Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

niedziela, 8 lipca 2012

Zwodniczy punkt

czyli pozory mylą



Zwodniczy punkt
Dan Brown
(oryg. Deception Point)
tłumaczenie: Maria Frąc, Cezary Frąc
Albatros / Sonia Draga 2011

Najnowszy satelita NASA wykrywa niezwykły obiekt w lodowcach Arktyki, meteoryt ze śladami życia pozaziemskiego. Biały Dom przygotowuje się do poinformowania o odkryciu światowej opinii publicznej. Stanowiłoby ono sensację na miarę lądowania człowieka na Księżycu i zapewniło urzędującemu prezydentowi USA reelekcję. W celu zbadania meteorytu i stwierdzenia jego autentyczności na Arktykę udaje się grupa naukowców. Do grupy na osobiste polecenie prezydenta dołącza Rachel Sexton, analityk wywiadu, by przygotować opis znaleziska dla Białego Domu. Towarzyszy jej Michael Tolland, światowej klasy oceanograf. Wkrótce okazuje się, że rzekome odkrycie to precyzyjnie przygotowana mistyfikacja. Człowiek, który za nią stoi, zrobi wszystko, by prawda nie ujrzała światła dziennego. Rachel i Michael muszą uciekać, tropieni przez bezlitosnych komandosów-zabójców. Próbują ostrzec prezydenta i ustalić, kto kryje się za misterną intrygą, zwodniczym punktem na kreślonej przez nich mapie spisku...

Po przeczytaniu takiej notatki wydawcy zamieszczonej na okładce książki miałem nadzieję na coś w stylu starego dobrego techno-thrillera klasy Polowania na Czerwony Październik. Nadzieję podpartą bardzo pozytywnymi wrażeniami z lektury innych powieści autora**. Śmiało przystąpiłem więc do zapoznania się ze Zwodniczym punktem.

Już od pierwszych stronic poznałem, że pod względem stylu mamy to, co nieodmiennie kojarzy się z Danem Brownem; szybka, wciągająca akcja, wyraziste, jakby pod film stworzone postacie głównych bohaterów, no i oczywiście miłość między nimi rodząca się w czasie walki o życie, prawdę i sprawiedliwość. Coś pominąłem? Może ciekawostki historyczne, naukowe i polityczne? No właśnie; tutaj dochodzimy do jednej z największych wtop w dziejach mych kontaktów z powieściami wszelkiej maści, a trochę ich w końcu przeczytałem.

Dana Browna miałem za człowieka inteligentnego, obdarzonego nie tylko dobrym piórem, ale i umiejętnością wyszukiwania ciekawych informacji oraz wplatania ich w swe powieści. Jakże się myliłem!

Różne są rodzaje inteligencji i jej braku. Szczególnie mnie irytuje ułomność umysłu polegająca na tym, iż człowiek nie potrafi sam siebie krytycznie ocenić; nie potrafi określić co wie, a czego nie. Z reguły idzie to, co jest logicznym następstwem tej wady, z przekonaniem o posiadaniu inteligencji i wiedzy. Ludzie tacy nie potrafią rozgraniczyć tego, co wiedzą na pewno, tego, co niepewne i tego, czego absolutnie nie wiedzą. Dan Brown, jak widać z licznych podziękowań zamieszczonych we wstępie do Zwodniczego punktu, miał przy tworzeniu tej powieści licznych pomagierów utytułowanych i obleczonych w szaty autorytetów. Jak więc to możliwe, że w książce są błędy merytoryczne wołające o pomstę do nieba?

Jeden ze starych profesorów, z którymi miałem do czynienia, zwykł żartować, iż szczytem specjalizacji jest wiedzieć wszystko o niczym. Odkładając jednak na bok krotochwile ze smutkiem należy stwierdzić, iż Zwodniczy punkt, w którego napisaniu pomagali i ludzie z NASA, i z Agencji Bezpieczeństwa Narodowego, oraz wielu innych naukowców, jest dowodem na postępującą rozbieżność między posiadanymi tytułami naukowymi a podstawową wiedzą wykraczającą poza wąską dziedzinę danego specjalisty. Niedługo dojdzie do tego, że profesor mechaniki kwantowej nie będzie wiedział, jak brzmi Prawo Archimedesa. Nasza powieść jest tego koronnym przykładem. Nikt nie zauważył błędów, które ośmieszają i autora, i jego współpracowników. Ośmieszają również krytyków oceniających tę powieść, którzy podkreślają, ile się z niej dowiedzieli o nauce, technice, oceanach i meteorytach. Może lepiej zafundować sobie jeszcze raz program gimnazjum, ze szczególnym uwzględnieniem nauk ścisłych i czytania ze zrozumieniem, a potem po prostu uważać zamiast pisać SMS-y i ściągi?

