które przygniatają w końcu każdego człowieka. Szefem kliniki jest fanatyczny Ordynator, który zbawienie doczesnego świata dostrzega właśnie w eutanazji.

Pacjentami kliniki są różnoracy ludzie. Trafi się wśród nich Producent Filmowy po wylewie, któremu nie wyszło kilka filmów. To żona zdecydowała się wysłać go na zabieg. Ofiarą ośrodka padnie również obawiająca się swojej synowej Starsza Pani, zadeklarowana przeciwniczka eutanazji, która w klinice upatruje zakamuflowanej drogi prowadzącej na Wyspę Spokojnej Starości. O motywach swojego wyboru opowie nam również szpakowaty, kulejący Mężczyzna, który kilka lat wcześniej na dobre utracił kontakt ze swoją jedyną córką. Wszyscy są typowymi pacjentami, których bardzo lubi ekscentryczny Ordynator, pragnąc zapewnić im godziwe pożegnanie się z doczesną egzystencją. Problemy z doproszeniem się zabiegu będzie za to miała Młoda Kobieta, która postanowiła o wykonaniu eutanazji na swoim sparaliżowanym mężu. Ordynator w sposób dość wyraźny i zdecydowany wyjaśni, że jego ośrodek nie zajmuje się wykonywaniem wyroków śmierci, karaniem, a jedynie przeprowadza zabiegi. Kara śmierci to echa czasów dawnych, spowitych przez mroki ciemnoty umysłowej i głupoty ludzkiej, to symbol ery barbarzyństwa, którą ludzkość ma już na szczęście dawno za sobą, a do której to absolutnie nie wypada wracać naszej szlachetnej oraz rozwiniętej cywilizacji.

Spektakl to znakomita groteska, gęsto i często łatana absurdem. W rzeczywistości, do tworzenia której zostajemy zaproszeni, zabieg eutanazji jest już prawnie dozwolony, stąd właśnie legalna, ale wciąż budząca ogromne kontrowersje, działalność kliniki. Cały czas opinia publiczna próbuje poznać powody, dla których ludzie poddają się zabiegowi, stąd też wizyta Dziennikarza, gorącego zwolennika eutanazji, który na polecenie swojego Naczelnego ma przeprowadzić wywiady z pacjentami kliniki i dowiedzieć się, co kieruje ich na drugi brzeg rzeki życia. To nieco zadufany w sobie młody człowiek, szczęśliwy, jak mu się przynajmniej wydaje, mąż oraz ojciec trójki niekoniecznie do niego podobnych dzieci, wieszczący filozofię absolutnej, by nie rzec skrajnej, poprawności politycznej, w imię której każdemu człowiekowi przysługuje prawo wyboru, dotyczące również sposobu, formy oraz daty swojej śmierci. Dopiero interakcja, w którą wejdzie ze Starszą Panią pozwoli mu chociaż na chwilę popatrzyć na rzeczywistość bez klapek na oczach i przekonać się, że większość pacjentów, decydująca się na zabieg, to nie tyle ludzie schorowani fizycznie, co osoby samotne, czujące się niepotrzebne, odrzucone, pozbawione miłości, ofiary, jak to trafnie ujął Tadeusz Różewicz, znieczulicy społecznej. Na kwestię eutanazji inaczej patrzy Szalony Ordynator. Hołduje on idei, że śmierć człowieka następuje już w momencie, gdy znikają chęci do życia. Dalsza egzystencja takiego osobnika jest już tylko niepotrzebną męczarnią, smutną wegetacją, która przedłużana w nieskończoność staje się nieludzkim okrucieństwem. Wydaje się jednak, że założenia myśli przewodniej Ordynatora oparte są na błędnych przesłaniach – myli on mianowicie przyczyny ze skutkami. Co prawda trafnie diagnozuje, że ludzie zdrowi fizycznie, mogą posiadać poważnie schorowaną psychikę, ale wyciągając do nich pomocną dłoń, potrafi im jedynie zaoferować śmierć.

