Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

wtorek, 15 maja 2012

"Złe Małpy" Matt Ruff - Bardzo Złe Małpy

Okładka książki Złe Małpy 

Złe Małpy

Matt Ruff


Tytuł oryginału: Bad Monkeys
Tłumaczenie: Zbigniew A. Królicki
Wydawnictwo: Dom Wydawniczy REBIS
Seria: Salamandra
Liczba stron: 280
 
 
 
Wydział Usuwania Niereformowalnych Osób, a w języku kodowym Złe Małpy to jedna z sekcji tajemniczej Organizacji, której celem jest walka ze złem. Brzmi to okrutnie banalnie i jakoś tak z amerykańska. Pierwsze strony książki przyniosły mi skojarzenie z kreskówką Atomówki, w którym troje dziewcząt walczyło ze złem i występkiem. Co gorsza jednak wrażenie to nie opuściło mnie aż do końca.

poniedziałek, 14 maja 2012

Siódmy dzień




Po Siódmy dzień (oryg. Den syvende dag), którego autorem jest Jens Høvsgaard, dziennikarz śledczy duńskiego pochodzenia, znany w całej Europie ze swych dokumentalnych opracowań o handlu ludźmi, a w szczególności kobietami, sięgnąłem skuszony interesującą okładką wyróżniającą się spomiędzy stosu komiksowych obwolut bestsellerów leżących na bibliotecznym stoliku. Gdy przeczytałem notę porównującą twórczość Høvsgaarda do stylu Larssona, wiedziałem już, że do domu pójdziemy razem.


Książkę czyta się szybko, wręcz błyskawicznie. Styl jest dobry, a tło odmalowane tak perfekcyjnie, iż od razu widzimy różnice między Danią, gdzie rzecz się rozgrywa, a Szwecją, tak przecież nieodległą od niej kulturowo, czy też Norwegią. Nasz bohater, John Hilling, jest rzeczywiście bliski bohaterowi Larssonowskiego Millenium, Mikaelowi Blomkvistowi. John też jest dziennikarzem śledczym i podobnie jak Mikael jest zaangażowany w walkę z nietolerancją, nepotyzmem, korupcją i wszelkimi przejawami nieprawości oraz niesprawiedliwości społeczniej. Hilling, pracujący dla tabloidu „Ekstra Bladet”, przypadkowo nawiązuje kontakt z grupą fundamentalistów religijnych, która wzbudza jego zainteresowanie. Co dalej się stanie nie będę zdradzał. Wspomnę tylko, że poza trupem, który pojawi się już w pierwszym rozdziale, i związaną z nim zagadką, oraz innymi tajemnicami, które nasz dziennikarz będzie musiał rozwiązać, znajdziemy w Siódmym dniu spory ładunek autentycznych emocji jakie w uczciwych ludziach wzbudza krzywda niewinnych i bezduszność kreatur, które zaślepione przez wiarę lub mamonę uważają się za coś lepszego od innych. Będzie również i miłość, i trochę seksu, nawet mocno wyuzdanego, i jeszcze kilka innych rzeczy.

Akcja powieści jest wielowątkowa, chociaż nie aż tak pięknie spleciona jak u Larssona, do którego Høvsgaard jest wciąż porównywany. Również problemy społeczne, które się w książce porusza, są ważkie. Najważniejszy to zagrożenie wynaturzeniami religijnymi i w ogóle fanatyzmem oraz fundamentalizmem z jednej strony, a ksenofobią i prawicowym nacjonalizmem z drugiej. Ważne miejsce zajmuje w niej też defraudowanie pieniędzy państwowych i społecznych, tak powszechne również w naszym kraju. Przekazywanie tego, co państwo zabrało najbiedniejszym w ręce bogatych, by ci dzięki różnym funduszom i dotacjom mogli być jeszcze bogatsi. Innym narastającym zagrożeniem jest seks w internecie, niejednokrotnie wykorzystywany jako jedyna forma autopromocji lub jako forma kontroli. Tematy te od lat są poruszane w szwedzkiej szkole kryminału społecznego i można śmiało stwierdzić, że gdyby politycy i służby odpowiedzialne za bezpieczeństwo słuchali tego swoistego głosu oświeconych, być może nie doszłoby do tragedii na norweskiej wyspie Utoya. Niestety, politycy wolą widzieć te zagrożenia, które im widzieć wygodnie, nawet wtedy, gdy już dawno przebrzmiały, a na inne są ślepi. Głośniej brzmią potępienia komuny, która już dawno zmarła, niż ostrzeżenia przed nadchodzącym złem ekstremizmu religijnego i prawicowego nacjonalizmu oraz przed bezdusznymi kartelami kapitalizmu dla pieniędzy gotowymi na wszystko.