Nie będę przedłużać opisu tej hańby, po której pisarz z poczuciem honoru, jeśli nie strzeliłby sobie w łeb, to przynajmniej nie publikowałby już więcej pod tym samym nazwiskiem, ani nie zezwolił na kolejne wydania podobnego „bestsellera”. Wymienię tylko dwie wpadki, które szczególnie mnie ubodły, a których jak dotąd, z tego co widzę po recenzjach, do których miałem dostęp, nikt nie zauważył.

W końcowej fazie powieści, gdy bohaterowie znajdują się na statku Michaela Tollanda, Brown daje swym czytelnikom wykład na temat działania batyskafu. Jest to pewnie jeden z elementów owej wiedzy wychwalanej jako wielce wartościowa strona tej nieszczęsnej książki. Sęk w tym, że opisana konstrukcja to prawie klasyczna łódź podwodna i ma tyle wspólnego z batyskafem, co samolot z balonem. Hańba!

Jeszcze gorsza jest wpadka dotycząca głównego artefaktu, wokół którego kręci się cała fabuła. „Masywna kula” o średnicy trzech metrów, „o gęstości o wiele większej niż jakiekolwiek skały”*. Kamień ważący ponad osiem ton. Kto uważał w dawnej podstawówce albo dzisiejszym gimnazjum, ten wie, iż wzór na objętość kuli ma postać: V=4/3 π r³, czyli w przybliżeniu v=4,19 r³, co przy r=1,5m daje nam objętość nieco ponad 14 m³. Skoro kula waży 8 ton, więc jej gęstość jest blisko o połowę mniejsza od wody, a wielokrotnie mniejsza od większości masywnych skał. Mówiąc najprościej, taki „niezwykle masywny kamień” pływałby w wodzie niczym kapok! Opisy transportu tego kamienia, wyciąganego z głębiny na powierzchnię przez grupę zmachanych osiłków, podobnie jak jego wcześniejsze peregrynacje, budzą zażenowanie i zgrozę! Nic nie jest takim, jakim się wydaje! Ludzie inteligentni nimi nie są, tytuły naukowe nie gwarantują najbardziej podstawowej wiedzy, a informacje zawarte w Zwodniczym punkcie, podobnie jak postrzeganie świata poprzez reklamy, są tylko złudzeniem.

Błędy merytoryczne z zakresu kryminalistyki dyskwalifikują kryminał. Jestem przekonany, że oceniając Zwodniczy punkt należy podobną wagę przyłożyć do popełnionych przez autora gaf. Jakby tego było mało, zakończenie jest przewidywalne i tak naciągane, iż najbardziej pasują do niego słowa znane z refrenu jednego z polskich seriali, czyli „zabili go i uciekł”. I bynajmniej nie zdradzam tu niczego przed czasem, gdyż każdy się domyśla już od początku powieści, kto zwycięży.

Wielka szkoda, że tak popisowo to spieprzono. Pomysł był niezły, a z takim warsztatem literackim, jaki ma Brown, mogło z niego wyjść coś na kształt jednego z lepszych techno-thrillerów. Mogło być pięknie, a wyszło, jak wyszło. Jedyne co można powiedzieć na obronę pisarza, to że późniejsze jego powieści są dużo lepsze**, co jest wielką różnicą choćby w porównaniu do Toma Clancy, który zaczynał świetnie, a teraz produkuje sztampę. Niestety nie może to wpływać na poprawę oceny tej konkretnej powieści


Wasz Andrew


* str. 88, 89 i dalsze
** Mam na myśli konkretnie Kod Leonarda da Vinci

sobota, 7 lipca 2012

Ferdynand Goetel "Nie warto być małym" - Nawoływanie do wielkości

 

Nie warto być małym

Ferdynand Goetel

Wydawnictwo: Arcana
Liczba stron: 248













Książka Nie warto być małym to ostatnia pozycja w dorobku pisarskim Ferdynanda Goetla. Pisana już na emigracji, opublikowana została na łamach londyńskiego Veritasu jeszcze za życia pisarza, jednak w Polsce jej wydanie przeszło niemal bez echa. Z tego względu powieść ta należy do najmniej znanych spośród wszystkich spłodzonych przez Goetla. A okoliczności jej powstania z pewnością były ciekawe, śmiało rzec można, że wręcz dramatyczne. W roku 1957, 67-letni, schorowanemu Goetelowi doskwierała błyskawicznie postępująca jaskra, która powodowała ślepotę pisarza, zamieniając codzienne życie w pasmo udręk. Problemem był powrót do domu z kawiarni, a cóż dopiero czytanie czy pisanie jakichkolwiek tekstów. Z tego powodu Nie warto być małym powołane zostało do bytu w sposób dość niecodzienny – Goetel dyktował treść książki. Warunki powstania powieści odbiły na niej swoje piętno. Wg krytyków książka w przeciwieństwie do pozostałych utworów jest zwięzła oraz szorstka. Trafnie ujęła to Maria Danilewicz-Zielińska, która stwierdziła, że recenzowana pozycja została obmyślona w ciemnościach nocy i niewiele łaskawszym mroku dnia.

środa, 4 lipca 2012

Kosmos znaczeń

Okładka książki Kosmos 

Kosmos

Witold Gombrowicz

Wydawnictwo: Literackie
Liczba stron: 150
 
 
 
 
 
Kosmos to powieść Witolda Gombrowicza, która na rynku wydawniczym ukazała się po raz pierwszy w 1965 roku, czyli na 4 lata przed śmiercią artysty. Mroczna oraz tajemnicza książka, którą nietrudno posądzić o wieloznaczność, przez wielu krytyków uchodzi za podsumowanie całej twórczości Gombrowicza. W roku 1967 pisarz za Kosmos został uhonorowany międzynarodową nagrodą wydawców Prix Formentor. Powieść cieszy się także ogromną estymą poza granicami naszego kraju. Tłumaczono ją wielokrotnie, na wiele języków, m. in. na angielski, francuski, niemiecki, włoski, norweski, holenderski, portugalski, hiszpański, czy nawet japoński. Należy z pewnością dodać jeszcze, że Kosmos jest obiektem wielu studiów literackich, które prowadziły osoby o takich nazwiskach jak profesor Jerzy Jarzębski (który zajmuje się także twórczością Stanisława Lema), Jean-Pierre Salgas (francuski krytyk i eseista) czy Wojciech Karpiński (historyk sztuki, krytyk literacki, tłumacz).

środa, 27 czerwca 2012

Igor Newerly "Zostało z uczty bogów" - Bildungsroman z rewolucją w tle

Zostało z uczty bogów

Igor Newerly

Wydawnictwo: Świat Książki
Liczba stron: 432
 
 
 
 
 
Igor Abramow-Newerly to z pewnością postać nietuzinkowa. Tylko takie zdanie przychodzi mi do głowy, gdy w kilku krótkich słowach pragnę przedstawić sylwetkę tego polskiego twórcy. Bo jak inaczej można wyrazić się o pisarzu, z pewnością wybitnym, który należał do PZPR, jego Pamiątka z Celulozy to klasyczny przedstawiciel socrealizmu, a w swoim życiu wykonywał całe spektrum zawodów, począwszy od pracy stolarza i szklarza, na stenografie skończywszy.
 

sobota, 23 czerwca 2012

"Niewinność zagubiona w deszczu" Eduardo Mendoza, czyli Rok potopu

Okładka książki Niewinność zagubiona w deszczu 

Niewinność zagubiona w deszczu

Eduardo Mendoza


Tytuł oryginału: El ano del diluvio
Tłumaczenie: Jan Krzysztofiak
Wydawnictwo: Znak
Liczba stron: 136





Niewinność zagubiona w deszczu to tytuł polskiego tłumaczenia książki El ano del diluvio, hiszpańskiego pisarza, erudyty, prawnika, byłego tłumacza ONZ, Eduardo Mendozy. W Polsce kojarzony jest głównie jako autor trylogii o detektywie lumpie, w skład której wchodzą: Sekret hiszpańskiej pensjonarki, Oliwkowy labirynt oraz Przygoda fryzjera damskiego. Serię tę charakteryzuje niezwykły humor, absurdalność oraz groteska – dla wielu czytelników, styl Mendozy nieodzownie łączy się z wymienionymi cechami, przez co Hiszpan postrzegany jest niekiedy mylnie jako pisarz lekkiego pióra, płodzący błahe i zabawne historie (od razu zaznaczam, że wrażenie to jest mylne, nie mające nic wspólnego z rzeczywistością, ale póki co, nie będę się z nim rozprawiać). Istnieje również drugi Mendoza, autor powieści, w których humor sączy się w znacznie mniejszych ilościach, lub praktycznie wcale oraz twórca przedstawień teatralnych, dramatów. Czytelnicy nasyceni lekturą Mendozy pierwszego, przypadkiem trafiając na Mendozę drugiego, często przeżywają szok oraz niedowierzanie, że mają do czynienia z jednym i tym samym autorem, a przez to, że książka nie spełnia ich oczekiwań, to znaczy nie wzbudza na każdym kroku salw śmiechu, odczuwają zawód i rozczarowanie. Dlatego od razu podkreślam, że „Niewinność zagubiona w deszczu” to zdecydowanie Mendoza numer dwa, nie mniej jednak dzieło to jest warte przeczytania oraz polecenia.