Obsada spektaklu - foto by Dorota Czarnecka [http://www.teatrbarakah.com]
Akcja spektaklu jest dość przewrotna, bowiem w pewnym momencie, ku zgrozie Żurnalisty, okazuje się, że został on wybrany do roli Chrystusa eutanazji. W końcu wiek 33 lat to znakomity okres to umierania za ideę. Ordynator, by w pełni przekonać świat do celowości prowadzonych przez siebie zabiegów potrzebuje męczennika, który udowodni, że eutanazja to w dzisiejszym świecie rzecz niezbędna, umożliwiająca skuteczną oraz ostateczną walkę z wszelakimi formami nieszczęścia. Dziennikarz mamiony jest wizją wielkości, którą jedna może zapewnić mu jedynie śmierć. Pozagrobowa chwała, literackie nagrody za tekst poświęcony eutanazji, mienią się jednak bardzo kusząco. Na co zdecyduje się żądny sławy Dziennikarz? O tym musicie przekonać się już sami.

Warto być może dodać, że Klinika dobrej śmierci w reżyserii Any Nowickiej została wyróżniona na XV Ogólnopolskim Konkursie na Wystawie Polskiej Sztuki Współczesnej. Ponadto tekst Jacka Getnera, na którym oparty jest spektakl okazał się najlepszy w Ogólnopolskim Konkursie TOPORNIADA, upamiętniającym twórczość pisarza Rolanda Topora. Topor to francuski surrealista, którego teksty przesycone są groteską oraz czarnym humorem  (by lepiej poznać styl artysty, zachęcam do lektury recenzji Pamiętnika starego pierdoły oraz Chimerycznego lokatora, autorstwa blogerki Miqa) – żadnej z tych cech nie można odmówić Klinice.

Reasumując, trwający nieco ponad godzinę spektakl wystawiony przez Teatr BARAKAH to znakomity sposób na spędzenie wolnego wieczoru na urokliwym Kazimierzu. Klinika dobrej śmierci, w której rzeczywistość wydaje się rzeczą dość kruchą i ulotną, pokazuje być może wcale nieodległą przyszłość, w której ludzkość, w kwestii wolności osobistej, poszła o ciut za daleko. Wykonując ten jeden dodatkowy krok, zapomniała równocześnie o tym, czego człowiek w swoim życiu potrzebuje najbardziej – ludzkich uczuć, zainteresowania bliźniego, miłości, ciepła, czy zwykłej troski oraz ciekawości o losy drugiego człowieka.

Na koniec wspomnieć można jeszcze o fantastycznej grze aktorów. Genialny oraz niezwykle ekspresywny Jan Mancewicz w roli Ordynatora, znakomicie oddająca zagubienie oraz rozterki Dziennikarza, reżyserka spektaklu oraz założycielka teatru, Ana Nowicka, Krzysztof Prystupa tworzący niezapomnianą kreację obu Mechanicznych Pielęgniarek, uzupełnieni o znaną mi z Szyca Monikę Kufel, Małgorzatę Brożonowicz-Sienkiewicz oraz Franciszka Mułę, stworzyli razem świetny i zgrany zespół, potrafiący nawiązać nić porozumienia z publicznością.

Klinika dobrej śmierci to kawał dobrej roboty, która w pędzącym świecie postępu nakazuje na chwilę przystanąć i poświęcić się chwili refleksji – być może warto rozważyć pytanie, czy człowiek rzeczywiście powinien zostać Panem Losu, mogącym w pełni decydować o cudzej i własnej śmierci.

Zdjęcia autorstwa Doroty Czarneckiej pochodzą ze strony www.teatrbarakah.com

piątek, 21 września 2012

Człowieczeństwo


Mówiąc wprost, ludzie, którzy nie potrafili odzywać się do siebie po ludzku, negowali tym samym swoją równość.