Jak wspomniałem, Siódmy dzień jest powieścią bardzo dobrą, jednak nie tak rewelacyjną jak choćby wspomniana już tyle razy proza Larssona. Brak jej tego sznytu, tego czegoś nieuchwytnego, co oddziela dobre rzemiosło od wirtuozerii, od arcydzieła. Na mój gust jest troszeczkę jakaś taka chaotyczna, a i zakończenie nie do końca mnie przekonuje. Polecam ją jako lekturę na jeden raz, najlepiej wypożyczoną z biblioteki. Choć oceniam ją dość wysoko, nie mogę uznać jej za ulubioną i na pewno do niej nie wrócę, w związku z czym nie widzę sensu wydawania na nią pieniędzy


Wasz Andrew

Siódmy dzień [Jens Hovsgaard]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

niedziela, 13 maja 2012

Spalony dowcip, zdradzone sekrety



I znów trafiła mi się przypadkowa lektura. Tym razem padło na Dowody zbrodni (oryg. Proof positive) pióra Phillipa Margolin. Książka reklamowana jako bestseller, a autor jako były wzięty prawnik amerykański, czyli ktoś, kto wie o czym pisze. Miałem nadzieję na świetną rozrywkę, tym bardziej, że klimatyczna okładka korespondująca z tekstem na niej widniejącym, „Jak popełnić zbrodnię w majestacie prawa?”, sugerowała dobrą rzecz z połączenia moich ulubionych gatunków: klasycznego kryminału i jego kuzyna sądowo-prawniczego. Nie zwlekając zabrałem się do czytania.


Pióro pan Margolin ma dobre. Nie ma co narzekać. Rzecz czyta się szybko i łatwo. Może nie porywa, ale na pewno wciąga. Prawie nie mogłem się od niej oderwać, lecz cóż z tego, skoro cały czas mnie wkurzała. Im dalej, tym mocniej.

Miałem zamiar skrytykować zdecydowanie zbyt wiele zdradzającą notatkę na okładce, ale potem zmieniłem zdanie. I tak od pierwszych stron w powieści tej wszystko jest wiadome. Wiemy kto morduje, kto stanie z nim do walki i jak się to wszystko skończy. Oczywiście, pewne drobiazgi, nie mające wiele do rzeczy, są nie do przewidzenia. Nie ma jednak mowy o żadnym przewartościowaniu ocen bohaterów, nie ma żadnego śledzenia postępów w rozwiązywaniu zagadki, gdyż żadnej zagadki nie ma. Dobry dobrym pozostanie, a i zły złym się okaże. Fabuła prawie jednowątkowa, akcja liniowa, bez przyspieszeń czy zakrętów. Mistrzem suspensu Philip Margolin absolutnie nie jest, przynajmniej nie w Dowodach. Wiemy od początku wszystko i jedyne, czego nie mogłem się doczekać, jedyne co mnie popędzało przy przechodzeniu od jednej strony do następnej, to perwersyjna chęć by sprawdzić, czy autor dał radę jeszcze coś więcej spieprzyć, czy już tylko twardo trzyma poziom.

Wielka szkoda, że tak to wyszło. Pomysł był bowiem świetny, a temat i przesłanie w moim odczuciu bardzo mocne. Dowody zbrodni stoją w opozycji wobec wielu uznanych autorów, że wspomnę choćby naszego rodzimego Marka Krajewskiego, którzy w swej twórczości infantylnie popierają samodzielne wymierzanie sprawiedliwości w imię zakłamanego sloganu, iż zbrodnia zawsze musi być ukarana, którzy podsycają bardzo szkodliwą społecznie i kłamliwą tezę, iż niedomagania systemu mogą być naprawione przez samosądy. Nie zwracają uwagi na to, że wrobienie kogoś, kto powinien odpowiedzieć za swe niegodziwe czyny, w zbrodnię przez niego nie popełnioną, zapewnia bezkarność prawdziwemu sprawcy. Nie zwracają uwagi na to, że nie ma ludzi nieomylnych i każdy wcześniej czy później popełnia błąd. Wrobienie osoby uczciwej i niewinnej jest zaś największą zbrodnią i niesprawiedliwością, gdyż nie tylko na zawsze osłania rzeczywistego przestępcę, ale podważa zaufanie do wymiaru sprawiedliwości w stopniu dużo większym, niż niewykrycie sprawcy. Jeszcze inną sprawą jest moment, gdy takie działania domorosłych sędziów mogą zostać ujawnione i ci samozwańczy obrońcy społeczeństwa sami zaczynają zabijać niewinnych aby ochronić siebie. Ohyda do kwadratu.

Mogło być więc świetnie, rewelacyjnie wręcz. Była znajomość klimatu, było dobre pióro, temat i pomysł. A wyszło jak wyszło. Zdradzone sekrety, spalony dowcip. Po prostu żal...


Wasz Andrew

sobota, 12 maja 2012

"Głosy z ulicy", "Humpty Dumpty w Oakland" Philip K. Dick - Realistyczny Dick

Okładka książki Głosy z ulicy 

Głosy z ulicy

Philip K. Dick

Tytuł oryginału: Voices from the Street
Tłumaczenie: Jarosław Rybski
Wydawnictwo: Dom Wydawniczy REBIS
Seria: Salamandra
Liczba stron: 420

Okładka książki Humpty Dumpty w Oakland 

 

 

Humpty Dumpty w Oakland

Philip K. Dick

Tytuł oryginału: Humpty Dumpty in Oakland
Tłumaczenie: Jarosław Rybski
Wydawnictwo: Dom Wydawniczy REBIS
Seria: Salamandra
Liczba stron: 256





Philip K. Dick, znany głównie jako pisarz science – fiction, sił próbował również w tworzeniu powieści realistycznych. W moim przekonaniu próby te śmiało można określić mianem sukcesu, chociaż z pewnością odmiennego zdania byli ówcześni amerykańscy wydawcy, którzy sukcesywnie odrzucali realistyczne płody Dicka. Dla przykładu „Głosy z ulicy” napisane w 1953 roku wydano dopiero w roku 2007, natomiast „Humpty Dumpty w Oakland” stworzone w roku 1960, na rynku wydawniczym pojawiło się w 1986 r. W recenzji chciałbym skupić się na dwóch przytoczonych pozycjach.

Z przejmującego zimna


Powieść szpiegowska Z przejmującego zimna (oryg. The Spy Who Came in from the Cold) Johna Le Carre trafiła do mnie przypadkiem. Sam bym po nią nie sięgnął, gdyż dawno temu czytałem Za późno na wojnę (oryg. The Looking Glas War) tego samego autora i jedyne co z tej lektury zapamiętałem, to straszliwa nuda. Skoro już jednak do mnie trafiła, zacząłem czytać.


Styl Le Carre jest niepowtarzalny. Już po pierwszych stronach Z przejmującego zimna przypomniałem sobie atmosferę Za późno na wojnę; wypalenia, cynizmu, bezwzględności, beznadziei i spełniania obowiązku mimo tego. W przeciwieństwie jednak do dawno przeczytanej książki, ta okazała się dobra, nawet bardzo. Może nawet za bardzo.

Rzecz rozgrywa się w czasach Muru Berlińskiego, Berlina Zachodniego i NRD. Śledzimy poczynania Aleca Leamasa, brytyjskiego agenta, który traci swojego najlepszego szpiega. Najcenniejszego, jakiego miał za żelazną kurtyną. W dodatku zostaje on zabity przez NRD-owców dosłownie na oczach naszego bohatera, ledwo kilka kroków przed przejściem na stronę zachodnią. Co stanie się dalej nie będę zdradzał. Cała przyjemność to śledzić akcję bez żadnych przecieków na temat tego, co się stanie na następnej stronie. Znajdziemy tu i poświęcenie, i skomplikowaną intrygę, i wielką miłość, wszystko, czego można chcieć. Nie można powiedzieć, że lektura porywa, ale na pewno wciąga.

Wspomniałem, że książka jest dobra, nawet za dobra. Jak to rozumieć? Choć całkowicie fikcyjna*, jest aż zbyt prawdziwa w pokazanym obrazie świata tajnych służb. Tak prawdziwa, że aż dołująca. Nie sądzę by wielu chciało ją czytać po raz drugi, gdyż lubimy się łudzić, że świat jest lepszy, że istnieje dobro i zło, a zwłaszcza, że nasi są dobrzy.

Wiele powieści szpiegowskich lub sensacyjnych pokazuje, iż świat wywiadów i kontrwywiadów to nie realia płaszcza i szpady ale rządy cynizmu, bezwzględności i okrucieństwa. Wielu autorów zwraca uwagę na to, iż tak jak pedofile ciągną tam, gdzie mogą szukać bezkarności i kontaktu z dziećmi, tak wielu innych dewiantów przyciągają jak magnes tajne służby stojące ponad prawem i chronione magicznym hasłem tajności w imię dobra państwa. Wielu zwraca uwagę, iż wielokrotnie w imię ochrony normalnych ludzi właśnie ich się cynicznie poświęca. Le Carre jednak obnaża to z niespotykaną bezwzględnością, otwartością i siłą. Pokazuje nam, iż naprawdę nie są to żądne wypaczenia. Pokazuje nam świat tak bezwzględny, że zanika w nim pojęcie przyzwoitości, a pojęcie dobra i zła są zastępowane przez my i oni. Widzimy to na co dzień, jak choćby w Afganistanie czy Libii, gdzie najpierw ci sami ludzie są przyjaciółmi, a za chwilę celami, na które poluje się jak na zwierzęta, choć oni sami nie zmienili się wcale. Zmieniły się tylko interesy i z nimi granica, która oddziela naszych od onych. My jednak nie chcemy tego widzieć, a jeśli widzimy to tylko przez chwilę. Le Carre natomiast każe nam o tym pamiętać od pierwszej do ostatniej strony.

Wnioskiem z tej książki jest też refleksja, iż między bajki można włożyć tezy o zjednoczeniu ludzkości. Zawsze są oni, którzy chcą nam zrobić krzywdę. Dlatego ludzkość to my i nasi przyjaciele, a oni to wrogowie. Ludźmi się staną, gdy z takich czy innych powodów nie będą już wrogami.

Z przejmującego zimna nie ma aż tak niesamowitej, ciemnej atmosfery jak niezrównani Strażnicy bezprawia (The Guards) Kena Bruena. Poraża jednak prawdziwością i nieodpartą świadomością, iż niestety świat jest właśnie taki. I choć mamy w tej powieści również wielką miłość, jest to zdecydowanie cyniczna i beznadziejna wizja naszego świata. W dodatku prawdziwa, i to jest najgorsze.

Od napisania książki minęło kilka dziesięcioleci. Nie ma już komuny i NRD. A nic się nie zmieniło. Wciąż w imię ideałów, właśnie te ideały się depcze. Wciąż są tajne służby. Zawsze są jacyś wrogowie i jakieś tajne służby, które w imię dobra będą czynić zło. Które będą stały ponad prawem. I w dodatku jest ich coraz więcej.

Po lekturze tej powieści chce się o niej jak najszybciej zapomnieć. Jest zbyt prawdziwa. Pokazuje nam, również przez to, iż tak wiele rzeczy się w świecie zmieniło od jej pierwszego wydania, że nie zmienia się zło, które jest wpisane w ludzką naturę, w pojęcia my i oni. Upadają państwa i ustroje, mijają wieki, a zło ma się wciąż dobrze, o ile nie coraz lepiej. My i oni. Tylko ten jest dobry, kto jest z nami. Tylko ten jest prawy, kto wygra. Dlatego nie polecam jej tym, którzy szukają rozrywki. Lepiej poczytać Milczenie owiec albo inne opowieści, gdzie bohaterem jest zło zindywidualizowane, a nie zinstytucjonalizowane. Mieć nadzieję, że świat jest dobry i kiedyś zapanuje pokój, miłość i braterstwo, że wszelkie straszne rzeczy są tylko działaniem zła, które kiedyś uda się wyplenić. Jeśli jednak nie boicie się zobaczyć świata tajnych służb takim, jaki jest, jeśli nie zależy wam na rozrywce, a chcecie poczytać coś, co na pewno Was poruszy, to polecam Z przejmującego zimna szczerze i gorąco


Wasz Andrew



* To moje subiektywne odczucie. Nie sprawdzałem, czy podstawą fabuły nie były jakieś rzeczywiste wydarzenia.

piątek, 11 maja 2012

Pamiętniki wampirów


Opowieści o wampirach nie są moją ulubioną tematyką, podobnie jak fantasy. W prawdziwym świecie mamy wystarczająco dużo tajemnic, napięcia i rzeczy, które są fascynujące, bym czuł potrzebę zmieniania realiów. Jeśli już sięgam po fantastykę, mocniej pociąga mnie nurt bardziej klasyczny, próbujący przewidzieć przyszłość lub alegorycznie próbujący przedstawić problemy teraźniejszości. Zbytnie przywiązanie do jednego gatunku uważam jednak za pewien rodzaj ograniczenia. To tak, jakby ktoś z własnej woli przez całe życie jadł tylko wołowinę lub kochał się tylko z rudymi. Beznadzieja. Często więc sięgam po książkę tylko dlatego, że widzę, iż wywarła wpływ na kogoś znajomego. Widzę reakcję i chcę poznać przyczynę.


Właśnie w ten sposób w moich rękach znalazły się Pamiętniki Wampirów (oryg. The Vampire Diaries) Księga 1 pióra L.J. Smith*. Na Księgę 1 w polskiej edycji** składają się: Przebudzenie (The Awakening), Walka (The Struggle) i Szał (The Fury). Bardzo dobrze, że wszystkie trzy są zawarte w jednej książce, gdyż po prawdzie są to bardziej rozbudowane rozdziały, niż samodzielne mini-powieści. Nie tworzą zamkniętych całości i wyraźnie nabierają takiej cechy dopiero po połączeniu całej trójki, kiedy stają się powieścią.

Pokutuje stwierdzenie, iż twórczość pani Smith jest adresowana głównie do młodzieży. Ja jednak uważam, że dobra książka dla młodych, musi być dobra i dla starszych, co w drugą stronę absolutnie nie działa, i nie powinno. Przeczytałem więc opowieść o pięknej Elenie pożądanej przez dwóch braci wampirów, Stefano i Damona, bez uprzedzeń i z przyjemnością, gdyż lektura była przyjemna, a rzecz jest dość wciągająca. Jak dobra telenowela. Pamiętniki Wampirów bardziej przypominają scenariusz tego popularnej formy filmowej niż powieść. Mamy tu wyraźny wątek prowadzący, wątek miłosny oczywiście, główne postacie, wokół których wszystko się kręci i marginalnie ujęte tło. Nie bez kozery serial filmowy Pamiętniki Wampirów jest równie popularny, a może bardziej, niż wersja do czytania. Czy to lekturę dyskredytuje?

Jak wspomniałem, książkę czyta się dobrze. Nie porywa, ale i nie nudzi. Wciąga, gdyż utrzymuje solidne, średnie tempo powieściowe, może trochę jednostajne, ale za to bez przesadnie długich lirycznych przystanków. Nie niesie w sumie żadnych wartości. Jest płytka jak kałuża na niemieckim asfalcie. Trójka głównych postaci nie ma żadnych pasji, żadnych zamiłowań, żadnej misji. Poza miłością. No i poza problemem z zaspokajaniem głodu. Nic ich nie interesuje, niczego nie tworzą. Ale taki jest ten gatunek.

Można by było zaryzykować stwierdzenie, iż w przyjętej konwencji, telenoweli dla młodzieży, Pamiętniki Wampirów nie wypadają źle. Podstawowym celem gatunku jest oglądalność (miejsce na listach sprzedaży w wersji czytanej), co zostało osiągnięte. Zapewniono to dając dość solidną rozrywkę. Nasuwa się jednak porównanie do Zmierzchu Stephenie Meyer i w tym momencie widać, że w tej klasie można osiągnąć o wiele więcej. Świat wykreowany w Zmierzchu jest o wiele odleglejszy od naszego, oparty na bardziej złożonych zasadach i dla mnie znacznie ciekawszy. Zmierzch pokazuje, iż można alegorycznie poddać pod rozwagę różne poważne problemy, a postaciom dać pasje nie związane z miłością będącą główną osią fabuły. Można po prostu zrobić to w sposób jednocześnie bardziej interesujący i wartościowy.

Nie odsądzam jednak prozy L.J.Smith od wszelkich wartości, choć w porównaniu z S. Meyer wypada blado. Obie przyciągnęły do słowa pisanego rzesze młodych ludzi dotąd od niego stroniących. I to jest ich największą wartością. Jeśli nie czytaliście jeszcze żadnego ze wspomnianych cyklów o krwiopijcach, polecam Zmierzch. Jeśli już macie go za sobą, a jeszcze Wam mało, możecie również zabrać się za Pamiętniki. Nie powiem, że polecam, ale i nie odradzam


Wasz Anrew



* Lisa Jane (L. J. lub Ljane) Smith
** Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

czwartek, 10 maja 2012

Książka o fotografowaniu



Książka o fotografowaniu

Andrzej A. Mroczek

Po trzecie, rozszerzone wydanie Książki o fotografowaniu Andrzeja A. Mroczka sięgnąłem ot tak sobie. Nagle poczułem potrzebę jej przeczytania, która przyszła znikąd i bez wyraźnej przyczyny. Nie czytałem żadnej recenzji, nie miałem w ręku poprzedniego wydania, nie wiedziałem nawet do kogo ta publikacja jest adresowana. Do amatora czy profesjonalisty, początkującego czy mistrza, technicznego perfekcjonisty czy niekonwencjonalnego wirtuoza. Nie była to potrzeba silna, która by mi kazała odrzucić wszystko inne w kąt. Wystarczająca jednak, by rozpocząć lekturę.

Dla kogo przeznaczona jest ta książka? Chyba dla każdego. Każdy chyba znajdzie w niej coś dla siebie; od absolutnie zielonego fotografa, po dojrzałego profesjonalistę, o ile to możliwe, by się jeszcze z nią nie zetknął. Jeden znajdzie w niej więcej, inny mniej, ale każdy, kogo pycha nie wyniosła zbyt wysoko, skorzysta na jej przeczytaniu.

Książka o fotografowaniu nie wciąga, ale i nie nudzi. To atut. Przelecenie jej na jednym tchu byłoby marnotrawstwem. Trzeba sobie zapewnić czas na refleksję nad każdym rozdziałem, niejednokrotnie nawet nad akapitem. Z wieloma, bardzo wieloma stwierdzeniami Mistrza nie można się zgodzić. Zwłaszcza dygresje odbiegające od tematu fotografii są często wręcz infantylne*, przynajmniej w moim odczuciu. Inne jednak są wyjątkowo celne** i mogłyby służyć za motto niejednego tekstu, i to bynajmniej nie tylko związanego ze sztuką fotograficzną. Warstwa dotycząca fotografowania jest jednak bardziej jednorodna; jest najwyższej jakości, zarazem bez pozowania naprawdę objawioną. Wyważone sądy poparte argumentami, nawet jeśli nie zawsze zgadzają się ze stanowiskiem czytelnika, to budzą szacunek.

Książka o fotografowaniu nie jest podręcznikiem. Dla nikogo. To po prostu książka o fotografowaniu.

Początkujący nie znajdzie tam absolutnych podstaw techniki, kompozycji czy przeglądu sprzętu, wyłożonych łopatologicznie i kompletnie. Musi się wspomóc się czymś, co te podstawy mu zapewni. Rzecz cała jednak napisana jest językiem prostym i klarownym, więc nawet temu zielonemu da dużo i wskaże to, czego musi poszukać gdzie indziej, co już teraz wykorzystać, a co zapamiętać i do czego wrócić w przyszłości. Oczywiście to wymaga od czytelnika pewnej dozy inteligencji, dociekliwości i kreatywności. Jeśli ktoś chce się na pamięć nauczyć jak zrobić idealne zdjęcie, to ani ta, ani żadna inna książka mu tego nie zapewni. Nawet jeśli niektórzy autorzy twierdzą, że potrafią coś takiego napisać.

Średnio zaawansowany znajdzie u Mroczka chyba najwięcej. Będzie mógł skonfrontować swoje doświadczenia i przemyślenia z autorem, który nie pozuje na wyrocznię i monopol na prawdę obiektywną, choć jego dorobek jest ogromny. Możemy poznać sporo subiektywnych przemyśleń Mistrza, które, zwłaszcza w sferze bliżej związanej z tematem są bezcenne, w przeciwieństwie do niektórych podręczników fotografii; bezdusznych, bezosobowych, zajmujących się tylko techniką i wymiernymi aspektami procesu powstawania fotografii, bądź uciekających w przeciwną stronę – w enigmatyczne brednie o klimacie i mieleniu tego, co też artysta miał na myśli.

Zaawansowany skorzysta może mniej na przyroście wiedzy, lecz może też znaleźć ciekawostki dla siebie. Przede wszystkim zaś może wyrwać się, dzięki konfrontacji z subiektywnymi stwierdzeniami innego profesjonalisty, z upojenia przekonaniem o własnej doskonałości, o ile coś takiego zaczęło mu grozić.

Na rynku jest wiele podręczników dotyczących fotografowania. Jedne kładą nacisk na perfekcję techniczną zdjęcia, inne na konwencje obowiązujące w sztuce fotografii. Jedne są dla początkujących, inne dla zaawansowanych. Wystarczy jednak przeczytać ich kilka, by prawie w każdym następnym większość treści nas usypiała. Ile razy można czytać o głębi ostrości czy podstawach kompozycji? Pan Mroczek daje nam coś całkiem innego. Lektura jego książki bardziej przypomina rozmowę Mistrza z uczniami, niż wykład. Pokazuje nam, na przykładzie własnych zdjęć, jaką drogą szedł i dlaczego taką, a nie inną. I to jest bezcenne. Choć, jak już wspomniałem, w niektórych rzeczach, zwłaszcza luźniej związanych z przedmiotem, z autorem zgodzić się nie mogę, to z przekonaniem mogę stwierdzić, iż to jedna z najwartościowszych pozycji z tej dziedziny jaką do tej pory miałem przyjemność przeczytać, w związku z czym polecam ją zdecydowanie i absolutnie


Wasz Andrew



* Podam tylko jeden przykład i zostawię go bez komentarza: „Ołtarz Wita Stwosza zna chyba każdy aspirujący do miana inteligenta, z licznych zdjęć publikowanych nie tylko w albumach fotograficznych, ale także w szkolnych podręcznikach.”
** Tu również podam tylko jeden przykład i pozostawię go bez komentarza: „Sytuacja jest paradoksalna. Mamy, jak nigdy wcześniej, wiele czasopism fotograficznych, ale nie zajmują się one fotografią jako fotografią, ale reklamą sprzętu fotograficznego. Czytelnikom, zamiast proponowania przeżyć emocjonalnych, jakie daje kontakt z fotografią artystyczną, interesującego analizowania poszczególnych dzieł artystów, spierania się o idee, podsuwa się niekończące się analizowanie i porównywanie coraz nowych aparatów fotograficznych, słowem: ustawiani są na bieżni stadionu konsumpcyjnego, aby ścigać elektrycznego zająca. Tego złapać się nie uda nigdy, nikomu – szkoda wysiłku.”

środa, 9 maja 2012

" Kyś" Tatiana Tołstoj - A Kyś!

Okładka książki Kyś 

Kyś

Tatiana Tołstoj


Tytuł oryginału: Кысь
Tłumaczenie: Jerzy Czech
Wydawnictwo: Biblioteka Polityki
Seria: Współczesna Literatura Rosyjska
Liczba stron: 108



Kyś” to książka Tatiany Tołstoj, która w roku 2000 została uhonorowana prestiżową nagrodą Triumf. Zbieżność nazwiska autorki oraz światowej sławy rosyjskiego pisarza Lwa Tołstoja nie jest przypadkowa, bowiem Tatiana jest jego praprawnuczką.

Wiemy już co nieco o pani pisarce, spróbujmy zatem bliżej przyjrzeć się słowu kyś, czyli tytułowi powieści. Na pierwszy rzut oka kyś to prawie nasz polski ryś i chyba jest to prawidłowa droga rozumowania, bowiem starzy ludzie powiadają, że w lasach nieogarnionych, otaczających gród Fiodoro-Kuźmiczów, mieszka właśnie ów kyś. Siedzi on na ciemnych gałęziach i krzyczy tak dziko i żałośnie: kyyyyś, kyyyyś! Jednak zobaczy go nie sposób – ot, pójdzie człowiek do lasu, a kyś mu z tyłu na plecy: hop! I kark zębami: trrrach! Najważniejszą żyłkę wymaca pazurem przetnie, a wtedy cały rozum z człeka wyleci. Zrozumiałym jest, że mało kto ma ochotę wybierać się poza ukochany gródek i zapuszczać się w leśne gęstwiny.

A ów ukochany gródek, jak już wspomniano, zwie się Fiodoro-Kuźmiczów, wcześniej zwał się Iwano-Porfrirów, jeszcze wcześniej Sergiejo-Sergiejów, a dawno temu zwał się Południowe Składy, a już całkiem dawno – Moskwa. Dodam od razu, że zanim ostatnie stronnice przeczytamy, to na skutek różnych wywrotowych działań nazwa zmieni się raz jeszcze – tym razem na Madejo-Madejów.

Akcja powieści rozgrywa się wokół życia Benedikta, mieszkańca postapokaliptycznej Moskwy. Wydarzenia toczą się kilkaset lat po WYBUCHU, o którym wiadomo jedynie, że w jego wyniku, ludzi zostali naznaczeni wszelakimi Effektami. Dla przykładu matka głównego bohatera przeżyła dwieście trzydzieści i trzy latka na ziemskim padole. Sam Fiodoro-Kuźmiczów jest odcięty od świata zewnętrznego, pogrążony w zupełnej izolacji. Z rzadka zachodzą do niego wędrowcy, przynosząc ze sobą niesamowite opowieści z dalekich krain. Tylko niekiedy pojawiają się mgliste napomknięcia na temat Zachodu, trudno jednak jednoznacznie stwierdzić, czy chodzi tutaj o cywilizację i kulturę, czy też jedynie o kierunek geograficzny.

Lud Fiodoro-Kuźmiczowa to dość prymitywna społeczność, na czele której stoi władca jedyny (na początku powieści jest to Fiodor Kuźmicz). W jej skład wchodzą osobnicy urodzeni zarówno przed wybuchem jak i po. Można odnieść wrażenie, że długowieczni, czyli sprzed wybuchu to uosobienie inteligencji, którzy nie są jednak w stanie do końca przystosować się do nowych warunków. Pełnią oni rolę starszyzny, ludzie często zwracają się do nich z pytaniami, prośbami, ciężko jednak stwierdzić, by darzono ich jakimś specjalnym mirem. Reszta społeczności to prości ludzie jedzący myszy, z rzadka tylko władający umiejętnością pisania, czy czytania. Szczęśliwcy, tacy jak Benedikt, umiejący chwycić w dłoń pióro, parają się zajęciem skryby – przepisują oni wszelakie dzieła, bajki, powieści, wiersze, ukazy  Fiodora Kuźmicza. Pracę tę można chyba uznać za mozolny i wykoślawiony trud ratowania resztek ludzkiego dorobku literackiego, bowiem jak okaże się na dalszych kartach powieści, Fiodor-Kuźmowicz większości dzieł w ogóle nie tworzył, a jedynie je bezczelnie rżnął.

W ogóle na książkę trzeba patrzeć dwojako. Z jednej strony to piękna opowieść, nieco baśniowa, naszpikowana neologizmami, archaizmami, przywodząca na myśl czasy wieku średniego, gdy lud nie był najbystrzejszy, a i od wody stroniono z obawy na zabicie własnego zapachu. Pełno tu mitów, wszelakich stworów, legend, wierzeń. Las, rzeka, przyroda, to dzika i nieokiełznana siła, z którą nie należy zadzierać, bowiem finał takich igraszek jest tylko jeden – zejście z padołu ziemskiego. Poznajemy życie codzienne prostych ludzi-degeneratów po Apokalipsie, ich troski, zmartwienia, zwyczaje, które składają się w sumie na dość niezwykły obraz egzystencji, jakże odmienny od naszego.

Jednak w trakcie lektury, oprócz tego wierzchu, odkrywamy również kolejne warstwy. Dobrą wskazówką jest forma numeracji rozdziałów – są to kolejne litery rosyjskiego alfabetu. Litery, alfabet – szkoła, nauka? Zdradzając nieco dalszej fabuły rzeknę, że będziemy świadkami całej serii przewrotów władzy, w wyniku których jedyni władcy będą zmieniać się dość często. Poleje się oczywiście i krew, będzie przemoc i pożoga. Jeśli cały czas mamy na uwadze fakt, że cała akcja rozgrywa się w postapokaliptycznej Moskwie, jej ruinach, pozostałościach, to nietrudno o wniosek, że Tatiana Tołstoj być może pokazuje naszą człowieczą naturę, która objawia się zupełnym brakiem poszanowania dla historii, w efekcie czego ludzkość ciągle powiela te same błędy, a życie toczy się jednakową koleiną, w której nie brakuje brutalności, upajania się władzą, niechęci do bliźniego.

Kolejna zasłona, której warto się przyjrzeć, to język. Jak już wspominałem pełno w nim neologizmów przeplatanych z archaizmami, całość polana jest gęstym sosem wyrazów dźwiękonaśladowczych. Język sprawia przez to wrażenie istoty żywej, elastycznej i gibkiej. Wrażenie to oczywiście należy zawdzięczać również doskonałej pracy polskiego tłumacza Jerzego Czecha, któremu należy nisko się pokłonić za z pewnością żmudną i ciężką, ale jakże rzetelnie wykonaną pracę. Zdania charakteryzują się stylizacją, która powoduje, że na naszych ustach regularnie wykwita ironiczny uśmieszek, czasami wyrwie się na nawet jakiś krótki chichot. Z czego się jednak tak naprawdę śmiejemy, ciężko powiedzieć. Po dłuższym namyśle, wydaje mi się, że po prostu z naszych ludzkich przywar, nieco przejaskrawionych i wyolbrzymionych do groteskowych rozmiarów.

Nie sposób również nie wspomnieć o książkach, które odgrywają ważną rolę w powieści. Początkowo dowiadujemy się, że od bukw, jak określają słowo pisane mieszkańcy grodu, można zarazić się groźną chorobą. Do pacjenta przyjeżdżają wówczas medycy z czerwonymi opończami i słuch przeważnie po delikwencie ginie. Jeśli wspomni się wcześniejsze rzeczy, tj. kysia, którym tak przerażona, wręcz zastraszona jest cała społeczność, a którego na dobrą sprawę nikt nie może poświadczyć, że go widział, oraz o zawodzie skryby, który uprawia jedynie ułamek mieszkańców, można odnieść wrażenie, że ludek zamieszkujący Fiodoro-Kuźmowicz celowo utrzymywany jest w ciemnocie, izolacji, strachu. Być może po to, by łatwiej było nim manipulować i rządzić. Okazuje się zatem po raz kolejny, że mimo światem wstrząsnęło wręcz w posadach, to jednak ludzkie przywary nie zmieniły się ani za grosz.

Na zakończenie warto dodać, że w pewnym momencie główny bohater zapała do książek tak ogromną miłością, że staną mu się one milsze niż otaczająca go rzeczywistość. Uważam, że warto przytoczyć piękną inwokację do książek autorstwa wspomnianego Benedikta:

„O, Książko, moje ty czyste, moje jasne, śpiewające złoto; tyś obietnica, marzenie, zew daleki…
O jawo wdzięczna, niespodziana!
I znowu słyszę zew znajomy,
Twoją urodą niesłychaną
Znów ląd mnie kusi oddalony!

Książko! Ty jedna nie zdradzisz, nie uderzysz, nie skrzywdzisz, nie porzucisz! Cichaś – a śmiejesz się, krzyczysz, śpiewasz. Pokornaś – a zdumiewasz, wabisz, drażnisz. Małaś – a ludów w tobie bez liku; bukw jenoś garstka, a jak zechcesz, to głowę zawrócisz, zatumanisz, zamroczysz, ślozy wyciśniesz, aże dech człowiekowi zaprze, dusza jako płótno na wietrze załopocze, jako woda się zwełni, jako ptak zamacha skrzydłami! Abo uczucie jakie niewymowne w piersi się miota, pięśćmi wali we drzwi, we ściany: duszę się! Wypuść! A jak je nagie, bezwstydne wypuścić? Jakimi słowy odziać? Nie mamy słów, nie znamy! Jako u bestyi jakiej dzikiej – ślepowrona abo rusałki – nie mają słów, jeno głos dają! A książkę otworzysz – tam słowa cudne i lotne.”