poniedziałek, 18 czerwca 2012

Kontrakt Paganiniego




Kontrakt Paganiniego
(oryg. Paganinikontraktet)

Lars Kepler*
tłumaczenie: Marta Rey-Radlińska
wydawnictwo: Czarne 2012

Niejednokrotnie już wspominałem, iż od jakiegoś czasu jestem wielbicielem szwedzkiej szkoły kryminału społecznego. Muszę się jednak przyznać, że w stosiku zaległych lektur Kontrakt Paganiniego trafił prawie na sam spód. Po pierwsze z tego powodu, iż spółka pisarska kryjąca się pod pseudonimem Lars Kepler* była mi dotąd nieznana, ale przede wszystkim z powodu szaty graficznej okładki, która jest po prostu tragiczna i jeśli ma mówić coś o treści, to zapowiada jedynie kicz i tandetę.


W końcu przyszedł ten dzień i zacząłem czytać. Już po kilku stronach historia mnie wciągnęła i nie puściła aż do samego końca. Wszystko zaczyna się od tego, iż pewnej letniej szwedzkiej nocy stary rybak podpływa do dryfującego jachtu aby sprawdzić, czy ktoś na jego pokładzie nie potrzebuje pomocy. Na łóżku w kabinie znajduje siedzącą martwą dziewczynę. Choć jej ubranie, skóra i włosy są suche, sekcja wykazuje, iż utopiła się w morskiej wodzie. Szybko okazuje się, iż denatka jest siostrą znanej aktywistki ruchu pacyfistycznego Penolope Fernandez, a sprawą zajmie się nasz główny bohater, czyli Joona Linna, szwedzki policyjny super hero.

Jak zwykle rozwoju sytuacji nie będę zdradzał. Uchylę tylko rąbka zagadki i powiem, iż fabuła jest atrakcyjnie realna i dość prawdopodobna, akcja szybka, a postacie przekonujące. Całość na tyle zgrabna, iż czytałem z prawdziwą przyjemnością i zainteresowaniem, choć nie jestem zwolennikiem prezentowanej przez "Keplera" maniery stylistycznej, czyli przeniesień w czasie i pomiędzy różnymi punktami widzenia. Mimo tego, iż preferuję jeden punkt widzenia, na przykład ogląd głównego bohatera, i jeden bieg czasu urozmaicany co najwyżej retrospekcjami wynikającymi z jego wspomnień, to kunszt "Larsa Keplera" okazał się tej klasy, iż jego powieść po prostu połknąłem, mimo wspomnianej specyfiki stylu.

Już nadmieniłem, iż w Kontrakcie Paganiniego znajdziemy wszystko, co w dobrym kryminale powinno się znaleźć. Nie byłby jednak "Kepler" przedstawicielem szwedzkiej szkoły tego gatunku, gdyby nie problem społeczny, który jest zarazem motorem, osią i tłem całej fabuły. Jaki konkretnie nie będę zdradzał, stwierdzę tylko, iż jest to kolejna wariacja na temat prawdziwej twarzy obecnej formy kapitalizmu, w którym to nie biznes staje się celem infiltracji mafii, a po prostu sam, jak w prześwietnym świadectwie Gomorra, jest nowoczesną mafią. Biznes, który za nic ma prawo, o zwykłym poczuciu przyzwoitości nie wspominając. Biznes, dla którego jedynym celem jest zysk, który zarazem jest jedynym kryterium oceny. Wystarczająco wysoki zysk uzasadnia wszystko i z wszystkiego rozgrzesza, a najgorszym przestępstwem jest brak zysku. W dodatku taka forma przestępczości jest trudniejsza do zwalczania niż klasyczna, hierarchiczna, typowo kryminalna mafia, gdyż nie posiada ustalonych struktur, tworzy się niejednokrotnie tylko na potrzeby konkretnego interesu, tylko część jej działań jest nielegalna lub też działania są przestępstwem tylko na pewnym etapie. Z racji środków, którymi obraca, a które niejednokrotnie przekraczają PKB mniejszych państw, mafia biznesowa posiada układy wśród polityków, najwyższych władz i wszystkich struktur nie tylko państwa, ale niejednokrotnie jednocześnie wielu państw. Szkoda, że niewielu z naszych autorów próbuje ataków na podobną tematykę co Szwedzi, a przynajmniej ja na taką powieść nie trafiłem. Szkoda, gdyż sądząc z zakończenia wielu naszych afer i tego, co się działo przy budowach związanych z Euro, mamy w Polsce początki Gomorry jeszcze lepszej, niż ta włoska.

Niestety, nie jest nasza powieść całkowicie wolna od wpadek w sprawie realiów uzbrojenia i sprzętu służb. Szczególnie scena w ambasadzie zmusiła mnie do trzykrotnego przeczytania tego fragmentu zanim zrozumiałem, co autor mógł mieć na myśli, by się ona kupy trzymała. Czy jednak miał to właśnie nie na myśli nie wiem. Nie wiem też, czy wpadka jest winą autora czy tłumacza. Poza tym nie jest ona przysłowiową łyżką dziegciu i nie jest w stanie zepsuć bardzo pozytywnych wrażeń z całości książki, więc wspominam o tym tylko dla uczynienia zadość memu poczuciu rzetelności.

Reasumując; mogę z całym przekonaniem polecić Kontrakt Paganiniego każdemu, nie tylko miłośnikom kryminałów, sensacji i akcji. Powieść wartościowa, dająca do myślenia i dobrze napisana, choć nie aż tak rewelacyjnie jak na przykład Millenium Stiega Larssona. W starej skali ocen piąteczka z malutkim minusem. Zapraszam wszystkich do lektury, bo warto, o czym solennie Was zapewniam


Wasz Andrew



*Lars Kepler to pseudonim literacki spółki autorskiej; Alexander Ahndoril i Alexandra Coelho Ahndoril.

Birminghamski bildungsroman

Okładka książki Rotter's Club 

Rotters' Club

Jonathan Coe


Tytuł oryginału: The Rotter's Club
Tłumaczenie: Robert Sudół
Wydawnictwo: Oficyna Literacka Noir sur Blanc
Liczba stron: 396
 
 
 
 
Rotters’ Club to powieść Jonathana Coe, angielskiego pisarza urodzonego w 1961 roku, doktora literatury oraz krytyka literackiego. Jest to historia kilku młodych ludzi, uczniów szanowanej, by nie rzec elitarnej, szkoły im. Króla Wilhelma, której akcja rozgrywa się w przemysłowym Birmingham, w nie tak do końca różowych latach 70’.

Śledząc poczynania głównych bohaterów, jesteśmy równocześnie świadkami zachodzących w Anglii przemian, powolnego upadku partii laburzystów. To czas, gdy o Margaret Thatcher słyszeli tylko nieliczni. Napięta atmosfera polityczna, ciągła walka, siłowanie się związków zawodowych z przedsiębiorcami, liczne protesty, ataki policjantów na strajkujących, do tego ciągłe przerwy w dostawie prądu oraz w funkcjonowaniu poszczególnych fabryk i przedsiębiorstw, a na dokładkę organizowane przez IRA, krwawe zamachy na ludność cywilną – bardzo szybko przekonujemy się, że z pewnością był to okres burzliwy oraz ciekawy, hartujący ludzki charakter.

Akcja powieści toczy się wokół życia czwórki przyjaciół. Niekwestionowaną gwiazdą całej szkoły jest skłonny do wybryków oraz dowcipów, balansujących na krawędzi dobrego smaku Sean Harding. Daje się on nam również poznać jako autor listów pisanych pod pseudonimem niejakiego Arthura Pusey-Hamiltona, kawalera Orderu Imperium Brytyjskiego, które są znakomitą karykaturą angielskiej klasy wyższej. Harding w sposób wyborny przerysował i pogrubił pewne stereotypowe cechy charakteru arystokracji, uzyskując w efekcie ksenofobicznego snoba, któremu rację przyznaje zawsze Gladys, jego zacna małżonka: wg niego Irlandczyków powinno się pogonić, z protestującymi robotnikami winno rozmawiać się jedynie za pomocą policyjnych pałek, a jego własny syn sypia oraz bierze prysznic w rękach skutych kajdankami, by przypadkiem nie zrobił czegoś nieprzyzwoitego, gdy nie ma przy nim rodziców. Doug Anderton to jeden z redaktorów gazetki szkolnej The Bill Board. Mimo młodego wieku posiada dość jasno wyklarowane poglądy polityczne, którymi w dużej mierze przesiąkł od swojego ojca, szefa związkowców firmy samochodowej British Leyland. Z pewnością można określić go mianem buntownika, któremu obce są granice dobrego wychowania, lubiącego łamać konwenanse. Zdecydowani inny charakter mają pozostali dwaj przyjaciele. Philip Case to wrażliwy człowiek, któremu sen z powiek spędzają kłopoty małżeńskie rodziców. Dość niespodziewania matka Philipa stała się obiektem westchnień nauczyciela od plastyki, Cioty Plomba, jak nazywają go w szkole uczniowie. Młody Case to niepoprawny marzyciel, pasjonat historii, z lubością oraz ciekawością odkrywający kolejne architektoniczne perełki rodzinnego Birmingham. Ostatni z paczki to Benjamin Trotter. Zdecydowana większość wydarzeń rozgrywa się właśnie wokół Bena, przezywanego niekiedy złośliwie Bentem Rotterem (Bent - zgięty zakrzywiony, Rotter - zgniłek). To jeszcze większy sentymentalista niż Paul, z którym zresztą bardzo dobrze się dogaduje. Ben jest artystą z krwi i kości. Pisze powieści, wiersze, ponadto także komponuje, jest, podobnie jak Doug, jednym z redaktorów gazetki szkolnej. Jest skrytym człowiekiem, któremu z trudem przychodzi nawiązywanie nowych znajomości. Śledząc dorastanie Trottera jesteśmy również świadkami jego coraz większej alienacji – Ben coraz bardziej oddala się od swoich przyjaciół, pogrążając się we własnym świecie, wypełnionym muzyką oraz literaturą. Wydaje mi się, że można zaryzykować stwierdzenie, że pierwowzorem postaci Bena był sam Jonathan Coe, który również w szkole był typem samotnika, a o swojej nieszczęśliwej szkolnej egzystencji pragnął zapomnieć, oddając się pisarstwu. Ponadto sam Coe to podobnie jak Ben, krytyk, muzyk oraz kompozytor. Oprócz wymienionej paczki przyjaciół, w powieści pojawiają się liczne postacie poboczne: uczniowie, członkowie rodzin oraz wiele, wiele innych.

Coe’emu należy oddać, że nakreśleni przez niego bohaterowie to ludzie z krwi i kości. Tchną oni autentyzmem, a ich poczynania śledzi się z zainteresowaniem oraz rozbawieniem. Angielski pisarz rewelacyjnie namalował nam obraz młodych ludzi, podkreślił ich cechy, które odróżniają wszystkich nastolatków od ludzi dorosłych. Widzimy cudowną wręcz ignorancję, na praktycznie każdy temat, odbiegający od nastoletniego świata wypełnionego muzyką, życiem szkolnym oraz pierwszymi inicjacjami seksualnymi: A w tej zimnej wojnie o co chodzi? W ogóle dlaczego nazywa się „zimna” ?, A dlaczego Watergate? Co ten prezydent Nixon narobił?, Dlaczego benzyna teraz taka droga?, A skąd te awarie prądu?

Oczywiście owa ignorancja nie jest wieczna, na naszych oczach bohaterowie wchodzą powoli w świat, w którym należy wybrać pomiędzy karierą naukową a pracą zawodową, zarobić pieniądze, czy założyć własną rodzinę. Można zatem nieco na upartego stwierdzić, że jest to książka o dojrzewaniu. Bohaterowie zaczynają podejmować trudne wybory, życie doświadcza ciężko niejednego z nich, świat coraz częściej zaczyna jawić się jako brutalna arena walk. Mimo to prozie Coe’ego nie można odmówić lekkości. Na pewno jest to zasługa świetnego warsztatu pisarskiego. Wiele historyjek, szczególnie te z udziałem Bena Trottera, jest bardzo zabawnych, nie raz zdarzyło mi się wybuchnąć gromkim śmiechem (seks w szafie, czy też dłubanie protezą ręki żony dyrektora szkoły w nosie). Ale chyba najbardziej godne podziwu dla autora jest to, że w ów miły i sielankowy krajobraz młodzieżowej egzystencji udało mu się płynnie wtłoczyć wiele kwestii cięższego kalibru. Podczas uważnej lektury przekonujemy się, że w Wielkiej Brytanii lat 70 problem rasizmu był ciągle żywy, szczególną niechęcią darzono kolorowych imigrantów, których oskarżano o kradzież miejsc pracy. Ben Trotter raczy nas również bolesną historią duńskiej żydówki, matki dwóch poznanych na wakacjach chłopców, która straciła ukochanego podczas II Wojny Światowej. Z kolei siostra Bena traci swojego chłopaka, który ginie w zamachu terrorystycznym, tuż przed tym, gdy zamierza się jej oświadczyć.

Proza Coe’ego jest realistyczna i tym chyba najbardziej uwodzi. Autor w sposób barwny opisał prozę życia dnia codziennego, poprzeplataną wzlotami oraz bolesnymi upadkami, chwilami radości oraz bólu, stylem, który powagę łączy z ironią. Ponadto, niejako w tle, pisarz w sposób ciekawy oddał nastrój lat 70’ w Wielkiej Brytanii, czyli okresu, gdy blednąć poczęły gwiazdy tuz rocka progresywnego na rzecz krzykliwego i wrzaskliwego punku, czasu, kiedy seks przestawał być pomału tematem tabu.

Ciekawa jest również konstrukcja książki. Oprócz standardowej prozy z trzecioosobowym narratorem, są to wycinki z gazetki szkolnej The Bill Board, wspomnienia części bohaterów, niekiedy także ich osobiste notatki z czasów, gdy są już dorosłymi ludźmi. Pojawiają się również manifesty, odezwy, kartki z pamiętnika, czy zapiski wywiadów. W efekcie książka jest jeszcze żywsza oraz bardziej interesująca. Uważam, że z czystym sumieniem można polecić ją każdemu, a w szczególności osobom zainteresowanym historią Anglii – nieznany dla wielu ludzi okres przed panowaniem Żelaznej Damy, dobrze opisany w powieści, jest naprawdę ciekawy.

niedziela, 17 czerwca 2012

Szwedzka szkoła kryminału społecznego


Stieg Larsson

Szwedzki kryminał, a właściwie szwedzka szkoła kryminału społecznego, jest dla mnie szczególnym osiągnięciem w tym dziale literatury. Nie żeby inne nacje nie miały się czym pochwalić. Przypuszczam, że każdym kraju znalazłyby się w tym kanonie dzieła godne uwagi, że nie wspomnę o potentatach z długimi i głośnymi tradycjami w dziedzinie literatury kryminalnej.


Świetne powieści tego rodzaju można spotkać choćby w twórczości zza Wielkiej Wody, niech wymienię tylko, choć lista mogłaby być długa, Tami Hoag, której książki szczególnie cenię za niepowtarzalny klimat. Wielką sympatią darzę Wyspiarzy, którzy mają na tyle silną ekipę, iż są w stanie wystawić pretendentów do miana mistrza osobno spośród Angoli, Szkotów i Irlandczyków. Wśród pierwszych szczególnie urzekł mnie choćby Mark Haddon za swą błyskotliwą odmienność, choć wcale nie jest on najbardziej znanym ze swych krajanów. Spośród równie silnej reprezentacji Szkocji i Irlandii wspomnę tylko tworzących w stylu noir Stuarta MacBrideKena Bruena, których proza jest stuprocentowo nieszablonowa i charakteryzuje się również brakiem uchybień w realizmie, które są wielką bolączką w omawianym gatunku. Listę tę, na której znalazłyby się tylko prawdziwe majstersztyki kryminału, można ciągnąć w nieskończoność. Jest jednak państwo, które, pozornie nie wiadomo dlaczego, gdyż jest uważane za ikonę demokracji, dobrobytu i bezpieczeństwa, wydało na świat wielu wirtuozów literatury, nie tylko kryminalnej, i stworzyło własną szkołę tworzenia w tym gatunku. Nie tylko zresztą w tym. To Szwecja.

Od dawien dawna literatura kryminalna przez wielu była uważana za drugi sort twórczości pisarskiej, za coś niegodnego prawdziwego pisarza. Ja się bym z tym nie zgodził, jednakowoż faktem jest, iż w tej branży powstaje wyjątkowo dużo sztampowych gniotów, które epatując czytelnika nierealnie krwistymi obrazami i nieuzasadnionym okrucieństwem często docierają na listy bestsellerów, a nierzadko zbierają nawet entuzjastyczne recenzje mądrych z pozoru krytyków. Szwedzi zaś, chyba jest to jakaś ich cecha narodowa, postanowili zrobić odwrotnie. Wykorzystać nośną, obiecującą dużą popularność charakterystykę gatunku nie tylko do trzepania kasy i zbijania popularności, ale do upowszechnienia wśród szerokich mas wiedzy o problematyce, o której nikt nie chciałby czytać, gdyby była podana w innym opakowaniu.

Polska również ma kim się pochwalić w dziedzinie literatury kryminalnej. Może nie są to nazwiska aż tak sławne w świecie, ani twórczość aż tak błyskotliwa, jednak jest co poczytać i są to lektury naprawdę wartościowe. Sęk w tym, że w pewnym sensie, Polska i Szwecja, jak stoją na dwóch biegunach rzeczywistości społecznej i tego, jak są postrzegane w świecie, tak i w literaturze kryminalnej przybierają maniery dokładnie odwrotne.

Polscy autorzy zdają się uciekać od problemów naszej rzeczywistości w rejony urojonych motywów, jakich nie spotkamy nawet wśród najbardziej pokręconych rzeczywistych zabójców (J.D. Bujak), lub też jawnie rejterują w przeszłość, że wspomnieć choćby rewelacyjnego skądinąd Marka Krajewskiego, albo za granicę, jak choćby Joe Alex. Szwedzi poszli drogą dokładnie odwrotną. Stworzyli szkołę kryminału społecznego, w której każda powieść jest krzykiem. W atrakcyjnym opakowaniu wciągających historii ostrzegają przed problemami, które gryzą szwedzkie społeczeństwo. Przed korupcją sięgającą wszędzie, przed zachłannym biznesem groźniejszym niż mafia, gdyż w istocie prawdziwą nową mafią będącym, przed niewolnictwem, handlem ludźmi i przemocą wobec słabszych w społeczeństwie. Uważny polski czytelnik poznając kryminały wychodzące spod piór Szwedów, że wspomnę choćby Stiega Larssona, zastanawia się, czy oni trochę nie przesadzają. Wszak Szwecja jawi się nam jako prawdziwe państwo prawa, obfitości dóbr i wolności. Może by tak tych ichnich pisarzy wysłać na unormalnienie do Polski? Potem jednak przychodzi inna refleksja. Skoro oni w Szwecji widzą mafię i niesprawiedliwość wszędzie, to jak by ocenili Polskę? Jako mafię samą przebraną w szaty państwa? I dlaczego oni tak piętnują wszystko, co u nich złe, a my nie? Czyżbyśmy, podobnie jak nasza rzeczywistość, byli już tak zdegenerowani, iż nawet otaczającego nas zła nie zauważamy?

Nie chcę odpowiadać na te pytania. Można ją znaleźć nie ruszając się nawet z kanapy. Wystarczy włączyć telewizję na którykolwiek z licznych programów interwencyjnych, do których nigdy nie brakuje nowych materiałów. Sęk w tym, że dzięki temu, iż oni tak wywlekają na jaw problemy, które są bolączkami całego Zachodu, stworzyli własną szkołę w tej dziedzinie literatury i między innymi dzięki temu powieści jej reprezentantów są znane na całym świecie. Jeszcze ważniejsze, że dzięki temu, iż nie zamiatają gówna pod dywan, ich kraj jest, jaki jest. A nasz też jest, jaki jest, dzięki temu, iż dla nas główną zasadą jest nie kalać własnego gniazda. Nawet w literaturze kryminalnej.

Można długo wymieniać inne zalety kryminałów made in Sweden. Autentyzm, klimat i inne. W moim odczuciu nie to jednak zdecydowało o ich sukcesie, bowiem podobne cechy ma również konkurencja. To właśnie ta nieobojętność, ta wrażliwość na krzywdę i zwykła przyzwoitość bijąca z każdej kartki jest siłą szwedzkiego kryminału. Przyzwoitość, która staje się nam niestety coraz bardziej obca. My mamy inne wartości.

Na koniec tego wszystkiego muszę przyznać, że lektura szwedzkich powieści nie jest dla mnie tylko i jedynie ucztą. Jest niestety zarazem niczym alkohol – wywołuje u mnie kaca. Przywołuje żal, że u nich jest tak, a u nas inaczej. Żal, że u nas nie słychać głosów normalności tak głośnych i wyrazistych jak u nich, gdyż giną w kociokwiku polityczno-kościelnego podniecenia. Wojny na górze, aborcja, Smoleńsk – to pochłania tyle narodowej energii, że nie starcza już na nic innego. I jest w moim odczuciu coraz gorzej. A gdy zdarzy się ktoś, kto woła, że jest źle, że czas się opamiętać, to zagłuszają go wrzaski, że przecież jest świetnie, że źle, to było za komuny. A może po prostu los przeznaczył mi miejsce nie w tym kraju, co trzeba?


Wasz Andrew

refleksja zainspirowana konkursem w serwisie LubimyCzytać.pl