William Styron (z książki Wybór Zofii)

czwartek, 20 września 2012

Trzy boginie Kazimierza

Mojry 

Mojry

Marek Soból


Wydawnictwo: W.A.B.
Seria: Archipelagi
Liczba stron: 228
 
 
 
 
 
W środowisku czytelniczym żyje dość żywe przekonanie, że współczesna polska proza praktycznie nie istnieje. Wielu zżyma się i zrzędzi, że obecnie pisarze z Kraju znad Wisły nie mogą zaproponować niczego, co chociaż przez chwilę mogłoby przykuć uwagę, a na kolejnego Lema, Gombrowicza, czy choćby Bachdaja przyjdzie nam jeszcze długo poczekać. Osobiście uważam takie oraz podobne opinie za wielce krzywdzące, bowiem moim zdaniem młoda polska twórczość ma się całkiem dobrze. Wydaje mi się, że najlepszym sposobem, aby się o tym przekonać, jest sięgnięcie po jedną z lektur, które proponuje nam Wydawnictwo A.B. w swojej serii Archipelagi. Ja skusiłem się niedawno na Mojry autorstwa Marka Sobola i dziś chciałbym nieco przybliżyć tę pozycję oraz sylwetkę pisarza.

Matematyka i jednooki



Idzie sobie ślepy na jedno oko, a na chodniku leży kupa.
Pytanie: ile kup na chodniku widzi ślepy na jedno oko?
Odpowiedz: widzi dwie kupy.
Uzasadnienie: przez jedno oko widzi g.... , a przez drugie oko g.... widzi.

środa, 19 września 2012

"Stowarzyszenie Umarłych Poetów" Nancy H. Kleinbaum


Nancy H. Kleinbaum 

Stowarzyszenie umarłych poetów

(oryg. Dead Poets Society)

Tłumaczenie: Paweł LaskowiczDom Wydawniczy Rebis 2012

Seria: Salamandra



Wiele jest filmów zrobionych na podstawie książek i prawie zawsze lektura okazuje się większym przeżyciem niż seans. Książki napisane na podstawie filmów są wyjątkami od reguły i do tej właśnie kategorii należy Stowarzyszenie Umarłych Poetów. Film w reżyserii Petera Weria z roku 1989 okazał się wielkim wydarzeniem, a genialna główna rola nauczyciela języka angielskiego, której odtwórcą był Robin Williams, przeszła do najlepszych w historii kina. Na podstawie scenariusza tego kultowego obrazu, którego twórcą jest Tom Schulman, Nancy Horowitz Kleinbaum napisała powieść pod tym samym tytułem.





Jeśli to możliwe, by ktoś jeszcze nie oglądał filmu, wspomnę, iż osią fabuły jest historia o inspirującym młodzież pedagogu. Całość jest osadzona w realiach amerykańskiej prywatnej szkoły tylko dla chłopców z końca lat pięćdziesiątych. Szkoły o bardzo surowej regule i skostniałych schematach nauczania, będącej symbolem ograniczeń wynikających ze stetryczałej tradycji. Co wyniknie ze zderzenia prądów wniesionych przez pełnego pasji nauczyciela wirtuoza z mieliznami konwenansów, oportunizmu i ludzkiej małości nie będę zdradzał. Na wypadek, gdyby naprawdę ktoś jeszcze nie wiedział co dalej.

Tematyka aktualna jak zawsze. Pomimo mijających dziesięcioleci wciąż musimy wybierać między ekspresją własnej indywidualności i możliwością poniesienia konsekwencji wyłamania się z tłuszczy, a zgodą na stłamszenie naszej osobowości za cenę świętego spokoju i doraźnych korzyści. Dlatego, między innymi, jest to pozycja kultowa i odkrywają ją dla siebie wciąż nowe pokolenia. Tyle o filmie. A książka? Kto oglądał film, przeczyta powieść z przyjemnością, ale bez ekscytacji. Niczego nowego nie znajdzie, choć i zarzucić wersji do czytania niczego nie można. W drugą stronę będzie lepiej, gdyż Stowarzyszenie Umarłych Poetów to jeden z nieprzemijających kamieni milowych w historii kina*. Obraz, którego nigdy się nie zapomina, o czym z pełnym przekonaniem Was zapewniam


Wasz Andrew


* Oscar 1990 za najlepszy scenariusz oryginalny dla Toma Schulmana, liczne nominacje i inne nagrody

Stowarzyszenie Umarłych Poetów [Nancy H. Kleinbaum]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE